Kazimierz Brodziński
Urodzony 8 III 1791 w Królówce (Małopolska). Po ukończeniu gimnazjum w Krakowie i Tarnowie (1806–1809) kształcił się samodzielnie w zakresie literatury polskiej i niemieckiej oraz teorii literatury; profesor nadzwyczajny UW (od 1822); po doktoracie (1824) zajął stanowisko profesora zwyczajnego (1826).
Poeta, krytyk literacki, tłumacz. Jeden z najbardziej zasłużonych przedstawicieli preromantyzmu i sentymentalizmu.
Redaktor „Pamiętnika Warszawskiego” (1819–1823). Sekretarz Dyrekcji Rządowej Teatru Narodowego (1815–1821), sekretarz UW (1823–1830), członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk (od 1821).
Zmarł 10 X 1835 w Dreźnie.
Prace z zakresu teorii literatury: O idylli pod względem moralnym., „Pamiętnik Warszawski” 1823; Dzieje Starego i Nowego Testamentu, Warszawa 1837; O literaturze, Sanok 1856; O klasyczności i romantyczności, tudzież o duchu poezji polskiej, „Pamiętnik Warszawski” 1818; O elegii, O satyrze, O krytyce, [w:] Dzieła, t. V, Wilno 1842–1844.
Przekłady: J. Kochanowski, Elegie, Warszawa 1829; J. Goethe, Cierpienia młodego Wertera, Warszawa 1822.
B. Gubrynowicz, Kazimierz Brodziński. Życie i dzieła, Lwów 1917; Brodziński K. [w:] PSB, t. II, Kraków 1936, s. 451–452.
Objęcie przez Kazimierza Brodzińskiego katedry profesorskiej na Królewskim Uniwersytecie Warszawskim niemal zbiegło się z usunięciem ze stanowiska Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego Stanisława Kostki Potockiego, tego, którego zabiegom i determinacji Uniwersytet w dużej mierze zawdzięczał swoje powstanie. Potocki złożył ministerstwo w 1820 roku, a rozmowy z Brodzińskim zostały podjęte w 1821 roku1. Paradoks historii, ale nie przypadek. Klasyk Potocki i Brodziński, identyfikowany przez klasyków z romantyzmem – choć ani on do romantyzmu, ani romantycy do niego niespecjalnie by się przyznali – tak niedawno wykpionym przez Potockiego w jego Podróży do Ciemnogrodu2, nie mogliby znaleźć wspólnego języka do rozmów o literaturze. Wiele wskazuje więc na to, że dopóki na Królewskim Uniwersytecie miał coś do powiedzenia Potocki, a miał wiele, Brodziński musiał czekać. I czekał kilka lat. Po raz pierwszy, jak wskazuje monografia Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego pióra Józefa Bielińskiego, starał się o posadę w uniwersyteckiej bibliotece, kolejny raz, w lutym 1818 roku, aplikował, składając memoriał do Rady Ogólnej, o stanowisko sekretarza Uniwersytetu3. Bezskutecznie. Był też poważnie zainteresowany objęciem katedry literatury polskiej. Jeśli pamięć nie zawiodła Odyńca, zaprzyjaźnionego z Brodzińskim, autora Wspomnień z przeszłości opowiadanych Deotymie, to około 1819 roku dojść miało do jakiejś oficjalnej rozmowy autora rozprawy O klasyczności i romantyczności z ministrem Potockim. Zamiast posady Brodziński znalazł jednak u ministra „zimne i dumne przyjęcie”. A w gabinecie Potockiego leżał na stole, czy biurku, corpus delicti przestępstwa, które popełnił aplikant, numer „Pamiętnika Warszawskiego” z niedawno ogłoszoną wspomnianą wyżej rozprawą. W egzemplarzu Potockiego jedynymi nierozciętymi stronami miały być te z artykułem Kazimierza Brodzińskiego4. Wielbiciel literatury niemieckiej, zwłaszcza w jej wydaniu sentymentalnym, łaskawym okiem spoglądający na rodzący się romantyzm, ukazujący to zjawisko w szerszym, europejskim kontekście, w dodatku niechętny francuskiemu klasycyzmowi i pokazujący żółtą kartkę jego polskim naśladowcom i wielbicielom, do których Potocki należał, nie mógł spotkać się ze zrozumieniem Ministra Oświecenia, mecenasa i lidera krytyków warszawskich. Nie był, w jego mniemaniu, dobrym kandydatem na profesora literatury polskiej na Królewskim Uniwersytecie Warszawskim. A nominacje leżały wówczas w kompetencjach Potockiego.
Brodziński-Galicjanin był już wtedy, w 1818 roku, od ponad czterech lat związany intelektualnie, instytucjonalnie, ale i towarzysko z Warszawą. Tu też szybko zdobywał pierwsze zawodowe doświadczenia, nie licząc prywatnych lekcji dawanych w Tarnowie dzieciom zamożnej szlachty czy też żydowskim. Na zdobycie innych dotąd nie wystarczało czasu. Miał za to spore doświadczenie wojenne, w piechocie artylerii. Jeszcze w 1809 roku przedarł się z zaboru austriackiego, z Tarnowa, przez kordon graniczny do Krakowa i wstąpił do kompanii artylerii pieszej dowodzonej przez Wincentego Reklewskiego, przyjaciela Andrzeja Brodzińskiego, starszego brata Kazimierza. W swej urzędowej autobiografii (spisanej w 1823 roku) Brodziński wspomina, iż służbę wojskową starał się wówczas, do 1811 roku, łączyć z „naukami filozoficznymi i filologicznymi” na Uniwersytecie Krakowskim5. Potem przyszedł czas kolejnych kampanii, w tej z 1812 roku dosłużył się stopnia porucznika, ale stracił brata, Andrzeja; stracił też swego dowódcę, przyjaciela i dobrego poetę, Wincentego Reklewskiego. W drugiej kampanii, tej saskiej z 1813 roku, sam został ranny w bitwie narodów pod Lipskiem (16–19 października 1813) i trafił do niewoli pruskiej. Refleksje nad minionym czasem nie nastrajały go najlepiej. Zmęczony, rozbity, osierocony i z mocno nadwerężonym przez wyprawy wojenne zdrowiem pisał 3 grudnia 1813 roku do swej stryjecznej siostry: „porzuciłem sztukę wojenną, pięć blisko lat na czymże straciłem? – gdzież się teraz popiszę z wiadomością armatnią? Poezji uchwyciłem się jak pijany płotu [...]. Trzeba się, jak mól, zagrzebać w książkach”6.
