Karol Estreicher
Urodzony 22 XI 1827 w Krakowie. Studia filozoficzne i prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zastępca dyrektora biblioteki Szkoły Głównej (od 1862); doktorat w Szkole Głównej (1867); kierownik Katedry Bibliografii w Szkole Głównej (1865–1868), dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej (1868–1905).
Bibliotekarz, bibliograf. Zasłużył się opracowaniem niemal kompletnej bibliografii druków polskich, a także rozbudową i skatalogowaniem księgozbioru Biblioteki Jagiellońskiej.
Współtwórca Akademii Umiejętności i jej członek czynny (od 1872), przewodniczący Komisji Bibliograficznej AU (1873–1888), członek Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, członek honorowy Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk.
Zmarł 30 IX 1908 w Krakowie.
Bibliografia polska (t. I–XXII), Kraków 1872–1908; Bibliografia polska XIX wieku (t. I–XIV), Kraków 1906–1916.
A. Birkenmajer, Karol Estreicher i jego znaczenie, [w:] Portrety uczonych polskich, wybór A. Biernacki, Kraków 1974, s. 159–165; Estreicher K. [w:] Uczeni polscy XIX i XX stulecia, red. A. Śródka, Warszawa 1997, t. I, s. 451–453; Estreicher K. [w:] PSB, t. VI, Kraków 1948, s. 309–312.
Wbrew może pozorom, nie tak to łatwo w odmierzonym czasie przedstawić życie, działalność i znaczenie Karola Estreichera. Bo choć pokrótce można by powiedzieć, że większa część jego przeszło 80-letniego życia upłynęła mu w tym mało efektownym i często u nas lekceważonym zawodzie, jaki sam sobie wybrał w roku 1862, a dalej, że jego działalność głównie się skupiała w kierowanej przezeń Bibliotece i przy jego osobistym warsztacie bibliograficznym, a wreszcie, że jego znaczenie dla naszej nauki zasadza się przede wszystkim na jego imponującej Bibliografii polskiej – to te trzy stwierdzenia, mimo że prawdziwe, bynajmniej nie wyczerpują jego niezwykłej indywidualności ani też dziedzin, w których się ona ujawniła społeczeństwu. Nie był to bowiem bibliotekarz po uszy zagrzebany w książkach ani też bibliograf uprawiający swoją specjalność dla niej samej; był to człowiek żywy, mocno tkwiący w swojej współczesności, dotrzymujący kroku jej przemianom, a przeto młodzieńczy sercem i umysłem aż po biologiczną starość.
Urodził się w roku 1827 w rodzinie o różnorodnych zdolnościach, zainteresowaniach i przymiotach. Jego dziad, Dominik, ściągnięty do Polski przez Hugona Kołłątaja, pierwszy z tej rodziny związał swe losy z losami Uniwersytetu Jagiellońskiego, choć po trzecim rozbiorze musiał z niego ustąpić; warto może pamiętać, że oprócz sztuki malarskiej, której nauczał w Szkole Głównej Koronnej, zajmował się przekładami włoskich komedii na użytek miejscowego teatru, do czego jeszcze powrócę. O jego synu Alojzym pisze biograf, że z domu rodzinnego wyniósł umiłowanie pracy; nie dziwota tedy, że przekazał je swemu z kolei synowi, właśnie Karolowi, u którego ta niestrudzona pracowitość jest cechą dominującą i godną najwyższego podziwu. Ale wypada również wspomnieć, że tenże Alojzy Estreicher, choć przyrodnik i głównie zasłużony dla uniwersyteckiego ogrodu botanicznego, parał się też bibliografią, przesyłając swym zagranicznym korespondentom wykazy polskiej literatury z zakresu ogrodnictwa, gospodarstwa wiejskiego, górnictwa, mineralogii, zoologii i medycyny. Nawiązując do tego faktu, już przed trzydziestu laty Jan Muszkowski brał pod uwagę możliwość, że Karol Estreicher odziedziczył po swym ojcu również i żyłkę bibliograficzną.
