Ludwik Hirszfeld
Urodzony 5 VIII 1884 w Warszawie. Studia w Würzburgu i Berlinie, doktorat. Pracownik Instytutu Badania Raka w Heidelbergu (1907–1911), asystent na uniwersytecie w Zurychu (1911–1915), tamże habilitacja. Profesor Wolnej Wszechnicy Polskiej (1924), profesor UW (1931–1939).
Lekarz bakteriolog, immunolog i serolog. Stworzył podstawy nauki o grupach krwi (badania z Emilem von Dungernem). Pracował nad patologią ciąży w związku z grupami krwi. Zajmował się też transfuzjologią, opracował zasady przetaczania krwi. Odkrył pałeczkę duru rzekomego C (Salmonella hirschfeldii). Kierownik Zakładu Badania Surowic w Warszawie (1919), następnie zastępca dyrektora Państwowego Zakładu Higieny.
Założyciel Towarzystwa Biologicznego; prezes Polskiego Towarzystwa Mikrobiologów i Epidemiologów (1931–1935 i 1947–1952); członek TNW (1930), współorganizator i członek PAN (1952). Inicjator wydawania czasopisma „Medycyna Doświadczalna i Społeczna”.
W okresie okupacji przebywał w getcie warszawskim, skąd zbiegł w 1942 i ukrywał się. Po wojnie współorganizator UMCS w Lublinie (1944), organizator i profesor Wydziału Lekarskiego uniwersytetu we Wrocławiu (1945). Twórca wrocławskiego Instytutu Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN (1952).
Zmarł 7 III 1954 we Wrocławiu.
Grupy krwi w zastosowaniu do biologii, medycyny i prawa, Warszawa 1934; Historia jednego życia, Warszawa 1946; Dochodzenie ojcostwa w świetle nauki o grupach krwi, Wrocław-Warszawa 1948; Immunologia ogólna, Wrocław 1948.
G. Fedorowski, Ludwik Hirszfeld, Warszawa 1985; W. Kozuschek, Ludwik Hirszfeld (1884–1954). Rys życia i działalność naukowa, Wrocław 2005.
Ludwik Hirszfeld urodził się 5 sierpnia 1884 roku w Warszawie w patriotycznej rodzinie inteligenckiej. Szczególnie intensywnie działali na polu walki podziemnej stryj – Bolesław, chemik, działacz oświatowy i współzałożyciel Związku Młodzieży Polskiej „Zet”, oraz siostra ojca – Melania, działaczka społeczna i oświatowa. Ojcem Ludwika był Stanisław Hirszfeld, kupiec i przemysłowiec, a matką – Jenny Ginsberg. Szkołę średnią Ludwik ukończył w Łodzi, gdzie chodził do gimnazjum humanistycznego. Już jako nastoletni chłopak dostarczał książki dla nielegalnej grupy uczniów potajemnie studiującej historię Polski. Znalazł się wtedy na rosyjskiej liście podejrzanych o działalność wywrotową. Dodatkowo sprawę zaostrzył fakt, że pogrzeb jego wuja w 1899 roku stał się okazją do polskiej manifestacji patriotycznej. Młody Ludwik miał wtedy 15 lat. Dlatego po maturze postanowił rozpocząć studia poza terenami zaboru rosyjskiego. Wyjechał do Würzburga, spokojnego, małego miasta uniwersyteckiego na południu Niemiec, by tam studiować medycynę. To tutaj narodziła się w nim miłość do nauki.
