Zygmunt Batowski

Urodzony 27 VII 1876 we Lwowie. Studia z historii sztuki i historii literatury polskiej na Uniwersytecie Lwowskim, doktorat (1900). Pracownik UW od 1917, habilitacja (1918), prof. nadzwyczajny (1919), zwyczajny (1934).

Jego zainteresowania naukowe obejmowały historię sztuki barokowej i klasycystycznej, muzeologię, sztukę sakralną, twórczość Rembrandta i Norblina. Inwentaryzował m.in. zbiory zabytków z kościołów jezuitów i pijarów w Warszawie oraz Muzeum Narodowego w Warszawie. Przewodniczący Związku Bibliotekarzy Polskich (1919–1920); prezes Polskiego Związku Historyków Sztuki (1920–1923); członek TNW (1922), członek PAU (1935).
Zginął tragicznie podczas powstania warszawskiego 1 IX 1944.

Norblin, Lwów 1911; Marcin Kober – malarz śląski XVI wieku, Warszawa 1927; Zbiór graficzny w Uniwersytecie Warszawskim, Warszawa 1928; Abraham van Westerwelt, malarz holenderski i jego prace w Polsce, Kraków 1932; Wizerunki Kopernika, Toruń 1933; Dzieje budowy zamku w Niepołomicach za panowania Zygmunta Augusta, Warszawa 1935; Rembrandtowskie otoczenie i Polacy, Lwów 1936; Jean Pillement na dworze Stanisława Augusta, Warszawa 1936; Malarki Stanisława Augusta, Warszawa 1949; Marcello Bacciarelli, Warszawa 1952.

S. Lorentz, Zygmunt Batowski, „Kwartalnik Historyczny” 1946, z. 3–4, s. 416–421.

WŁADYSŁAW TATARKIEWICZ

ZYGMUNT BATOWSKI*

1876–1944

 

W roku 1910 Zygmunt Batowski był urzędnikiem Biblioteki Uniwersyteckiej we Lwowie; skończył był właśnie Norblina, ale go jeszcze nie ogłosił; miał lat 34, był dokładnie „w połowie drogi swego życia”: w tym roku zaczynają się moje o nim wspomnienia. Jeszcze tylko małe grono wiedziało o tym, że zjawił się znakomity historyk sztuki. Jadąc wówczas do Lwowa, nie znałem jeszcze jego nazwiska: skierował mnie do niego dopiero Bołoz Antoniewicz, poradził, bym się z nim poznał.

Odszukałem go w Bibliotece. Mam go jeszcze przed oczami takiego, jakiego poznałem wówczas: zewnętrznie niewiele różnił się od tego, któregośmy znali później. Dając mi potem fotografię z tamtych lat, napisał na niej: Ille ego qui fuerim, nosił wtedy jeszcze krótką brodę i binokle, ale naprawdę to była ta sama harmonijnie zbudowana twarz, to samo mądre i łagodne spojrzenie. A tak samo było wewnętrznie: był człowiekiem o nadzwyczaj mało zmiennym usposobieniu.

Można się było obawiać, że nie znajdziemy wspólnego języka: on zajmował się historią sztuki, ja zaś filozofią, a tylko ubocznie sztuką; miał za sobą studia w kraju, ja za granicą; był o sporo lat starszy; pracował nad dziejami sztuki polskiej, o której wiedziałem bardzo mało. Jednakże wspólny język znalazł się: był to jego język. Ten człowiek łagodny, cichy, usuwający się na drugi plan, miał jednak w sobie coś zniewalającego; kto z nim obcował, dostosowywał się, chcąc czy nie chcąc, czy nawet nie wiedząc o tym, do jego języka, tempa, punktu widzenia. Jak to było szczególną jego zdolnością, nie przekonując i nie namawiając, namówił mnie prędko i przekonał, by zapoznać się z historią sztuki polskiej i pracować nad nią. I podczas paromiesięcznego pobytu we Lwowie w roku 1910 chodziłem nie tylko na seminaria Twardowskiego, dla których właściwie przyjechałem, ale też zacząłem chodzić do biblioteki i gabinetu rycin, po raz pierwszy zobaczyłem Rastawieckiego i „Sprawozdania Komisji Historii Sztuki”. Batowski, zajęty biblioteką, był w luźnym tylko kontakcie z uniwersytetem, z młodszym pokoleniem się nie stykał, byłem bodaj pierwszym młodszym kolegą, z którym się zbliżył, którym chciał pokierować i – pokierował. A okazał się kierownikiem idealnym: nie pouczał, nie wykładał, a tylko pokazywał, zachęcał, podsuwał tematy. Powracaliśmy do tych tematów często czy w Bibliotece Uniwersyteckiej, czy u Baworowskich, gdzie również pracował, czy w jego mieszkaniu na ulicy Św. Zofii.