Prawdziwe jednak korzenie Bibliografii polskiej Karola Estreichera sięgały o wiele głębiej. Był on dzieckiem i dziedzicem okresu, w którym poszukiwaniami bibliograficznymi zajmowano się u nas tak powszechnie, jak nigdy przedtem, a rzadko kiedy potem. Mówię to o okresie między trzecim rozbiorem a powstaniem listopadowym i chcę w nim uwypuklić dwa zjawiska dziejowe. Jedno z nich dotyczy ówczesnej historii naszych bibliotek i streszcza się w tym, że wśród nich bardzo ważne miejsce zajęły wielkie księgozbiory prywatne, których powstanie lub też wydatne pomnożenie stanowi jedną z naczelnych cech charakteryzujących owe dziesiątki lat. Wystarczy wymienić takie księgozbiory, jak Joachima Chreptowicza, Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, Tadeusza Czackiego, Adama i Izabeli Czartoryskich, Tytusa Działyńskiego, Edwarda Raczyńskiego, wszystkie gromadzone z prawdziwym znawstwem i (co jeszcze ważniejsze) ze wspólnym i zupełnie określonym celem. Cóż bowiem kierowało tymi tak licznymi i tak światłymi bibliofilami, jeśli nie ich rozumny i dalekowzroczny patriotyzm, który im nakazywał ratować z katastrofy bytu państwowego przede wszystkim duchowe dobra narodu; w pierwszym więc rzędzie uganiano się za rękopisami dotyczącymi naszej przeszłości i za staropolskimi drukami. A w parze z tym zjawiskiem szło zjawisko drugie, od tamtego poniekąd zawisłe, w każdym zaś razie ściśle z nim zespolone, tj. bibliograficzna rejestracja zabytków staropolskiego piśmiennictwa i historyczne badania nad dawnym naszym drukarstwem. Dowodów na to nie brak, że wspomnę tylko obie Historie drukarń Jerzego Samuela Bandtkiego (1815, 1826), a zwłaszcza znakomite Księgi bibliograficzne Joachima Lelewela (1823–1826); lecz oprócz tych, o naukową syntezę zabiegających autorów, ileż osób, a w szczególności właśnie kolekcjonerów, notowało na własny najpierw użytek wszelkie wiadomości o rzadkich polskich drukach!
O powszechności tego zjawiska zaświadcza m.in. to, co u nas nastąpiło po roku 1814, w którym się ukazała Feliksa Bentkowskiego Historia literatury polskiej w spisie dziel drukiem ogłoszonych, bo (jak słusznie powiada Józef Korpała) odtąd zaczyna się długi okres uzupełniania i poprawiania Historii Bentkowskiego, okres gorączkowej, choć niezorganizowanej jeszcze pracy nad stworzeniem pełnej bibliografii polskiej, której kamieniem węgielnym stało się to dzieło.
Nie będę wymieniał nazwisk tych licznych dopełniaczy Bentkowskiego, z których niektórzy, jak Chłędowski, Styczyński, Sobolewski, już w latach 1818–1819 ogłosili swe dodatki do jego Historii; rzecz prowadzę do tego, że po upływie ćwierćwiecza ich epigonem stał się młody Karol Estreicher. I on bowiem, jak stwierdza jego syn Stanisław, „rozpoczął zbieranie materiałów” bibliograficznych w tym początkowo zamiarze, by nimi „uzupełnić Jochera, Bentkowskiego i Wiszniewskiego”, rozporządzając zaś własnymi egzemplarzami ich dzieł wyzyskiwał wolne marginesy na notowanie starodruków przez nich nie wspomnianych. Liczył wówczas dwudziesty rok życia i zbliżał się do końca swych studiów uniwersyteckich.
Niecodzienne były to studia, bo oprócz historii literatury polskiej studiował Estreicher także nauki prawne, w czym można by upatrywać wpływ jego matki, która była córką prezesa sądu lwowskiego. I te to właśnie studia prawnicze zapewniły Karolowi Estreicherowi pierwsze samodzielne dochody, początkowo w rodzinnym mieście, a od r. 1855 we Lwowie. Tutaj nacisk germanizacyjny był silniejszy niż w dopiero co przyłączonym do Austrii Krakowie; większa też była i bardziej zakorzeniona buta niemieckiej biurokracji, patrzącej z góry na polskie społeczeństwo Lwowa. Po swojemu zareagował na nią Estreicher, bo wzbudziła w nim ona ochotę wykazania, jak bujny jest rozwój polskiego piśmiennictwa w epoce porozbiorowej i jak niesłuszne jest pogardliwe jego traktowanie.