„Powoli dojrzewała we mnie myśl poświęcenia się pracy naukowej. Nie jakieś określone zainteresowanie, ale niechęć do zwykłych form życia i umiłowanie cichej zadumy pracowni naukowej. Gdybym żył w średniowieczu, może uciekłbym od życia do klasztoru. w pracowni czułem ciszę klasztorną, a jednocześnie twórcze tchnienie nauki. Jeszcze jeden dziwny przypadek. Anatomii uczyłem się z podręcznika Raubera. Większość rycin zawartych w nim wykonał słynny anatom polski, Ludwik Hirszfeld. Przypadek ten uczynił mi pracę naukową dziwnie bliską” – napisał w swojej książce autobiograficznej Historia jednego życia1. Faktycznie, w historii polskiej medycyny możemy poszczycić się dwoma wielkimi Ludwikami Hirszfeldami. Pierwszym z nich był Ludwik Maurycy Hirszfeld, światowej sławy anatom, drugim nasz bohater, światowej klasy serolog. Jak to było ówcześnie w studenckim zwyczaju, Ludwik po dwóch latach nauki postanowił zmienić uniwersytet, aby zażyć czegoś nowego. Wyjechał do Berlina. Tamtejsza uczelnia zauroczyła go zupełnie. Tam postanowił rozpocząć pracę naukową, dlatego zapisał się na dodatkowy kurs bakteriologii u profesora Fickera. Wówczas zapadła decyzja, która zaważyła na całym jego dalszym życiu: postanowił zostać serologiem. „Nie wiedziałem czy jest to zawód, czy szaleństwo, widziałem tylko porywającą celowość reakcyj w obronie ustroju. Nie było to jednak szaleństwo. Bakteriologia i serologia stawały się podstawą walki z chorobami zakaźnymi. Co pozornie było oderwaną ideą i nadzieją, stawało się zawodem. I gdy Polska powstała i tworzyła swoje warsztaty pracy, byłem jednym z niewielu bakteriologów. W ten sposób z zadumanego studenta, który sądził, że swą tęsknotę za pracą naukową przypłaci tułaczką na obczyźnie, stałem się kierownikiem zakładu; i to w swoim wolnym kraju”2.
Zanim to jednak nastąpiło minęło 15 długich lat. Po skończeniu studiów obronił pracę doktorską z zakresu badań nad zlepianiem krwi, a następnie jako badacza zagadnień z zakresu odporności wytypowano go do pracy na oddziale parazytologii w Zakładzie Badania Raka w Heidelbergu. Poszukiwano tam pasożytów bytujących w nowotworach, które miały umożliwić wczesne ich rozpoznawanie. W tym wielkim ośrodku badawczym trafił do profesora Wita, jednego z najchłodniejszych, a co gorsza najnudniejszych ludzi na świecie. Zadaniem Hirszfelda były, oprócz regularnych sekcji myszy i opisywania znajdowanych przy tej okazji pasożytów, regularne obserwacje hodowli ameb na słomie. Swoją pracę uważał za nieporozumienie, nie miała żadnego związku z teorią powstawania nowotworów, nie było też żadnej tezy do naukowego rozważania, jedynie monotonne badania obserwacyjno-opisowe. Jednak nie poddał się, wychodząc z założenia, że, przy dużej cierpliwości, przez ameby można sięgnąć szczytów nauki. Jego badania okazały się zaskakująco ciekawe. Wyobraźmy sobie jak diabelnie znudzony młody człowiek zagląda dzień w dzień do owych ameb i pisze, pisze, pisze, zaciskając zęby. Wreszcie, być może dla urozmaicenia długich godzin spędzonych nad mikroskopem, wycina małe kawałeczki z podłoża hodowlanego, układa na szkiełku podstawowym, przykrywa cieniuteńkim szkiełkiem przykrywkowym i wkłada między nie włoskowatą rurkę. W tym miejscu tworzy się zabawne małe jeziorko. Hirszfeld ogląda owo jeziorko z początku bez zainteresowania, ale naraz życie pod mikroskopem nabiera tempa. Ameby gromadzące się na jego brzegach wypuszczają wici i niczym syreny wpływają do jeziora. Zdumiony przeciera oczy i powtarza eksperyment. Za każdym razem to samo. Nie może wyjść z podziwu – jego nudne badania rzuciły nowe światło na biologię ameb. Udało mu się nawet opracować metody barwienia utrwalające poszczególne postacie przemiany. „Otrzymałem bez przesady, najpiękniejsze preparaty, jakie w owym czasie posiadała nauka. [...] Zastanawiałem się też nad przyczyną ruchu. Ogłosiłem przyczynek tłumaczący ruch ameb pod wpływem zmienionych ładunków elektrycznych na ciśnienie powierzchniowe”3.