Wkrótce potem – w roku 1912 – ukazał się Norblin. Pod wrażeniem książki warszawskie Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych zorganizowało wystawę prac Norblina i zwróciło się do Batowskiego o napisanie katalogu. Zgodził się i przyjechał do Warszawy: był to pierwszy, dość krótki jego tu pobyt. Nie lubił opuszczać domu, niechętnie podróżował, a ze Lwowa do Warszawy była to podróż za granicę.

W następnych latach powstała we Lwowie wśród historyków sztuki myśl napisania wspólnymi siłami historii polskiego malarstwa: stroną wydawniczą zajął się Tadeusz Pini, malarstwo średniowieczne miał opracować Władysław Podlacha, a nowożytne po Stanisława Augusta – Batowski. Obmyślił zaś, że trzecią, końcową część, wiek XIX ja napiszę. W maju 1914 roku przyjechałem do Lwowa na narady redakcyjne. Batowski mieszkał wówczas w nowym, ładnym mieszkaniu na Fredry, w pobliżu Akademickiej, uniwersytetu, biblioteki. Tam też odbywały się narady. Brał w nich udział także Tadeusz Mańkowski. Batowski lubił, by jego przyjaciele przyjaźnili się między sobą – i tak się rzeczywiście stało. Jakież to były przyjemne te tygodnie w zgranym, miłym gronie lwowskich historyków: w dzień chodziliśmy do gabinetu rycin, do zbiorów Pawlikowskich, wieczorami na Cytadelną, do tego muzeum, jakim było mieszkanie pani Heleny Dąbczańskiej, wielkiej zbieraczki dzieł sztuki.

Realizacja wspólnego projektu zaczęła się szybko, niebawem ukazały się pierwsze zeszyty z tekstem Podlachy. Ale po paru miesiącach wybuchła wojna i przerwała wydawnictwo; nie zostało potem wznowione i żaden z nas trzech nie ogłosił tego, co wówczas zamierzał. Batowski przez całe życie powracał fragmentami do swego tematu, ale już go w całości nie opracował.

Wojna nas rozdzieliła, ale potem właśnie zbliżyła. W roku 1915 powstał na nowo Uniwersytet Warszawski, w którym objąłem wykłady filozofii. Historii sztuki w pierwszych latach nie było, sprawa jej wypłynęła dopiero w roku 1917. Jako jedyny członek wydziału, mający pewne związki z historią sztuki, zostałem referentem komisji mającej obsadzić tę katedrę. Postawiłem kandydaturę Batowskiego, wniosek został przyjęty. Batowski powołanie przyjął. Przyjazd ze Lwowa do Warszawy nie był w tym momencie wojny trudny – jeszcze w ciągu roku akademickiego przyjechał objąć swe stanowisko. Jeśli mam jakąś zasługę dla historii sztuki w Polsce, to tę, że przyczyniłem się do powierzenia mu katedry warszawskiej. Nie wiadomo, jak by to było inaczej: we Lwowie Podlacha był starszy, posiadał już veniam legendi i miałby na pewno pierwszeństwo jako następca Bołoza Antoniewicza. A w usposobieniu Batowskiego nie leżało, by o cokolwiek zabiegać, tym bardziej że do pracy w bibliotece był bardzo przywiązany. [...] Już w roku 1919 wziął na siebie dodatkową pracę: kierownictwo Biblioteki Uniwersyteckiej. Podjął się jej, bo biblioteka była jednak jego żywiołem. Chodziło zaś o zadanie trudne, ale ważne: z dawnego polskiego księgozbioru, który przez pół wieku należał do rosyjskiego cesarskiego uniwersytetu, uczynić znów księgozbiór polski. Miało to być zajęcie chwilowe, jednakże spełniał je przez dziesięć lat, bezinteresownie, nie przerywając zajęć profesorskich. Aby się z nim zobaczyć, trzeba go było teraz szukać po różnych oddziałach biblioteki i nieraz zastawało nie nad książkami, a nad urzędowymi papierami.

