Jerzy Alexandrowicz
Urodzony 1 I 1819 w Kumieciszkach (powiat kalwaryjski). Studia przyrodnicze na Uniwersytecie Petersburskim (zakończone w 1843); pracownik Akademii Medyko-Chirurgicznej (1857–1862); pracownik Szkoły Głównej (1862–1869); pracownik UW (1869–1879); doktorat tamże (1871).
Botanik, specjalista w zakresie pszczelnictwa, znawca florystyki i fenologii; wybitny pedagog (mistrz m.in. Józefa Rostafińskiego i Leona Nowakowskiego).
Dyrektor Ogrodu Botanicznego w Warszawie (1864); współtwórca Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego (1884); założyciel pierwszej w Polsce Szkoły Ogrodniczej; założyciel Ogrodu Pomologicznego w Warszawie; dyrektor Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie (1887); członek komitetu Wielkiej Encyklopedii Rolniczej.
Zmarł 13 I 1894 w Warszawie.
O siemiejstwie wierieskowych rastienij, s osobiennym issliedowanijem swojstwiennych St. Pietierburgskoj florie, Petersburg 1844; O chorobach zbóż, a w szczególności pszenicy, Warszawa 1861; Urządzenie Szkoły Ogrodniczej Prywatnej w Warszawie, Warszawa 1880.
Alexandrowicz J. [w:] PSB, t. I, Kraków 1935, s. 68–69.
Niekoniecznie trzeba być wielkim wynalazcą, myślicielem lub filantropem, żeby na wdzięczność współziomków zasłużyć.
Niewątpliwie potrzebni są społeczeństwu ludzie, którzy mu wskazują nowe drogi lub nieznane przed nim odkrywają horyzonty myśli i czynu. Obok nich jednak muszą istnieć daleko liczniejsze zastępy pracowników, umiejących sumiennie i wytrwale spełniać liczne posługi, niezbędne do utrzymania w biegu wielkiej i skomplikowanej machiny życia narodu.
W każdej większej fabryce, obok inżynierów naczelnych, niezbędni są majstrowie do kierowania pracą codzienną i prowadzenia oddziałów robotników pod swoją komendą. Podobnież i w dobrze urządzonym społeczeństwie, powinni istnieć ludzie, których w ogóle zwiemy użytecznymi w społeczeństwie. Oni to właśnie zazwyczaj wcielają w czyn nowe idee tych niezwykłych synów Ducha Bożego, których udziałem jest przyświecanie pochodowi ludzkości po ciemnej i zawiłej drodze postępu. Do nich to należy spełnianie części zadania o wiele trudniejszej, niż wydanie z siebie pomysłu, który przecież dla głów genialnych jest częstokroć rezultatem jednej szczęśliwej chwili. Wszak nieraz łatwiej jest rzucić szczęśliwy pomysł masom i wskazać im drogę postępowania, a nawet dokonać nowego wynalazku, niż pomysły te wykonać, drogi nowe przystępnymi uczynić, wynalazki w codziennym życiu zastosować. Łatwiej napisać czarującą nawet powieść, aniżeli mozolną pracą, dziesiątki lat trwającą, kształcić młode pokolenia. Łatwiej jest również inicjować użyteczne dla ogółu instytucje, niż je do życia powołać i byt ich utrwalić. Na koniec także łatwiej jest kochać ludzkość w pięknie wygłaszanych lub pisanych frazesach, niż miłość tę okazywać jednostkom, choćby dajmy na to, dopomagając zachętą, książkami, łyżką strawy lub protekcją niejednemu młodzieńcowi do wykształcenia się na użytecznego człowieka.
Ukochany przez ogół dawnych, a licznych swych uczniów, sympatyczny całemu społeczeństwu naszemu, „książę Jerzy” jest właśnie jednym z wybitniejszych ludzi, o których mówiliśmy, tj. członków społeczeństwa pożytecznych, pracowników nieznużonych aż do ostatnich lat żywota, wreszcie protektorów młodzieży, przez wszystkich szanowanym i cenionym. Sam przydomek, który mimowolnie z pod pióra nam się zesunął, nadany dawno, dawno, czcigodnemu prezesowi i dziekanowi przez jego uczniów, jeszcze w b. gimnazjum realnym, który do niego przyrósł, i pod którym jest znany, wymownie świadczy o popularności, jaką się cieszy sympatyczna postać prof. Alexandrowicza wśród naszego ogółu.
Zarzuty czynione przez niektórych społeczeństwu, że ono wdzięcznym być nie umie, najczęściej są niesłuszne. Pomiędzy pojedynczymi ludźmi ta niecnota dosyć jest pospolitą, lecz człowiek zbiorowy rzadko się myli w ulokowaniu swej wdzięczności, czci lub nawet hołdu. Owszem, odmierza on każdemu ściśle według zasług swoje nagrody, sympatią jednak tych tylko obdarza, którzy potrafią ująć jego zbiorowe serce dobrocią, łagodnością, wyrozumiałością i w ogóle miłością, okazywaną bliźnim przy spełnianiu swych obowiązków.
