Stanisław Schayer

Urodzony 8 V 1899 w Sędziszowie. Studia na UW (od 1916), później w Heidelbergu i Fryburgu Bryzgowijskim, doktorat (1921). Dalsze studia w Monachium, habilitacja na Uniwersytecie Jana Kazimierza (1924). Docent prywatny tamże, a od 1926 na UW, równocześnie nauczyciel gimnazjalny. Zastępca profesora na UW (1929), prof. nadzwyczajny (1930) i zwyczajny (1938).

Indolog, religioznawca, historyk filozofii, tłumacz klasycznej literatury indyjskiej. Przekształcił katedrę filologii indyjskiej UW w prężnie działający Instytut Orientalistyczny.
Członek PAU (1936), TNW (1936), Instytutu Orientalnego w Pradze (1935), Deutsche Morgenländische Gesellschaft oraz International Academy of Indian Culture w Lahore. Inicjator serii wydawniczej „Rozprawy Komisji Orientalistycznej TNW”. Założyciel i redaktor „Polish Bulletin of Oriental Studies” (1937–1939).
Zmarł 1 XII 1941 na gruźlicę w sanatorium w Otwocku.

Kalidāsa, Śakuntala czyli Pierścień fatalny: dramat heroiczny w siedmiu aktach (tłum. z sanskrytu), Warszawa 1924; Wybrane rozdziały z Prasannapady. Wstęp, tłumaczenie i uwagi, „Prace Komisji Orientalistycznej PAU”, nr 14, Kraków 1931; Contributions to the Problem of Time in Indian Philosophy – Przyczynki do zagadnienia czasu w filozofii indyjskiej, „Prace Komisji Orientalistycznej PAU”, nr 31, Kraków 1938; Religie Wschodu, Warszawa 1938.

H. Willman-Grabowska, Stanisław Schayer, „Przegląd Filozoficzny” 1939/1946., z. 3–4., s. 317–320; A. Zajączkowski, Stanisław Schayer jako organizator orientalistyki warszawskiej, [w:] Szkice z dziejów polskiej orientalistyki. Praca zbiorowa, red. S. Strelcyn, t. I, Warszawa 1957, s. 43–50.

ARNOLD KUNST

STANISŁAW SCHAYER*

1899–1941

 

Nie przypuszczam, abym miał kogoś bardzo zdziwić, jeśli przyznam, że – jakkolwiek często bywało, iż widywałem Schayera niemal codziennie i znałem go przez przynajmniej dziesięć lat – nie wiem dokładnie ani gdzie, ani kiedy się urodził. Również i wiadomości moje dotyczące jego przeszłości do czasu, kiedy go poznałem, nie składają się na zorganizowaną całość. [...] Nie wydaje mi się jednak, aby to było istotnie potrzebne, tym bardziej, że wspomnienia moje o Schayerze zamierzają raczej odmalować ten rozdział z jego życia, który ześrodkował się w intensywnej twórczości naukowej oraz w organizacji nauki, którą reprezentował w Polsce.

Trudno mi powiedzieć, z czyjej winy (lub zasługi) aluzje do jego przeszłości, życia uniwersyteckiego i rodzinnego były bardzo skąpe, a te, które się zdarzały, dotyczyły raczej oderwanych zdarzeń i były zwykle formułowane w utopijne anegdoty. Do wymiany poglądów na sprawy sięgające poza sfery zainteresowań naukowych dochodzito nieczęsto. Nie lubił dzielić się swoimi wątpliwościami, ale też i nie lubił wysłuchiwać wątpliwości innych ludzi. A jeśli prawdą jest, że intymność między dwojgiem ludzi wyrasta na podstawie zbudowanej z wymiany wątpliwości i opinii, dla Schayera intymność była aktem słabości. A niczego się chyba tak nie obawiał, jak okazywania słabości. Niemniej jednak był on z natury ciekaw, ale raczej ciekaw faktów, niż sądów.

