Roman Franciszek Henryk Nitsch

Urodzony 5 IX 1873 w Podchybiu (powiat wadowicki). Studia medyczne na UJ (1893–1899), tamże doktorat (1899), asystentura (1900–1910), habilitacja (1907). Studia uzupełniające w Bernie, Paryżu, Zurychu, Monachium, Brukseli i Berlinie. Docent, później prof. nadzwyczajny UJ (1915), prof. zwyczajny UW (1919), tamże dziekan (1928/1929). Organizator Akademii Stomatologicznej i jej rektor (1934–1936).

Lekarz wirusolog i bakteriolog; prace dotyczące wścieklizny oraz surowic i szczepionek, m.in. opracował pierwszą polską wyczerpującą monografię na temat immunologii, serologii i szczepień ochronnych.
W latach 1910–1919 miejski bakteriolog Krakowa.
Członek Akademii Nauk Lekarskich (1921), współtwórca Polskiego Towarzystwa Mikrobiologów i Epidemiologów (1927), członek PAU (1930); prezes Komitetu Instytutu Radowego (1937–1943).
Podczas okupacji hitlerowskiej wykładowca tajnego UW.
Zmarł 29 III 1943 w Warszawie.

Experiences sur la rage de laboratoire (virus fixe), Kraków 1905; Szczepionki i surowice wraz z nauką o odporności, t. I, Warszawa 1921; Bakterjologja, Warszawa 1924.

J. Kostrzewski, Remembrance of Roman Nitsch in connection with his views on the nature of fixed virus, „Przegląd Epidemiologiczny” 1957, t. XI, nr 2, s. 195–197.

MARIA DOROTA SCHMIDT-POSPUŁA

ROMAN FRANCISZEK HENRYK NITSCH

1873–1943

 

W szarym trudzie życia codziennego i ciągłym zabieganiu pocieszamy się myślą, że chociaż ginie bezpowrotnie ciało człowieka, nie ginie umysł, bo nadal żyje w jego dziełach. Wtenczas wstaje nieraz przed nami wizja żywego człowieka i duch jego ukazuje się przed oczyma naszej duszy. Do takich ludzi zmarłych a jednak żywych, choć może niesłusznie trochę przez środowisko lekarskie zapomnianych, winien na pewno należeć lekarz wirusolog i bakteriolog Roman Nitsch.

Pochodził ze znanej krakowskiej rodziny. Dziad jego Leonard (1801–1866), którego przodkowie przybyli ze Śląska, był cenionym złotnikiem i jubilerem, uczniem Karola Hoffmana – pracownię swoją otworzył we własnej kamienicy mieszczącej się przy ulicy Floriańskiej 9, a więc w samym sercu Krakowa, babką zaś jego była Katarzyna z domu Kremer (1809–1873), siostra słynnego przyrodnika Aleksandra Kremera. Dziadkowie doczekali się licznego potomstwa, a spośród trzech ich synów urodzony w połowie XIX wieku Józef był właśnie ojcem Romana.

Józef – z zamiłowania rolnik, agronom, później likwidator rolniczego towarzystwa ubezpieczeniowego „Florianka”, odebrawszy staranne wykształcenie w znanej już wówczas Wyższej Szkole Rolniczej w Dublanach koło Lwowa, osiadł w Podchybiu. Była to niewielka, składająca się z kilkunastu zagród, podkarpacka wieś w powiecie wadowickim, na lewym brzegu rzeki Cedron. Nazwa tej miejscowości wywodzi się od staropolskiego słowa „chyba”, oznaczającego pochyły teren, zbocze góry. Tam zakupiwszy niewielki mająteczek Józef Nitsch z zamiłowaniem gospodarował. Tam też poznał swoją przyszłą żonę Marię z domu Seigler von Eberswald (ur. ok. 1840), córkę zarządcy dóbr izdebnickich, matkę Romana. Syn kochał ją bardzo i zawsze ciepło, z wdzięcznością o niej mówił, doceniając jej wielki wpływ na jego całe życie. Oprócz Romana, który był najstarszym synem, Nitschowie mieli jeszcze córkę Almę, syna Eugeniusza, kolejną córkę Olgę i najmłodszego syna o imieniu Józef, jak jego ojciec.