Ta właśnie powszechna sympatia była bodźcem do świetnego obchodzenia w dniu dzisiejszym 50-lecia profesorskiej działalności Jerzego Alexandrowicza, na rok bieżący przypadającej. W jubileuszu wezmą udział przedstawiciele naszej inteligencji we wszystkich jej odłamach, głównie jednak znajdą się tam ogrodnicy, leśnicy, pszczelarze i farmaceuci – im bowiem zasłużył się w długiej swej a świetnej karierze szanowny jubilat szczególnym sposobem.
Nie mam zamiaru kreślić tu szczegółowo życiorysu szanownego dziekana, chociażby dlatego, że całkowitego i bezwzględnego sądu nie wydaje się o człowieku, póki on żyje. Muszę jednak przytoczyć przynajmniej kilka dat i faktów z długiej tej a pożytecznej działalności, by nazwisko jubilata wdrożyć w umysły tych, którzy go nie znają, tj. młodszego pokolenia: szczegóły te zresztą mogą dla niejednego posłużyć jako zachęta w chwili rozpoczęcia walki z życiem o chleba kawałek i dobre imię wśród ludzi. Jubilat nasz wyszedł z maluczkich, ale przy pomocy bożej i własnej wytrwałej pracy wysoko zaszedł. Zasada: „Pracuj człowiecze, a Bóg ci dopomoże”, znalazła w nim świetne potwierdzenie.
Urodził się Jerzy Alexandrowicz w roku 1819 w sam Nowy Rok, w Rumieciszkach, w pow. kalwaryjskim, z niezamożnych i niewydatne stanowisko społeczne zajmujących rodziców. Ukończył uniwersytet w Petersburgu w roku 1843, jako kandydat nauk przyrodniczych, ze złotym medalem za rozprawkę o roślinach wrzosowatych – i niezwłocznie niemal rozpoczął wykłady swe, jako profesor nauk przyrodniczych w gimnazjum realnym warszawskim. Jednocześnie też wykładał anatomię w ówczesnej szkole sztuk pięknych.
W roku 1857 w świeżo otwartej Akademii medyko-chirurgicznej powierzono profesorowi katedrę zoologii, botaniki i anatomii. Tu potrafił pozyskać sympatię licznego grona lekarzy, dziś już do starszej zaliczonych generacji.
W roku 1862 na Alexandrowicza padł wybór wykładania botaniki w Szkole Głównej, przy czym jednocześnie został mianowany dyrektorem ogrodu botanicznego. Tym sposobem jednocześnie staje się popularnym wśród przyrodników, medyków i aptekarzów, którzy wszyscy słuchają jego barwnych i pełnych humoru wykładów – niektórych z nich napełnia grozą pod egzaminami, lecz w tej samej chwili chwyta za serce na licznych botanicznych wycieczkach, w których jak brat starszy ze studentami postępuje. Wycieczki te rozbudzają ducha badań w takich, znanych później z najlepszej strony botanikach, a uczniach jubilata, jak Franciszek Kamieński, Leon Nowakowski i Józef Rostafiński.
To jedna strona ówczesnej działalności Alexandrowicza. Współcześnie jednak, jako dyrektor ogrodu botanicznego, który ze śmiercią swego twórcy, Szuberta, mocno podupadł, przywraca mu dawną świetność, a nawet rozwija szeroko tę instytucję, styka się też po raz pierwszy bezpośrednio z miejscowym kółkiem ogrodniczym i bierze je niejako w opiekę, by dotąd stale orędować mu i przewodzić. Zapoznaje się również z samym ogrodnictwem, dopomaga czynnie do wykwalifikowania Hipolita Cybulskiego, Franciszka Szaniora, niżej podpisanego i wielu innych, jest wreszcie głównym (z kasztelanem Leonem Dembowskim) założycielem Ogrodu Pomologicznego i jego dyrektorem aż do roku 1886.
Po zamianie Szkoły Głównej na Uniwersytet, zalecono profesorom, niemającym stopnia doktora, by się oń w ciągu lat dwóch postarali. Nie bardzo już młody jubilat bierze się z zapałem do nowej pracy; wykonywa liczne wycieczki po kraju, bada samodzielnie, hodując je i pod mikroskopem, grzyby, które za przedmiot rozprawy swej obrał, poznaje całą współczesną literaturę przedmiotu i nareszcie wydaje poważną i piękną książkę pt. Budowa i rozwój zarodka u Śluzowców (Myxomycetes), która pozyskała mu stopień doktora botaniki, a zarazem zaszczytne imię wśród mikologów zagranicznych.
