Henryk Elzenberg

Urodzony 18 IX 1887 w Warszawie. Studia z zakresu literatury francuskiej i starożytnej na Uniwersytecie Paryskim (1905–1909), doktorat tamże (1909). Wykładał na Uniwersytecie w Neuchâtel (1910–1912). Habilitacja na UJ (1921) przeniesiona na UW (1923). Wykładowca Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie (1936–1939) i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (1945).

Filozof kultury i religii, historyk filozofii, eseista, krytyk literacki. Twórca systemu aksjologicznego. Przeciwnik scjentystyczno-analitycznego podejścia filozoficznego, reprezentowanego przez szkołę lwowsko-warszawską.
Jeden ze współzałożycieli Klubu Demokratycznego w Wilnie. Członek TNW (1932). Walczył jako ochotnik na frontach I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej.
Zmarł 6 IV 1967 w Warszawie.

Kłopot z istnieniem: aforyzmy w porządku czasu, Kraków 1963; Próby kontaktu. Eseje i studia krytyczne, Kraków 1966; Wartość i człowiek. Rozprawy z humanistyki i filozofii, Toruń 1966.

M. Wallis, Henryk Elzenberg (Wspomnienie pośmiertne), „Ruch Filozoficzny” 1967/1968, t. XXVI, nr 2, s. 97–108.

MIECZYSŁAW WALLIS

HENRYK ELZENBERG*

1887–1967

 

Henryk Elzenberg urodził się w Warszawie dnia 18 września 1887 roku jako syn Henryka Elzenberga i Marii z Olędzkich. Ojciec jego, z wykształcenia prawnik, należał do grupy pozytywistów warszawskich, był współpracownikiem czasopisma „Niwa”, prowadził ożywioną korespondencję z Elizą Orzeszkową, redagował w latach osiemdziesiątych „Dziennik Łódzki”. Syna swego wysłał, gdy ten miał dziewięć lat, do Szwajcarii, by rozwijał się w atmosferze jak największej wolności i miał możność bliskiego poznania kilku języków zachodnich. Henryk Elzenberg młodszy przebywał najpierw w Zurychu, potem w Genewie, następnie (1900–1902) w internacie we wsi Trogen, wysoko w górach, potem znowu w Genewie, gdzie chodził do liceum i w 1905 roku zdał maturę. [...]

W latach 1905–1909 Elzenberg studiował literaturę francuską i starożytną na wydziale humanistycznym Uniwersytetu Paryskiego. Jednocześnie słuchał wykładów filozoficznych. Bergson w Collège de France, a na Sorbonie Rauh, historycy filozofii, Brochard i Delbos, oraz socjolog Lévy-Bruhl na różny sposób „rozświetlali” mu w głowie.

W 1909 roku Elzenberg doktoryzował się na Sorbonie na podstawie pracy Le sentiment religieux chez Leconte de Lisle. W latach 1910–1912 wykładał jako docent literaturę francuską na Uniwersytecie w Neuchâtel w Szwajcarii. Punkt ciężkości jego zainteresowań przesuwa się w tym czasie już wyraźnie z literatury pięknej na filozofię. W 1912 roku osiada w Krakowie i rozpoczyna studia nad Leibnizem w związku z zamierzonym przekładem Monadologii.

W latach 1914–1915 Elzenberg był w Legionach, w tym w 1915 roku kilka miesięcy na froncie. W tymże roku jeździł w misji dyplomatycznej do Szwajcarii. W 1917 roku ukazała się w wydawnictwach Polskiej Akademii Umiejętności jego praca Podstawy metafizyki Leibniza. Od 1917 roku uczył w szkołach prywatnych w Krakowie, Zakopanem i krótko w Piotrkowie. W maju i czerwcu 1918 roku przebywał parę tygodni w Wiedniu. W drugiej połowie listopada 1918 roku został mianowany przez rząd Jędrzeja Moraczewskiego polskim chargé d’affaires w Holandii, nim jednak w ówczesnych trudnych warunkach komunikacyjnych dojechał do Hagi, rząd Moraczewskiego upadł i na jego miejsce został mianowany kto inny.

W 1921 roku Elzenberg habilitował się na Uniwersytecie Jagiellońskim z etyki, estetyki i historii filozofii na podstawie pracy Marek Aureliusz. Z historii i psychologii etyki. W 1923 roku uzyskał przeniesienie swej habilitacji na Uniwersytet Warszawski i rozszerzenie jej na całość filozofii. Docentura nie dawała podówczas żadnych korzyści materialnych i Elzenberg musiał w latach 1922–1936 zarabiać jako nauczyciel francuskiego w gimnazjum im. Marii Konopnickiej. W 1927 roku ożenił się z Wandą Radoską, kobietą inteligentną, subtelną i wykształconą. Ich usposobienia nie harmonizowały jednak ze sobą i po kilku latach rozstali się po przyjacielsku.