Jednocześnie Hirszfeld zaglądał z zazdrością do sąsiedniego oddziału serologicznego, w którym kwitła prawdziwa praca naukowa pod kierownictwem profesora Emila von Dungerna. Kiedyś przypadkiem zaszedł do profesora jako petent, a wyszedł jako przyszły przyjaciel. O czy rozmawiali na tym spotkaniu? O sprawach naukowych sporo, ale jeszcze więcej o kobietach. Podobno te tematy zdominowały rozmowy obu panów już do końca znajomości. Cóż, obaj byli znawcami kobiet, tylko każdy trochę inaczej: „Interesowaliśmy się co prawda tym tematem z różnych motywów. On, gdyż mając 43 lata – szukał i nie mógł znaleźć. Ja, gdyż mając 15 lat zakochałem się, mając 21 – ożeniłem się i nie mogłem zrozumieć, dlaczego mnie żona wybrała”4. Swoją drogą pani Hirszfeldowa była naprawdę bardzo dobrą i kochającą kobietą. Nie dość, że z lekcji, których udzielała w Berlinie, płaciła mężowi w czasach studenckich za zwierzęta doświadczalne, to kiedy wreszcie zaczął zarabiać, zaniedbywał ją dla nauki, a kiedy wracał w środku nocy, budził ją z koniecznością zawierzenia najważniejszego sekretu w stylu: „wiesz, surowica Pii zlepia krwinki psa”. Podobno wszystko znosiła z cierpliwością kochającej kobiety, pełnej zrozumienia, że właśnie jest świadkiem kształtowania się umysłu naukowego męża i budowy podwalin pracy jego życia. Profesor Dungern zaproponował Hirszfeldowi etat w swoim zakładzie. Stworzyli niesamowicie zgrany duet w pracy i życiu osobistym. Razem zbudowali podwaliny nowej dziedziny wiedzy – serologii, a warto w tym miejscu dodać, że Hirszfeld na pewnym wyjeździe urlopowym znalazł profesorowi przyszłą żonę.
W Heidelbergu razem z Dungernem pracowali nad zjawiskiem odporności tkankowej, czego celem ostatecznym było wytworzenie odporności przeciwko komórkom nowotworowym. Badania doświadczalne na królikach, polegające na wszczepianiu królicom miazgi jądra króliczego podskórnie do ucha, nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Badacze zauważyli jednak pewną prawidłowość. Brzękło tylko ucho królic brzemiennych. Postanowili sprawdzić, czy taki stan nadwrażliwości miejscowej może wytwarzać się również u ludzi we wczesnej ciąży. Badanie kliniczne polegające na podaniu podskórnie w przedramię plemników ludzkich kobiecie ciężarnej z przewlekłym zapaleniem ucha przyniosło nieoczekiwany efekt uboczny. W miejscu podania brak było jakichkolwiek oznak nadwrażliwości, ucho natomiast zostało wyleczone w „cudowny” sposób. Grupą kontrolną był w tym przypadku asystent kliniki chorób usznych dr Beck, przekonany o tym, że nadwrażliwość dotyczy wyłącznie ciężarnych. Nie wiedział oczywiście, co dostaje pod skórę, ale z pewnością żałował, że dał się namówić dwóm wariatom, ponieważ okupił to dużym odczynem nadwrażliwości. Ręka była cała spuchnięta i czerwona. Tak nieoczekiwany obrót sprawy wytrącił nieco badaczy z rezonu. Byli w ślepym zaułku, na razie bez pomysłu na dalsze badania. W trakcie jednej z przyjacielskich rozmów przypomnieli sobie panowie o badaniach Erlicha i Morgenrotha, którzy, wstrzykując krew kozy kozom, otrzymali surowicę, która nie rozpuszczała krwinek u wszystkich, lecz tylko u niektórych kóz. Postanowili przyjrzeć się temu zjawisku, być może trochę dla odskoczni od głównego tematu.
Tymczasem nie zdawali sobie sprawy, że ich badania doprowadzą do fundamentalnego odkrycia dla medycyny, mianowicie stwierdzenia istnienia grup krwi. Profesor Hirszfeld wspominał: „Nie mieliśmy co prawda dość kóz, ale oddział parazytologii hodował psy dla swoich doświadczeń, których nie realizował. Zaczęliśmy wstrzykiwać psom krew psów i wkrótce porwała nas realność wielkiego odkrycia. Zaczęła się praca po całych dniach i nocach. Stwierdziliśmy, że u psów istnieją określone rasy serologiczne, że cechy się dziedziczą, że nie mogą się pojawiać u potomstwa, jeśli ich nie było u rodziców, chociaż mogą zniknąć. Stwierdziliśmy zasadnicze prawa, jak i kiedy mogą się pojawiać zasadnicze odczyny odpornościowe dla tkanek własnego gatunku i własnego ustroju. Ogłosiliśmy to jako pierwsze doniesienie, dla mnie było to pierwszą próbą Wielkiej Nauki”5. Kolejne żmudne badania prowadzili również na małpach. W trakcie studiów nad tym tematem natrafili na informacje, które uszły uwadze ówczesnych uczonych jako niezbyt interesujące. Landsteiner donosił o tym, że odkrył podobne zróżnicowanie u człowieka i że „tylko przez dziwny kaprys natury surowica człowieka już bez uodpornienia zawiera przeciwciała dla krwinek niektórych osobników”6.
