Wiktor Grzywo-Dąbrowski
Urodzony 15 VIII 1885 w Zadońsku (gubernia woroneska). Studia na Cesarskim UW, później na UJ, doktorat tamże (1911). Dalsze studia w Kazaniu. Profesor UW (1921), następnie Akademii Medycznej w Warszawie (do 1963).
Lekarz sądowy, uważany za ojca warszawskiej medycyny sądowej; liczne prace z zakresu medycyny sądowej, kryminologii, etyki lekarskiej. Inicjator powołania Polskiego Towarzystwa Kryminologicznego, założyciel i prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Sądowej i Kryminologii (1938–1939 i 1949–1956). Członek TNW (1946).
Krajowy specjalista do spraw medycyny sądowej. Dyrektor biblioteki Wydziału Lekarskiego UW. Twórca „Czasopisma Sądowo-Lekarskiego”.
Zmarł 21 XII 1968 w Warszawie.
Wskazówki do wykonywania sądowo-lekarskich oględzin zwłok, Lwów-Warszawa 1924; Zarys medycyny sądowej. Z atlasem, Lwów-Warszawa 1924; Przestępstwa w związku z zaspakajaniem popędu płciowego, Poznań 1936; Podręcznik medycyny sądowej dla studentów i lekarzy, Warszawa 1948; Medycyna sądowa dla prawników, Warszawa 1952; Badanie zwłok i miejsca gdzie były znalezione, Warszawa 1959.
E. Chróścielewski, J. Składziński, Działalność dydaktyczno-wychowawcza, naukowa i społeczna prof. dr n. med. Wiktora Grzywo-Dąbrowskiego, „Archiwum Medycyny Sądowej i Kryminologii” 1978., t. XXVIII., nr 3, s. 175–179; A. Śródka, Uczeni polscy XIX-XX stulecia, t. I, Warszawa 1994, s. 605–606.
Wiktor Grzywo-Dąbrowski był wybitnym polskim naukowcem, autorytetem w sprawach medycyny sądowej. Wniósł ogromny wkład w rozwój tej dziedziny nauki. Był nauczycielem nie tylko studentów medycyny i prawa, lecz także prowadził szkolenia dla lekarzy, prawników i pracowników policji. Całą swoją karierę naukową związał z Uniwersytetem Warszawskim. Nauczał w trudnym okresie dwudziestolecia międzywojennego, organizując Katedrę Medycyny Sądowej praktycznie od podstaw. Nie poddał się również w dramatycznych latach okupacji hitlerowskiej, kiedy to udało mu się zorganizować tajne nauczanie medycyny w Warszawie. Prowadził wtedy zajęcia dla studentów ostatniego roku i jednocześnie pisał podręcznik, który ukazał się drukiem tuż po wojnie, stając się nieocenioną pomocą dla studentów. Wreszcie odbudował zakład kompletnie zniszczony po powstaniu warszawskim i kierował nim w trudnych latach powojennych, gdzie prowadził badania i nauczanie na najwyższym poziomie naukowym, niezależne od jakiejkolwiek indoktrynacji politycznej.
Twórca warszawskiej medycyny sądowej urodził się 15 sierpnia 1885 roku w Zadońsku w guberni woroneskiej (obecnie główne miasto w obwodzie lipieckim). Jego ojciec, Kazimierz, był mierniczym, matką – Stanisława Dąbrowska. Gimnazjum klasyczne ukończył w oddalonym o 600 km Saratowie. Następnie w 1904 roku udał się na studia medyczne do Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Wędrówki te mogły być spowodowane podróżami rodziny związanymi z zawodem ojca. W Warszawie studiował jedynie przez pierwsze dwa semestry i zdecydował o wyjeździe do Krakowa. We wszechnicy krakowskiej ukształtowały się jego przyszłe zainteresowania medyczne pod okiem takich mistrzów jak Adam Bochenek, Walery Jaworski, a przede wszystkim Leon Wachholz i Jan Piltz, który zainteresował Grzywo-Dąbrowskiego młodziutką wówczas dyscypliną, jaką były choroby psychiczne. Zaciekawił go wpływ chorób umysłowych na możliwość realnej oceny czynów dokonywanych przez chorych. Miało to ogromne znaczenie dla orzecznictwa w prawie karnym. Warto przypomnieć, że pierwsze paragrafy prawa karnego dotyczące niepoczytalności były autorstwa Jana Piltza, wybitnego krakowskiego neurologa.