Taka była geneza pierwszych bibliograficzno-statystycznych zestawień, ogłoszonych przez niego w dodatku do „Gazety Lwowskiej”; dotyczyły one najświeższego polskiego piśmiennictwa i stały się ziarnem, z którego w kilkanaście lat później miało wyróść siedem pierwszych tomów Bibliografii polskiej. Zresztą większość materiału do tych tomów zebrał Estreicher jeszcze we Lwowie, bo już wówczas zapadła w jego umyśle decyzja, że zamiast uzupełniać swoich poprzedników stworzy samoistne i na duży rozmiar zakrojone dzieło bibliograficzne.
Lecz bodaj jeszcze bardziej dla przyszłości naszej bibliografii doniosłą decyzję powziął on pod koniec r. 1862, opuszczając zabór austriacki na wezwanie warszawskiej Szkoły Głównej. Z tą chwilą prawnik przedzierzgnął się w bibliotekarza i temu zawodowi pozostał na zawsze już wierny. Jako podbibliotekarz Szkoły Głównej pracował pod kierunkiem Józefa Przyborowskiego, historyka staropolskiej literatury i wnikliwego badacza naszych druków XVI wieku; ta okoliczność, być może, tłumaczy nam, dlaczego za temat swej doktorskiej rozprawy obrał Estreicher pierwociny krakowskich drukarń. Na ogół jednak nie po tej lelewelowskiej linii poszły jego ówczesne i późniejsze prace bibliograficzne; wszak z własnych jego ust przytacza jego syn następujące wyznanie: „Najprzód chcę stworzyć całość obrazu, a potem niechaj przyjdą inni, którzy będą robić szczegółowe opisy tej czy innej grupy druków”.
Ów zaś obraz, nad którym zaczął on w Warszawie pracować, to już nie tylko Bibliografia polska XIX wieku, lecz Bibliografia polska bez żadnych zawężeń, od najdawniejszych czasów aż do bieżącej chwili, wyczerpujący rejestr drukowanych poloników w najszerszym tego słowa znaczeniu, mający „nam samym uświadomić ogrom stworzonego w Polsce dzieła kulturalnego, a zarazem zaimponować wielkością obcym wrogom czy przyjaciołom zagranicznym” (Stanisław Estreicher).
Na taką skalę zamierzone dzieło wymagało, rzecz prosta, Herkulesowego zaiste trudu i wysiłku; nie uląkł się go Estreicher. On, pierwszy biograf Adama Mickiewicza, niezłomnie wierzył w filarecką dewizę, że siły trzeba mierzyć na zamiary, a nie zamiar przymierzać do sił. To, co innych mogłoby odstraszać, zwłaszcza po nieudanej próbie Adama Jochera, jego urzekało wizją zbudowania trwalszego od spiżu pomnika na chwałę narodu. Zresztą od młodości nawykł do wytężonej pracy, a w warszawskim epizodzie swego życia dochodził dopiero do czterdziestki.
Warszawskie tedy księgozbiory, z biblioteką Szkoły Głównej na czele, po raz pierwszy dały Estreicherowi pole do naocznego zapoznania się z polonikami ubiegłych stuleci; wówczas także nawiązał on osobiste stosunki z licznym gronem warszawskich uczonych, które potem wyzyskał na dobro swego monumentalnego dzieła, bo czego nie zdążył oglądnąć w Warszawie, w tym go wyręczali tamtejsi bibliotekarze, bądź przez sporządzanie dla niego bibliograficznych spisów i opisów, bądź przez wypożyczanie mu oryginałów do Krakowa. Albowiem w roku 1868 opuścił stolicę Królestwa Kongresowego na rzecz swego rodzinnego miasta, dokąd go powołano na stanowisko dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej.
Zarządzał nią przez lat bez mała czterdzieści, bo aż do roku 1905; w wielowiekowych dziejach tej Biblioteki jest to unikatowy przypadek tak długiej dyrektury jednego człowieka. Toteż o tym czterdziestoleciu byłoby mnóstwo do powiedzenia, ale poniecham tej myśli, nie chcąc dublować odczytu doc. Baumgarta. A więc tylko pobieżnie dotknę tego tematu, wybierając z niego tylko to, co mi się wydało najistotniejsze.