Szkołę podstawową przebył Roman Nitsch na stancji w pobliskich Wadowicach. Jakże bogate we wspomnienia i uśmiechy były to czasy, kiedy pierwszy raz spotkał się z nauką, z kolegami, z urokiem pierwszych czytanych książek wojennych i podróżniczych. Wspomnienia te w miarę upływu lat nic nie traciły na swej wartości. Dom państwa Nitschów w Podchybiu nie był bowiem zwyczajnym, banalnym domem. To stary, obszerny budynek z grubymi murami, które swą fantastycznością architektury przypominały warownię czy też jakowyś zameczek. To był dwór z końca XVIII wieku, zakupiony przez Józefa Nitscha w 1870 roku.

Jak na rozsądnych rodziców przystało, gdy ich syn ukończył szkołę powszechną, chcąc zapewnić mu i młodszym dzieciom wykształcenie, Nitschowie sprzedają majątek i przenoszą się do Krakowa, gdzie budują sobie dom. W latach 1885–1892 Roman uczęszczał do gimnazjum św. Anny, gdzie wśród braci szkolnej wyróżniał się wybitnie, bowiem z okresu wiejskiej szkoły wyniósł większą samodzielność. Nauka szła mu bardzo dobrze, prawie celująco w niższym gimnazjum, potem dobrze, nikt go do niej nie przymuszał, zawsze był sumienny, a szczególnie odznaczał się postępami w filologii. Łaciną i greką tak się rzetelnie zajmował, że w ciągu gimnazjum mówił nieraz zwrotami naśladowanymi ze starożytnych pisarzy. Zapewne pozostałością po tym okresie było przez całe jego dalsze życie rozmiłowanie się w klasykach i ich dziełach. Z tego okresu pochodziła też jego wzajemna sympatia z Karolem Tichym, malarzem, późniejszym powinowatym. Przyjaźnił się też z Tadeuszem Żeleńskim (Boyem), kolegą z gimnazjum, która to sympatia utrzymywała się przez całe życie. Podobała mu się w nim jego śmiałość wypowiadanych poglądów, niezależność sądów i zamiłowania humanistyczne. Z czasem przestał się fascynować filologią, humanistyką, a to miejsce zajęła przyroda, marzył także o jakimś ciekawym zawodzie.

Po zdaniu matury w 1892 roku Nitsch powziął zamiar poświęcenia się leśnictwu; przebywał dość krótko, przez rok, na praktyce w Kopcach, wśród rozległych terenów krzeszowickich lasów. Niestety, zrażony obowiązkiem patrolu przeciw kłusownikom leśnej zwierzyny i złodziejom kradnącym drwa z lasu, powrócił do Krakowa i zapisał się na medycynę. Studia medyczne przebyte w latach 1893–1899 upłynęły spokojnie, a ponieważ był zdolnym, pracowitym i sumiennym studentem, łatwo opanowywał materiał. Rodzice zapewniali mu dość skromne, ale w miarę beztroskie utrzymanie, dużo czytał i rozwijał swoje nowe polityczno-społeczne zainteresowania. Sympatyzował z lewicowcami (PPS), ale daleki był od przewodniczenia studenckim stowarzyszeniom. Nadal utrzymywał koleżeńskie stosunki z Tadeuszem Żeleńskim, do egzaminów uczył się z Maksymilianem Blassbergiem, sympatyzował z Emilem Godlewskim, Adamem Bochenkiem i Leonem Glińskim, a że nie lubił czystego teoretyzowania, zarówno w nauce, jak i poglądach społecznych, postanowił zająć się działalnością oświatową i kierował wypożyczalnią Towarzystwa Szkoły Ludowej w Podgórzu. Czas odpoczynku poświęcał ukochanym wycieczkom górskim, rzadziej w Tatry, częściej na Baranią czy Babią Górę, w Pieniny, w doborowym, zgranym towarzystwie brata stryjecznego Kazimierza Blassberga i Bronisława Golczewskiego – wolnego słuchacza uniwersytetu. Czas tych wymarzonych, cudownych chwil trwał niemal przez całe studia, aż do momentu, kiedy to na przeszkodzie pojawiła się choroba wrzodowa żołądka. I od tego okresu datuje się poważna zmiana jego usposobienia. Ten zawsze żwawy, wesoły i sprężysty młody chłopak, tygodniami leżał w łóżku z powodu dolegliwości żołądkowych, co spowodowało, że zwrócił swoją uwagę w kierunku spraw umysłowych i etycznych, ale nigdy czysto teoretycznie, a raczej z zastosowaniem praktycznym. Mimo że wykazywał duże zdolności w stawianiu trafnych diagnoz, świetnie się orientując jako przyszły lekarz, nie miał zamiaru poświęcić się całkowicie leczeniu.