Był zarówno gorliwym uczonym, jak i profesorem, przypisując obu funkcjom, które łączył przyczynowo, wysoką pozycję społeczną, wysokie przywileje, ale i szerokie obowiązki. Można powiedzieć, że obie te funkcje, jedna wynikająca z drugiej, jedna opierająca się na świecie intelektualnym, niepraktyczna, ezoteryczna, druga oparta o świat materialny, praktyczna i egzoteryczna, tworzyły u Schayera zamknięty system, który w całości regulował jego zarówno publiczne, jak i prywatne życie.

Dużym odchyleniem w tym systemie był jego stan zdrowotny; pierwsze oznaki poważnej choroby płuc wystąpiły w zaraniu jego kariery życiowej. Uświadomienie tego stanu musiało w nim wywołać duży wstrząs, ale nad tym wisiało milczenie i nigdy się nie dowiedziałem, ile zmian zaszło w Schayerze od czasu, gdy zachorował. Kiedy go poznałem, choroba istniała w systemie już jako coś naturalnie z nim związanego. Była zaburzeniem fizycznym i zdawała się nie wpływać ani na tempo, ani na zakres pracy naukowej i organizatorskiej.

Ale to było oczywiście pozorne: choroby uważa się na ogół za czynniki tamujące twórczość i przeszkadzające jej rozwojowi. Nie wydaje mi się, jakoby to prawo działało wszędzie albo przynajmniej, aby obejmowało wszystkie elementy twórczości. W czasie swojej stosunkowo krótkiej działalności naukowej Schayer opublikował wiele, a jeszcze więcej zdziałał dla zorganizowania studiów orientalistycznych w Warszawie. Niewątpliwym bodźcem do tego, i to dość poważnym, była gruźlica, która zdawała się wlewać jakby na mocy biologicznego prawa wyrównania w jego ustrój duchowy ten nadmiar energii, jaki zabierała organizmowi.

Bezwzględnie krytyczny umysł Schayera oceniał sytuację, a zainteresowanie skierowane niepodzielnie na badania naukowe i organizatorskie pomagało mu tę sytuację przyjmować niemal radośnie i dawało okazję do wtłoczenia w nieproporcjonalnie krótki czas nieproporcjonalnie wiele wysiłku. O swoim zdrowiu mówił bardzo rzadko albo nigdy; dbał o nie tyle, ile powinien był dbać człowiek rozsądny i pozbawiony cienia lekkomyślności; ktoś, kto sobie życie cenił i mierzył jego lata miarą użyteczności, produktywności i naturalnego przywiązania. Znosił zabiegi, nieraz bardzo przykre i bolesne, z heroizmem człowieka normalnie cierpliwego, bez pozy cierpiętnika i bez wyższości pacjenta pogardzającego zdobyczami medycyny. Ten sam stosunek przyjął do porządku rzeczy, kiedy przyszło mu podzielić swoje życie na dwa typy istnienia: Warszawa z uniwersytetem i sanatorium. Połowę roku spędzał w Warszawie, a resztę w sanatorium na kuracji. [...]

Schayer był naukowcem typu nowoczesnego: zupełnie oddany przedmiotowi studiów, a równocześnie nieroztargniony, rzeczowy, bliski wszelkim sprawom życia codziennego, praktyczny i skrupulatny – przeciwieństwo wszystkiego, co miało posmak awanturniczości. Jeśli mu można było zarzucić pewną dozę niecierpliwości i brak tolerancji wobec poglądów i opinii innych ludzi (nigdy faktów), to można ją też było wytłumaczyć „brakiem czasu” człowieka, któremu było spieszno wytoczyć ładunek nagromadzonej energii i który właściwie miał jedno naprawdę go nurtujące zainteresowanie: pracę naukową. Reszta była koniecznością, do której trzeba było mieć stosunek człowieka inteligentnego, ale z której należało się otrząsnąć jak najszybciej.