Pół roku później, w końcu maja 1814 roku, znalazł się w Warszawie. Miał wówczas 24 lata. Etap wojenno-wojskowy uważał już za zamknięty. Utraciwszy, jak sam pisał: „siły i chęć do służby wojskowej”, otrzymał „żądane uwolnienie z niej”7. Najbliższe lata zdecydował się poświęcić karierze urzędniczej. Rozpoczął ją od zastępcy kancelisty w Komisji Oświecenia, potem został adiunktem w Komisji Spraw Wewnętrznych, wreszcie sekretarzem sekcji administracyjnej Komisji Likwidacyjnej Trzech Dworów. Z tym ostatnim stanowiskiem związany był zresztą najdłużej, bo aż do 1820 roku8. Ale zatrudnienie w urzędach, kancelariach to tylko jeden z wielu obowiązków, których się w tych latach podejmował. W każdym razie na nadmiar czasu nie mógł narzekać. Od 1814 roku należał do warszawskiej loży „Świątyni Izis” pracującej pod mistrzowskim młotkiem przyszłego uniwersyteckiego kolegi, Ludwika Osińskiego. Pokonywał kolejne stopnie wolnomularskich wtajemniczeń i urzędów, aż do wysokiej już w wolnomularskim zakonie funkcji sekretarza Wielkiego Wschodu Narodowego Polski9. Spod jego pióra wychodziły poezje uświetniające masońskie obrzędy. Zresztą to najlepsze poezje, jakie do tej pory wyszły spod pióra polskiego brata-poety. Drogi Kazimierza Brodzińskiego i Wielkiego Mistrza „Świątyni Izis”, Ludwika Osińskiego, będą się wielokrotnie krzyżować, czy to na niwie wolnomularskiej, czy to teatralnej, od roku 1816 bowiem Brodziński, przez sześć lat – jak podaje w swojej autobiografii10 – pełnił, znów bezpłatnie, obowiązki archiwisty i sekretarza Komisji Teatralnej11. W tym też czasie tłumaczył z języka niemieckiego lub układał „dzieła teatralne” na potrzeby repertuaru sceny narodowej. A Ludwik Osiński, po swym teściu Wojciechu Bogusławskim, przejął w tym właśnie roku 1816 dyrekcję Teatru Narodowego. Potem, po 1821 roku, obaj panowie spotkają się w murach Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Spotykać się też będą, oni, jak i cała warszawska elita intelektualno-artystyczna, i w innych miejscach, takich jak kawiarnia „Pod Kopciuszkiem” na Długiej czy u restauratorów: Szyllera, także z ulicy Długiej, i Chovota z Miodowej, których kulinarne dzieła opiewali ówcześni poeci, m.in. Kantorbery Tymowski i Marcin Molski.
Czy Brodziński był zadowolony ze swojego życia zawodowego? „Dosyć”, jak napisze w liście do siostry w pierwszym roku swego pobytu w Warszawie. „Dosyć”, bo marzyły mu się inne wyzwania, ale w najbliższych latach niewiele się zmieni, ciągle podstawę jego egzystencji stanowić będzie praca i płaca kancelisty. 19 stycznia 1815 roku napisze: „Jestem dosyć kontent z mojego losu, gdy patrzę na biedniejszych, a nie na szczęśliwszych od siebie. Miejsce moje teraźniejsze jest, prawda, bardzo pracowite, tak jeszcze, że lepszej pracy sądzę się przecie być godnym, jednakowoż, gdy mi jakikolwiek los do czasu zapewnia, póki okoliczności publiczne innego obrotu nie wezmą, jestem dosyć zaspokojony”12.
Kariera urzędnika, opłacanego zresztą nieregularnie, nie bardzo go jednak pociągała, nie zaspokajała jego ambicji. Gdy więc w 1820 roku rozwiązana została sekcja administracyjna Komisji Likwidacyjnej, mimo że natychmiast, jak sam pisze w autobiografii, otrzymał szereg propozycji zatrudnienia w innych komisjach rządowych – żadnej nie przyjął. Miał już inne plany, od dawna przecież „sposobił się” do stanu nauczycielskiego. I słusznie chyba podejrzewa Alina Witkowska w swojej monografii poświeconej Kazimierzowi Brodzińskiemu, że powstanie Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego „zaktywizowało zabiegi Brodzińskiego o pracę w szkolnictwie średnim”13, nie rezygnował jednak z planów zatrudnienia na Uniwersytecie, o czym świadczyć może jego rozmowa, co prawda niezbyt udana, z Potockim, a także pisma składane 7 lutego 1818 roku do Rady Ogólnej Uniwersytetu: „Lubo już Wysokiej Komisji Oświecenia Publicznego oświadczyłem chęć moich usług przy bibliotece Uniwersytetu tutejszego. Gdy jednak (ile mi wiadomo) lub osoby do tejże już są przeznaczone lub do późniejszych urządzeń odłożone być mają, a mojem jedynem jest życzeniem wszelkie usiłowania swoje przez dalszy ciąg życia w tym Wydziale usłudze krajowej poświęcić, ośmielam się upraszać Wysoką Radę Ogólną o miejsce sekretarza przy Uniwersytecie Warszawskim”14.
Na etat sekretarza będzie musiał jeszcze poczekać. Gdy składał to pismo, był już, od 1818 roku, związany z żoliborskim konwiktem i seminarium pijarskim, i tam, do 1822 roku, uczył stylu i literatury polskiej, a równolegle, w latach 1819–1820 – literatury polskiej w szkole wojewódzkiej zgromadzenia pijarów, wreszcie był nauczycielem literatury w Szkole Dramatycznej15. W tym też czasie, na początku lat 20., spotykają Brodzińskiego dwa duże wyróżnienia będące w pewnym sensie ukoronowaniem jego aktywności literackiej oraz naukowej. 4 lutego 1821 roku został powołany na członka Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a jego kandydaturę wysunął nie byle kto, bo rektor Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego ks. Szweykowski i dziekan Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych Feliks Bentkowski. I nie przypadek to zapewne, że wkrótce po wysunięciu kandydatury Brodzińskiego do Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk rozpoczęły się też pertraktacje z nim w sprawie objęcia, ciągle nieobsadzonej, katedry literatury polskiej na Uniwersytecie. Objął ją w lipcu 1822 roku, został wówczas profesorem nadzwyczajnym. Wkrótce otrzymał też stanowisko sekretarza Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego. 10 października 1824 roku Wydział Filozoficzny „udzielił Brodzińskiemu doktorat filozofii, a jednocześnie mianował magistrem sztuk wyzwolonych”16. W dwa lata później, 21 lipca 1826 roku, został profesorem zwyczajnym17. Rada, przedstawiając projekt etatu na rok 1827, tak motywowała potrzebę jego, czyli etatu Brodzińskiego, podwyższenia: „Wykład literatury polskiej w ten sposób, w jaki ją daje dotychczasowy profesor, wiele pracy i wiele szperań po książkach wymaga, a tern samem i niemało czasu tenże profesor na to obracać musi. Nadto profesor ten wykłada teorię stylu polskiego, naznacza uczniom ćwiczenia praktyczne, takowe musi w domu czytać, rozbierać i później swe uwagi robić. To także nie małego potrzebuje czasu i nie łatwo da się uskutecznić, zwłaszcza gdy nauka stylu obowiązuje uczniów wydziału nauk pięknych oraz uczniów prawa i administracji i wydziału filozoficznego, i gdy ci z różnem przychodzą usposobieniem”18.