Kierownictwo Biblioteki Jagiellońskiej objął Estreicher w 10 lat po śmierci Józefa Muczkowskiego, za którego rozpoczęto gruntowną przebudowę Collegii Maioris, a wraz z nim zespołu sal przeznaczonych na księgozbiór i na jego obsługę; trzeba zaś dodać, że przebudowa wlokła się jak żółw i że nie było możności, by na okres jej trwania zapewnić Bibliotece jakiś zastępczy lokal. Ilekroć zatem przyszła kolej na remont którejś z sal bibliotecznych, przenoszono z niej książki do sal sąsiednich i w nich je składano tak, jak się dało, choćby po prostu w stosy. Przez ostatnie więc lata dyrektury Muczkowskiego, a potem za obu jego efemerycznych następców, księgozbiór Biblioteki Jagiellońskiej był w nieustannym ruchu, bo wciąż ta czy owa jego partia wędrowała z sali do sali. I zaiste nie trzeba być fachowcem na to, by stąd wyciągnąć wniosek, że przy tych wędrówkach nie obeszło się bez znacznego zamieszania w porządku Biblioteki.
Od jego restytucji musiał rozpocząć swą krakowską działalność Estreicher. Zadanie nie było łatwe, bo w roku 1868 i remont gmachu nie był jeszcze całkowicie zakończony, i personel biblioteczny był niezmiernie szczupły, a przy tym wielki procent dotychczasowych sygnatur przestał mieć aktualne znaczenie, jako ściśle związany z dawnym oszafowaniem sal bibliotecznych, po części pochodzącym jeszcze z drugiej połowy XVII stulecia. W nowych więc pomieszczeniach i w nowych repozytoriach należało ustawić księgozbiór zupełnie od nowa, a każdej książce dać nową sygnaturę; było zaś tych książek około 100 tysięcy. Nie będę opisywał, jak sobie z tym skomplikowanym, a zarazem gwałtownie pilnym zagadnieniem poradził nowy dyrektor; dla jednej wszakże sprawy muszę tu zrobić wyjątek, bo jest ona wielce charakterystyczna dla osoby samego Estreichera. Oto stojąc przed perspektywą, że roboty porządkowe rozciągną się na dziesiątki lat, jeśli się je zechce wykonywać własnymi siłami Biblioteki, zaapelował on o pomoc do ludzi dobrej woli i istotnie tę pomoc uzyskał. Miał bowiem Estreicher przyrodzony dar jednania sobie ludzi, gdy szło o interes społeczny; oddziaływał na nich swym nigdy nie gasnącym entuzjazmem, swym pogodnym, a nawet żartobliwym usposobieniem, a także naocznym przykładem swej niespożytej energii i niezmordowanej pracowitości. Stąd rodzili się owi po całej Polsce rozsiani przyjaciele Bibliografii polskiej, skrupulatnie a w ciepłych słowach wymieniani przez jej autora w przedmowach do kolejnych tomów; stąd również owi wolontariusze, którzy mu pomagali przy porządkowaniu Biblioteki Jagiellońskiej. Wybaczmy im ten procent pomyłek czy błędów, jaki im można wytknąć, gdy się do wyników ich pracy przyłoży miarkę dzisiejszych wymagań techniki bibliotekarskiej, a pamiętajmy o tym zasadniczym fakcie, że dzięki tej ich dobrowolnej pracy już po paru latach z powrotem ład zapanował w księgozbiorze Biblioteki, a jej katalogi objęły komplet posiadanych przez nią druków.