Dopiero w roku 1929 wycofał się z kierownictwa biblioteki i całkowicie poświęcił się historii sztuki. Teraz w większym tempie powstawały jego wypisy i notaty z archiwów, książek, pism; notaty, z których obecnie tylu ludzi korzysta. Teraz o każdej prawie godzinie dnia można go było zastać w maleńkim gabinecie Zakładu Historii Sztuki. Zakłady nasze sąsiadowały ze sobą, trzeba było tylko przejść przez klatkę schodową; stało się zwyczajem, że po wykładzie wstępowałem do niego; na biurku niezawodnie leżała kartka, na której – zawsze systematyczny – zapisywał sprawy, jakie były do omówienia.

W ciągu lat trzydziestych nastąpiły zmiany w jego życiu: najpierw duża podróż do Francji, potem małżeństwo, zamieszkanie poza Uniwersytetem. Żona Zygmunta Batowskiego, pani Natalia Kodymówna, związana była z Uniwersytetem od jego pierwszego dnia jako sekretarka rektora i była popularną na terenie Uniwersytetu postacią. Jej żywe usposobienie wprowadzało do domu inne tempo; a jej częste niedomagania książkowego badacza czyniły pielęgniarzem. Pani Natalia studiowała początkowo anglistykę, którą jednakże w końcu porzuciła dla specjalności męża, aby się opiekować jego spuścizną naukową; przyczyniła się też najwięcej do jej uratowania i uporządkowania. Mieszkanie, jakie państwo Batowscy otrzymali, było w nowej Spółdzielni Profesorskiej przy ulicy Sewerynów 6. Opuściwszy tyloletni pokój sublokatorski, Zygmunt wszedł teraz w inny styl życia, nowe kłopoty, ale i nowe radości. Do radości należało umeblowanie mieszkania: miłośnik dobrej rzemieślniczej roboty, Batowski, upodobał sobie sztukę meblarską stolarza Herodka, to on wykonał sprzęty do nowego mieszkania.

Okupacja wytrąciła Batowskiego, podobnie jak innych, z normalnego trybu życia, odebrała mu warsztat pracy, zamknęła przed nim bibliotekę i archiwa. Mimo to pracował intensywnie, a nawet intensywniej niż kiedykolwiek; mając ograniczoną możliwość zbierania materiałów przystąpił do szybszego ich opracowywania. Tak działo się do chwili, kiedy w okropnych warunkach wojny siły jego się wyczerpały. Dla zarobku pracował jeszcze w magistracie, tam go widziałem po raz ostatni i mam go przed oczami wśród nagich ścian małego magistrackiego pokoju i słyszę, jak się skarży, że jest wyczerpany do ostateczności, niezdolny zebrać myśli. Zawsze był człowiekiem fizycznie słabym, który tylko przy dobrych warunkach, w spokoju, w uregulowanym życiu mógł zrobić tak wiele, jak zrobił.

