Marceli Handelsman
Urodzony 8 VII 1882 w Warszawie. Studia prawnicze na UW i historyczne m.in. na Uniwersytecie Berlińskim, w École Nationale des Chartes i Collège de France w Paryżu (1905–1915); doktorat na uniwersytecie w Zurychu (1908); pracownik UW od 1915, prof. zwyczajny (1919).
Historyk. Jego zainteresowania naukowe sięgały od średniowiecza aż po XIX wiek. Badacz europejskiego średniowiecza i epoki napoleońskiej. Członek PAU (1920) i TNW (1908), współzałożyciel Międzynarodowego Komitetu Historycznego (1933), członek francuskiej Akademii Nauk Moralnych i Politycznych, współtwórca Instytutu Historycznego przy Wydziale Humanistycznym UW (1930–1931).
Redaktor „Przeglądu Historycznego” (1918–1939).
Zginął tragicznie przypuszczalnie w obozie koncentracyjnym Mittelbau-Dora koło Nordhausen około 20 III 1945.
Z metodyki badań feodalizmu, Warszawa 1917; Zjednoczenie Włoch, Warszawa 1921; Francja-Polska 1795–1845: studia nad dziejami myśli politycznej, Warszawa 1926; Adam Czartoryski, t. I-III, Warszawa 1948–1951; Średniowiecze polskie i powszechne. Wybór pism, Warszawa 1966; Rozwój narodowości nowoczesnej, 3 t., Warszawa 1923–1926.
Handelsman M. [w:] PSB, t. IX, Wrocław 1961, s. 268–271.
Pisać dzisiaj o Marcelim Handelsmanie jest zarazem łatwo i trudno. Znamy główne daty jego życiorysu, rozporządzamy kilku rozprawami poświęconymi jego działalności badawczej, dydaktycznej i organizacyjno-naukowej. Paru uczniów nazajutrz po wojnie poświęciło mu okolicznościowe wspominki. W Archiwum PAN spoczywa, uporządkowana już od ćwierćwiecza, rękopiśmienna spuścizna Handelsmana. Wszystko zdaje się zachęcać do opracowania obszerniejszej jego biografii.
Zarazem jednak studium o Handelsmanie-uczonym nie należy do prostych zadań. Dość przypomnieć, że zajmował się on historią większości państw europejskich na przestrzeni czasu od Merowingów po wiek XIX; historią Polski od XII wieku po I wojnę światową. Któryż historyk fachowiec zdoła dziś miarodajnie ocenić jego poglądy na tyle różnych epok i problemów? Drukowany dorobek Handelsmana też nie odtwarza całości jego zainteresowań. Nie jest to dorobek tak bardzo znów obfity, wedle dzisiejszych standardów; obejmuje około 300 pozycji za lat z górą trzydzieści, w tym wiele dublujących się przedruków, przekładów na języki obce, kolejnych wersji tego samego opracowania. Wśród kilkunastu monografii, jakie ogłosił za życia, jedyna obszerniejsza to Rezydenci napoleońscy w Warszawie (1915). Monumentalny Adam Czartoryski (w trzech, a właściwie w czterech tomach) ukazał się dopiero pośmiertnie (1948–1950). Stwierdzenie to może zadziwiać, zważywszy że Handelsman należał do najaktywniejszych, najbardziej znanych przedstawicieli historiografii polskiej lat międzywojennych. Rzecz jednak w tym, że bardzo znaczna część jego naukowego dorobku nie trafiała do druku wcale lub trafiała z dużym opóźnieniem. Myślę o wykładach uniwersyteckich i w większym jeszcze stopniu o podsumowaniach posiedzeń seminaryjnych. Materiał do działalności tej istnieje, lecz nie bardzo kompletny i trudny do rozszyfrowania; nie dało się go też wykorzystać w niniejszym szkicowym zarysie.