Na tym etapie rozwoju, na jakim orientalistyka, a w szczególności indianistyka znajdowała się w Polsce w drugim i trzecim dziesiątku lat tego wieku, zdolny organizator był nie mniej pożądany, niż dobry naukowiec. Jak już wspomniałem, Schayer łączył w sobie obie kwalifikacje, a w miarę narastania potrzeb orientalistyki wzrastała proporcjonalnie jego aktywność. Ambicja, zdolności dyplomatyczne i umiejętność kompromisowego załatwiania spraw tam, gdzie „przeciąganie postulatów” musiałoby prowadzić do wyników ujemnych były głównymi elementami, które się składały na jego talent organizatorski.

Należy pamiętać, że nauka o Wschodzie była w społeczeństwie polskim otoczona wielu przesądami, spośród których pewne niewątpliwie tamowały jej rozwój, a inne, jakkolwiek ją popierały, mogły ją były łatwo sprowadzić na manowce. Z jednej strony stan ekonomiczny i polityczny Polski zdawał się uprawniać niektórych ludzi do twierdzenia – nie wchodzę w to, czy słusznie czy niesłusznie – że Polska ma wiele ważniejszych trosk, niż studia nad Indiami czy Egiptem. Ten pogląd dzieliły również niektóre departamenty Ministerstwa WRiOP i w rezultacie nie wykazywały zbyt dużego zrozumienia dla potrzeb polskiej orientalistyki. Polityka kolonialna niektórych sfer oczywiście bardziej szkodziła, niż sprzyjała jej rozwojowi.

Z drugiej strony istniał w Polsce, tak jak istnieje w wielu innych krajach Europy i w Ameryce, entuzjazm dla wszystkiego, co wschodnie, niepodzielny podziw dla mądrości Wschodu z hasłami ex Oriente lux itd. Ofiarą tego entuzjazmu padły szczególnie i przede wszystkim Indie. Przywieziona do Europy i zinterpretowana przez mętnych teozofów angielskich, francuskich i niemieckich filozofia i religia hinduizmu i buddyzmu z dużym powodzeniem wyparła lub ograniczyła do ścisłych specjalistów wszelkie poważne badania nad językami, filozofiami i religiami Indii i wprowadziła w społeczeństwo jako „mądrość Wschodu” jakiś cudaczny zlepek ze wszystkich najtańszych i najprymitywniejszych idei filozoficznych i religijnych Indii. [...]

Kiedy Schayer wszedł do grona polskich orientalistów, orientalistyka w Polsce miała dosyć dziwny charakter. Reprezentowało ją paru bardzo dobrych uczonych, byłych uczniów przeróżnych sław europejskich, głównie francuskich, niemieckich i rosyjskich. Jeśli chodzi o orientalne studia uniwersyteckie, Polska nie miała żadnej dłuższej tradycji, a przez swoich reprezentantów, głównie z XX wieku, weszła od razu in medias res orientalistyki europejskiej. Indianistyka była jednym z młodszych studiów, a i to do jakiegoś roku 1920 była nieśmiało przyczepiona do studiów językoznawczych. [...]

Warszawa była miastem pod względem orientaliów najbardziej upośledzonym. Po powrocie Schayera ze studiów w Niemczech, Gawroński habilitował go jako docenta Uniwersytetu Lwowskiego, ale Schayer pragnął stworzyć odrębną placówkę orientalistyczną w Warszawie, gdzie prócz pokątnych niemal wykładów literatury chińskiej Rychtera, orientalistyka w ogóle nie istniała. O placówkę w Warszawie trzeba było walczyć cierpliwie, ale też trzeba było mieć środki do życia. I tu wchodzi okres w życiu Schayera, o którym wiadomości moje są mętne i niepewne. Jest jakaś posada nauczycielska pod Gródkiem Jagiellońskim, może nawet w samym Gródku, małżeństwo tajone przed Gawrońskim, który Schayera w Warszawie popierał i obnosił się z dewizą, że małżeństwo jest pogrzebem wszelkiej pracy naukowej. Wreszcie posada w gimnazjum Zamoyskiego w Warszawie (propedeutyka filozofii i, zdaje się, język niemiecki) oraz widoki na przeniesienie bezpłatnej, oczywiście, docentury ze Lwowa do Warszawy. Wykłady w Instytucie Wschodnim przy ul. Miodowej przypadają na czas, kiedy już był profesorem.