W 1936 roku dzięki Tadeuszowi Czeżowskiemu, który podówczas był profesorem filozofii Uniwersytetu Stefana Batorego, Elzenberg został powołany na adiunkta tej uczelni i przeniósł się do Wilna. Tutaj wykładał estetykę, etykę, historię filozofii. Był jednym ze współzałożycieli Klubu Demokratycznego w Wilnie. Po wybuchu wojny utrzymywał się z dorywczych prac zarobkowych – jakiś czas był dozorcą nocnym w stolarni – i uczył na tajnych kompletach. Wiosną 1945 roku przeniósł się do Lublina, gdzie w ciągu dwóch trymestrów wykładał literaturę francuską na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim; później (już z Torunia) dojeżdżał na wykłady romanistyki na Uniwersytet Poznański. W końcu 1945 roku został mianowany profesorem zwyczajnym filozofii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i w styczniu 1946 roku rozpoczął tam swą działalność nauczycielską, która trwała, z przerwą w latach 1950–1956, do przejścia na emeryturę w 1960 roku. Miał on to wielkie szczęście, że w czasie wojny, w Wilnie, ocalały mu jego rękopisy i mógł je wziąć ze sobą do Lublina i następnie do Torunia. W latach tych powstało szereg rozpraw z dziedziny aksjologii, estetyki i etyki, które jednak przeważnie zostały opublikowane dopiero później. Elzenberg brał w tym czasie również żywy udział w pracach Oddziału Toruńskiego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego i przez kilka lat był prezesem Pomorskiego Towarzystwa Muzycznego.

Po wojnie zdrowie myśliciela, zawsze pozostawiające wiele do życzenia, pogarszało się coraz bardziej. W kwietniu 1958 roku złamał nogę w biodrze i musiał przebywać wiele miesięcy najpierw w szpitalu w Toruniu, następnie w ośrodku rehabilitacyjnym w Konstancinie pod Warszawą. Ostatnie dwa lata swego życia spędził w Warszawie, pod troskliwą opieką swej bratowej, Heleny Wirskiej, u niej lub w szpitalu Instytutu Reumatologicznego. Tutaj też, po długiej i ciężkiej chorobie – chorobie zarazem kości i krwi – zgasł dnia 6 kwietnia 1967 roku.

Elzenberg był członkiem korespondentem Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Po wojnie został zaliczony w poczet zasłużonych. Był odznaczony Medalem Niepodległości i Krzyżem Kawalerskim Orderu Polonia Restituta.

Między siedemdziesiątym szóstym a siedemdziesiątym dziewiątym rokiem życia Elzenberg zebrał część swych pism w trzech tomach, zatytułowanych Kłopot z istnieniem (1963), Próby kontaktu (1966) oraz Wartość i człowiek (1966).

Wartość i człowiek – rozprawy z humanistyki i filozofii, to „wybór rozpraw lub ich fragmentów, czyniących zadość wymaganiom argumentacji i analizy o tyle ścisłej, o ile przy danej tematyce jest to możliwe”, omawiających zagadnienia z dziedziny teorii wartości, etyki, psychologii życia moralnego, estetyki, krytyki literackiej, nauki o artyście, filozofii kultury, metodologii humanistyki.

W tomie Próby kontaktu autor usiłuje nawiązać kontakt z szerszym kręgiem czytelników, nie tylko intelektualny, ale bardziej wszechstronny, ludzki, oraz „kontakt ze współczesnością”, zwłaszcza przez dobór omawianych pisarzy i problemów (tekst na obwolucie publikacji). Część pierwsza książki zawiera artykuły krytyczne, m.in. mistrzowskie studia o Żywych kamieniach Berenta, o Rabindranacie Tagore, o Montaigne’u, Anatolu France, Claudelu. Część druga – eseje o charakterze mniej lub bardziej filozoficznym.