Po uzyskaniu tytułu doktora wszech nauk lekarskich UJ w 1911 roku, młody medyk udał się do Kazania, gdzie dokształcał się w pasjonującej go dziedzinie medycyny sądowej. W rok potem zaproponowano mu pracę w szpitalu dla psychicznie chorych w Kochanówku pod Łodzią, gdzie objął posadę ordynatora, a także prosektora tego szpitala. To szczególne połączenie psychiatrii i anatomii patologicznej zaowocuje potem ciekawymi pracami z zakresu chorób umysłowych w medycynie sądowej. Zagadnienia związane z tym tematem interesowały Grzywo-Dąbrowskiego w ciągu całej jego późniejszej działalności naukowej, pomimo tego, iż jego dalsza droga naukowa dotyczyła medycyny sądowej, nie psychiatrii. Przez pewien jeszcze czas, pracując już jako prosektor miejski w Łodzi, zmuszony był do prowadzenia szpitala dla chorych na dur brzuszny i osutkowy. Zapewne trudno było przeżyć lekarzowi z pensji prosektora, stąd te dodatkowe etaty lekarskie.
W 1918 roku Grzywo-Dąbrowski wyjechał do Warszawy, mając nadzieję na pracę w zakładzie medycyny sądowej na nowo powstającym Uniwersytecie. Uczelnię udało się reaktywować zaraz po wyparciu Rosjan z Warszawy, jeszcze w trakcie faktycznych działań wojennych. Na początku otworzono katedry konieczne do nauki medycyny na pierwszych latach studiów, dopiero potem, wraz ze stabilizacją sytuacji politycznej i dopływem nowych funduszy, otwierano kolejno inne katedry. Wydaje się niewiarygodne, że wydział lekarski, zbudowany praktycznie od podstaw, działał tak prężnie w tamtych burzliwych czasach, z króciutką semestralną przerwą w czasie wojny bolszewickiej.
Grzywo-Dąbrowski pracował całe dwa lata na stanowisku prosektora szpitalnego w Szpitalu Dzieciątka Jezus, który stanowił zaplecze kliniczne Uniwersytetu, by na szczęście dla przyszłych pokoleń medyków objąć Katedrę Medycyny Sądowej w 1920 roku. W tym samym roku jako żołnierz wziął czynny udział we wspomnianej wojnie. Natychmiast po zakończeniu walk zabrał się za organizację, a właściwie budowę swojego zakładu, w którym prowadził od początku aktywną działalność naukową. Można powiedzieć, że był bardzo zapracowany. I tak już potem zostało przez resztę jego życia. Był człowiekiem wytyczającym sobie wiele celów naraz, niezałamującym się przeciwnościami losu, które dla wielu mogły być równe katastrofom. Wierzył zawsze i w każdych warunkach w Polskę wolną i niepodległą, dlatego za każdym razem znajdował w sobie i w innych siłę dla odbudowania zakładu po kolejnych tragediach narodowych. Prawie całe swoje życie był związany z Warszawą, gdzie wykształcił całe rzesze studentów specjalistów medycyny sądowej.
Warunki, jakie zastał w 1920 roku, można określić mianem „nie do pozazdroszczenia”. Dawne sale prosektoryjne zostały przekazane zakładom anatomii, histologii i embriologii, stały się więc niezbędne dla podstawowego kształcenia studentów medycyny lat młodszych. Grzywo-Dąbrowskiemu zaproponowano czteropokojowy mały budynek zwierzętarni. Warunki tam panujące musiały być straszne, zważywszy na brak chłodni w pomieszczeniu przeznaczonym do przechowywania zwłok i całkowity brak wentylacji w sali sekcyjnej. W dzisiejszych czasach, gdy wymagania sanepidu zmuszają uczelnie do budowania nowoczesnych pomieszczeń, niejednemu studentowi, częściej studentce, zdarzy się nie wytrzymać widoku i zapachu ciała rozkładającego się czasem od wielu dni. Profesor musiał być obdarzony zaprawdę niezłomnym charakterem i zapałem do pracy, musiał też umieć przekazać ten zapał swoim asystentom.