Postanowili to sprawdzić: „Badamy tę sprawę i znajdujemy potwierdzenie. Stwarzamy na użytek wewnętrzny terminologię, która wypływa z naszych doświadczeń na psach. Nazywamy krwinki, które nie zlepiają się z żadną surowicą ludzką – 0, grupę częstszą w Heidelbergu – grupą A, grupę rzadszą – B. Grupa o ma oznaczać brak cech A i B. Przewidujemy na mocy badań nad psami, że i u człowieka stwierdzimy podobne prawa dziedziczenia. Tym razem zwierzętami doświadczalnymi są profesorowie uniwersytetu i ich rodziny. Muszę przyznać, że nie uchylili się od tej roli.
Przez długie jeszcze lata wspominano dziwaka profesora i jego asystenta, którzy dyskretnie dopytywali się o szczęście małżeńskie rodzin profesorskich w obawie, by jakieś kukułcze jajo nie zburzyło im stwierdzonego przez nich prawa. A prawo to brzmi: istnieją cechy A, B i 0. Dziedziczą się według praw Mendla. Cechy A i B są dominujące, cecha 0 ustępująca. Ażeby zrozumieć rewolucyjne znaczenie tego odkrycia, należy wiedzieć, że dopiero niedawno «odkryto» po raz drugi prawa Mendla, że tylko raz stwierdzono możliwość ich zastosowania do mieszańców ludzkich, przede wszystkim zaś, że był to pierwszy przypadek, pierwsza cecha łatwa do zbadania, która umożliwiła zastosowanie wielkich praw biologicznych do dziedziczenia u człowieka. Tymczasem przeprowadzono dziesiątki tysięcy badań na rodzinach, a terminologia nasza została przyjęta przez wszystkie komisje naukowe świata”7.
Następną hipotezą przedstawioną przez von Dungerna i Hirszfelda była teoria dziedziczenia grup krwi oparta na dwóch parach genów przeciwstawnych, która została potwierdzona kilka lat później. Ta teoria umożliwiła zastosowanie grup krwi w sprawach dochodzenia ojcostwa. Następnie stwierdzili istnienie podgrup, a co za tym fakt, iż cech grupowych krwinek jest dużo więcej i że „indywidualizm krwi nie jest mitem, lecz wielkim prawem natury”8. Były to pierwsze kroki w kierunku zastosowania serologii do genetyki.
Kolejny krok łączący serologię z antropologią był już wyłącznie dziełem Hirszfelda. Życie potoczyło się dalej w sposób nieoczekiwany, rozdzielając obu uczonych. Hirszfeld postanowił wejść na własne szlaki życia, spróbować własnych sił. Wyjechał do Zurychu, aby zostać asystentem w uniwersyteckim Zakładzie Higieny, gdzie mógł zgłębiać tajniki bakteriologii i zdobyć habilitację. Żona Hirszfelda, bardzo zdolna lekarka, szczęśliwie również znalazła pracę w tym mieście, w klinice pediatrycznej. W Zurychu kontynuował badania nad zagadnieniami odporności i opracował odczyn krzepliwości, zastępujący odczyn Wassermana. Te badania były podstawą jego habilitacji. Prowadził również badania nad wolem, które podważyły popularną wówczas teorię wodną, wskazującą na zależność wola od wody pitnej. Jego badania wskazały na endemiczne występowanie wola zależne od miejsca zamieszkania, bez związku z wodą. Ciekawe zwłaszcza jest to, że badania Hirszfelda w tym zakresie nie były finansowane przez Rząd Szwajcarski, który dotował jedynie badania w Bernie. Fundusze na ten cel uzyskał z warszawskiej Kasy Mianowskiego. Prace te nie nabrały takiego rozgłosu, jak prace o grupach krwi, ale stały się ważnym przyczynkiem do dalszych kluczowych odkryć w medycynie. „Prace nasze przetrwały i kontynuują je inni. Człowiek nauki musi być przygotowany na to, że w gmachu, który buduje, inni mieszkać będą. Musi być gotów budować z nadmiaru swego ducha, nie licząc na pamięć. Przeważna część jego wysiłku żyje jako bezimienny dorobek epoki”9. Warto jeszcze dodać, że później, w wolnej Polsce, został przewodniczącym Komisji Wola, która wprowadziła jodowanie soli spożywczej z Wieliczki.