Pełny tytuł tomu trzeciego brzmi: Kłopot z istnieniem – aforyzmy w porządku czasu. Tytuł ten nie daje pojęcia o przebogatej treści tej publikacji. Nie jest to bowiem tylko zbiór aforyzmów w kolejności ich powstawania; jest to dziennik intymny myśliciela na przestrzeni blisko sześćdziesięciu lat. Nie kronika jego życia zewnętrznego; nie dowiadujemy się z niego nic lub niemal nic o jego bytowaniu codziennym, o jego działalności nauczycielskiej, o jego małżeństwie lub jego podróżach. Nawet wielkie zdarzenia dziejowe, jak I i II wojna światowa, dochodzą tutaj do głosu tylko o tyle, o ile stały się pobudką refleksji moralnej lub historiozoficznej. Jest to natomiast notatnik jego najgłębszych rozmyślań i jego przeżyć najbardziej osobistych, dziennik jego pracy nad sobą i jego walki w obronie własnej osobowości. Refleksje filozoficzne, analizy przeżyć moralnych, metafizycznych i mistycznych lub „paramistycznych” i zapiski o wrażeniach wobec pięknej przyrody, dzieł sztuk plastycznych, utworów poetyckich i muzycznych przeplatają się tutaj z ustępami z przeczytanych książek, które szczególnie zafrapowały myśliciela, spotkały się z jego aprobatą lub gwałtownym sprzeciwem. Niektóre sentencje są zredagowane po niemiecku, po francusku lub po łacinie: widocznie właśnie w jednym z tych języków udało się autorowi sformułować je w sposób najbardziej dorównany. [...]

Z pozostałych ważniejszych pism Elzenberga należy wymienić: wspomniane już prace o Leconte de Lisle’u, Marku Aureliuszu i Leibnizu; studia o Berkeleyu [...]; artykuł o Shaftesburym w Słowniku Filozofów, t. I, Warszawa 1966. Dla Biblioteki Klasyków Filozofii Elzenberg przejrzał i zaopatrzył przypisami przekłady Eutydema Platona (1951) i Trzech rozpraw z filozofii społecznej Rousseau (1956). Nie zostały ukończone: esej o cesarzu Julianie (rozpoczęty około 1949 roku), studium o ekspresji estetycznej – dalszy ciąg artykułu Ekspresja estetyczna i pozaestetyczna z 1960 roku, oraz rozprawa Zależność i niezależność etyki od obrazu świata. Obie ostatnie prace były w 1963 roku „w trzech czwartych” zrobione. Dodajmy jeszcze, że w 1925 roku Elzenberg ogłosił parę wierszy w „Przeglądzie Warszawskim”. Kilkanaście innych wierszy z lat 1907–1953 – oryginalnych oraz przekładów z Leconte de Lisle’a i Carducciego – pozostało w rękopisie. [...]

Zwłaszcza w latach trzydziestych XX wieku główny wysiłek intelektualny Elzenberga szedł w kierunku zbudowania ogólnej teorii wartości. Dziełu poświęconemu tej teorii zamierzał dać tytuł Wartość i człowiek. Miało ono obejmować m.in. „takie problemy, jak przeżycie wartości, motywacja przez wartość, sens, jaki czynność wartościowania nadaje życiu ludzkiemu itp.”. Myśliciel miał już wtedy „pewien zespół poglądów dość zwartych, do pewnego stopnia nawet ujętych w system”. System ten nie został jednak doprowadzony do stanu, który by zadowalał autora, i nie był opublikowany nawet w streszczeniu. [...] Spróbujmy jednak wyłuskać [...] pewne tezy, które niewątpliwie wchodziły w skład owego systemu.

Mamy więc tutaj najpierw rozróżnienie dwóch rodzajów wartości, między którymi nie ma żadnego związku: „wartości utylitarnej” (użytkowej; „elektywnej” w terminologii Edmonda Goblota [...]; pretium Seneki) i „wartości perfekcyjnej” (doskonałości, znamienitości, szacowności; excellence w terminologii Johna Lairda [...]; dignitas Seneki). [...] Mamy dalej w jego pismach tezę o tożsamości dobra (moralnego) i piękna, wartości etycznej i wartości estetycznej (podejmuje on tutaj pewne sugestie Shaftesbury’ego, z myślicieli nowszych zaś Teodora Lippsa). Dobro i piękno są tą samą wartością, występującą w różnych zespołach, ujmowaną z różnego punktu widzenia, tak jak ten sam przedmiot jest liściem bobkowym w kuchni, a wawrzynem na czole Cezara. [...]