Zrobił rzeczywiście wiele. Choć wielkiego dzieła jak Norblin przez ostatnie 35 lat życia nie napisał. Czy to stało się źle czy dobrze, próżno pytać. Boć za to napisał wiele prac mniejszych. Można raczej zapytać: dlaczego tak się stało? Biblioteka Uniwersytecka zabierała mu w ciągu dziesięciu lat przeważną część czasu. Wykłady odciągały go od pracy pisarskiej, a nie przychodziły mu łatwo, nie odpowiadały jego prawdziwym upodobaniom. [...] Był jeszcze inny wzgląd hamujący jego produkcję: rękopisy swe opracowywał niezmiernie skrupulatnie, komponował swe prace historyczne jak artysta obraz, każdy szczegół, każdy przypisek, który wprowadzał do tekstu, musiał mieć swe uzasadnienie i swe właściwe miejsce. A że nie pisał łatwo, że stylistyczne opracowanie rękopisu kosztowało go wiele trudu, więc było naturalne, iż lękał się i unikał prac obszernych i rozległych. A wreszcie jeszcze jedno, bodaj najważniejsze: kierunek jego pracy uległ z latami zmianie. Niegdyś monografia Norblina była jego celem, a materiały zbierał w miarę, jak do tego celu były potrzebne; potem zaś zbieranie materiałów, odszukiwanie faktów nieznanych czy zapomnianych samo stało się dlań celem; pisał takie rozprawy, do jakich materiały zebrały się najkompletniej. Może trzeba żałować, że warunki I wojny nie pozwoliły mu napisać zamierzonej historii malarstwa polskiego: wtedy był gotów ją napisać, później gotowość tę stracił, na pierwszy plan wysunęły się inne zamierzenia i potrzeby. Jednakże jest pewne, że gdyby nie wojna i przedwczesna śmierć, mielibyśmy obok Norblina przynajmniej jeszcze Bacciarellego i Le Bruna.

A wszystko to miało jeszcze głębszy podkład. Batowski był mianowicie w swych zamierzeniach i poszukiwaniach nastawiony tak społecznie jak tylko niewielu humanistów. Nie w tym znaczeniu, by uważał za dobre chodzić na posiedzenia, radzić wspólnie, tworzyć organizacje, inicjować zbiorowe wydawnictwa. Owszem, projektował ową historię malarstwa, później zainicjował znakomite wydawnictwo Warszawskiego Towarzystwa Naukowego z historii sztuki. Ale co innego było ważniejsze i dla Batowskiego typowe. Był najzupełniej wolny od osobistych ambicji, tak częstych, tak ostatecznie naturalnych u pracowników nauki. Nie powiedział nigdy: odkryłem ten fakt, poznałem się na tym artyście, zrobiłem tę syntezę. Był nastawiony całkowicie na robienie tego, co społecznie, co narodowo potrzebne, był zaś przekonany, że zbieranie, spisanie, uratowanie danych faktycznych dotyczących dawnej sztuki polskiej jest w tej chwili ważniejsze od takiego czy innego, nawet najświetniejszego, jej opracowania.

Ostrożny w słowach, rozważny w sądach, wstrzemięźliwy w wypowiadaniu opinii, był człowiekiem, który nie używał superlatywów. Tymczasem o nim trudno bez superlatywów mówić. Był najrozważniejszym z ludzi, najostrożniejszym z uczonych. W hipotezach naukowych był tak samo ostrożny, jak w poczynaniach życiowych i radach przyjacielskich. Nie brakło mu entuzjazmu, ale trzymał go na wodzy. Każdą opinię dziesięciokrotnie przemyślał, zanim dał jej wyraz. Nie forsować, nie naglić, nie spieszyć się, nie unosić się chwilowym zachwytem i chęcią; wszystko ma swój czas; każda myśl, każde postanowienie musi dojrzeć. Niejednego z jego bliskich mogło to dotknąć, że entuzjazmy, pomysły, inicjatywy przyjmował powściągliwie. Ale prędzej czy później wszyscy się przekonywali, że ma rację. Miał ją zawsze, w rzeczach dużych tak samo jak w małych. I wspominając jego postawę, pracę, poczynania, trudno się powstrzymać od sądu, że był najmądrzejszym człowiekiem, jakiego mieliśmy wśród nas.