Wybuch I wojny światowej zastał go w Zurychu. Żona szkoliła kadry pielęgniarek dla legionów, natomiast Hirszfeld targany emocjami nie mógł się zdecydować, za kim ma się opowiedzieć, do której armii wstąpić, który sojusznik daje nadzieję na wolną Polskę. Wreszcie zaczęły się rozchodzić straszne wiadomości o epidemii duru plamistego w Serbii, dziesiątkującego ludność cywilną i żołnierzy. Brakowało lekarzy i pielęgniarek, którzy, ofiarnie wykonując swoją pracę, ginęli wraz z pacjentami. Medycyna była całkiem bezsilna wobec takiej pożogi. Hirszfeld postanowił udać się w rejony największego żniwa śmierci. Czuł ku temu jako bakteriolog moralny obowiązek, choć szanse na powrót do domu nie były wielkie. W 1915 roku znalazł się w Valievie. W szpitalach nie było fachowej pomocy, gdyż wszyscy byli chorzy. Pacjenci leżeli po kilku na jednym łóżku lub na podłodze. Lżej chorzy wychodzili do miasta po żywność, szerząc dalej zarazę. Nie można było nadążyć z grzebaniem umarłych. Stosy trupów leżały w pobliżu szpitala. Na to wszystko przyjechał Hirszfeld z 50 próbówkami i małą pracownią bakteriologiczną w torbie. A jednak opanował epidemię. Udało mu się wzniecić w lekarzach serbskich nadzieję i praktycznie samą walką z wszawicą i dezynfekując dosłownie całe czterotysięczne miasteczko, zahamował rozwój epidemii. Jednocześnie zajął się organizacją pracowni. „Zarekwirowałem w całej armii rurki od leków i użyłem ich zamiast probówek. Z blaszanek do nafty skonstruowałem przy pomocy miejscowego blacharza aparaty sterylizacyjne. Z tektury porobiłem statywy, z blachy duży termostat. Wkrótce wyhodowałem nieznane szczepy, które okazały się durem rzekomym A, były to jedne z pierwszych szczepów paratyfusu A, wyhodowanych w Europie”10.
Jego wykłady w zakresie chorób zakaźnych, które prowadził dla miejscowych lekarzy, były namiastką uniwersytetu na pogorzelisku wojny. Po kilku miesiącach przyjechała do niego żona, która pomagała w opiece nad chorymi. Objeżdżając szpitale polowe, zatrzymał się w Drinie. Po drugiej stronie rzeki stacjonowały wojska nieprzyjaciela, ale gazety wiedeńskie dochodziły tutaj regularnie. Z nich dowiedział się o otwarciu Uniwersytetu w Warszawie. Zamarzył wtedy o pracy w ojczyźnie. Daleka to była jednak droga, a Hirszfeldowie nie wyobrażali sobie porzucenia Serbów bez pomocy. Towarzyszyli im również w czasie sześciotygodniowej wędrówki do Albanii, która miała być jedynym schronieniem dla znękanego narodu. Przeszli z Serbami przez albańskie góry, narażając swoje życie z powodu zimna, głodu i wyczerpania. Wreszcie szczęśliwie zostali ewakuowani przez włoski okręt do Brindisi, skąd przedostali się do Zurychu.