Ale był to dopiero start Biblioteki Jagiellońskiej do jej rozkwitu pod rządami nowego dyrektora. Pod tymi bowiem rządami zaczęła ona róść jak na drożdżach, a to głównie przez obfite i wartościowe dary, o które Estreicher umiał zabiegać z równą zręcznością i gorliwością, jak o wspomnianych przed chwilą wolontariuszy. Tą drogą pozyskał on dla Biblioteki szereg prywatnych kolekcji, nie tylko z terenu Galicji, lecz także z zaboru rosyjskiego. Nie będę ich wyliczał, bo w tym mnie zapewne wyręczy odczyt doc. Baumgarta; być może także, że opowie i o tym, jak to Estreicher sam obchodził redakcje krakowskich dzienników, dokładając starań, by wszystkie kolejne ich numery wpłynęły do Bibilioteki, jak również i o tym, że, dążąc do idealnego skompletowania bieżącej polskiej produkcji drukarsko-wydawniczej, nie poprzestał on na przysługującym Bibiliotece egzemplarzu obowiązkowym z terenu tzw. Galicji Zachodniej, lecz inicjował dary wydawców lwowskich, warszawskich i innych.
Wspólnym zaś podłożem i motorem tych wszystkich poczynań i zabiegów był ambitny program, jaki sobie wytyczył Estreicher na stanowisku dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej. Nie zaniedbując, w granicach szczupłych środków finansowych, jej potrzeb i zadań jako biblioteki ogólnouniwersyteckiej, poprowadził ją głównie w tym kierunku, ażeby z niej stworzyć coś na kształt polskiej biblioteki narodowej. Nikt nie zaprzeczy, że ta jego idea ściśle się łączyła z jego zamiarem stworzenia wyczerpującego rejestru naszego piśmiennictwa; lecz nikt także nie zaprzeczy faktowi, że szanse choćby przybliżonego urzeczywistnienia owej idei w Krakowie istniały. Po zamknięciu Szkoły Głównej nie miała ich Warszawa, tym mniej miał je Poznań; dzięki Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich mógł je mieć Lwów, ale nie brakło ich również Bibliotece Jagiellońskiej, macierzy naszych bibliotek naukowych, górującej nad nimi bogactwem zbioru rękopisów, a nie ostatniej wśród nich pod względem poloników drukowanych, co może zawdzięczała ona nie tyle hojności ofiarodawców z czasów przedrozbiorowych, ile skrzętności Bandtkiego i Muczkowskiego. Oni to założyli fundament, na którym Estreicher zamierzał rozbudować polski dział Biblioteki; fundament wprawdzie dość skromny, bo na ilość liczący około 25 tysięcy pozycji. Za dyrektury Estreichera wzrósł on w trójnasób, w tym zaś o znaczną ilość polskich starodruków.
Niektórzy profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego mieli to za złe Estreicherowi, zarzucając mu, że w interesie własnego warsztatu bibliograficznego nadmiernie faworyzuje dział polski na niekorzyść nabytków z obcej literatury. W tym zarzucie tkwi tylko drobna część prawdy i można go odeprzeć różnymi argumentami, lecz przede wszystkim tym, że, przeglądając ówczesne wykazy przybytków Biblioteki, stwierdzamy, iż przynajmniej z dziedziny szeroko pojętej humanistyki zakupiono długi szereg podstawowych dzieł zagranicznych, a z równym znawstwem prenumerowano też najważniejsze czasopisma obcojęzyczne. Zresztą o tym samym mogłem się także namacalnie przekonać przy sposobności własnych prac naukowych o niepolskiej tematyce. W każdym zaś razie grubą niesprawiedliwością względem pamięci Karola Estreichera byłoby przypisywanie mu jakichś osobistych celów przy rozbudowie polskiego działu Biblioteki; na dobrą sprawę, jego bibliograficzne dzieło bynajmniej tego nie wymagało, bo wszakże, zwłaszcza od osiemdziesiątych lat stulecia, miał w Krakowie pod ręką inne w polonica zasobne księgozbiory, z Biblioteką Czartoryskich na czele, a czego i tam nie dostawało, o tym go informowali jego pozakrakowscy przyjaciele, choćby owi warszawscy, o których już poprzednio mówiłem. Wiemy już także, w czym naprawdę leżała przyczyna, dla której Estreicher otoczył dział polski szczególną opieką: oto w jego przekonaniu, że Biblioteka Jagiellońska ma zadatki na to, by stać się naszą Biblioteką Narodową i że takiej Biblioteki Narodowej istotnie nam potrzeba. To przekonanie zdołał on wpoić w polskie społeczeństwo wszystkich trzech zaborów, które zrozumiało jego intencje i nie odmówiło im swego czynnego poparcia, którego przykłady podałem już także. Ale nie będzie chyba od rzeczy, jeśli w możliwie poglądowy sposób przedstawię teraz ilościowy wzrost księgozbioru Biblioteki Jagiellońskiej za cały czas rządów Estreichera, który, przechodząc w roku 1905 na emeryturę, mógł poszczycić się tym, że ów księgozbiór powiększył się o 180 000 drukowanych tomów, o 4000 rękopisów, o 6000 rycin, o 1000 map itd. Suche to są cyfry i nieme dla uszu niebibliotekarzy, ale się ożywią, gdy dodam, że niezbyt dalekie są one od tych, na jakie pod koniec XIX stulecia liczono cały księgozbiór Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, a zatem jeden z najszacowniejszych i najżywotniejszych naszych księgozbiorów owej i nie tylko owej epoki. Śmiało więc można powiedzieć, że dzięki Estreicherowi i jego współpracownikom Biblioteka Jagiellońska zdecydowanie wysunęła się na czoło polskich bibliotek.