Urodził się Marceli Handelsman 8 lipca 1882 roku w Warszawie jako syn Juliana, doktora medycyny i Eleonory z Kaisersteinów. Pochodził ze spolszczonej rodziny żydowskiej. Ukończył ze złotym medalem rosyjskie gimnazjum w Warszawie i tamże uczęszczał na prawo. Lata 1905–1912 spędził na zachodzie Europy. Po powrocie do Warszawy podjął wykłady z historii powszechnej w Towarzystwie Kursów Naukowych, ówczesnej namiastce wyższej uczelni polskiej. Po spolszczeniu Uniwersytetu Warszawskiego w 1915 roku objął w nim też katedrę historii nowożytnej. W latach 1927–1934 (z przerwami) piastował godność dziekana wydziału humanistycznego. Był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i członkiem wielu towarzystw naukowych zagranicznych. Jako redaktor „Przeglądu Politycznego” uchodzić mógł za doradcę w sprawach naukowych ministra spraw zagranicznych Zaleskiego. Stosunki jego z MSZ ustały za ministerstwa Becka. W ostatnich latach przed wojną Handelsman włącza się w nurt walki z faszyzacją życia polskiego, należy do założycieli Klubu Demokratycznego w Warszawie.
Osobiście zagrożony przez hitlerowskiego okupanta, odrzuca jednak oferowaną mu możliwość bezpiecznego wyjazdu za granicę. Miał się wówczas wyrazić: „Czuję się tak bardzo związany wspólnym losem Polaków w kraju, że przyjmuję go w pełni, cokolwiek przyniesie z sobą”.
Odtąd ukrywa się; jednakże pracuje nadal naukowo, uczestniczy w tajnym nauczaniu, współpracuje także z Biurem Informacji i Propagandy (BIP) Komendy Głównej AK. W połowie lipca 1944 został aresztowany przez gestapo na skutek denuncjacji inspirowanej przez faszyzujące elementy polskiego pochodzenia. Znalazł się w obozie koncentracyjnym Gross-Rosen, skąd ewakuowany do obozu w Nordhausen zmarł w przededniu wyzwolenia, około 20 marca 1945 roku. [...]
Trzymając się spraw naukowych i dydaktycznych, skupimy się na problematyce historii najnowszej, która stała się główną domeną jego zainteresowań i areną jego osiągnięć.
Obrał sobie tę dziedzinę dość późno, około 1908 roku, za drugim pobytem w Paryżu. Liczył wówczas lat 26 i miał za sobą dyplom kandydata prawa Uniwersytetu Warszawskiego (1904), parę lat studiów historyczno-socjologicznych w Berlinie oraz doktorat filozofii zrobiony w Zurychu (1908). Odbył także krótki staż polityczny w końcu roku 1905, kiedy to wybrał się „na rewolucję” z Berlina do Warszawy. Starsi przyjaciele wyperswadowali mu to zaangażowanie się i wyprawili z powrotem za granicę. Stał wówczas Handelsman najbliżej PPS i zasilał organy jej artykułami, głównie o kwestii chłopskiej. Dla Koła Młodych Prawników w Krakowie opracował (1905) broszurę pt. Trzy konstytucje (1791, 1807, 1819) – tekst z popularnym wprowadzeniem, rzecz ogromnie na czasie, skoro zwołanie Konstytuanty dla Królestwa zdawało się podówczas w zasięgu możliwości.
Tymczasem jednak rewolucja upadła, a Handelsman, cokolwiek skompromitowany, materialnie zaś niezależny, przeznaczył pobyt w Paryżu na studia archiwalne. Mógł już wtedy legitymować się wydaną w Warszawie Historią polskiego prawa karnego (tom I – 1908, tom II – 1909), nagrodzoną przez Kasę im. Mianowskiego. Było to pokłosie studiów jeszcze uniwersyteckich, pod formalnym kierunkiem Rosjanina prof. F. Zigla, a przy rzeczywistej inspiracji Ernesta Swieżawskiego. Tę inicjację mediewistyczną i historyczno-prawną Handelsman do końca życia sobie chwalił: „Warunkiem powodzenia seminarium nowożytnego – mawiał – jest poprzednie przejście przez seminarium lub przynajmniej proseminarium średniowieczne, które uczy ścisłości interpretacji”. Lecz właściwe sobie pole pracy dostrzegał w bliższej czasowo epoce: mniej jeszcze przebadanej i z wielu względów bardziej aktualnej.