Na teorii wartości Elzenberg buduje teorię kultury. Przez „kulturę” rozumie on „sumę rzeczy, których stworzenie jest w zakresie możności człowieka, a które są rzeczami wartościowymi”. Rzecz wartościowa nie jest to rzecz zaspokajająca nasze potrzeby, lecz rzecz, która powinna być. Kultura jako zespół rzeczy wartościowych jest przeto czymś, co w miarę naszej ludzkiej możności powinniśmy wprowadzać w istnienie, „tworzyć”. Kultura jest „nakazem i imperatywem, celem i powołaniem człowieka, kopułą, za której filary winniśmy uważać siebie i drugich, swoje życie i swoje działanie”.

Wartości są, według Elzenberga, czymś niezależnym i od nas, i od takiego czy innego stosunku między nami a przedmiotem. Czy takie niezależne od nas wartości istnieją naprawdę? Elzenberg mniema, że argumenty przemawiające za tezą o ich istnieniu są silniejsze niż argumenty przemawiające przeciw niej. Tezy, że takich wartości nie ma, udowodnić niepodobna. W najgorszym przypadku sprawa jest wątpliwa. Owa wątpliwość wystarcza już jednak, by podjąć wysiłek tworzenia kultury. [...]

W szkicu pod tytułem Nauka i barbarzyństwo (1930) Elzenberg przeciwstawia sobie myślenie naukowe i myślenie wartościujące. W nauce twierdzeniami podstawowymi są sądy spostrzegawczo-zmysłowe albo sądy spostrzegawczo-introspekcyjne, albo wreszcie aprioryczne. W myśleniu wartościującym – sądy „intuicyjne”. [...] Wszelka kultura opiera się na wydawaniu sądów wartościujących. Uczony powstrzymuje się natomiast, według Elzenberga, od wartościowania, ponieważ może ono zniekształcić wyniki jego badań. W związku ze współczesnym jednostronnym kultem nauki zachodzi przeto niebezpieczeństwo przenikania postawy naukowej, z jej wyrzeczeniem się wartościowania, do innych dziedzin działalności ludzkiej, np. do sfery estetycznej i moralnej. Postawa ta już dokonuje spustoszeń w tych sferach, prowadzi do stępienia wrażliwości na skale i hierarchie wartości, nieraz wręcz do ślepoty na wartość. [...]

Zdawałoby się, że świat, w którym istnieją wartości niezależne od nas i w którym człowiek ma możność realizowania przedmiotów wartościowych, czyli tworzenia kultury, jest światem sensownym i że już przez samo stwierdzenie tego stanu rzeczy pesymizm zostaje przezwyciężony. Najwidoczniej jednak sam myśliciel sądził inaczej, gdyż w tym samym czasie i później dochodzi do głosu w jego esejach i w jego dzienniku skrajnie pesymistyczny pogląd na świat, na dzieje, na człowieka. Wszechświat jest zły: nie tylko dlatego, że wszystko przemija i u kresu wszelkich poczynań ludzkich jest nicość; nie tylko dlatego, że przykrość przeważa w nim nad przyjemnością, cierpienie i ból nad rozkoszą, szczęściem, błogością, lecz przede wszystkim dlatego, że tryumfuje w nim zło moralne. [...] A jednak, mimo wszystko, nawet w tym nieludzkim, bezsensownym, ponurym i groźnym świecie istnieją według myśliciela rzeczy, które mogą nadać życiu ludzkiemu piękno, godność i sens: radość poznania, praca twórcza artysty, wizja dobra. [...]

Pesymizm kosmologiczny, historiozoficzny, antropologiczny nie prowadził też u Elzenberga do rozpaczy, do załamywania rąk, do bierności. Przeciwnie: wynikał z niego dla myśliciela nakaz walki, zwłaszcza walki o wielkie sprawy ludzkie. Wszelka walka jest wprawdzie z góry przegrana w sensie eschatologicznym. Mimo to powinniśmy walczyć, albowiem na tej walce polega godność człowieka. [...]

W studium pt. Ideał zbawienia na gruncie etyki czystej, „przyczynku do psychologii życia moralnego” i do „analizy pojęć moralnych” (napisanym około 1950 roku, opublikowanym w 1960), Elzenberg opisał typ człowieka, nazwany przez niego homo ethicus. Homo ethicus to człowiek, który naczelny lub choćby tylko ważny cel swego życia widzi w urzeczywistnieniu dobra moralnego i uniknięciu zła moralnego, także i w sobie. „Dobro moralne” myśliciel pojmuje szeroko, rozumie przez nie zarówno pewną odmianę wartości dodatniej, jak „zgodność z normą, prawem czy obowiązkiem”. Odpowiednio przez „zło moralne” rozumie zarówno pewną odmianę wartości ujemnej, jak i niezgodność z normą, prawem lub obowiązkiem. [...] To, że sam myśliciel był homo ethicus; to, że problemy moralne zajmowały wiele miejsca w jego życiu; to, że jednym z rysów naczelnych jego osobowości była pasja etyczna, praca nad sobą, doskonalenie się wewnętrzne, to nie ulega wątpliwości. Żywość i sugestywność nakreślonych przez niego charakterystyk obu postaw świadczy ponadto o tym, że znał on je obie z własnego doświadczenia. [...]