W 1898 roku został mianowany bezpłatnym I elewem w Klinice Lekarskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, a zaraz po uzyskanym doktoracie wszech nauk lekarskich w 1899 roku, z wielką radością przyjął propozycję objęcia asystentury przy Katedrze Higieny Odona Bujwida, na którym to stanowisku pozostawał przez dziesięć lat (1900–1910). Bujwida, pioniera polskiej bakteriologii, uważał za swojego głównego mistrza. Ale tu spotkała go niemiła niespodzianka, którą bardzo przeżył: jego pierwsza naukowa praca, dotycząca badania mleka, została opublikowana przez kogoś innego. Nie załamał się tym i kolejne lata (1902–1903) spędził na Zakaukaziu w okolicach Baku z ekspedycją naukową Josepha Lindleya celem zbadania rzeki Kury pod względem jej przydatności do wybudowania miejskiego wodociągu. Z listów, które pisał Roman do swojej narzeczonej Marii Kraskowskiej, matematyczki po studiach paryskich, uczącej tego przedmiotu w krakowskim gimnazjum żeńskim, dowiadujemy się o wielkiej fascynacji tą egzotyczną wyprawą. Potwierdzają to wspaniałe opisy przyrody, podawane językiem jędrnym i żywym, opisy pionierskich wysiłków przy organizowaniu tam pracowni bakteriologicznej. W 1903 roku Roman i Maria pobrali się; niestety nieszczęśliwe to były chwile, bo żona skarżąca się od dłuższego czasu na częste, uporczywe bóle głowy, chorowała na nowotwór mózgu. Zmarła w Piwnicznej w pierwszym roku ich związku. Dla Romana Nitscha był to ogromny cios, kolejna tragedia życiowa. Zbierając siły, rzucił się w wir pracy zawodowej i zajął się badaniami nad śmiertelną chorobą – wścieklizną.

Zaowocowało to napisaniem pracy Experiences sur la rage de laboratoire (virus fixe), którą przedstawił w Akademii Umiejętności Napoleon Cybulski. Na jej podstawie Nitsch uzyskał w 1907 roku habilitację z bakteriologii i higieny na Uniwersytecie Jagiellońskim. Następnie wyjechał za granicę – do Berna, Paryża, Zurychu, Monachium, Brukseli i Berlina. Zajmował się tam m.in. zagadnieniami higieny społecznej z punktu widzenia budowy nowoczesnych domów przeznaczonych dla robotników. Po powrocie do kraju jako docent Uniwersytetu Jagiellońskiego rozpoczął wykłady z higieny. W 1910 roku, z racji swoich zasług na polu higieny i bakteriologii i jako specjalista w tym przedmiocie, został mianowany miejskim bakteriologiem i pozostał na tym stanowisku aż do momentu wyjazdu z Krakowa. W 1915 roku zostaje mianowany bezpłatnym profesorem nadzwyczajnym bakteriologii i higieny i prowadzi wykłady z tego przedmiotu, które przejął po Odonie Bujwidzie. Jednocześnie przygotowywał wyczerpujące i obszerne monografie: Surowice i szczepionki wraz z nauką o odporności, której pierwszy tom wyszedł w Warszawie w 1921 roku, i trzyczęściową Bakterjologję, wydaną w roku 1924 (kolejne wydania: 1925 i 1936). W czasie I wojny światowej pracował przez kilka miesięcy na stanowisku kierownika wojskowej pracowni bakteriologicznej i zakładu szczepień przeciwko wściekliźnie byłej twierdzy Kraków.