Rozprawka pt. Zamach stanu Augusta II, ogłoszona w roku 1906, oparta była głównie na rękopisach krakowskich, ale później uzupełniona archiwaliami paryskimi. Temat zdawał się wskazywać na przejściowe zainteresowanie Handelsmana wiekiem XVIII. Najpóźniej jednak w roku 1908 nastawił się autor na czasy napoleońskie, a ściślej mówiąc: na stosunek Napoleona do sprawy polskiej. Wybór tematu nie dziwi, w klimacie rocznicowych obchodów I Cesarstwa, pośród odżywania polskich nadziei niepodległościowych. A jednak była jakaś doza zuchwałości w tym posunięciu młodego outsidera, niezwiązanego z żadną instytucją czy katedrą, który wdzierał się na obszar „chasse gardée” Szymona Askenazego. Askenazy starszy był od Handelsmana o lat piętnaście. Program zespołowych badań nad historią Polski na tle europejskim w latach 1795–1830 przedstawił na krakowskim zjeździe historyków (1900), gdy Handelsman dopiero zdawał maturę. [...] Wkraczał więc młody adept historii nowożytnej na pole dość zatłoczone i miał ponosić tego konsekwencje. Już pierwszą jego broszurę o Trzech konstytucjach schlastał Askenazy w „Kwartalniku Historycznym” (1908), nie wymieniając co prawda nazwiska autora. I później nie odmawiał sobie satysfakcji, aby skwitować każdą kolejną pozycję Handelsmana pogardliwą, złośliwą uwagą, ukrytą w gąszczu przypisów własnej książki, lecz łatwą do podpatrzenia w fachowym środowisku. Zdaniem Józefa Dutkiewicza „animozja ta miała polityczny charakter. Askenazy musiał uważać autora Historii strajków w Polsce za czerwonego. Widział też w nim niewątpliwie konkurenta, który badając te same czasy zdradzał już wówczas inne zainteresowania, zainteresowania nie ludźmi, a ideami, co musiało drażnić Askenazego”. Czy nie najbardziej jednak ubodło Askenazego to, że jakiś nowicjusz ogłosił jedną po drugiej dwie książeczki, francuską i polską, pod tym samym tytułem: Napoleon i Polska? Wówczas gdy Askenazy podejmował pracę nad tym samym właśnie tematem, w którym chciał widzieć dzieło swego życia?
Ograniczony do bazy źródłowej przeważnie francuskiej, Handelsman rezygnował z kreślenia szerokiego tła europejskiego. Skupiał się na stosunku I Cesarstwa do Polski i Polaków, na zachowaniu się Polaków wobec Napoleona, w ściśle zakreślonych ramach: 1806–1813. Pracował intensywnie, w ciągu lat sześciu ogłosił cztery monografie: Napoléon et la Pologne (1909), Warszawa w latach 1806–1807 (1911), Napoleon a Polska (1914), Rezydenci napoleońscy w Warszawie (1915); nadto dwie duże rozprawy: Z dziejów Księstwa Warszawskiego. Geneza Księstwa i jego statutu (1911) oraz Bignon a Polska (1913). I jeszcze (nie licząc przyczynków) dwutomowe wydawnictwo źródeł: Instrukcje i depesze rezydentów francuskich w Warszawie (1914), wydane nakładem Akademii Umiejętności. Nawiasem mówiąc, każda prawie publikacja Handelsmana była zarazem wydawnictwem źródeł, do każdej książki czy też artykułu dołączał aneks z serią dokumentów, niekiedy nawet luźno związanych z tematem, lecz z reguły dotąd nieznanych, niekiedy sensacyjnych. Zdarzało się, że te aneksy dorównywały objętością wykładowi. Do praktyki tej Handelsman zachęcał też swoich uczniów, zawsze zaś kładł nacisk na to, aby szczerze i całkowicie odsłaniać czytelnikowi własny warsztat naukowy – na odwrót, niż to czynił Askenazy.