W tym też roku, 1826, Brodziński pojął za żonę pannę Wiktorię Holly. Także to małżeństwo miało pewien uniwersytecki wymiar. Wybrankę serca profesor literatury polskiej poznał bowiem w domu swego uniwersyteckiego kolegi, Franciszka Armińskiego, astronoma i dyrektora obserwatorium wzniesionego w latach 20. w Ogrodzie Botanicznym. Panna Holly była zaś siostrą żony pana domu19. Jeszcze nieco wcześniej, przed podjęciem decyzji o małżeństwie, wiosną 1824 roku, Brodziński wziął urlop i ruszył, by odbyć swoje europejskie grand tour po Pradze, Italii, Karlsbadzie, Niemczech, Szwajcarii i Paryżu – jedyne takie w swoim życiu.
Rektor Szweykowski wystawił mu przed wyjazdem, w 1823 roku, następującą rekomendację: „I jako sekretarz, i jako profesor co rok więcej okazuje talentu. Jako jeszcze młodego należałoby wysłać za granicę, a talenta jego tym się piękniej rozwiną. Uprzedza wszelkie życzenia zwierzchności”20.
Owo grand tour miało jednak drugie dno. Po poznaniu panny Holly i uczuciowym zaangażowaniu, a miał już na swym koncie kilka nieudanych prób i zauroczeń, ponoć również związanych z córką kupca korzennego z ulicy Freta, może i panną Barbarą Michniewską, Brodziński – w relacji Odyńca: „Niepewny jej [Wiktorii Holly – E.Z.W.] wzajemności z wiosną [1824 – E.Z.W.] wyjechał do Włoch, aby odetchnąć po dusznej miejskiej atmosferze i troskach sercowych, które mu dojmowały, odrywając od ulubionych książek i pióra”21.
Nie udało mu się jednak uciec przed przeznaczeniem czy też przed uczuciem – wrócił, a jakiś czas potem, latem 1826 roku, doszło do małżeństwa. O niezwykłej nieśmiałości Brodzińskiego sporo mówi obrazek przytoczony przez nazbyt czasem gadatliwego Odyńca, który wspomina o spotkaniu zorganizowanym przez Armińskiego, dyrektora obserwatorium, „dla widzenia pierścienia Saturna”. Stawili się na nim i państwo profesorstwo Brodzińscy, a także wiele innych panów i pań: „Mężczyźni, przy wyjściu z bramy, podawali rękę damom. Brodziński zbliżył się do mnie i rzekł: «Proszę cię, podaj rękę mojej żonie». – Nie trzeba było mówić mi tego dwa razy, ale spytałem wszakże: «Skąd ta łaska?». A on z tym swoim łagodnym, dobrodusznym uśmiechem, który był charakterystycznym rysem jego fizjognomii, odpowiedział: «Przyznam ci się, że mi wstyd jakoś iść przez ulicę pod rękę z kobietą»”22.
Zresztą, jak twierdzi Odyniec, który szczerze polubił i bardzo szanował panią Brodzińską, żona profesora i poety także należała do grona osób niezwykle nieśmiałych i nadzwyczaj skromnych.
W rok po ślubie, 15 (lub 10) października 1827 roku, przyszło na świat jedyne ich dziecko, ukochana córka Karolina.
Gdy Kazimierz Brodziński obejmował obowiązki profesora na Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych, był już znanym literatem, autorem tekstów naukowych. A talent i sukces literacki znaczyły wówczas w Warszawie wiele, dawały pozycję towarzyską, a często i zawodową. Otwierały drzwi wielu domów. Jeśli wierzyć relacji pamiętnikarskiej Ignacego Humnickiego, autora Żółkiewskiego pod Cecorą, sztuki nie najwyższych zresztą lotów, która jednak wywołała patriotyczny aplauz publiczności i sprowadziła na jej autora gniew księcia Konstantego, właśnie ona i reakcja na nią, zarówno publiczności, jak księcia Konstantego, skłoniły Stanisława Kostkę Potockiego do zaproponowania młodemu tragikowi... posady profesora uniwersyteckiego23. Czyli posady, o której marzył Brodziński.
W wypadku Brodzińskiego przepustką jeszcze może nie do sławy, ale na pewno do dużej popularności i to wkrótce po przybyciu młodego poety-artylerzysty do Warszawy, stała się – pisana w konwencji klasycystyczno-retorycznej – elegia Na wprowadzenie zwłok księcia Józefa Poniatowskiego spod Lipska do Warszawy r. 1814. Czytamy w jego Wspomnieniach: „W kościele i po ulicach widziałem egzemplarze mojej elegii w ręku mężczyzn i niewiast średniej klasy, co bardzo schlebiało mojej próżności”24.
Ten osobisty, naznaczony autobiografizmem tekst poety-legionisty trafił do rąk obywateli Warszawy przeżywających śmierć swego wodza, księcia Poniatowskiego, w najlepszym marketingowo okresie, bo w najważniejszym momencie narodowej żałoby, w trakcie odprawiania egzekwii żałobnych, a więc w dniach 9–11 września 1814 roku.
Po elegii przyszły kolejne sukcesy literackie. Znajomość z Józefem Elsnerem, również mająca swe masońskie, ale i kawiarniane korzenie, zaowocowała współpracą z kompozytorem przy dwóch jego tekstach: O metryczności i rytmiczności języka polskiego oraz przy Mszy polskiej, do których Brodziński przygotowywał warstwę poetycką. W 1818 roku ogłosił w „Pamiętniku Warszawskim”, którego zresztą rok później stał się współredaktorem, głośną rozprawę O klasyczności i romantyczności, tudzież o duchu poezji polskiej, tę samą, która, wedle Odyńca, była niemym świadkiem rozmowy Brodzińskiego z Potockim. Obok refleksji nad romantyzmem, pojawiają się w niej rozważania dotyczące przyszłości rodzimej literatury, pogłębione zresztą szerszą refleksją nad historią polskiej literatury. Szansę dla narodowej literatury widzi Brodziński w podążaniu za własnym „czuciem” i „charakterem” narodowym, czyli za sielskością. Realizacją owego „czucia” i „charakteru” byłaby zaś sielanka, i to zarówno w sensie gatunkowym, jak też i filozoficznym, moralnym oraz narodowym. Tego również dotyczy jego wydana w 1823 roku rozprawa O idylli pod względem moralnym.
Właśnie takim utworem, a więc praktyczną realizacją teoretycznych koncepcji Brodzińskiego, miał być ogłoszony w 1820 roku w „Pamiętniku Warszawskim” Wiesław, utwór, któremu Brodziński zawdzięczać będzie sławę wielkiego poety, sławę śpiewaka Wiesława. Kilkanaście lat później przywoła go Mickiewicz w epilogu Pana Tadeusza. Co prawda epilog ten dołączony został do całego tekstu dopiero w 1860 roku, w wydaniu Klaczki, a wówczas już na świecie od dawna nie było ani autora tych słów, ani obiektu jego pochwały – Brodzińskiego.