JOANNA M. SOSNOWSKA

 

Zygmunt Batowski

Zygmunt Batowski należał do pierwszego grona profesorów Uniwersytetu Warszawskiego powołanego przez Komisję Stabilizacyjną w marcu 1919 roku. Miesiąc później został mianowany na stanowisko profesora nadzwyczajnego nowo utworzonego Zakładu Historii Sztuki Wydziału Filozoficznego. Na Uniwersytecie pracował już wcześniej, od roku akademickiego 1917/1918 na zaproszenie ówczesnego rektora prowadził seminarium i wykłady z historii sztuki. Propozycję ich podjęcia otrzymał w momencie, kiedy przebywał w Warszawie w ramach urlopu naukowego uzyskanego w Bibliotece Uniwersytetu Lwowskiego. Pracował wówczas nad inwentaryzacją gabinetu odlewów gipsowych odradzającego się po opuszczeniu miasta przez Rosjan Uniwersytetu Warszawskiego. Już ten fakt wiązał go pośrednio z uczelnią i zapewne zaważył na późniejszym, trwałym zatrudnieniu oraz na kierunku badań naukowych dotyczących w dużej mierze środowiska artystycznego stolicy. Jest to o tyle niezwykłe, że Batowski był lwowianinem i całe swe wcześniejsze życie spędził w tym mieście.

Urodził się 27 lipca 1876 roku w rodzinie jak na tamte czasy dość niekonwencjonalnej. Ojciec, Wojciech Kaczor (lub Kaczór), był chłopem, biorąc udział w powstaniu styczniowym, został ranny, schronienie i opiekę znalazł w domu Aleksandra Batowskiego, zakochał się w jego córce, Antoninie. Młodzi dostali zgodę ojca na ślub, ale podobno pod warunkiem, że dzieci będą używały podwójnego nazwiska: Kaczor-Batowski. Zapewne ta ostatnia informacja jest tylko anegdotą ubarwiającą opowieść o pięknym mezaliansie. Zachował się akt immatrykulacji Zygmunta na Uniwersytecie Lwowskim z 1891 roku wystawiony na nazwisko Kaczor. Na późniejszych zeszytach z notatkami z wykładów on sam podpisywał się Kaczór-Batowski, jednak pierwsze naukowe publikacje ogłosił już pod nazwiskiem Batowski. Jego starszy brat, Stanisław (1866–1946), zazwyczaj używał podwójnej wersji, ale już jego syn, Henryk (1907–1999), wybitny profesor historii i slawistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, był po prostu Batowski. Stanisław był malarzem batalistą, wykształconym w Krakowie, Wiedniu i Monachium. Rzecz zastanawiająca, że informacje o nim nie znalazły się w żadnym z pośmiertnych wspomnień o profesorze pisanych przez jego przyjaciół i uczniów. Na pewno w okresie przed 1939 rokiem bracia utrzymywali kontakty, o czym świadczy szczątkowo zachowana korespondencja, a także fakt, że w warszawskim mieszkaniu Zygmunta Batowskiego znajdowało się 13 olejnych obrazów malowanych przez Stanisława. Warto podkreślić, że profesor już w 1918 roku, kreśląc zadania, jakie stoją przed polską historią sztuki w odrodzonym państwie, wskazywał na konieczność opracowania historii „monachijsko-polskiej szkoły malarstwa”. Uznanie produkcji artystycznej epoki niedawno minionej za przedmiot badań naukowych było rzadkością, mogło być ono zaszczepione absolwentom lwowskiej uczelni przez Jana Bołoza Antoniewicza, twórcy tamtejszej katedry historii sztuki, który z powodzeniem łączył zainteresowania sztuką dawną i współczesną. Tę otwartą naukową postawę przekazał Batowski swoim uczniom. Najwybitniejsi spośród nich, jak Michał Walicki, Stanisław Lorentz i Juliusz Starzyński, ale nie tylko oni, zajmowali się naukowo dziełami różnych epok. Wielu innych uczniów profesora poświęciło się bez reszty badaniu sztuki XIX wieku, co różniło w sposób zasadniczy, nawet jeszcze po 1945 roku, środowisko warszawskie od krakowskiego, gdzie przeważały badania nad sztuką dawną.