W takich warunkach zakład przetrwał do 1929 roku, kiedy to przeniósł się do nowoczesnego budynku przy ul. Wojciecha Oczki 1. Nowy budynek Zakładu Medycyny Sądowej był dziełem życia profesora. W jego wspomnieniach czytamy: „W spuściźnie po Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim nie otrzymaliśmy Zakładu Medycyny Sądowej; dawny zakład tego uniwersytetu, który zajmował kilka pokojów w tzw. Anatomicum przy ulicy Chałubińskiego 5, został rozparcelowany przez wcześniej powstałe Zakłady Anatomii Prawidłowej i Chirurgii Operacyjnej. Z inwentarza tego zakładu pozostało parę starych szaf, kilka roczników starych czasopism, trochę starych książek i kilkadziesiąt słojów z popsutymi preparatami anatomicznymi. Obecny Zakład Medycyny Sądowej zaczęto budować w r. 1921 na miejscu starych koszar rosyjskich; budowa trwała około 10 lat, gdyż z powodu trudności budżetowych przydzielane kredyty były niewystarczające”1. Był to jeden z najnowocześniejszych budynków medycyny sądowej w Europie. Oczywiście znajdowała się tu sala wykładowa ze stołem do demonstracji, obszerne sale prosektoryjne, chłodnia, z której zwłoki dostarczano na sekcję specjalną windą, sale do ćwiczeń dla studentów – wszystko dobrze wentylowane, jasne, czyste, z dostępem bieżącej ciepłej wody. W budynku mieściły się również nowoczesne pracownie toksykologiczna i serologiczna oraz wiele innych pomieszczeń medycznych, socjalnych, biurowych oraz pokój kierownika Katedry i biblioteka. Profesor był bibliofilem, gromadził w bibliotece ciekawe książki, stworzył też muzeum sądowych dowodów rzeczowych. Wszystko to miało służyć celom dydaktycznym, a zdać egzamin u profesora było bardzo ciężko. Warto wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy: profesor gromadził zdjęcia ciekawych przypadków kazuistycznych i wkrótce zakład mógł się poszczycić niespotykanym zbiorem wyjątkowych fotografii, stanowiących uzupełnienie do wykładów. Zdjęcia wykonywano w pracowni fotograficznej, która staraniem profesora również mieściła się w Zakładzie.
W okresie międzywojennym głównym zainteresowaniem naukowym profesora były samobójstwa. Przeprowadził badania statystyczne nad tym zjawiskiem oraz wyjaśnił kwestię rodzajów samobójstw pod kątem ich zróżnicowania, stwierdzenia zaistnienia i znaczenia społecznego. W 1924 roku wydał dwie książki o charakterze pomocy naukowych: Wskazówki do wykonywania sądowo-lekarskich oględzin zwłok i Zarys medycyny sądowej. Z atlasem. Profesorowi zależało również na integracji środowiska i uaktualnianiu wiedzy medyków sądowych. Z jego inicjatywy rozpoczęto wydawanie „Czasopisma Sądowo-Lekarskiego” oraz założono Polskie Towarzystwo Kryminologiczne i Polskie Towarzystwo Medycyny Sądowej i Kryminologii.