Gdy więc w roku 1822 Brodziński obejmował katedrę literatury polskiej na Wydziale Nauk i Sztuk Pięknych Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego, był już uznanym literatem, krytykiem literackim i tłumaczem (m.in. Cierpień młodego Wertera Goethego, Dziewicy Orleańskiej Schillera, Poema ostatniego barda Scotta, wierszy Herdera), był też autorem dwóch tomów poezji wydanych w 1821 roku, redaktorem poważnego pisma i wykładowcą szkół pijarskich, członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk i wolnomularzem. Cichego, spokojnego, trochę nieśmiałego znała już wówczas cała Warszawa, zresztą nie tylko ona. Coraz lepszą pozycję zawodową, społeczną i ekonomiczną Brodzińskiego poświadczają też zmieniające się co pewien czas adresy jego warszawskich „pomieszkań”. Gdzie mieszkał zaraz po przyjeździe do Warszawy, w 1814 roku? Nie wiemy. Pewnie na jakiejś skromnej stancji w okolicach Starego lub Nowego Miasta. Około 1820, może 1821 roku, może nieco wcześniej, zamieszkał na ulicy Freta25. Ta lokalizacja pojawia się m.in. w żartobliwym wierszyku opatrzonym równie żartobliwym adresem:
Do Wielmożnego Brodzińskiego
„Pamiętnika Warszawskiego”
Zacnego współredaktora
I poezji profesora.
Mieszka ten poeta
Przy ulicy Freta,
Wszedłszy w kamienicy wnętrze
W podwórzu na pierwszem piętrze26.
Kamienica, o której mówi rymowanka Dmochowskiego, była kamienicą Schenka, spod numeru 11. Na początku wieku, w latach 1804–1806, w czasach Warszawy pruskiej, dwie kamienice bliżej, pod numerem 5, a więc Pod Samsonem, mieszkał niemiecki romantyk, wówczas urzędnik, Ernest Teodor Amadeusz Hoffmann.
Na Freta Brodziński nie zabawił jednak zbyt długo. Wkrótce, czyli po objęciu stanowiska profesora literatury polskiej, czekała go kolejna przeprowadzka, tym razem do jednego z budynków Uniwersytetu Warszawskiego przy Krakowskim Przedmieściu, do Pałacu Kazimierzowskiego. Ta przeprowadzka była jednym z widomych znaków kolejnego i najważniejszego w życiu poety awansu społecznego i zawodowego. Mieszkali tu i inni profesorowie i rektorzy, zarówno Uniwersytetu, jak i Liceum – dość precyzyjnie ustalił ich listę Jerzy Miziołek – m.in. rektor ks. Wojciech Szweykowski, rektor Samuel Linde, profesor fizyki Karol Skrodzki, ojciec Eugeniusza, autora Wieczorów Piątkowych, czy profesor miernictwa Julian Kolberg. Jeden z synów Kolberga, Oskar, tak wspomina to miejsce zamieszkania: „Od czasu przenosin do Warszawy zamieszkaliśmy w jednym z długich pawilonów dwupiętrowych (w tak zwanych koszarach kadeckich, obok Liceum, Biblioteki i Uniwersytetu). Lokal nasz z czterech pokoi i kuchni był na parterze, naprzeciwko nas (przez sień) mieszkał poeta Brodziński, a na drugim piętrze (z tej samej sieni) Szopen, prof[esor] jęz[yka] franc[uskiego], który utrzymywał pensjonariuszy, a którego syn już wówczas (w 1824 roku) uważany był jako niezwykle utalentowany muzyk”27.
Początek pracy uniwersyteckiej nie odbył się bez drobnych zgrzytów, próbowano bowiem namówić Brodzińskiego, już wówczas wytrawnego dydaktyka, do równoległego z uniwersyteckim terminowania w Liceum Warszawskim. Nie zgodził się – i wygrał28. Objął wakującą katedrę literatury polskiej. Ludwik Osiński miał co prawda w swym trzyletnim kursie jeden rok przeznaczyć na literaturę polską, ale – jak twierdzi Józef Bieliński – „cała literatura polska Osińskiego polegała na tym, że profesor, cytując utwór jakiegoś autora zagranicznego, cytował go w przekładzie polskim, najczęściej własnym”, po czym dodaje: „dzięki tej nowej – mowa o Brodzińskim – katedrze Uniwersytet stawał się polskim”29. Może, a nawet na pewno, w tej ocenie Bielińskiego działalności wykładowej Osińskiego było sporo przesady, ale pewne jest, że Królewski Uniwersytet Warszawski w 1821 roku potrzebował Brodzińskiego, a Brodziński bardzo potrzebował Uniwersytetu. A też i Uniwersytet odwdzięczył się mu nie najgorszym apanażem, bo 5 tys. rocznie pensji profesorskiej30 i 2,5 tys. złp31 w związku z pełnioną przez niego funkcją sekretarza Uniwersytetu. Z ustaleniem wynagrodzenia Brodzińskiego wiązały się zresztą jakieś kłopoty, jak zauważa bowiem Józef Bieliński, Brodziński wielkim faworytem Komisji Rządowej, ze stojącym na jej czele „ministrem zaciemnienia” Grabowskim, na pewno nie był32. Mało uległy politycznie, a nawet dość podejrzany33. Najwyraźniej odbijało się to na jego pensji, mocno okrajanej. W piśmie o uzwyczajnienie Brodzińskiego Rada Ogólna Uniwersytetu wyraźnie naciskała na Komisję Rządową, by ta „proponowaną przez Radę całą etatową pensję udzielić mu raczyła”, dodając, że „niektórzy z profesorów, co daleko później po nim weszli do Uniwersytetu, już pobierają całą etatową pensję 6000 złp”34.
Mimo tych kłopotów trzeba przyznać, że pensja Brodzińskiego i tak była około siedmiokrotnie wyższym uposażeniem od średniej krajowej urzędniczej wynoszącej wówczas około 1000 złotych. Dodatkowym atutem było też służbowe mieszkanie. Brodziński miał wówczas niewiele ponad 30 lat.
Jego pierwszy wykład odbył się 10 października 1822 roku, w dopiero co, bo w 1821 roku, ukończonym i otwartym tzw. pawilonie audytoryjnym, zwanym też fizycznym. A więc w jednym z dwóch, stanowiących lustrzane odbicie, gmachów, na które się natrafiało zaraz po wejściu na teren Uniwersytetu, po lewej stronie, stojąc plecami do Krakowskiego Przedmieścia. „Zaraz przy wnijściu od Krakowskiego Przedmieścia – pisze kronikarz XIX-wiecznej Warszawy, Kazimierz Wójcicki – po obu stronach stanęły dwa duże gmachy piętrowe, z tych po lewej stronie od wschodu był poświęcony na prelekcje, lewy na gabinety: zoologiczny i mineralogiczny, w tymże gmachu na dole mieścił się wydział sztuk pięknych”35.