Wyliczone wyżej publikacje o czasach napoleońskich miały wspólną bazę źródłową i z grubsza wspólną tematykę; ich wątki się przeplatały. Były to jednak pozycje niezależne, nie powielenia jednego tematu. Stosunek Napoleona do Polski oddawał autor z chłodnym obiektywizmem: dostrzegał w nim elastyczny pragmatyzm, wciąż dostosowywany do zmiennych okoliczności. Nie sama jednak wola cesarza decydowała: rozbieżne były w stosunku do Polski nastroje jego doradców, rozbieżne informacje otrzymywane z Warszawy. Po stronie polskiej studia, a zwłaszcza aneksy Handelsmana, odsłaniają gorszące ubieganie się o łaski Cezara większych i pomniejszych polityków polskich różnych odcieni. Ale nie to jest ważne, zdaniem autora, w dziejach napoleońskiej epoki. Ważne było wskrzeszenie, nie tyle nawet przez, co dzięki Napoleonowi, nowożytnego organizmu państwowego w Polsce, nowej armii, nowej administracji, otwarcie wrót ku przekształceniu społeczeństwa. [...]
W niepodległej Polsce praca Handelsmana skupiła się przede wszystkim na Uniwersytecie. W ramach „wolnego studium” na ówczesnym wydziale filozoficznym miał stale dużo wykładów, wyłącznie monograficznych, głównie z historii powszechnej, dobierając coraz to inne tematy – od wczesnego średniowiecza po wiek XIX. „Wykłady jego – wspomina Janusz Woliński – bardzo rzeczowe, przejrzyste, niezwykle sumienne, dawały mnóstwo konkretnego materiału, lecz nie pociągały barwnością ujęcia, pięknością formy, bezpośredniością przeżycia. Imponowały oględnością sformułowań, jasnością swoją wprowadzały doskonale w najzawilsze problemy naukowe, nie zespalały jednak ściślej słuchaczy z wykładowcą. Właściwy talent pedagogiczny Handelsmana ujawniały jego seminaria”.
Prowadził ich różnymi czasy kilka: jedno „merowińskie” (1921–1926), drugie „karolińskie” (od 1933); parokrotnie podejmował tematykę renesansowych miast włoskich. Te zespoły były nieliczne, lecz one właśnie wyhodowały Stanisława Arnolda, Tadeusza Manteuffla, Mariana Serejskiego, Wandę Moszczeńską, Mariana Małowista, Aleksandra Gieysztora. Gros uczniów Handelsmana robiło magisteria i doktoraty z historii nowożytnej. Dwóch pierwszych doktorów promował już w 1920 roku: Stanisława Arnolda i Wincentego Gorzyckiego. Ten ostatni przedstawił dysertację o oświacie publicznej w Księstwie Warszawskim. Tegoż okresu trzymała się praca Haliny Bachulskiej o satyrze politycznej w Księstwie. Rychło jednakże zainteresowania osobiste Handelsmana, a wraz i tematyka seminariów, przesuwają się od czasów napoleońskich ku następnemu odcinkowi konstytucyjnego Królestwa.
Historycy historiografii niedostatecznie interesowali się tym aspektem jego twórczości – chyba dość istotnym, skoro w Bibliografii Płoskiego za lata 1815–1831 Handelsman figuruje z ponad dwudziestu pozycjami. Warto też zwrócić uwagę, że w pierwszej grupie jego doktorantów – nowożytników – przeważali specjaliści okresu do roku 1831: Helena Więckowska, Ryszard Przelaskowski, Stanisław Płoski, Jadwiga Zanowa, Walentyna Nagórska-Rudzka, Mieczysław Ajzen, Maria Manteufflowa, a nawet i Tadeusz Manteuffel (Centralne władze oświatowe na terenie Królestwa Kongresowego, 1929). Pierwsza ważniejsza pozycja ich mistrza tycząca się tego okresu sięga jeszcze 1907 roku: wydanie pamiętnika Kazimierza Deczyńskiego, poprzedzone rozprawą: Ewolucja włościańska w Królestwie Polskim w pierwszej ćwierci XIX w. To było jeszcze pisane niemal z pozycji socjalistycznych. Zrozumiałe, że jako najaktywniejszy z historyków na odtworzonym Uniwersytecie Warszawskim wystąpił Handelsman w 1918 roku z odczytem na setną rocznicę inauguracji UW. W tym czasie sięgał już po nowe zasoby źródeł, otwarte badaczom w Archiwum Akt Dawnych. Już w roku 1919 ogłosił na ich podstawie rozprawę: Rokowania delimitacyjne polsko-pruskie 1815–1823. [...]