Nie bez kozery padła oto z mych ust wzmianka o współpracownikach Estreichera, gdyż inaczej byłoby to nie tylko z krzywdą dla nich samych, ale także z uszczerbkiem dla ówczesnych zasług Biblioteki. Bo choć za czasów Estreichera jej personel był nad wyraz nieliczny, to wśród tej garstki bibliotekarzy nie brakło wybitnych jednostek, umiejących harmonijnie łączyć swą zawodową pracę ze swą własną i bezpośrednią służbą dla nauki. Ze śmiercią Muczkowskiego zerwała się tradycja badań naukowych w murach Biblioteki; odnowił ją Estreicher, a także i pod tym względem miał szczęśliwą rękę. On to ze Lwowa ściągnął Władysława Wisłockiego, późniejszego autora Katalogu rękopisów i Katalogu inkunabułów, założyciela i redaktora „Przewodnika Bibliograficznego”, jak również historyka literatury i wydawcę źródeł; podobnym wydawcą źródeł był także Żegota Pauli, niesamowity erudyta we wszystkim, co dotyczyło naszej przedrozbiorowej przeszłości.
W ówczesnym tedy Krakowie znaczenie Biblioteki Jagiellońskiej nie polegało wyłącznie na tym, że na miarę epoki i jej politycznych warunków była to przebogata skarbnica wiedzy, gotowa na usługi każdemu, kto z niej chciał skorzystać, lecz owszem także i na tym, że równocześnie była to żywa i wydajna placówka twórczej pracy naukowej. W ten też aktywny sposób pojmował rolę uniwersyteckich bibliotek Estreicher. Powszechnie wiadomo, jak ogromnym jego osobistym wkładem do nauki stała się jego Bibliografia polska, lecz zanim do niej powrócę, chcę mimochodem dotknąć dwu innych dziedzin, w których się on dobrze zasłużył nauce.
Pierwszą z nich była historia polskiego teatru. Już na początku mojego przemówienia wspomniałem o tym, że dziadek Karola, Dominik Estreicher, przygodnie zajmował się tłumaczeniem włoskich utworów dramatycznych; ta rodzinna tradycja z niebywałą siłą odżyła w jego wnuku, bo od najwcześniejszej młodości aż po starość był on po prostu entuzjastą teatru. W nim i prawie tylko w nim znajdował on wytchnienie po całodziennym trudzie; odkąd na stałe osiadł w Krakowie, mawiano o nim, że jedynie w trzech miejscach można go zastać: w domu, w Bibliotece i w teatrze, do którego wpadał niemal co wieczór, choćby na chwilę. Teatrowi także poświęcił swe drukowane prymicje, bo już w r. 1853 rozpoczął ogłaszać w prasie serię artykułów pod wspólnym podtytułem Ze szkiców bibliograficznych z dramaturgii polskiej; z niej po dwu dziesięcioleciach wyrosły trzytomowe Teatra w Polsce. Dzieło to, choć niedokończone i wydrukowane w latach 1872–1879, do dziś dnia zachowało wartość, czego najlepszym dowodem jest fakt, że w roku 1956 Państwowy Instytut Wydawniczy nie zawahał się uzupełnić je obszernym indeksem.