W chwilach swych wolnych, jako rozrywkę traktując, zajmował się też szanowny dziekan (bo go fakultet tym stopniem wyższości obdarzył) hodowlą pszczół, a jednocześnie brał czynny udział w zarządzie spółki jedwabniczej. Gruntowny znawca obyczajów pszczoły, wyuczył cały zastęp młodych ogrodników pszczelarstwa i przedmiot ten wykładał zarówno w szkole ogrodniczej, jak w Muzeum Pszczelniczym na Koszykach. Nie przeszkadzało mu to wszystko miewać odczytów publicznych, był organizatorem zjazdu leśników i licznych wystaw rolniczych. Należał również do komitetu wielkiej Encyklopedyi rolniczej, w której mnóstwo artykułów z botaniki jego jest pióra.
Powróćmy jednak do ogrodownictwa, bo ono stanowi najświetniejszą kartę w księdze pożytecznej działalności jubilata. Wyjednał tedy w tej dziedzinie pozwolenie na otwarcie w Warszawie Szkoły Ogrodniczej, jego nazwisko noszącej, której ustawę niżej podpisany ułożył. Wystarał się dla niej o fundusze drogą składek wśród zamożnych przedstawicieli naszego społeczeństwa, był dyrektorem i zarazem profesorem w tej szkole, wreszcie w roku 1886 musiał ją zamknąć, przestawszy być dyrektorem ogrodu Pomologicznego, który dla szkoły stanowił niezbędne pole doświadczalne i pomieszczenia jej udzielał.
Około roku 1881 powstał pomiędzy postępowymi ogrodnikami projekt założenia Towarzystwa Ogrodniczego w Warszawie. Ustawę opracował Władysław Kaczyński, po czym była ona poprawiana przez całe grono osób tym się zajmujących. O zatwierdzenie wystąpili do władzy: Jerzy Alexandrowicz, Piotr Hoser ojciec i pułkownik Kuczyński.
W roku 1884 Towarzystwo Ogrodnicze Warszawskie uzyskało sankcję najwyższą, a prezesem jego na pierwszym posiedzeniu obrano jednogłośnie Alexandrowicza, na którym to wybitnym stanowisku pozostaje on do tej chwili, służąc Towarzystwu gorliwie czasem swoim, pracą, wiedzą i stosunkami. Kilka lat temu obrano go też i członkiem honorowym Towarzystwa.
Nie dosyć na tym. Po śmierci Stanisława Przystańskiego wybrano jubilata na dyrektora Muzeum Przemysłu i Rolnictwa; jest on też prezesem właścicieli listów zastawnych Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego.
Wśród wielu dodatnich rysów charakteru szanownego dziekana, niewątpliwie najpiękniejszym jest troskliwa opieka nad uczącą się młodzieżą. Znacznej liczbie przyrodników i ogrodników dopomógł do wykształcenia się w zawodzie, zwłaszcza wyjednywając im wpływami swoimi stypendia i zapomogi. W gościnnym domu pp. Alexandrowiczów można było stale w porze obiadowej zastać jednego lub dwóch studentów, którzy zasiadali do wspólnego stołu, niby członkowie tej rodziny, ogrzani jej ciepłem, ujmowani jej delikatnością. Niemała część zasługi za to zacne postępowanie spływa na czcigodną małżonkę jubilata, od lat wielu do swego fotela chorobą przykutą. Dobroć, słodycz i uprzejmość dla wszystkich tej matrony na każdym, kto się do niej zbliżył, niezatarte pozostawiały wrażenie.
Kończę ten szkic jedną jeszcze uwagą. Marzeniem wielu ludzi, ciężko w życiu pracujących, jest odpoczynek na stare lata. Jednakże, gdy ten upragniony odpoczynek pozyskają, przekonywają się zwykle, że szczęścia w nim nie ma. Przeciwnie nawet; organizm nawykły do czynności i pracy obowiązkowej, przeszedłszy w stan spokoju, rdzewieje niejako, psuje się. Występują rozliczne dolegliwości, często urojone i imaginacją podniecane, a resztka życia wlecze się w nudzie, apatii i goryczy.
Szanowny jubilat nasz takiej emerytury sobie nie udzielił, chociaż zasłużył na nią lepiej od wielu innych. Można go i dziś jeszcze znaleźć późnym wieczorem nad artykułami do Wielkiej Encyklopedyi ogólnej lub referatami, nie mówiąc o osobistym współdziałaniu w kierownictwie tych kilku instytucyj, których jest przewodnikiem. Oby ta owocna działalność dobrego, pożytecznego i miłego wszystkim człowieka trwała jeszcze długie lata.
*Tekst opublikowany pierwotnie w: „Tygodnik Illustrowany” 1893, nr 179, s. 347–349. Ortografia i interpunkcja uwspółcześnione, składnia i leksyka oryginału.