Nie zabawili jednak długo w Szwajcarii. Wkrótce udali się na Korfu, gdzie wybuchła kolejna epidemia, tym razem cholery. Hirszfeldowie gromadzili wokół siebie lekarzy i żołnierzy, którzy chętnie korzystali z gościnności gospodarzy i często wpadali na pogawędkę. Można tu było usłyszeć różne języki. „Jak w kalejdoskopie przesuwały się różne typy, mogliśmy poznać i psychikę narodową, i wzajemne stosunki, i obyczaje. Było to dla nas nie tylko ciekawe, pouczające i przyjemne, ale umożliwiło w końcu zbadanie krwi różnych ras i narodów, co w innych warunkach wymagałoby wielu lat pracy. Zbadaliśmy Anglików, Francuzów, Włochów, Serbów, Bułgarów, Rosjan, Greków, Żydów, Hindusów, Anamitów, Malgaszy, Arabów i Murzynów. Okazało się, że cechy 0, A i B występują u wszystkich badanych ras i narodów. Jednakże występują w nierównej proporcji. Cechę A stwierdziliśmy w przewadze u wszystkich narodów europejskich i to północnych. Natomiast grupa B rzadsza w Europie, była częstsza u narodów Azji i Afryki. Odkrycie to uczyniło prawdopodobnym wniosek, że cechy grupowe powstawały na dwóch krańcach świata, cecha A gdzieś na północy Europy, B w Azji, może na dalekich wyżynach Tybetu lub w Indiach”11.
To niezwykłe stwierdzenie, zwłaszcza że głównym problemem na Korfu nie były sprawy czystej nauki, lecz zarazy: cholera, dur plamisty i zimnica, czerwonka, gorączka papatacci. Nie ominęły one samego Hirszfelda. Zachorował najpierw na paratyfus A i jak sam wspomina, osobiście stwierdził w swojej krwi ten zarazek. Przygotował się wtedy do śmierci, ale nie zamierzał umierać w łóżku. Podczas tej ciężkiej choroby pracował, aby ratować innych. Po wyzdrowieniu czuł nawet satysfakcję, że zachorował na tak rzadką w Europie chorobę.
Inaczej sprawa miała się z zimnicą. Chorował przez pół roku, starając się pracować pomiędzy rzutami gorączki. Dodatkowo uległ zatruciu chininą, którą wstrzyknął sobie w „końskiej dawce”, aby zabić zarodźca podzwrotnikowej malarii. Później skomentuje to zajście w typowy dla siebie sposób: „Preparaty zimnicy, które posiadam z tych czasów, odznaczały się taką różnorodnością postaci i takim pięknem, że godzinami mogłem je oglądać. Jeszcze przez wiele lat, już w Polsce, szkoliłem na nich młodzież”12. Praca naukowa na polu bakteriologii doprowadziła go do odkrycia zarazka paraduru C, nazwanego potem jego imieniem. Wprowadził do leczenia na szeroką skalę transfuzje krwi. To nie wszystko! W Salonikach prowadził kursy bakteriologiczne dla lekarzy, oczywiście po serbsku, kładąc podwaliny pod bakteriologię i higienę w Jugosławii.
Wreszcie koniec wojny. W 1919 roku Hirszfeldowie wracają do wolnej Polski. „I wreszcie granica polska. Ogarnęło mnie wzruszenie, którego nie jestem w stanie opisać. Pierwsze okrzyki – «herbata, bułeczki» – wzruszają mnie do łez. Wracam przecież do kraju po 15 latach. W Warszawie wychodzę z dworca, chciałbym uściskać każdego przechodnia. Głosy kobiece, jakiś charakterystyczny alt odczuwam jak muzykę. Wchodzę do mieszkania matki. Nie zastaję jej: pielęgnuje umierającą babkę. Matka nie wiedziała dokładnie kiedy wrócę. Ale stół jest nakryty i na nim wszystko, co w dzieciństwie lubiłem, żaden szczegół nie jest pominięty. W jej wspomnieniu żyłem jako mały jedynak. I wówczas zapomniałem i o wojnie, i o nauce, i o Szwajcarii, poczułem się małym chłopcem, szczęśliwym, że ktoś wie, że lubię polędwicę [...] I rozpłakałem się jak dziecko. Taki był mój powrót do kraju. Z początku wzruszyłem się na widok gotyku i sosen, później gdy usłyszałem pierwsze głosy «herbata, bułeczki», a później, gdy znalazłem na stole dowód, że żyję w sercu matki. To była ojczyzna”13.