W drugiej połowie lat międzywojennych punkt ciężkości jego poszukiwań przesuwa się o następny krok dalej, na czasy Wielkiej Emigracji. Wiąże się to jeszcze ściślej z przygotowaniami monografii o Adamie Jerzym Czartoryskim – i to przede wszystkim o Czartoryskim-dyplomacie. Nie znaczy to, nawiasem mówiąc, by Handelsmana interesowało wyłącznie konserwatywne skrzydło wychodźstwa. Byłoby to wbrew regułom naukowego myślenia: studium nad Czartoryskim w oderwaniu od całości emigracji, w ignorowaniu jej lewego odłamu, prowadzącego nieustanny spór z obozem ks. Adama. I w samej rzeczy, w książce Francja-Polska Handelsman poświęcił dwa rozdziały demokratom emigracyjnym i ich stosunkom z krajem, następny zaś dopiero zatytułował: Czartoryski i kierunek konserwatywny w Polsce. Poszukiwanie jedności. Również w aneksach do tego tomu dał dwa wartościowe, pomijane dotąd przez badaczy, dokumenty z papierów demokraty Jana Nepomucena Janowskiego. Nie zapominajmy też, że Handelsman jest wydawcą Dziennika misji gen. Wysockiego, autorem wartościowego studium: Mickiewicz w latach 1853–1855, a zwłaszcza twórcą eseju: W stuletnią rocznicę ogłoszenia manifestu demokratycznego (1936), jednego z bardziej wnikliwych esejów na temat funkcjonowania wszystkich obozów emigracyjnych w ogóle. Można nie zgadzać się z tezami autora, który chętniej doszukiwał się podobieństw (w dobrem i złem) pomiędzy tymi obozami, aniżeli przeciwieństw. W ogóle jednak wydaje mi się, że nowsi historycy emigracji niedostatecznie pamiętają o tej publikacji badacza, który na TDP1, wbrew pozorom, znał się nie o wiele gorzej, niż na Towarzystwie Trzeciego Maja.
W ostatnich latach przedwojennych Handelsman równolegle zbierał materiał i kreślił pierwsze rzuty dwóch wielkich opracowań, które znacznie wykraczały poza biografię ks. Adama. Jedno to udział Polaków w procesie odradzania się narodowości Europy południowej i wschodniej. Drugie – to historia dyplomatyczna wojny krymskiej. Jeden i drugi temat mógłby wypełnić całe życie badacza; w istocie oba wymagały rozległych kwerend w całej Europie. Wojenne koleje losu autora sprawiły, że oba te wątki zostały wtopione w monografię o Czartoryskim – z uszczerbkiem dla konstrukcji dzieła, chociaż nie bez pożytku dla fachowego użytkownika. [...]
Bezgranicznie imponował nam profesor swoją wszechstronną wiedzą – nie tylko tą o XIX wieku, w skali europejskiej, wiedzą zaczerpniętą z dokumentów i opracowań, ale i tą ogólną o ludziach i świecie, w którym żył, i która ułatwiała zrozumienie przeszłości wcześniejszej o stulecie. Nieraz powtarzał nam, że nie ma takiej dziedziny życia współczesnego, która by nie powinna interesować historyka i która by nie przydała mu się w jego zawodzie. Mieliśmy tego ciągłe przykłady: gdy snuł przed nami refleksje na temat stylu pracy w służbie dyplomatycznej, różnic temperamentu polityków włoskich, francuskich, brytyjskich, mentalności polskiego emigranta, psychiki szeregowego żołnierza – widać było, że stale korzysta ze zgromadzonych w swym życiu doświadczeń: w wędrówkach zagranicznych za młodu, w późniejszych urzędowych kontaktach międzynarodowych, we współpracy swej z MSZ, w służbie ochotniczej w 5 pp leg., w roku 1920, a być może i w przyjaźniach lożowych. Kiedyś zdziwiło nas, że w czasie seminarium zaciągnął nas na odczyt Marinettiego, zorganizowany właśnie w Pałacu Staszica. Prawda, że po wysłuchaniu bombastycznej tyrady ku czci nowoczesnej poezji powiedział z westchnieniem ulgi: „No, to wróćmy do paseizmu...”. [...] Ale działo się również inaczej: zażyłe obcowanie z przeszłością narodową skłaniało Handelsmana także do snucia analogii z dniem dzisiejszym. Po zakończeniu seminarium, kiedy zbieraliśmy się już do wyjścia i rozmowa schodziła na politykę bieżącą, profesor wdawał się niekiedy w porównania dzisiejszych i dawniejszych ludzi. Przypominam sobie, choć już go nie odtworzę, taki zabawny, nieoczekiwany wywód o pokrewieństwie stylu i mentalności Mierosławskiego i Piłsudskiego, Posnera i Strońskiego! W ogóle trzeba stwierdzić, że Handelsman był bardziej efektownym mówcą, dyskutantem, causeurem, aniżeli pisarzem. Słuchało się go z zainteresowaniem niesłabnącym – czytało na ogół z wysiłkiem.