W 1919 roku ponownie zawarł związek małżeński – z Ludwiką Kamilą Kraskowską (1889–1989), kuzynką swej pierwszej żony, Marii. Żona pochodziła z Radłowa w pow. tarnowskim, była rzeźbiarką, studia artystyczne rozpoczęła w Krakowie u słynnego Leona Wyczółkowskiego i kontynuowała m.in. u równie znanego Jacka Malczewskiego. Po przeprowadzeniu się do Warszawy studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w pracowni rzeźby profesora Tadeusza Breyera. Do jej najsłynniejszych prac należą posąg Marii Skłodowskiej-Curie, zakupiony przez rząd francuski, a także (z inicjatywy prezydenta Stefana Starzyńskiego) pomnik Syrenki, najważniejszy po kolumnie Zygmunta symbol Warszawy, posadowiony na bulwarze nadwiślańskim na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej. Co ciekawe, twarzy Syrence użyczyła Krystyna Krahelska (1919–1944), młodziutka poetka, autorka słów do znanej piosenki „Hej chłopcy, bagnet na broń”, która zginęła potem w pierwszym dniu powstania warszawskiego, kiedy niosła pomoc rannemu koledze.

W roku 1919 kończy się krakowski okres życia Nitscha, bowiem zaproszony na Katedrę Bakteriologii i Serologii w Uniwersytecie Warszawskim jako profesor zwyczajny, wyjeżdża do Warszawy. W krakowskim środowisku naukowym miał wysokie uznanie za wyjątkową pracowitość i sumienność, a zwłaszcza za samodzielną, naukową inicjatywę i krytycyzm, które to cechy nieczęsto chodzą ze sobą w parze. W stolicy, z wielkim poświęceniem i godną podziwu wytrwałością, przystąpił do tworzenia swojej pracowni bakteriologicznej. Podobnie z niezmożoną energią poświęcił się pracy dydaktycznej (od 1920 roku prowadził wykłady z bakteriologii) i organizacji studiów w Akademii Stomatologicznej. W 1934 roku został jej rektorem i pełnił tę funkcję przez trzy lata. Mimo całkowitego zaangażowania w sprawy zawodowe, doceniał pracę społeczną, znalazł więc czas, by być kuratorem Żydowskiego Stowarzyszenia Medyków, a zgodnie z poczuciem właściwej mu sprawiedliwości w czasie rozruchów antyżydowskich stał zawsze po stronie poszkodowanych. Pracował także w licznych komisjach – stypendialnych, reformy studiów medycznych, przy tworzeniu Studium Teologii Prawosławnej, Kasy Chorych. W 1927 roku doprowadził do utworzenia Polskiego Towarzystwa Mikrobiologów i Epidemiologów. Wykształcił wielu mikrobiologów i lekarzy chorób zakaźnych: z okresu krakowskiego Mariana Gieszczykiewicza (następca Nitscha na Katedrze), z czasów kierowania Katedrą warszawską Bertolda Kassura, Józefa Laskowskiego i Jana Roguskiego, a z lat tajnego nauczania podczas okupacji – Antoniego Horsta.

Od 1921 roku był członkiem Akademii Nauk Lekarskich, a następnie od 1930 roku brał udział w posiedzeniach Polskiej Akademii Umiejętności jako jej członek czynny. Na Uniwersytecie Warszawskim był przedstawicielem Wydziału Lekarskiego w Senacie Akademickim, a w roku akademickim 1928/1929 dziekanem. Ciągle czynny, jakby tego było nie dość, w 1937 roku został jednogłośnie wybrany prezesem Komitetu Instytutu Radowego (na prośbę dr Bronisławy Skłodowskiej-Dłuskiej) i pozostawał na tym stanowisku aż do śmierci. Podczas okupacji hitlerowskiej z narażeniem życia przechowywał drewniany pojemnik z podręczną dawką radu, będący własnością Instytutu. Było to bardzo ryzykowne nie tylko z powodu mogących go spotkać ze strony Niemców represji, ale też ze względu na skutki promieniowania. Ocalił także pełny zasób tego pierwiastka, chroniony ołowianym pancerzem, zamurowany w gmachu Instytutu. W tym też okresie pracował jako lekarz w Szpitalu Dzieciątka Jezus, prowadząc pracownię bakteriologiczną. Równocześnie brał udział w tajnych wykładach dla studentów, prowadził egzaminy z bakteriologii i miał pieczę nad różnymi punktami o podobnej działalności. Wykładał m.in. w Szkole Jana Zaorskiego w latach 1941–1943.