Rodzina Batowskich musiała być dość zamożna. Starszy z synów mógł sobie pozwolić na wieloletnie studia artystyczne za granicą, a młodszy pracował przez kilka lat jako wolontariusz, nie pobierając żadnego wynagrodzenia. Z drugiej jednak strony nigdy nie wyjechał w celu pogłębienia studiów na którejś z zagranicznych uczelni, jak zrobił to jego szkolny i uniwersytecki kolega, znakomity historyk sztuki, Władysław Podlacha. Podobno jednak przyczyna leżała w obawach, jakie żywił Batowski w związku z podróżami w ogólności. Odbył ich zaledwie kilka, często mając za towarzysza zaprzyjaźnionego od czasów uniwersyteckich prawnika i historyka sztuki, Tadeusza Mańkowskiego. Z Podlachą uczęszczał do III Gimnazjum Męskiego im. Franciszka Józefa I we Lwowie, szkoły typu klasycznego, jednej z najlepszych w mieście. W tym czasie historii uczył tam Ludwik Kubala. Po maturze w 1894 roku Batowski rozpoczął naukę na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Lwowskiego. Był to okres, kiedy po długich latach wegetacji uczelnia wspaniale się rozwijała, kadra profesorska była już wówczas w większości polska. Należał do niej Jan Bołoz Antoniewicz, kierujący od 1893 roku nowo utworzoną katedrą historii sztuki, a także Ludwik Finkel, twórca Bibliografii historii Polski, filozofię wykładał Kazimierz Twardowski. Jeszcze w czasie studiów Batowski rozpoczął pracę w bibliotece uniwersyteckiej, ale dopiero od końca 1900 roku, już po uzyskaniu doktoratu (19 lipca 1900), został przyjęty do służby, a więc stał się płatnym pracownikiem. Przez następnych siedemnaście lat przebył wszystkie szczeble tejże służby, jednocześnie pracując intensywnie naukowo.

Przedmiotem rozprawy doktorskiej Batowskiego była twórczość Jana Piotra Norblina de la Gourdaine, malarza, rysownika i grafika pochodzenia francuskiego, działającego w Polsce na przełomie XVIII i XIX wieku. W 1911 roku Norblin ukazał się jako 13 tom znamienitej serii „Nauka i Sztuka” wydawanej we Lwowie pod redakcją Tadeusza Piniego. Była to trzecia w polskiej historii sztuki, po Grottgerze Bołoza Antoniewicza i Matejce Stanisława Tarnowskiego, monografia artysty nosząca wszelkie znamiona pracy naukowej. Niebywale staranne opracowanie publikacji, piękna szata graficzna, wysoki poziom reprodukcji współgrały z tekstem napisanym wyjątkowo klarownym językiem, nieobarczonym zarówno naukowymi zawiłościami, jak też nic niewnoszącymi ozdobnikami. Również wszystkie inne publikowane teksty Batowskiego charakteryzowała ta sama dbałość o język, jasność wywodu, dokładność w podawaniu źródeł i staranność druku. Wszystko są to prace naukowe w pełnym tego słowa znaczeniu, pozbawione zbędnej warstwy anegdotycznej i ryzykownych hipotez. Monografia Norblina właściwie do dziś nie straciła na aktualności i nie została zastąpiona nowszym, wyczerpującym opracowaniem, które przyniosłoby merytoryczne zmiany w ocenie twórczości tego znakomitego artysty. Obranie twórczości Norblina jako przedmiotu badań charakteryzuje w dużej mierze naukowe nastawienie autora, który idąc z prądem zainteresowań sztuką XVIII wieku, znajdował tematy wyjątkowe. Wagę tych wyborów dostrzega się w pełni dopiero po latach. Batowski sięgnął po twórczość artysty związanego z mecenatem arystokratycznym, z dworem księżnej Izabeli Czartoryskiej, otwierając tym samym nowe pola badawcze. Wszystkie późniejsze dokonania naukowe profesora szły niejako dwutorowo – z jednej strony były to opracowania źródłowe dotyczące przede wszystkim epoki stanisławowskiej i zbiorów Uniwersytetu Warszawskiego, z drugiej dotyczyły różnych zjawisk artystycznych o dużej wadze, które, jak podkreślał Michał Walicki, wykraczały poza polską lokalność, wiążąc rodzime środowiska z kontekstem europejskim.