Działalność profesora przerwała II wojna światowa. W czasie okupacji w Zakładzie Medycyny Sądowej przeprowadzano sekcje w bardzo ograniczonym zakresie, a lekarze w nim zatrudnieni otrzymywali symboliczne pensje. Władzom niemieckim zależało na znajdującej się tu chłodni, nie na pracy naukowej. Pomimo wszystko prowadzono tutaj tajne nauczanie medycyny. Znów wracamy do wspomnień profesora Grzywo-Dąbrowskiego: „W naszym zakładzie nie można było tajnie nauczać medycyny sadowej tak, jak to robiono w klinikach, gdzie pod płaszczykiem prac pielęgniarskich przyjmowano studentki i studentów na praktykę i w ten sposób umożliwiano im przerobienie brakujących klinik. Nasz zakład znajdował się w zupełnie innych warunkach. Codziennie przywożono do nas sporo zwłok osób, które ginęły podczas wypadków na ulicach, wskutek częstej strzelaniny oraz zabitych podczas zamachów itp. Zwłok jednak z egzekucji do zakładu nie przywożono. Do Zakładu przychodzili bardzo często gestapowcy, policja rozmaitego rodzaju itp. Nie można było zatem gromadzić w nim młodzieży bez odpowiedniego upozorowania wobec Niemców jej legalnego pobytu. Naraziłoby to uczących się i personel na represje i aresztowania. Należało jednak coś zrobić, aby pomóc młodzieży medycznej, która w tajnym uniwersytecie już przerobiła wszystkie kliniki, a do ukończenia Wydziału Lekarskiego pozostało jej tylko przesłuchać wykłady i przerobić ćwiczenia z medycyny sądowej. Zadanie nie było łatwe, gdyż zorganizowanie wykładów i zajęć praktycznych dla kilkunastu studentek i studentów niemal na oczach gestapo i policjantów, którzy bez pytania i żadnej ceremonii nieraz wchodzili na sale sekcyjne i do pracowni, było krokiem bardzo niebezpiecznym”2. Profesorowi udało się zorganizować oficjalne kursy zawodowe dla oglądaczy zwłok i pomocników prosektorów, które prowadzono już przed wojną. Konferując z niemieckimi władzami, Grzywo-Dąbrowski uprzedził, że prawdopodobnie słuchaczami będą medycy, gdyż inni kandydaci nie mają odpowiedniego przygotowania. „Kurs trwał miesiąc, przyjmowałem każdorazowo nie więcej niż 15 osób, wyłącznie studentów medycyny, którzy przedstawili zaświadczenie z tajnego uniwersytetu, że przesłuchali rok IV. Do wybuchu powstania udało się urządzić 4 takie kursy. Umożliwiło to z górą 50 osobom otrzymanie dyplomu lekarskiego”.
25 sierpnia 1944 roku Niemcy przewieźli cały personel Zakładu do Szpitala Psychiatrycznego w Tworkach, skąd udało się im zbiec już następnego dnia. Grzywo-Dąbrowski z żoną i szwagierką udali się do rodziny w Brwinowie. Gdy w styczniu 1945 roku Niemcy opuścili Warszawę i jej okolice na lewym brzegu Wisły, profesor natychmiast wrócił do stolicy, aby wziąć udział w organizowaniu Wydziału Lekarskiego na Uniwersytecie Warszawskim. „Postanowiłem dostać się na Pragę i ustalić jak rzeczy stoją. Częściowo pieszo, częściowo na sankach (innej komunikacji nie było) przeprawiłem się przez Wisłę po lodzie. Poszedłem do szpitala przy ul. Boremlowskiej, gdzie jak się okazało mieścił się Wydział Lekarski. Byłem bardzo gościnnie przyjęty przez ówczesnego dziekana prof. Butkiewicza i zgłosiłem na jego ręce gotowość do powrotu do dawnej pracy jako profesor medycyny sądowej”3. Wykłady rozpoczął w kwietniu 1945 roku. Wobec kiepskich warunków studenci nie odbywali ćwiczeń, a sekcje odbywały się od czasu do czasu w prosektorium Wydziału Weterynaryjnego na Pradze. „Od maja 1945 roku wykonywałem sekcje i egzaminowałem w sali sekcyjnej spalonego Zakładu Medycyny Sądowej przy ul. Oczki nr 1. Sala ta w tym czasie nie posiadała ani szyb, ani ram okiennych; dach w wielu miejscach przeciekał; z sufitu lało, wobec tego trzeba było wędrować po sali podczas pisania protokołu, szukając suchego miejsca. Stan taki trwał około 4 miesiące. Praca na odcinku wykonywania sekcji zwłok, lecz tylko na tym odcinku, stała się możliwa, natomiast w spalonym zakładzie nie było żadnej możliwości urządzić pracowni do badań mikroskopowych lub chemicznych, nie było również sali wykładowej. Wykłady odbywały się wobec tego w sali Kliniki Dermatologicznej, do której trzeba było ulicą przenosić tablice i preparaty anatomiczne”4.