Stanowczo i konsekwentnie Schayer toruje sobie drogę, a z sobą i orientalistyce warszawskiej, do właściwej i należnej pozycji. Uchodzi w gronie wykładowców Uniwersytetu Warszawskiego za jednego z jego najinteligentniejszych i najbardziej wykształconych członków i poprzez kłopoty, troski, zmagania, oficjalne i nieoficjalne rozmowy, dzięki dotacjom, stypendiom i zapomogom, a przede wszystkim dzięki własnej niezmożonej czynności staje u celu swych dążeń i zamienia pierwotne jednopokojowe pomieszczenie seminarium na duży, obejmujący sześć katedr i pięć lektoratów języków wschodnich (hindi, chiński, japoński, arabski i turecki) Instytut Orientalistyczny – największy tego typu instytut w Polsce. W tym leży ogromna zasługa Schayera, że przez połączenie w jeden instytut pokrewnych sobie, ale porozdrabnianych (lub istniejących tylko potencjalnie) przedmiotów wyrobił im stanowisko równorzędne w hierarchii innych nauk humanistycznych. Arabistyka, indologia, egiptologia czy hetytologia zawsze mają to nieszczęście, że uchodzą za specjalności luksusowe; toteż ambicją Schayera było wyrobić im należne miejsce w historii kultury i wykazać, że dzieje kultur wschodnich są nie mniej ważne, niż dzieje kultury greckiej czy rzymskiej. [...]

Jakkolwiek przed Instytutem Orientalistycznym w Warszawie istniał podobny Instytut we Lwowie [...], a w Krakowie istniały oddzielne zakłady dla filologii arabskiej i tureckiej [...], Instytut warszawski zarówno ze względu na dążenia centralistyczne władz, jak i nieprzewidziane okoliczności w Instytucie lwowskim z jednej strony [...] i z drugiej strony ze względu na wzmożoną działalność orientalistów warszawskich z Schayerem na czele, stał się szybko czołową placówką nauk orientalnych w Polsce oraz znaną i cenioną placówką naukową w Europie.

Kiedy przyjechałem do Warszawy, aby kontynuować moje studia u Schayera [...], siedzibą „Instytutu” był mały pokoik w gmachu warszawskiego Uniwersytetu. Służył równocześnie jako sala wykładowa, biblioteka, pracownia i gabinet profesorski. W 1939 roku Instytut miał swój piękny lokal przy ul. Królewskiej składający się z kilkunastu pokoi, z bogatą biblioteką, z katedrami dla filologii indyjskiej pod kierownictwem Schayera, filologii egipskiej ze Śmieszkiem, chińskiej i japońskiej z Jaworskim i Jabłońskim, tureckiej z Zajączkowskim, hetyckiej z Ranoszkiem i z wykładami archeologii wschodniej Przeworskiego. [...]

Jakkolwiek, jak mi wiadomo z wiarygodnych źródeł, Instytut Orientalistyczny wraz z całą biblioteką był jedną z pierwszych ofiar bombardowania Warszawy, jakkolwiek Schayer nie żyje, a los innych orientalistów jest mi bądź nieznany, bądź, niestety, znany, jedno jest pewne – ten Instytut, który był głównie zasługą Schayera, utwierdził w Polsce orientalistykę jako naukę na równi z innymi uprzywilejowaną i przy odbudowie uniwersytetu polskiego restytucja orientalistyki będzie równie oczywista jak restytucja innych nauk humanistycznych. W tym równouprawnieniu „socjalnej pozycji” nauk orientalistycznych leży jedna z największych zasług Schayera. [...]

W następujący zatem sposób można by zamknąć rolę i działalność Schayera na froncie wewnętrznym, organizacyjnym, polskiej orientalistyki: 1) wyrobił indianistyce i za nią orientalistyce w Polsce prawo obywatelstwa na równi z innymi naukami humanistycznymi, przez co 2) dzięki własnej pracy naukowej i pracy swoich kolegów i uczniów postawił ten dział studiów na poziomie równym poziomowi innych krajów europejskich. Innymi słowami indianistyka polska dzięki niemu weszła w środowisko naukowe Europy.