Tam, w gmachu audytoryjnym, prowadzili swoje wykłady i Józef Elsner, i Fryderyk Skarbek, i dziekan Wydziału Nauk i Sztuk Pięknych oraz autor dwutomowej Historii literatury polskiej Feliks Bentkowski, a także Ludwik Osiński, znany warszawskiemu towarzystwu ze swych sobotnich wykładów cieszących się ogromną popularnością, nie tylko zresztą wśród studentów. Osiński prowadził je zapewne w ogromnej, wypełnionej po brzegi Sali Uroczystości. W przeciwnym rogu tego gmachu na piętrze wykładał Kazimierz Brodziński. „Szczupłe grono młodzieży – relacjonuje nieoceniony Odyniec – co umiało całą wartość każdego [jego] słowa [...] docenić, otaczało ścieśnionym wieńcem katedrę, ażeby nic nie utracić z tego, co słabym głosem odczytywał ukochany profesor. [...] Szczupła, blada, łagodna twarz jego prześlicznie odbijała od czarnej togi i biretu (w którym profesorowie wówczas na katedrę wchodzili)”36.
Ludwik Osiński wykładał dwie godziny z literatury powszechnej, potem tylko godzinę, tłumacząc zniżkę godzin dość cynicznie, w piśmie skierowanym do rektora ks. Szweykowskiego, że jedna godzina dostatecznie wypracowana użyteczniejsza i lepsza być może. Brodzińskiemu wyznaczono wymiar sześciu godzin tygodniowo. To dużo, nic więc dziwnego, że i tym razem próbował pertraktować: „Kurs literatury polskiej rozłożony na 6 godzin w tygodniu, przez 10 miesięcy, wynosi przeszło 800 arkuszy. La Harpe, mimo że trzech najoświeceńszych narodów literaturę zawarł w swym kursie, nie ma tej obszerności. Historia ogólnej literatury łatwo ją mieć może. Wiadomo jak daleko szczuplejszą jest literatura polska od oświeceńszych narodów. [...] Lekcja W. Osińskiego, mimo talentu wyższego, ma jeszcze tę korzyść, że wybierać może płody najwyższych geniuszów i sądy krytyków ze wszystkich narodów; przecież jedną ma tylko godzinę w tygodniu, gdy ja na 4–6 godzin wypracować muszę rozprawy o literaturze jednego tylko narodu, która tak mało piórem krytycznym dotknięta była”37. Utargował niewiele, bo tylko dwie godziny. Jedną godzinę miał poświęcić na ćwiczenia w stylu polskim, a trzy na krytyczną historię literatury polskiej.
Wszystkie pamiętnikarskie relacje dotyczące wykładów, czy to z Moich wspomnień Aleksandra Jełowickiego, późniejszego drukarza i księgarza paryskiego, w końcu księdza zmartwychwstańca, czy Odyńca, czy z Wieczorów piątkowych Eugeniusza Skrodzkiego lub Pamiętników Kajetana Koźmiana i wielu innych, podkreślają te same cechy osobowości Brodzińskiego, również jako wykładowcy. Jego prostotę, naturalność, delikatność, kameralność, otwartość, ale też urzekającą intymność wypowiedzi połączoną z nieśmiałością. „W słowach zwykle był skąpy – wspomina Odyniec – a przy tem sam miły dźwięk głosu, nadawał temu, co mówił, ów magnetyczny, że tak powiem, powab, który sam przez się w rozmowie, niezależnie od treści, uwagę i współczucie obudzą”38. I w kontekście tych słów trudno nie przyznać racji Alinie Witkowskiej, gdy pisze: „nie łudźmy się, że mamy tu do czynienia z naturalnością wypływającą z prostoty i bezpośredniości stylu bycia profesora literatury polskiej, które można przeciwstawić «aktorstwu» Osińskiego. Było to także aktorstwo, tylko w zupełnie innej konwencji utrzymane”39. Utrzymane właśnie „w konwencji naturalności, prostoty, liryzmu”. Konwencji nakierowanej, dodajmy, nie tyle na walory akustyczne, aktorskie, ile przede wszystkim na elementy treściowe wypowiedzi. A od tego, co mówił, zależało, jak mówił. „Osiński, zarozumiały – dodaje Jełowicki – nadęty dowcipniś i wierszopis, a tak roztrąbił swoją sławę przesadnym czytaniem na tempa, że pierwszy raz przychodziło się na jego wykład jak do wyroczni [...]. Na wykład Brodzińskiego szło się jak do poufałego przyjaciela, a wychodziło zawsze z sercem rozczulonym i ze łzą w oku”40.
Wspomina się o tłumach na wykładach Osińskiego i szczupłym gronie młodzieży, „co umiało całą wartość każdego słowa śpiewaka Wiesława ocenić” (Wójcicki). Śpiewaka wątłego, niedużego, delikatnego, z lekko pochyloną sylwetką, co również podkreślają pamiętnikarze. „Noszący w sobie zaród choroby piersiowej – pisze Kajetan Koźmian – słabego zdrowia, mdły, często smutny, do czułości i rozrzewnienia łatwy”41. „Miał oblicze nadzwyczaj pogodne – dodaje Skrodzki – miłe i pełne dobroci, ale budowa jego wątła, pochylona, chód nieśmiały nie dawały mu żadnej powagi”42.
Stanowiło to zresztą przyczynę pewnych, zakrawających na małe qui pro quo, nieporozumień, o których wspominał Skrodzki. Na przykład w sytuacji, gdy nowy, „niedawno ugodzony” stróż gabinetu numizmatycznego wziął Brodzińskiego, lubiącego przechadzać się zmierzchem dookoła gmachów, za „amatora cudzej własności” „skradającego się z cicha do zbiorów”43. Innym razem, pisze Skrodzki, znacznie mniej jednak wiarygodny od Odyńca, bowiem ten syn profesora, znajomego i współredaktora wraz z Brodzińskim „Pamiętnika”, w czasach, o których tu wspomina, był zaledwie dwu-, góra pięcioletnim pacholęciem: „jakaś biedna wdowa po oficjaliście podawała prośbę o wsparcie do Rady Uniwersytetu, której Brodziński był sekretarzem. A że w sali znalazła figurę sztywną, rumianą, opasłą pedela, biorąc go przeto za większego dygnitarza od mizernie wyglądającego poety, w żaden sposób nie chciała powierzyć swoich dowodów sekretarzowi, dopóki wielmożny pedel uroczyście jej nie zapewnił, że może to bez szkody uczynić”44.