Od lat młodości Roman Nitsch cierpiał z powodu nadkwasoty i wrzodu żołądka. Od tego czasu datowały się nawracające ciężkie krwotoki żołądka. Niekiedy dolegliwości były tak groźne, że na krótki okres podobno tracił wzrok. Nie przejmował się tym zbytnio i z prawdziwą pogardą niebezpieczeństwa spełniał nadal swoje rozliczne obowiązki. Zdarzyło się, że mając krwotok, otwierał naukowy zjazd bakteriologów w Warszawie. Kiedy zmartwiona jego stanem zdrowia żona współczuła mu, odpowiadał spokojnie: „nie ma szczęśliwego człowieka na ziemi” i po chorobie wstawał z łóżka jakby zupełnie zdrowy i z zapałem zabierał się do dalszej pracy. Znowu posiedzenia, wykłady, ćwiczenia, zjazdy, referaty, rozliczne komisje itd. Nie narzekał, zamykał się w swoim zaciszu domowym i pogrążał w ukochanej nade wszystko lekturze, a najulubieńszą były pamiętniki, których bezpośredniość przeżyć autorów najgłębiej go zawsze wzruszała. Zawsze lubił czytać, w latach młodzieńczych ogromnie cenił sobie Popioły, a w dojrzałym wieku rozmiłowywał się w pamiętnikach Rufina Piotrowskiego i Ewy Felińskiej. Ostatnią czytaną książką był Nurt Wacława Berenta, o której pisał do swojego brata stryjecznego w liście, że to „straszna lektura, że można by się do grobu położyć i tamte czasy do naszych podobne”. O bakteriologii angielskiej, do której często zaglądał, mówił, że to „prawdziwy romans”, lubił Horacego, poezje Kochanowskiego i bajki La Fontaine’a, które cudownie potrafił opowiadać. Jean Henri Fabre i jego tomy o owadach także były fascynującymi tematami dla Nitscha, z których to układał dramatyczne opowiadania. Pomimo ścisłości umysłu, obdarzony był olbrzymią fantazją i wielkim poczuciem humoru, a to, o czym mówił i pisał, zawsze było prawdziwe, zwięzłe i sumienne, we właściwy tylko dla niego sposób odczuwane. Ale znajdował też czas na swój ulubiony wypoczynek, by wsiąść na statek i popłynąć po Wiśle do Gdyni. Gdy statek ugrzązł na mieliźnie, a wokoło tylko woda, słońce i wiatr, co lubił najbardziej, mawiał: „teraz żaden telefon już mnie nie dosięgnie”1.

Innym zamiłowaniem Nitscha była historia Polski, której znajomość uważał za obowiązkową. Sam znał daty, fakty, analizował wypadki, ich podłoże i atmosferę, ale nie lubił chwalić się swoją wiedzą, często zaprzeczał swoim umiejętnościom, co sprawiało mu nawet ogromną radość. Pewnego razu, podczas zjazdu po czterdziestu latach absolwentów Gimnazjum Nowodworskiego, zapytany o swoje najciekawsze przeżycie odpowiedział, że nie posiada takowego. Wtedy Tadeusz Żeleński zaprzeczył i opowiedział, jak to w czasie badań nad wścieklizną wstrzyknął sobie pod skórę brzucha dość dużą ilość substancji, uważanej za siedlisko zarazka. Wszyscy z przerażeniem czekali, jakie będą skutki tego doświadczenia, a Nitsch wesół, będąc pewien swojej teorii obalenia pewnego dogmatu naukowego, nic sobie z całej sprawy nie robił. Ileż cichego bohaterstwa wiązało się z powyższym doświadczeniem. Chodziło bowiem o fakt, czy zarazek wścieklizny (virus fixe) w stanie świeżym jest szkodliwy dla człowieka w razie zaszczepienia go podskórnie. W tym celu Nitsch zaaplikował sobie dużą dawkę gęstej miazgi zrobionej ze świeżego rdzenia kręgowego królika padłego na wściekliznę. Równocześnie dla kontroli zaszczepiono inne króliki dawką tysiąckrotnie mniejszą. Wszystkie padły na wściekliznę, a Nitsch nie zauważył u siebie żadnych objawów choroby, z czego wysnuł prosty wniosek: „zarazek wścieklizny doświadczalnej jest w zasadzie dla człowieka nieszkodliwy. Możliwe, że w niektórych przypadkach może zaszkodzić, a nawet śmierć wywołać. Ta możliwość nakazuje nam być ostrożnymi i nie szczepić każdemu człowiekowi bez względu na wiek i stan ogólny od razu wielkich ilości szczepionki ze świeżego rdzenia”2. Innym ważnym osiągnięciem było obalenie przez Nitscha powszechnego poglądu, że głównym siedliskiem zarazka tej choroby jest rdzeń przedłużony; w rzeczywistości była to szara substancja mózgu. Śmiało rzec można, iż posunął on naukę o wściekliźnie znacznie naprzód.