W Polsce zaproponowano mu kierownictwo nowo powstałego w Warszawie Zakładu Badania Surowic, który miał bardzo poważne zadanie kontroli surowic pochodzących z produkcji państwowej i prywatnej. Wkrótce życie wytyczyło mu nowe drogi i wskazało nowe cele. W Rosji szalały epidemie duru i cholery, które miały zostać zatrzymane na ziemiach polskich. Polska była zbyt uboga, aby ponosić cały ciężar walki z tymi epidemiami. Liga Narodów zorganizowała Komisję Przeciwepidemiczną na czele z doktorem Ludwikiem Rajchmanem, dzięki której udało się zorganizować sieć zakładów przeciwepidemicznych. W jej ramach Zakład Hirszfelda stworzył w Baranowicach pracownię bakteriologiczną w celu wykrywania nosicielstwa cholery wśród uchodźców ze wschodu, przyjętych tam na kwarantannę. Zakład ten powstrzymał epidemię duru plamistego, choć kosztem wielu ofiar wśród personelu medycznego. Wkrótce Oddział Kontroli Surowic wszedł w skład Zakładu Epidemiologicznego, w którym Hirszfeld został zastępcą dyrektora. Równocześnie utrzymał funkcję kierownika tego oddziału i uzyskał nową funkcję – dyrektora Działu Bakteriologii i Medycyny Doświadczalnej. Do zakładu należała również Szkoła Higieny. Ten ośrodek naukowy skupiał elitę mikrobiologów i higienistów polskich. „W ten sposób dopiąłem tego, o czym marzyłem: mogłem pracować dla kraju, posiadając najpiękniejszy warsztat pracy, jakim kiedykolwiek dysponował polski uczony”14. To jednak nie był koniec jego marzeń. Cały czas dążył do dydaktyki, którą uważał za swoje powołanie. W 1924 roku rozpoczął więc wykłady na Wolnej Wszechnicy Polskiej, lecz tęsknił nadal za życiem uniwersyteckim, za młodzieżą medyczną. Z wdzięcznością przyjął zaproszenie Romana Nitscha do pracy na Uniwersytecie Warszawskim. Zwolniony z jakichkolwiek egzaminów, przedstawił wykład przed Wydziałem i uzyskawszy w ten sposób tytuł docenta rozpoczął wykłady z serologii dla studentów medycyny i z całości bakteriologii dla studentów farmacji. Poza tym wykładał zagadnienia odporności dla lekarzy w Szkole Higieny. Zainicjował w Warszawie wydawanie czasopisma „Medycyna Doświadczalna i Społeczna”, które stało się wkrótce organem Szkoły, Zakładu Higieny i katedr teoretycznych Wydziału Lekarskiego w Warszawie. Streszczenia prac oryginalnych drukowano tutaj w tłumaczeniu na języki zachodnioeuropejskie, a czasopismo rozsyłano darmowo do wszystkich większych zakładów świata jako propagowanie osiągnięć nauki polskiej. Założył Towarzystwo Biologiczne, czysto naukowe, którego zainteresowania dotyczyły medycyny i biologii. „A zatem zostały stworzone warsztaty pracy, własne pismo, towarzystwo i możność drukowania w kraju i za granicą. Formalne ramy życia naukowego były więc dane. Miałem możność pracy naukowej doświadczalnej, miałem kontakt z młodzieżą sanitarną, lekarską, farmaceutyczną i biologiczną poprzez wykłady, miałem zdawałoby się więcej niż mogą udźwignąć siły jednego człowieka. Nie zaspakajało to jednak wciąż jeszcze jakiejś dziwnej wewnętrznej potrzeby, ażeby wypełnić luki polskiego życia”15.