Ale jest jeszcze inny Brodziński, chciałoby się rzec – wielki Brodziński, znakomity umysł, krytyk i historyk literatury, wykładowca i literat. Nie postawa, nie deklamacja, nie głos, ale walory treściowe, poparte inną niż Osińskiego manierą wykładową, przyciągały do niego młodzież. Jako pierwszy w tych murach, ale przecież i w swojej wcześniejszej twórczości, ukazywał literaturę w perspektywie chronologicznej, historyczno-socjologicznej, w dodatku na tle europejskim. W powiązaniu z historią narodu, jego dziejami, obyczajami. Literatura miała być pochodną tego życia, ale jednocześnie czynnikiem kulturowym silnie oddziałującym na narodowe dzieje. Dlatego też nie bez znaczenia był wybór drogi, którą literatura polska ma podążać, o czym pisał w swej rozprawie z 1818 roku: „W historii [...] literatury polskiej mamy rzecz tylko o jednym narodzie, w której nie idzie o wskazanie wzorów dobrego smaku, ale o poznanie tego narodu wszechstronnie, w celu, abyśmy nie tak o utworach jego piśmienniczych, ale o nim samym sądzili, abyśmy poznawszy jego charakter, skłonności, siebie i prace nasze podług nich nadal rozwijać mogli”45.
Twórczość artystyczna, literacka nie jest więc szeregiem mniej lub bardziej przypadkowych wytworów artystycznej emanacji, ale pewnym ciągiem zjawisk, przemian. Widzi ją Brodziński właśnie we wspomnianej perspektywie historycznej dziejów narodu. Są nierozłączne. Młodzież słuchająca Brodzińskiego otrzymywała więc nie tyle lekcje estetyki, analizy dzieła, której zadaniem była m.in. ocena gustu i smaku, prawideł sztuki, ile antylaharpe'owski wykład idący w stronę syntetycznego postrzegania literatury. Otrzymywała instrument, właśnie w postaci historii literatury, pozwalający jej, w mniemaniu Brodzińskiego, zrozumieć i poznać dzieje i ducha własnego narodu, instrument w jakimś więc sensie samopoznania narodowego, a to samopoznanie winno pomóc w wyborze postaw, stylów życia. Wykłady te daleko wychodziły więc poza podstawowe narzędzia i przedmiot badań historycznych. A jednocześnie to nowatorskie, na gruncie polskim, jak twierdzą badacze, po raz pierwszy historyczno-literackie i prohistoryczne spojrzenie na historię literatury miało swoje europejskie korzenie, choćby w twórczości Madame de Staël czy współczesnego Brodzińskiemu profesora literatury francuskiej na Sorbonie, Villemaina. Gatunkiem zaś, któryby oddawał ducha narodu i którego głównymi cechami byłyby łagodność, pokojowość, ale i odwaga, oddanie Bogu i Ojczyźnie, przywiązanie do pracy na roli, jest, według Brodzińskiego, sielanka. I to sielanka jako gatunek historyczny – ale też nadający ton dalszej twórczości narodowej, łączący przeszłość z teraźniejszością i przyszłością – winna się stać gatunkiem narodowym. I znów tworzona koncepcja świata idylli, przeniesiona na grunt polski, w dużej mierze opierała się na wzorcach Herderowskich czy Richterowskich, twórczości Goethego czy Yossa.
Gdyby Uniwersytet Warszawski nie powstał w roku 1816 i nie ukonstytuował się w ciągu dwóch najbliższych lat, pewnie Warszawa musiałaby czekać na wyższą uczelnię kolejnych 100 lat. Okres liberalizmu i łaskawości aleksandrowskiej trwał bowiem bardzo krótko. W roku 1819 właściwie nie było po niej śladu. Z każdym rokiem nad Królestwem, nad Warszawą, nad Uniwersytetem wreszcie zbierało się coraz więcej czarnych chmur zapowiadających burze i zawieruchy, o czym świadczą m.in.: wprowadzenie cenzury na pisma, dozór na Uniwersytecie, naciski na posłów sejmowych, pogrzeb Staszica, potem Aleksandra I, a kilka lat później senatora Bielińskiego i manifestacje z tymi wydarzeniami związane, Sąd Sejmowy zebrany dla osądzenia członków Towarzystwa Patriotycznego, warszawskie spiski młodzieżowe. Rektorowi oraz sekretarzowi Uniwersytetu, którzy zgodnie próbowali zapobiec poważniejszym ekscesom, rozpolitykowaniu młodzieży i wiążącym się z tym politycznym represjom, coraz trudniej przychodziło utrzymanie młodzieży z daleka od polityki, właściwie było to już niemożliwe.
Brodziński był przeciwny wszelkiej gwałtowności, rewolucyjnym wybuchom pełnym ognia i nienawiści. W jego koncepcji świata, budowanej po kampaniach napoleońskich, było miejsce na pracę, pokój, na równowagę, ład i umiar. Gdy w 1830 roku wydał pierwszy tom Pism rozmaitych, zwłaszcza dwie rozprawy – O krytyce i O egzaltacji – wywołały wielki gniew młodych romantyków. A szło o dużą stawkę, bo o wizję literatury i sztuki, czyli o rzeczywistość, o Polskę, o wszystko. Tak pisał główny atakujący, Maurycy Mochnacki, po lekturze pism Brodzińskiego: „we własnem sercu mamy burzę; w duszy nosimy rozstrojenie. Ale temu żadna rozprawa o egzaltacji i entuzjazmie nie zaradzi. Są inne na to środki”46.
Drugiego tomu swych pism Brodziński, mimo zapowiedzi, nie wydał. Nie chciał kolejnej wojny. Kto wie, może spalił cały nakład, jak niektórzy twierdzili. Wziął jednak udział w powstaniu listopadowym i to z przekonaniem. Przemawiał do młodzieży, pisał powstańcze poezje, był członkiem pisma rewolucyjnego „Kurier Polski”, później „Nowej Polski”. W styczniu 1831 roku wraz z innymi profesorami sypał szańce, mające pomóc w obronie Warszawy przed rosyjskimi wojskami Dybicza. W lipcu 1831 roku przyjął funkcję wizytatora szkół polskich, a wcześniej, 3 maja 1831 roku, wygłosił słynną mowę O narodowości Polaków w Warszawskim Towarzystwie Przyjaciół Nauk. I w tych miesiącach dokonał się w nim przełom, inaczej już zaczął czytać znaki, inaczej je interpretować. Alina Witkowska mówi o przełomie mistycznym. I pewnie ma rację. Inni – o nagłym religijnym objawieniu. „Inaczej zobaczył Brodziński sens dziejów Polski, inaczej odczytał jej przeszłość i przyszłość. W duchu mesjanistycznego posłannictwa” – zauważa Witkowska. W 1835 roku, w roku swojej śmierci, napisze jeszcze Brodziński Posłanie do braci wygnańców, które prześle na emigrację, posłanie pełne wiary w odkupicielskie, Chrystusowe przeznaczenie Polski, Polaków i emigracji – ich historia, cierpienie ma sens, sens odkupienia.