Trudno wyrokować, co zaważyło na decyzji Batowskiego o zamieszkaniu w Warszawie. Na pewno jedną z pobudek musiały być plany dalszej pracy badawczej nad sztuką doby oświecenia, które mógł prowadzić przede wszystkim w oparciu o archiwa znajdujące się w stolicy i okolicach (Jabłonna). Przeczuwał też zapewne, że Lwów jest już za ciasny, pracowało tam kilku historyków sztuki wykształconych pod okiem Bołoza Antoniewicza. Nie miał żadnych obciążeń rodzinnych, był samotny i w pełni sił, liczył 41 lat. Nie była to chyba jednak decyzja do końca szczęśliwa, stał się w jakiś sposób „wykorzeniony”. Nigdy nie był człowiekiem towarzyskim, trudno więc mu było zawierać nowe znajomości, przyjaciele pozostali we Lwowie. Podejmując się prowadzenia wykładów na Uniwersytecie Warszawskim, nie miał do tego żadnego przygotowania i chyba dość szybko zaczęły mu one ciążyć. Z zachowanej korespondencji można wywnioskować, że chętnie skorzystał z okazji uwolnienia się od części zajęć dydaktycznych. Stało się tak, gdy na prośbę rektora od grudnia 1919 roku pełnił obowiązki kierownika Biblioteki Uniwersyteckiej. Robił to całkowicie bezpłatnie, jednocześnie prowadził nadal seminaria i część wykładów. Ta sytuacja trwała do 1929 roku. W tym czasie przybyły z Rosji radzieckiej rewindykowane zbiory biblioteczne z Kazaniami świętokrzyskimi na czele, a także kolekcje grafik z gabinetu Stanisława Augusta Poniatowskiego i ze zbiorów uniwersyteckich. Była to wielka operacja, szczególnie jeśli się zważy, że do pomocy miał Batowski tylko dwóch bibliotekarzy (jednym z nich był Wacław Borowy). Pracowali zarówno nad sprawami organizacyjno-technicznymi, przebudową pomieszczeń gmachu biblioteki, urządzeniem sal, jak i nad merytorycznym opracowaniem zbiorów, katalogowaniem i udostępnianiem.

Obok spraw organizacyjnych zasługą Batowskiego było pozyskiwanie do księgozbioru dzieł nowych i najnowszych. Od roku 1917 pełnił również opiekę nad Zbiorem Odlewów Gipsowych Rzeźb Starożytnych i Nowożytnych UW. Nic dziwnego, że w tym czasie powstało niewiele prac naukowych, w głównej mierze dotyczyły one zbiorów uniwersyteckich. I z tego właśnie względu Batowski odmówił w 1925 roku przyjęcia tytułu profesora zwyczajnego, który chciała mu nadać Rada Wydziału Filozoficznego. Nastąpiło to dopiero w 1934 roku. W obu przypadkach profesorem sprawozdającym był Władysław Tatarkiewicz. On to też po latach wspominał, że Batowski był całkowicie wolny od osobistych ambicji i nastawiony na pełnienie przypadających mu obowiązków. W uznaniu zasług poniesionych przy organizacji BUW-u został odznaczony w 1927 roku Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta.

Dwa lata później zaszły zmiany w życiu osobistym profesora – ożenił się z Natalią Kodym (1894–1961), z wykształcenia anglistką i historykiem sztuki. Prace prowadzone przez Batowskiego w latach 30. byłyby na pewno znaczące dla dalszego rozwoju historii sztuki, gdyby nie wojna i śmierć profesora. W czasie bombardowania Warszawy we wrześniu 1939 roku spaliło się na ulicy Sewerynów mieszkanie państwa Batowskich. Tylko część dorobku naukowego udało się wówczas ocalić, ale i on uległ dalszemu zniszczeniu w czasie powstania warszawskiego. Wtedy też, 1 września 1944 roku, zginął Zygmunt Batowski zamordowany przez oddziały ukraińskie pod murem Ogrodu Saskiego.