W kraju wybuchały co jakiś czas epidemie czerwonki i duru brzusznego. Hirszfeld udał się kiedyś do zarzewia zarazy i stwierdził, że lekarze powiatowi są kompletnie nieprzygotowani na taką krytyczną sytuację, między innymi z tego powodu, że nie mają kontaktu z pracownią bakteriologiczną lub nie umieją jej wykorzystywać. Postanowił więc stworzyć zawód epidemiologa, który połowę czasu spędzał w terenie, a połowę w pracowni. Organizował kursy analiz lekarskich, do których dopuszczał chemików, farmaceutów i biologów. Szkolił bakteriologów dla wojska. Prowadził kursy doszkalające dla bakteriologów. Wszystkie te działania miały na celu zabezpieczenie nie tylko w czasie pokoju, ale i wojny. Wprowadzał nowe metody szczepień. Wspólnie z Kliniką Pediatryczną wprowadził nowoczesne szczepienia przeciwpłonicze i przeciwbłonicze. Na podstawie doświadczeń warszawskich, szczepienia przeciwbłonicze zostały wprowadzone obowiązkowo w całym kraju. Położył podwaliny dla badań nad konfliktem serologicznym między matką a płodem, poprzez wysunięcie tezy o możliwości istnienia tego zjawiska i wykazanie związku przyczynowego z pierwotnym uszkodzeniem płodu i występowaniem poronień jako skutku alergizacji matki przez odmienne antygeny grupowe krwi płodu. Zainicjował transfuzje krwi w Polsce i prawne ujęcie tego zabiegu. Na kursach serologicznych namawiał studentów do organizacji ośrodków krwiodawców na zasadach pół płatnych, pół filantropijnych. Idea przyjęła się nie tylko w Warszawie, ale również w kołach medyków w innych miastach. Potem przejął tę inicjatywę Czerwony Krzyż. Polska była pierwszym krajem w Europie, który uregulował sprawę z punktu widzenia prawnego.
Hirszfeld miał już plany na dalsze badania naukowe i nowe działania, gdy wybuchła wojna. „Los zgotował mi zgoła inne przeżycia. Zamiast rozkoszy czystej nauki czekała mnie cierniowa droga cierpienia. Nie miałem nigdy wielkich ambicji, miałem tylko poczucie misji do spełnienia. W jesieni życia zaś miałem ambicję, aby swoją misję wypełnić do końca. Myślałem, że mam zadania tylko w stosunku do nauki i do młodzieży. Okazało się, że miałem misję pocieszania ginących”16.
Walczył o życie rannych w bombardowanej stolicy. Przeżył gehennę getta, skąd udało mu się zbiec wraz z żoną i córką w lipcu 1942 roku. W getcie nie tylko walczył z chorobami zakaźnymi, ale brał udział w tajnym nauczaniu, prowadząc regularne wykłady dla studentów medycyny. Współpracował z proboszczem kościoła Wszystkich Świętych przy pl. Grzybowskim w Warszawie, w prowadzonych przez niego akcjach charytatywnych. Po ucieczce ukrywał się w Kamiennej w Ziemi Pińczowskiej i w Miłosnej koło Warszawy. W tym czasie zmarła jego jedyna córka. Ta wielka tragedia mocno zaważyła na dalszym życiu Profesora. Po wojnie powrócił do nauki. Prowadził najpierw bardzo krótko wykłady na Uniwersytecie Lubelskim (był jego współorganizatorem) z zakresu serologii, immunologii, bakteriologii i patologii ciąży, następnie przeniósł się do Wrocławia, gdzie organizował Wydział Lekarski polskiego uniwersytetu. W 1952 roku utworzył we Wrocławiu Instytut Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN (dziś jego imienia). Po wojnie napisał doskonały nowoczesny podręcznik do immunologii. Prowadził badania naukowe. Zorganizował badania profilaktyczne, które objęły ponad 600 tysięcy mieszkańców Dolnego Śląska pod kątem zakażenia kiłowego.
We Wrocławiu pracował aż do śmierci 7 marca 1954 roku. Został pochowany na cmentarzu św. Wawrzyńca w tym mieście, gdyż pod koniec wojny przyjął chrześcijaństwo i zdeklarował się jako katolik. Ma swoje ulice w Warszawie i we Wrocławiu. Zrealizował w pełni swoją myśl o tym, że „wielkim jest ten, który przezwyciężywszy instynkt życia, zmienił go w pragnienie trwania”.
1L. Hirszfeld, Historia jednego życia, Warszawa 1946, s. 7.
2Ibidem, s. 10.
3Ibidem, s. 14.
4Ibidem, s. 15.
5Ibidem, s. 21
6Ibidem.
7Ibidem, s. 21–22.
8Ibidem, s. 23.
9Ibidem, s. 28
10Ibidem, s. 36–37
11Ibidem, s. 62–63.
12Ibidem, s. 55.
13Ibidem, s. 68.
14Ibidem, s. 76.
15Ibidem, s. 81
16Ibidem, s. 167