Dwa główne elementy uznał Schayer jako konieczne dla utrzymania i umocnienia tego stanowiska: wzajemny kontakt osobisty orientalistów polskich i z innych krajów na zjazdach, kongresach i na terenie towarzyskim i, po wtóre, publikacje, których technika, w założeniu i w wykonaniu prosta, wydaje się nieco skomplikowana w opisie. Chodziło o to, aby orientaliści polscy pisywali w językach obcych w czasopismach wychodzących w Polsce i za granicą i aby z drugiej strony orientaliści niepolscy pisywali w czasopismach wychodzących w Polsce. Trybuną tej wymiany na terenie Warszawy stał się „Biuletyn” z podtytułem angielskim „The Polish Bulletin of Oriental Studies” założony przez Schayera jako organ Instytutu i Sekcji Orientalistycznej Warszawskiego Towarzystwa Naukowego. [...]

Zainicjowany przez Schayera program kontaktów osobistych zapowiadał się bogato i interesująco, jeśli sądzić choćby tylko z jego części wykonanej przed wojną. I tak gościem Instytutu warszawskiego był znakomity filozof, historyk i poeta indyjski, Das Gupta; wybitny hetytolog czeski Bedřich Hrozný; hetytolog niemiecki Friedrich; historyk turecki, którego nazwiska już nie pamiętam; pierwszorzędny znawca literatury palijskiej, orientalista duński Tuxen; buddolog niemiecki i popularyzator literatury i filozofii indyjskiej Glasenapp; wreszcie sława orientalistyki europejskiej, przedmiot podziwu Schayera, buddolog francuski i twórca przełomowych teorii o kulturach austro-azjatyckich Jean Przyluski, pierwszy (na wniosek Schayera) doktor honorowy Uniwersytetu Warszawskiego za prace z dziedziny orientalistyki.

W ostatnich latach swego życia i Schayer sam zasmakował w podróżach. Był we Francji [...], potem pojechał do Włoch [...], wreszcie postanowił zwiedzić Anglię i poznać tutejsze gwiazdy indianistyki na czele z F. W. Thomasem, matadorem orientalistów europejskich, najbardziej wyróżnianym na kontynencie i jego uniwersytetach uczonym, a równocześnie najbardziej czarującym i najskromniejszym pod słońcem człowiekiem [...].

W sprawie przyjazdu Schayera do Anglii kursowała żywa między nami korespondencja. Doradzałem, potem odradzałem, aż wreszcie, w chwili najbardziej niespodziewanej, w końcu sierpnia 1939 roku znalazłem na biurku mego londyńskiego wówczas mieszkania kartkę od pp. Schayerów, że właśnie przyjechali do Londynu i oczekują nas w hotelu. Schayer, jak potem mówił, znudził się tą wieczną groźbą wojny i postanowił, nie bacząc na nic, spędzić dwa miesiące w Anglii, tak długo jak urzeczywistnienie groźby jeszcze jest dalekie i jak długo staje mu zdrowia na większe podróże. Gdy był w drodze z Polski do Anglii (zrobił okrężną podróż), los wojny jednakowoż się zadecydował i trzy dni spędzone w Londynie przeszły na przygotowaniach do powrotu do Polski.

Rozmawialiśmy o polityce, spieraliśmy się, przewidywaliśmy, obaj równie pesymistyczni i przygnębieni, ale z nierównymi szansami: Schayer postanowił wrócić do Polski i nie było siły, która by go od tego odwiodła. Nie powiem, aby nie przewidywał w głównych zarysach klęski; co prawda nie przewidywał jej tak drastycznie, jak istotnie miała miejsce, ale zawzięcie i uparcie, bez zwykłej w swoich decyzjach logiczności, trwał przy decyzji powrotu. I wrócił. Prócz nas, żony i mnie, nie spotkał się z nikim, zbyt zawiedziony, zmęczony i niecierpliwy nawet, aby prowadzić dyskusje naukowe. Dojechał do Warszawy, jak się dowiedziałem później, dnia 7 września. Niezbyt szczęśliwa data na powrót do Warszawy. [...]