8 września 1831 roku podpisano kapitulację Warszawy, a Brodziński następnego dnia pisze wiersz pt. Dnia 9 września 1831 roku47:
Na zgliszczach narodu stoją,
Które krwią bratnią oblali;
Wolność i naszą, i swoją
Ślepo utopić w niej dali.
[...]
Boże, Boże! gdzieś się podział,
Osławiony nasz obrońca?
Któż się, w Tobie ufny, podział
Że do tego przyjdziem końca?
Cóż umyślił z nieszczęsnymi,
Żeś nas rzucił bez sposobu?
Aniś chciał nas mieć wolnymi,
Aniś wszystkim otwarł grobu!
Na emigrację nie ruszył, został w Warszawie. Czuł się źle, coraz gorzej, żona też zaczęła chorować, a dziecko było jeszcze bardzo małe.
Komitet Klasyfikacyjny decydujący o przydatności ocenianych do zawodu byłych urzędników Królestwa Polskiego nie mógł być łaskawy dla byłego profesora literatury polskiej na Królewskim Uniwersytecie Warszawskim, skoro sąsiad z Pałacu Kazimierzowskiego, dyrektor Liceum Warszawskiego, taką wystawił mu przed tą komisją cenzurkę: „Sposób myślenia dwuwykładowy, nie radziłbym zostawiać mu wpływ na edukację młodzieży nawet więcej co do ułożenia fizycznego. [...] Sprawował przed rewolucją [urząd] sekretarza, przyjął w rewolucją wizytatora szkół [...]. Nie mógł się wstrzymać od mów i pism w rewolucją [...]. Bawił w Warszawie”48.
W sumie ta opinia przynosiła chwałę Brodzińskiemu, ale równocześnie nie dawała żadnych szans na pracę w szkolnictwie. Po długich zabiegach, miesiącach wegetacji uzyskał wreszcie emeryturę, ale znacznie niższą od tej, która mu się należała, bo tylko 3,4 tys. zł rocznie49. Dorabiał redagowaniem, m.in. „Magazynu Powszechnego”.
Został w kraju, ale myślał o emigracji i z każdym miesiącem, tygodniem czuł się coraz gorzej. 6 kwietnia 1835 roku pisze do Gołębiowskiego: „Od kilku już miesięcy cierpię dużą narośl na prawej łopatce, która mi dokucza i władzę dłuższego pisania odbiera. [...] Panie! Bądź wola Twoja! Nie pisałem wyroków ani krytyk, ani paszkwilów, a przecie jakby kto przeklął moją biedną rękę”50.
Nowotwór? Pewnie tak, choć współcześni częściej mówili o chorobie płuc. Szukał ratunku u wód w Karlsbadzie. Ruszył przez Drezno, gdzie spotkał Odyńca, który zaopiekował się swym chorym przyjacielem. Tak opisuje on swoje pierwsze drezdeńskie spotkanie z Brodzińskim: „wychodząc z domu na ulicę w Dreźnie, spotkałem w bramie i przeraziłem się, ujrzawszy podobieństwo i jakoby cień Brodzińskiego. Był to on sam, niestety, ale jakże odmieniony od dawnego siebie! Wycieńczenie fizyczne i cierpienia moralne zlały się w jeden wyraz – zdrobnionej zda się jeszcze bladej jego twarzy”51.
W Dreźnie Brodziński poczuł się lepiej, na tyle dobrze, że ruszył w dalszą drogę po zdrowie, do Karlsbadu. Nie znalazł go tam. Wrócił do Drezna w jeszcze gorszym stanie, o dalszej jeździe do domu, do Warszawy, nie mogło być mowy. Nie był sam, otaczali go przyjaciele. Był przy nim również, czy przede wszystkim, niezawodny Odyniec, który zdał potomnym relację z ostatnich dni i godzin życia swego przyjaciela – o tym m.in., jak ucieszył się Brodziński z listu Mickiewicza, który prosił: „Jeżeli Brodziński – cytuje Odyniec ów list – jest jeszcze u was, kłaniaj mu się ode mnie. Chociaż nie znam go osobiście, wiesz, jak go wysoko szacuję. Na końcu Tadeusza był do niego ustęp; ale nagłe drukowanie i moje ówczesne zatrudnienie małżeńskie zrobiły, że nie miałem czasu poprawić i umieścić owego epilogu. Zostawiłem go dla przyszłego (jeśli będzie) wydania”52.
Wspomina też Odyniec ostatnie rozmowy z Brodzińskim, leżącym bezwładnie w łóżku i mówiącym tak cicho, że jego rozmówca, aby cokolwiek usłyszeć, musiał „aż głowę wesprzeć na jego poduszce”53. Brodziński zmarł 10 października 1835 roku. A 10 października – pisze Odyniec – „był to, jak sam mówił, dzień pamiętny i szczęśliwy w jego życiu; dzień, w którym w 1822 r. wszedł po raz pierwszy na katedrę profesorską w Uniwersytecie Warszawskim i rocznica urodzin Karusi”54.
W rękopisach Biblioteki Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk zachował się jeszcze jeden, bardzo późny zresztą ślad dotyczący dwóch „bogów” ówczesnego Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego, Ludwika Osińskiego i Kazimierza Brodzińskiego. Ślad ten wyszedł spod pióra, już w latach 70. XIX wieku, absolwenta prawa i jednego z pierwszych doktorów warszawskiego Uniwersytetu, Wincentego Kraińskiego – prawnika może i niezłego, za to strasznego grafomana, po powstaniu listopadowym emigranta, który – dobijając 60. roku życia – przyjął święcenia, w końcu został wykładowcą na Uniwersytecie Wrocławskim. Znany był z tego, że, nie zważając na to, iż żyje już w innej epoce, dawał na tychże wykładach upust swej ciągle żywej nienawiści do Mickiewicza, towiańszczyzny i romantyzmu.
Kraiński, w przywołanym z rękopisów tekście, wraca pamięcią do lat młodości, wraca w mury akademickie, do swych warszawskich uniwersyteckich profesorów, Osińskiego i Brodzińskiego – zwolenników odmiennych estetyk. Obie te tradycje, zarówno klasycyzm, jak i romantyzm, były, jak pisał gdzie indziej: obce, nie polskie, nie narodowe, i dlatego ich wykładowców, Osińskiego i Brodzińskiego, czynił odpowiedzialnymi za upadek Rzeczypospolitej, za „włożenie jej do grobu”, za listopadową rewolucję, za podział, który dokonał się między Polakami, na klasyków i romantyków, na „my” i „oni”.
Do Profesorów Osińskiego i Brodzińskiego55:
Profesorami byliście (1829)
Literatur dawaliście W Warszawskiej Akademii,
Lecz każdy w inszej missyi!
Osiński dawał Klasyczność,
A Brodziński Romantyczność!
Myśmy na Was uczęszczali,
Jednej i drugiej słuchali!