Zakład odbudował w dwa lata. W maju 1947 roku odbyło się uroczyste jego otwarcie. Jednocześnie profesor postanowił odtworzyć bibliotekę Wydziału Lekarskiego UW. Pełniąc funkcję dyrektora tej biblioteki, umieścił ją czasowo w swoim nowym Zakładzie Medycyny Sądowej, gdzie udostępnił pomieszczenia dla jej potrzeb. Tuż po wojnie profesor wydał podręcznik dla studentów medycyny i drugi dla studentów prawa, nad którymi pracował w czasie okupacji. Pewną ciekawostkę stanowi fakt, że jedno ze zdjęć umieszczonych przez niego w podręczniku do medycyny sądowej z 1948 roku stało się później przedmiotem dyskusji historyków. Zdjęcie to przedstawia zabójstwo dokonane w 1928 roku przez psychicznie chorą cygańską matkę, która powiesiła czwórkę swoich dzieci na gałęzi drzewa po to, aby ustrzec je przed biedą i niechybną śmiercią głodową. Było ono ilustracją jednostki chorobowej określanej jako psychoza szałowo-potępieńcza i zostało pierwotnie opublikowane w artykule Witolda Łuniewskiego, którego pacjentką w Tworkach była nieszczęsna Cyganka. Grzywo-Dąbrowski, pisząc swój podręcznik, starał się uwzględnić polskie piśmiennictwo, sięgnął więc do prac kazuistycznych opublikowanych w „Roczniku Psychiatrycznym” z 1928 roku. Ciekawe jest, że ta właśnie fotografia w powszechnym mniemaniu przedstawia polskie ofiary zbrodni UPA. Stała się ona pierwowzorem dla projektu pomnika ofiar ludobójstwa OUN-UPA. Na szczęście zauważono tę fatalną pomyłkę i projekt został zmieniony.
Działalność naukowa i dydaktyczna w Zakładzie powróciła do dawnej przedwojennej świetności. W latach powojennych profesor opublikował między innymi prace na temat aborcji w Polsce, odpowiedzialności karnej lekarza w związku z wykonywaniem pracy zawodowej i opracował polską bibliografię psychiatryczną i neurologiczną za lata 1945–1950. W sumie Grzywo-Dąbrowski opublikował 150 prac i napisał pięć podręczników. Został krajowym specjalistą do spraw medycyny sądowej. Profesor był dość szorstki w obyciu, wymagający i formalistyczny. Jego egzaminy były piekielnie trudne (szczęśliwy to student, któremu udało się uniknąć pytania przez profesora). Był bardzo rygorystycznym egzaminatorem. Odpytywał medyków z paragrafów prawa karnego i bezwzględnie odsyłał tych, którzy nie pomyśleli, że może to wchodzić w zakres medycyny sądowej. Z drugiej strony nikt nie mógł mu zarzucić niedbalstwa w wykładaniu przedmiotu i przygotowaniu studenta do przyszłego zawodu. Profesor cieszył się ogromnym szacunkiem uczniów i asystentów. Po odejściu na emeryturę w 1963 roku nie był jednak mile widziany przez swojego następcę docenta Władysława Widego. Odsunął on profesora od kontaktu z Zakładem i zniszczył całą spuściznę po swoim wielkim poprzedniku, czyli dydaktyczne zaplecze w postaci tablic, fotografii, preparatów anatomicznych i muzealnych, które Grzywo-Dąbrowski zgromadził jeszcze raz z wielkim trudem po wojnie.
Profesor w ostatnich latach życia opiekował się swoją ciężko chorą żoną. Zmarł po jej śmierci, w pięć lat po przejściu na emeryturę. Obecnie jest powszechnie uznawany za „ojca warszawskiej medycyny sądowej”. Krzywda wyrządzona temu niezwykłemu człowiekowi pod koniec życia przez jego następcę musiała być bardzo bolesna. Szczególnie dla kogoś, kto żegnał kolejne lata studentów na ostatnim wykładzie słowami: „Pamiętajcie, że jesteście moimi uczniami, czuję się za was odpowiedzialny, każdy z was w razie potrzeby może liczyć na moją pomoc”.