W okresie okupacji nadal pracował naukowo, współpracował ze swym byłym studentem, doktorantem i asystentem, Stanisławem Lorentzem, dyrektorem Muzeum Narodowego, a także prowadził tajne wykłady i seminaria. Żona profesora ocaliła resztki jego spuścizny naukowej. Zachowane materiały, dziś przechowywane w Archiwum Polskiej Akademii Nauk, zawierają teki wypisów z różnych, w wielu wypadkach już nieistniejących źródeł, i stanowią ważne źródło informacji o artystach polskich i w Polsce działających. Część przygotowywanych do druku rozpraw została opracowana przez Natalię Batowską i opublikowana. Pomagali jej w tym uczniowie profesora. Jako jedyny wykładowca historii sztuki na UW wykształcił w ciągu 22 lat pracy wielu wybitnych uczonych (habilitował 3 uczniów, 8 doktoryzował, wypromował 11 magistrów). Już w okresie międzywojennym zajmowali oni ważne stanowiska w świecie nauki i sztuki. Nazwiska najbardziej znanych zostały już przywołane, wśród pozostałych należy wymienić Jadwigę Puciata-Pawłowską, Stefana Kozakiewicza, Kazimierza Molendzińskiego, Zbigniewa Rewskiego i Jerzego Sienkiewicza.

Niestety, z perspektywy czasu wydaje się, że to pośmiertne życie naukowe Batowskiego nie wyszło na dobre jego pamięci. Prace ogłaszane po wojnie nie były w wystarczającym stopniu dopracowane, a przy tym wykorzystano je w okresie socrealizmu jako przykład tej „właściwej” działalności naukowej, na której powinno się wzorować nowe pokolenie badaczy. Ze względu na drobiazgowy, historyczny i neutralny ideologicznie, a więc otwarty na manipulacje charakter uległy zawłaszczeniu przez nowy porządek. Kolejne zmiany ustrojowe spowodowały, że Batowski przywoływany był jako jeden z „nudnych” profesorów, a przy tym bibliotekarz – określenie to stosowano jako coś dyskredytującego. A przecież powinno się go cenić choćby za wiele posunięć, których nowatorstwa często nie potrafiono we właściwym momencie dostrzec. Do prac wyprzedzających epokę należy zaliczyć badania poświęcone artystkom czasów Stanisława Augusta. Na uwagę badaczy powinny dziś, w dobie zainteresowań problematyką archiwów, zasługiwać także prace poświęcone zbiorom Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Uczony nie skupiał się jedynie na merytorycznej zawartości ksiąg i dokumentów, ale również na sposobie ich przechowywania i funkcjonowania – na ich szczególnym życiu. Ocena osiągnięć Batowskiego została zdefiniowana w okresie, kiedy nie liczyły się wartości etyczne pracy naukowej – a te były dla niego szczególnie ważne, czemu dał świadectwo swą wytężoną pracą i stosunkiem do innych.

Wybrana literatura

 

Lorentz S., Zygmunt Batowski, „Kwartalnik Historyczny” 1946, z. 3–4, s. 416–421.

Mańkowski T., Zygmunt Batowski (27 VII 1876–1 IX 1944), „Prace Komisji Historii Sztuki”, t. VIII, s. 1–4.

Słojkowska K., Materiały Zygmunta i Natalii Batowskich (1876–1944; 1894–1961) (III-2), „Biuletyn Archiwum Polskiej Akademii Nauk” 2011, nr 52.

Szczawińska E., Bibliografia prac drukowanych Zygmunta Batowskiego, „Biuletyn Bibliograficzny Biblioteki Państwowego Instytutu Sztuki” 1953, nr 2, s. 4–10.

Walicki M., Wspomnienie o Zygmuncie Batowskim, „Rozprawy Komisji Historii Kultury i Sztuki” 1949, t. I, s. 1–6.

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Wspomnienie o Zygmuncie Batowskim (1876–1944), [w:] Portrety uczonych polskich, red. A. Biernacki, Kraków 1974, s. 29–33.