Opracował też oryginalną metodę stwierdzania obecności przecinkowców cholery w kale i opublikował tę obserwację w 1917 roku w pracy Uwagi nad badaniem bakterjologicznem cholery. Na podstawie badań mikrobiologicznych powietrza stwierdził występowanie w pewnych regionach geograficzno-klimatycznych drobnoustrojów tłumiących wzrost przecinkowców cholery (Badania nad bakteriami przeciwcholerycznymi w powietrzu).

Na Uniwersytecie Józefa Piłsudskiego Roman Nitsch był uważany za „sumienie Wydziału”, potrafił łatwo i subtelnie podjąć decyzje w trudnych, zawiłych i delikatnych sprawach. Spuszczał wtedy skromnie głowę i znajdował natychmiast właściwą i trafną odpowiedź. Jak niemal każdy dobry człowiek zawsze wysłuchiwał w skupieniu słuchacza, który przyszedł do niego po poradę i pomoc, niezależnie od tego czy to był student, czy kolega. Nie czuł natomiast specjalnych więzów z najbliższym rodzeństwem, był od nich inny, ale jeśli tylko zwracali się do niego o pomoc, nigdy nie odmawiał. Kolejną pozytywną cechą była wielka słowność, a danie komuś słowa czy obietnicy zawsze było świętością i wypełniane jako przysięga. Był małomówny, ale rady jego, choć zwięzłe, zawsze były jasne i wyczerpujące. Nie lubił odznaczeń, zaszczytów, zawsze mówił, że to jego tylko „prosty obowiązek”, nawet gdy w 1938 roku otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Polonia Restituta.

Jego bardzo wrażliwy charakter nie wytrzymał jednak stresu wkroczenia Niemców na ziemie polskie w 1939 roku i zamknięcia jego zakładu uniwersyteckiego i pracowni bakteriologicznej. Zareagował wówczas ciężkim krwotokiem żołądkowym. Udało mu się jednak pozbierać i zabrać do przerwanej pracy. Optymistycznie czekał na koniec wojny, pocieszając wszystkich dookoła. Przecenił jednak swoje siły – aresztowanie bliskich, znajomych i inne przeżycia były powodem pogorszenia stanu zdrowia. W dniu 27 marca 1943 roku wystąpił nagły krwotok do otrzewnej z przebitego wrzodu żołądka. Spóźniona z powodu utrudnień wojennych operacja skończyła się niestety dwa dni później śmiercią Romana Nitscha. Pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim.

W szufladzie jego biurka pozostało kilka prac przygotowanych do druku, których strzegł podczas bombardowań. Wiele poginęło i uleciało z dymem podczas powstania warszawskiego. To jakby druga śmierć Romana Nitscha, ale dzieło jego życia pozostało, tak jak pozostanie nasza wdzięczność i uznanie dla niego. Przyszłe pokolenia będą go wspominać jako uczonego, pedagoga i dobrego człowieka, autora cennych myśli, takich jak choćby ta: „Pracujmy i doskonalmy się. W tym mieści się wszystko. Wszystkie obowiązki nasze na tej ziemi na tym polegają. Innych nie mamy. Im będziemy doskonalsi, tym szczęśliwsi będziemy”3.

1A. Wrzosek, Wspomnienie o Romanie Nitschu, „Archiwum Historii i Filozofii Medycyny oraz Historii Nauk Przyrodniczych”, t. XIX, Poznań 1948, s. 255.

2R. Nitsch, Uwagi nad metodą Pasteurowską zapobiegania wściekliźnie, „Medycyna” 1904, t. XXXII, nr 3, s. 692.

3A. Wrzosek, Wspomnienie o Romanie Nitschu, s. 249.