Że był naprawdę świetnym pedagogiem, o tym już wielokrotnie mówili jego uczniowie – ci zwłaszcza, którzy współpracowali z nim bliżej i dłużej. Mogę tylko potwierdzić, że okazywał tę samą życzliwość ludziom wszelkich możliwych przekonań, od konserwatywnych i klerykalnych po radykalne i komunizujące. Oczekiwał od nas tylko jednego: rzetelnego stosunku do badanej przeszłości. Pomoc jego nie ograniczała się do podsuwania tematów i do opiniowania przedkładanych tekstów. Ułatwiał uczniom dojście do mniej dostępnych źródeł w kraju i za granicą, wypożyczał książki, podrzucał własne notatki. Co więcej, służył uczniom życiowym poparciem. Droczył się nieraz z nami: „Nie tylko muszę was przepychać do doktoratu, ale jeszcze posady wynajdywać!”. Było to już w ostatnich latach przedwojennych, kiedy stosunki Handelsmana z władzami się popsuły, a jego rekomendacja mogła raczej zaszkodzić niż pomóc.
Natomiast w całym tym okresie był Handelsman opatrznością swoich uczniów w zakresie możliwości wydawniczych. Redagował Rozprawy historyczne Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. W 22 tomach tej serii, pomiędzy 1921 a 1938 rokiem, ukazały się 44 monografie, w tym aż 29 pióra „handelsmańczyków”. Honorariów TNW nie wypłacało, a i wygląd zewnętrzny tych tomów nie był efektowny – ale było to wydawnictwo, które się liczyło naukowo; przerosło ono swymi rozmiarami przedwojenną serię Monografii Askenazego. [...]
W swej Historyce, na której kształciło się pokolenie międzywojenne, a także pierwsze pokolenie powojenne, Handelsman dał drobiazgowy, niemalże pedantyczny wykład metody obróbki źródeł, ustalania i wiązania ze sobą faktów z przeszłości. Uczniowie powodowali się owymi wskazaniami, widząc, jak sam profesor podporządkowuje się im we własnej pracy. Jednakże w dalszych partiach Historyki, mówiących o opracowaniu i wykładzie, autor uderzał w ton nieco inny. „Nie wszystko, co jest w źródłach – pisał – żyje czy żyło w rzeczywistości; nie wszystko, co było w rzeczywistości, mogło się dochować w dokumentach. Nie wystarcza dla zrozumienia przeszłości ani sama podstawa źródłowa, ani czysto logiczna kombinacja, oparta tylko na danych źródeł. [...] Trzeba w swej umysłowości posiadać [...] coś nieuchwytnego, przyrodzonego, a jednak dającego się wydoskonalić [...] zdolność głębszego wiązania warunków i zjawisk powstających i ich plastycznego widzenia. Panując nad materiałem, w wyobraźni tworzymy z niego obraz życia”. I nieco dalej, nazywając rzecz po imieniu, stwierdzał, że „intuicja jest pierwiastkiem głównym, bez którego nie może być mowy o twórczości historycznej”. Ale zaraz zastrzegał się: „Czysta intuicyjność jest źródłem dowolności fantastycznej, tak jak wyłączna dyskursywność daje jedynie schematy, a nie obrazy rzeczywistości”. Jest w tym wyznaniu trybut złożony Bergsonowi i Crocemu, ale jest też wyraz szczerego przekonania, które podziela każdy ambitny historyk: że jego rzemiosło jest także sztuką, że tylko poprzez swój walor artystyczny może rzetelne rzemiosło liczyć na rezonans w społeczeństwie. [...]