W etyce Elzenberg zwalczał redukcję wszystkich ocen moralnych do ocen hedonicznych (Przeciwko hedonizmowi, 1963); usiłował wykazać niezależność powinności od jakiegokolwiek rozkazu (Powinność i rozkaz, 1937); w polemice z Tadeuszem Kotarbińskim bronił tezy, że życie samo przez się nie jest wartością, lecz staje się nią dopiero dzięki obcowaniu z pewnymi wartościami (Realizm praktyczny w etyce a naczelne wartości życia ludzkiego, 1963). W eseju Brutus, czyli przekleństwo cnoty (1962) głosił myśl, że sama „cnota”, sama racjonalnie uzasadniona moralność nie wystarcza do spełnienia czynu etycznie wartościowego: musi tu działać jeszcze pewna predylekcja irracjonalna, poparta „namiętnością”, silnym motorem uczuciowym, predylekcja, wskutek której jedną odmianę dobra przedkładamy nad inną. W jednej z prac wczesnych opisał różne postacie etyki wyrzeczenia i sposoby jej uzasadnienia (Etyka wyrzeczenia – czym jest i jak bywa uzasadniana, 1925).

Szereg doniosłych prac Elzenberg poświęcił estetyce. Podejmując sugestie Külpego, Schelera i Ingardena, usiłował wykazać, że jakości uczuciowe pejzaży, twarzy ludzkich, utworów muzycznych, dzieł architektury itp., takie np. jak „smutny” albo „wesoły”, „ponury” albo „pogodny”, spostrzegamy bezpośrednio w tych przedmiotach, nie zaś docieramy do nich drogą jakiegoś wnioskowania [...] Sprawdzenie pewnego sądu estetycznego polega na stwierdzeniu, że jest on bardziej uzasadniony od swego zaprzeczenia. Jakiś sąd estetyczny jest przy tym, podobnie jak jakiś sąd spostrzegawczy, tym lepiej uzasadniony, w im bardziej pomyślnych warunkach został wydany. Był rzecznikiem estetyki nie tylko wartościującej, ale i normatywnej. Co więcej, utrzymywał, że tylko taka estetyka warta jest uprawiania.

Stanowisko epistemologiczne Elzenberga możnaby określić jako umiarkowany irracjonalizm. Miał on poczucie niewspółmierności między intelektem, myśleniem dyskursywnym a rzeczywistością: był to u niego motyw bergsonowski. Prócz sądów spostrzegawczych i sądów apriorycznych uznawał sądy oparte na intuicji, które leżą u podstawy naszych ocen moralnych i estetycznych. Usiłował wykazać, że w dyscyplinach humanistycznych można przekazywać pewne treści za pomocą przenośni [...].

Elzenberg miał świadomość tego, że jest różny od innych ludzi i odczuwał tę odrębność jako wartość. Dążył też do najczystszego wykrystalizowania tej odrębności: w swym sposobie bycia, w swym stylu pisarskim, w swym obliczu moralnym i naukowym. Jego otoczenie przeważnie nie miało zrozumienia dla jego nonkonformizmu, usiłowało go urobić na swoją modłę. Powstawały stąd nieraz konflikty między nim a otoczeniem. [...] Częścią tej walki w obronie własnej osobowości było przeciwstawianie swych poglądów poglądom innych myślicieli. „Stan filozofowania” pojmował on bowiem jako „stan wojny” [...].