Zmęczenie i zdenerwowanie źle podziałało na jego stan zdrowotny. Jakkolwiek poprawa w ogólnym stanie zdrowotnym zrobiła w ostatnich miesiącach nadspodziewanie pomyślny postęp, „przygoda angielska” była wstrząsem niepożądanym. Zwykły pobyt w sanatorium, który miał być w okresie wakacji 1939 roku skompensowany podróżą do Anglii i wypoczynkiem w Szkocji (ewentualne spotkanie z uczonym i eseistą A. B. Keithem), został wykreślony z programu.

Nie mniej niż zdrowie nadwerężony był budżet. W Londynie Schayer wspominał mi o kłopotach pieniężnych. Oszczędności zjedli byli lekarze, a podróż do Anglii została opłacona zaliczką na pensję. Wrócił do Polski z dość mizerną sumą pieniędzy, która wystarczyła chyba nie na więcej, niż na pokrycie codziennych potrzeb w okresie oblężenia Warszawy i do czasu, kiedy, po zdobyciu Warszawy, stosunki „się unormowały”.

Aresztowania jakoś uniknął i z mieszkania nie został wysiedlony; dom nie został poważniej uszkodzony. Do pracy naukowej [...] nie było fizycznych możliwości. Biblioteka Instytutu Orientalistycznego została zbombardowana i spalona, a biblioteka własna chyba sprzedana, może skonfiskowana. Była niewielka, ale dobrze dobrana. A jeśli nawet założyć, że miał do rozporządzenia materiał do pracy, to były inne momenty, natury psychicznej, które ją udaremniały. [...]

Schayer nie był wprawdzie zbyt skłonny do depresji, ale, co sobie łatwo wyobrażam, depresja u niego nastąpiła jako akt filozoficznej dedukcji, jako rezultat postanowienia. Przyczyn było wiele. Rezultat: nie warto się trudzić pracą, której zostało odjęte jej naczelne przeznaczenie. Ta z zewnątrz i z wewnątrz narzucona bezczynność na pewno odebrała mu wolę do życia, o które tak cierpliwie walczył w najgorszych okresach swojej choroby. Po wyprzedaniu się z garderoby, której było sporo, jako że zawsze chodził nieskazitelnie ubrany i miał słabość do dobrych i wykwintnych ubrań, zabrakło środków do życia. O leczeniu lub niezbędnym sanatorium nie było mowy. Udzielał lekcji języka niemieckiego po 50 groszy – 1 złoty za godzinę. [...]

Co jadł i jak sobie dawał radę między okresem ostatecznej niemocy i śmiercią, nie wiem. Pewnie żona zarabiała, pewnie pomagała rodzina i pozostali koledzy i przyjaciele; dość, że choroba wzięła górę i Schayer umarł. Śmierć nastąpiła w Otwocku dnia 30 listopada 1941 roku. Ile czasu spędził w Otwocku i kto przy nim był w ostatnich chwilach życia, nie wiem.

W chwili śmierci miał niewiele ponad 40 lat i gdyby mu dane było odżywiać się należycie i kontynuować leczenie, nie ulega wątpliwości, że mógł żyć jeszcze długo; tym bardziej, że, jak wspomniałem, gruźlica się pomyślnie zaleczała. Ale jak widać, nie tylko więzienie i obozy koncentracyjne są skutecznym narzędziem do wytępiania ludzi. Okupacja niemiecka rozporządza bardzo wieloma innymi nie mniej skutecznymi środkami.

*Tekst opublikowany pierwotnie w: Straty kultury polskiej 1939–1944. Praca zbiorowa, red. A. Ordęga i T. Terlecki, t. I, Glasgow 1945, s. 218–233. Ortografia i interpunkcja uwspółcześnione, składnia i leksyka oryginału.