Patrząc się dzisiaj wstecz na osiągnięcia Handelsmana, mamy też przede wszystkim na myśli jego aktywność organizacyjną i dydaktyczną. Przewodni udział w zmontowaniu studium historii na Uniwersytecie Warszawskim, uwieńczony powołaniem do życia Instytutu Historycznego; gabinet historyczny TNW; redakcja „Przeglądu Historycznego”, a także funkcja delegata do spraw międzynarodowych PTH, której znów ukoronowaniem stał się Międzynarodowy Kongres Historyków w Warszawie w 1933 roku. To w zakresie organizacyjnym, o czym wielokrotnie już mówiono i pisano. W zakresie dydaktycznym zaś, prócz wielkiej rzeszy magistrów, wypromowanie ponad stu doktorów o zdumiewająco szerokim zakresie specjalności, od wczesnego średniowiecza polskiego i powszechnego aż po schyłek XIX wieku. Kilkunastu spośród owych doktorów objęło potem katedry uniwersyteckie nie tylko w Warszawie, ale i w Łodzi, Poznaniu, Toruniu; niektórzy zasiadają na nich jeszcze dzisiaj. Wśród uczniów owych doktorów handelsmanowskich mamy następną, dużo liczniejszą grupę profesorów dziś w pełni aktywnych; niektórzy z owych „wnuków” Handelsmana mają już własnych uczniów na uniwersyteckich katedrach! Jeśli brać pod uwagę tę „promotorską sukcesję”, żaden chyba polski historyk pierwszej połowy XX wieku nie wywarł, nawet w przybliżeniu, tak rozległego wpływu na rozwój naszej kadry naukowej.
A przecież byłoby niesprawiedliwe, po wyliczeniu tych zasług powszechnie uznanych, pomniejszanie osiągnięć Handelsmana także jako badacza XIX wieku. Zwróćmy uwagę, jak bardzo wiele cennych dokumentów wydobył on z ukrycia i wprowadził do obiegu naukowego: zaczynając od Pamiętnika chłopa polskiego, a kończąc na korespondencji Adama Czartoryskiego z Leonem Sapiehą. Czy to nie dziwne, że do niedawna ktokolwiek w Polsce chciał zapoznać się z pełnym tekstem Konstytucji 3 Maja, musiał sięgać do Trzech konstytucji Handelsmana, ostatniego wydania tego aktu? Gdy idzie o opracowania monograficzne, na ustaleniach Handelsmana bazują po dziś dzień wszyscy piszący o wzajemnych stosunkach między Francją napoleońską i Księstwem Warszawskim. Jemu też zawdzięczamy najobszerniejszy aż po dziś dzień wykład o robotach dyplomatycznych Wielkiej Emigracji. Tak gruntownej historii sprawy polskiej w dobie wojny krymskiej, jaka znalazła się w tomie III Czartoryskiego, nie napisze zapewne nikt więcej. Sam książę Adam zawsze przyciągać będzie biografów, lecz każdy z nich brać będzie za punkt wyjścia dzieło Handelsmana, nawet gdy zechce mu się przeciwstawiać.
Ostatni raz widziałem się z profesorem w czerwcu 1940 roku, w tym właśnie dniu, gdy szmatławiec i szczekaczki obwieściły nam o upadku Paryża. Profesor był, rzecz jasna, przygnębiony – tak bardzo uczuciowo związany był przecież z Francją. Rzecz niemniej jasna, nie osłabiało to bynajmniej naszej wiary w końcową klęskę hitleryzmu, a na tym gruntowała się nasza nadzieja. Potem profesor przeniósł się do Milanówka i już się z nim nie spotkałem, mimo że pracowaliśmy w tej samej komórce BIP-u.