Lecz nieszczęście stąd nastało,
Młodzież z sobą rozerwało Na dwa obozy zajadłe,
W taką nienawiść zapadłe,
Że wiodły wzajemną wojnę,
W nieszczęśliwe skutki hojną.
Stąd rewolucja wstała (1830),
Na to się tylko przydała,
Żeby nas z grobu wywołać (1795–1830),
Do głębszego wrzucić zdołać! (1831)
Jak się dotąd jeszcze dzieje (1874),
Że Polska w grobie próchnieje;
Lecz w grobie daleko głębszym,
Dla Polaków okropniejszym!
1J. Bieliński, Królewski Uniwersytet Warszawski (1816–1831), t. I, Warszawa 1907, s. 753–754.
2St. Kostka Potocki, Podróż do Ciemnogrodu, Warszawa 1820.
3J. Bieliński, op. cit., t. III, Warszawa 1912, s. 419.
4A. E. Odyniec, Wspomnienia z przeszłości opowiadane Deotymie, Warszawa 1884, s. 321.
5K. Brodziński, Autobiografia, [w:] K. W. Wójcicki, Cmentarz powązkowski pod Warszawą, t. II, Warszawa 1856, s. 139–141. Zob. też nieco zmienioną wersję tej autobiografii w: K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości i inne urywki autobiograficzne, wydał i wstępem opatrzył J. Tretiak, Kraków 1901, s. 85–88 oraz J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 445–448.
6Listy Kazimierza Brodzińskiego do stryjecznej siostry, Szczęsnej, wydał z autografu i zaopatrzył wstępem A. Łucki, „Przewodnik Naukowy i Literacki” 1906, R. 34, nr 8, s. 740–741.
7K. Brodziński, Autobiografia, op. cit., s. 140 oraz K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości..., op. cit., s .86.
8K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości..., op. cit., s. 86; zob. też J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 446, J. Bieliński, op. cit., t. I, s. 362.
9S. Małachowski, Wykaz polskich lóż wolnomularskich oraz ich członków w latach 1738–1821, Kraków 1929, s. 69; zob. też. L. Hass, Sekta farmazonii warszawskiej. Pierwsze stulecie wolnomularstwa w Warszawie (1721–1821), Warszawa 1980, s. 369 i d. oraz S. Załęski, O masonii w Polsce, Kraków 1889.
10K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości..., op. cit.
11Zob. też J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 447.
12Listy Kazimierza Brodzińskiego..., op. cit. s. 742.
13A. Witkowska, Kazimierz Brodziński, Warszawa 1968, s. 151.
14J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 419.
15Ibidem, s. 447.
16Ibidem, s. 449.
17Zatwierdzony 21 lipca 1826 r.; ibidem, t. I, s. 362.
18Ibidem.
19K. W. Wójcicki, op. cit., t. II, s. 138.
20J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 448, zob. też 436.
21K. W. Wójcicki, op. cit., t. II, s. 138.
22A. E. Odyniec, op. cit., s. 315.
23I. Humnicki, Pamiętniki, „Sfinks” 1913, nr 1, s. 137–141.
24K. Brodziński, Wspomnienia mojej młodości, „Pamiętnik Literacki” 1905, R. IV, s. 79–80.
25Zob. list Kazimierza Brodzińskiego do ks. Janowskiego z 20 XI 1821, w którym podaje swój adres: Freta 275, w: K. W. Wójcicki, op. cit., t. II, s. 141.
26Pełna wersja wiersza:
Gdy już przeminął czas ostry i zmienny,
Zebrane kółko młodych literatów
Chce razem spędzić pierwszy dzień wiosenny
Wśród lip cienistych i wśród woni kwiatów.
Lecz bez śpiewaka Wiesława,
Poszłaby na nic zabawa.
Więc pan Kazimierz niech prośby wysłucha
I w dniu jutrzejszym dorożką, czy pieszo,
Na skromny obiad przybędzie do Szucha,
Gdzie z wierszopiską połączy się rzeszą.
Co wyraziwszy,
Każdy będzie najszczęśliwszy,
Jeśli od niego dozna tej łaski,
(podpisano) Dmochowski, Morawski
Lisicki, Kurpiński
i Bruno Kiciński
cyt. za: F. S. Dmochowski, Wspomnienia od roku 1806 do 1830, Warszawa 1858, s. 168–169.
27Cyt za: J. Miziołek, Uniwersyteckie lata Fryderyka Chopina, „Uniwersytet Warszawski” 2010, nr 1, s. 19.
28J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 419.
29Ibidem, s. 804.
30Ibidem, s. 421.
31Ibidem, t. I, s. 353, 382 i 385.
32Ibidem, s. 362.
33Ibidem, s. 182: „Ze zaś wykłady Woelcka, Osińskiego i Brodzińskiego wzbudzały podejrzenia, przeto zalecono inspektorom Zychowiczowi i Carre, aby te prelekcye w szczególnej mieli opiece”.
34Ibidem, s. 362.
35K. W. Wójcicki, Warszawa i jej społeczność w początkach naszego stulecia, Warszawa 1875, s. 231.
36A. E. Odyniec, op. cit., s. 323.
37J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 420.
38A. E. Odyniec, op. cit., 327.
39A. Witkowska, op. cit., s. 208.
40A. Jełowicki, Moje wspomnienia, Warszawa 1970, s. 64.
41K. Koźmian, Pamiętniki obejmujące wspomnienia od roku 1815. Oddział III i ostatni, Kraków 1865, s. 402.
42E. Skrodzki, Wieczory piątkowe i inne gawędy, opr. M. Opałek, Warszawa 1962, s. 63.
43Ibidem.
44Ibidem.
45Cyt. za: R. Skręt, Kazimierz Brodziński jako historyk literatury, Warszawa 1962, s. 13.
46M. Mochnacki, Pisma rozmaite Kazimierza Brodzińskiego, „Kurier Polski”, nr 145, 1 V 1830, cyt. za: Pisma po raz pierwszy edycją książkową objęte, oprac. A. Śliwiński, Lwów 1910, s. 256.
47Poezja Powstania Listopadówego, wybrał i opracował A. Zieliński, Wrocław 1971, BN I 205.
48J. Bieliński, op. cit., t. III, s. 451.
49Ibidem, s. 452.
50List do Łukasza Gołębiowskiego z 6 IV 1835 w: S. Gołębiowski Pamiętnik o życiu Łukasza Gołębiowskiego wydany przez jego syna, Warszawa 1852; zob. też: A. E. Odyniec, op. cit., s. 331.
51A. E. Odyniec, op. cit., s. 331.
52Ibidem, s. 342–343.
53Ibidem, s. 346.
54Ibidem, s. 345.
55Różne odezwy przez dr. Kraińskiego, Biblioteka Poznańskiego Towarzystwa Nauk, Pisma Wincentego Kraińskiego (nieskatalogowane), t. LXV, nr 51.