W szczególnie zasadniczej opozycji Elzenberg pozostawał do nurtów, które dominowały w filozofii polskiej okresu międzywojennego: tzw. szkoły lwowsko-warszawskiej i neopozytywizmu w stylu Koła Wiedeńskiego. Przedstawicielom szkoły lwowsko-warszawskiej zarzucał przerost dążenia do precyzji pojęć i ścisłości argumentacji, uczynienie celu z tego, co powinno być tylko środkiem; zubożenie problematyki; brak myśli o człowieku i jego losie [...]. Antypatia myśliciela do neopozytywizmu znalazła m.in. ujście w kilku ostrych epigramatach [...]. Krytyczny był również jego stosunek do przesubtelnych analiz terminów etycznych, uprawianych przez przedstawicieli zainicjowanej przez późnego Wittgensteina anglosaskiej szkoły filozoficzno-lingwistycznej, np. Charlesa L. Stevensona. Zarzucał im, że tego rodzaju analizy może wykonywać nawet ktoś, kto nie miał żadnych przeżyć moralnych [...]. Liczne zastrzeżenia budził w nim wreszcie egzystencjalizm [...]. Pewne tematy miał on jednak wspólne z egzystencjalistami: samotność [...], śmierć, brak oparcia we wszechświecie. [...]

Bogatą osobowość myśliciela kształtowały czynniki różnorodne. [...] O Elzenbergu jako „człowieku etycznym” była już mowa. Był on również człowiekiem o wielkiej wrażliwości na piękno, o wszechstronnej i głębokiej kulturze estetycznej. Jak mało kto odczuwał on uroki poezji, był wrażliwy nie tylko na treści intelektualne utworów poetyckich, ale także na ich kompozycję, obrazowanie, słownictwo, elementy muzyczne: barwę dźwięku, rytm, falowanie tempa i dynamiki. Umiał docierać poprzez dzieła literackie do osobowości ich twórców i charakteryzować je w sposób subtelny i sugestywny. [...] Mniejszą niż poezja, lecz również ważną rolę w życiu myśliciela grały malarstwo i muzyka. Z malarzy lubił zwłaszcza wenecjan pełnego renesansu – Giorgiona i Tycjana. Silne przeżycia o charakterze kontemplacyjnym zawdzięczał on wreszcie przyrodzie i przeżycia te, jak sam wyznaje, zajmowały w jego życiu jedno z miejsc naczelnych [...]. Człowiek, żyjący nade wszystko bogatym życiem wewnętrznym, zwrócony wewnątrz; dążący we wszystkich swych poczynaniach do doskonałości; potrzebujący do swej pracy intelektualnej wiele spokoju i ciszy, Elzenberg, poza kilkoma latami swego małżeństwa i ostatnimi latami spędzonymi w Warszawie, prowadził życie dość samotne.

Nie był jednak odludkiem i mizantropem. W chwilach wytchnienia lubił wytworną towarzyskość i pobudzającą intelektualnie rozmowę. Sam był czarującym interlokutorem, takim, który umie nie tylko sam mówić, ale i słuchać uważnie, wnikać z sympatią w wywody swego partnera. Jego odezwania się były zawsze zwięzłe, precyzyjne, celne, niekiedy zabarwione dyskretnym humorem lub szczyptą autoironii.

Był on również wrażliwy na urodę kobiecą i świadom tego, jakim czynnikiem inspirującym może ona być w życiu ludzkim (świadczy o tym m.in. jego wiersz Piękność kobiet). Lubił rozmawiać z ludźmi prostymi i z małymi dziećmi. Miał ciepły, serdeczny, „franciszkański” stosunek do zwierząt.

Jego zachowanie się cechował umiar i wytworna dyskrecja. Wszelka ostentacja, wszelkie narzucanie swej osoby innym było mu obce. Tak jak w swym stroju i w swym stylu pisarskim, podobnie w swym sposobie bycia unikał wszelkiej jaskrawości. Jego tryb życia był skromny, nieledwie ascetyczny.

Wreszcie i przede wszystkim był on człowiekiem o surowej dyscyplinie wewnętrznej i niepospolitym harcie charakteru. Swą ostatnią, długą i nad wyraz bolesną chorobę znosił ze spokojem stoickiego mędrca.

Można, jak piszący te słowa, nie zgadzać się z wieloma poglądami Elzenberga, ale jego uporczywy wysiłek myślowy, w szczególności jego zaciekłe wgryzanie się w problemy związane z wartością, z dobrem, z pięknem, jego dążenie do nadania sensu i godności życiu ludzkiemu, jego pasja etyczna i rzetelność intelektualna muszą budzić najwyższy szacunek. Był on nie tylko „znawcą wyżyn i głębin”, ale i sam przebywał na wyżynach i zstępował do głębi. Z tych kręgów wyniósł on niejedną myśl, która z pewnością będzie podjęta i kontynuowana przez innych.

*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Henryk Elzenberg (Wspomnienie pośmiertne), „Ruch Filozoficzny” 1967/1968, t. XXVI, nr 2, s. 97–108.