W zupełnie inny, choć równie owocny sposób służył Estreicher nauce, gdy chodzi o krakowską Akademię Umiejętności. W roku 1873 stał przy jej narodzinach i swym stanowczym głosem niewątpliwie zaważył na jej charakterze i na jej strukturze organizacyjnej; przez szereg lat był dyrektorem jej Wydziału Filologicznego. Ale najwięcej zawdzięczała mu Akademia pod względem materialnym, bo także i na jej dobro obracał swój przyrodzony dar wpływania na ludzi i swoją umiejętność pobudzania ofiarności na cele publiczne.
On to wyjednał dla Akademii fundusz Wereszczyńskiego, stypendia Szklarskiego i zapis dóbr Szczawnica przez ich właściciela Szalaja. Piękny zaś dowód swego obiektywizmu i swej dbałości o Akademię dał wówczas, kiedy właśnie dla tej młodej jeszcze instytucji, a nie dla zarządzanej przez siebie Biblioteki Jagiellońskiej uzyskał od Władysława Walewskiego cenny księgozbiór historyczny po jego bracie Cyprianie.
Największym jednak wkładem Karola Estreichera do nauki jest bez wątpienia jego Bibliografia polska. O jej skromnych początkach, o jej pierwotnym zakresie i o tym, jak ten zakres stopniowo się rozrastał, dość obszernie mówiłem już przedtem; musiałem tak postąpić, bo są to wiadomości wręcz nieodzowne dla każdego, kto chce bezstronnie ocenić to pomnikowe dzieło. Jakoż niejednokrotnie czyniono mu ten czy inny zarzut; krytykowano niejednolitość zawartych w nim opisów bibliograficznych, krytykowano częściową ich niedokładność, krytykowano zawiłość układu w obrębie oddzielonych tomów i serii, krytykowano strukturę całości, odczuto nawet potrzebę drukowanego przewodnika dla korzystających z Bibliografii Estreichera. Z punktu widzenia jej użytkownika są to na ogół zarzuty słuszne, lecz ostrze ich tępieje, gdy na nią spoglądniemy okiem historyka znającego jej genezę i dalsze jej dzieje. Tej tezy nie potrzebuję tutaj ani rozwijać, ani udowadniać, bo pod tymi względami o 30 lat wyprzedził mnie syn autora i jego kontynuator. On to, jak już wspomniałem, ujawnił powody, dla których jego ojciec, stanąwszy przed dylematem, czy ma zabiegać o idealną ścisłość i tym samym zrezygnować z ukończenia całości, czy też ma postąpić na odwrót (bo w jego warunkach były to incompatibilia), z właściwym sobie realizmem, tak charakterystycznym także i dla jego początkowej działalności w Bibliotece Jagiellońskiej, poświęcił ścisłość na rzecz pośpiechu.
Jakoż do ukończenia Bibliografii polskiej dążył w rekordowym, rzec można, tempie, nie tylko wówczas, gdy zbierał do niej materiał, lecz także wtedy, gdy przy wszystkich swoich innych zajęciach znajdował czas na to, by ją z tym samym pośpiechem ogłaszać. Od roku 1870, w którym ukazał się pierwszy jej tom, aż do swej śmierci w roku 1908, potrafił ogłosić 22 tomy; łatwo stąd obliczyć, że na każde pięciolecie przypadają przeciętnie 3 grube tomy.
Cóż mam na koniec powiedzieć o znaczeniu tego dzieła tak powszechnie znanego i tak ściśle zespolonego z osobą swego autora, że je cytujemy paroma pierwszymi literami nazwiska w niezawodnym przekonaniu, iż każdy czytelnik zrozumie, o którego Estreichera chodzi i o który z jego siedmiuset drukiem ogłoszonych utworów? Gdy tak rzeczy stoją i gdy o Bibliografii polskiej tylu już pisało, byłoby oklepanym truizmem stwierdzić po raz nie wiem który, że „jest ona ogromną skarbnicą wiadomości o całokształcie naszego piśmiennictwa, kopalnią wiedzy o Polsce we wszelkich kierunkach”.
Niech więc wolno mi będzie sparafrazować inny cytat, silniej i sprawiedliwiej podkreślający aktywną, a nie pasywną rolę Estreichera i jego dzieła dla postępu naszej nauki. Oto co o nim napisano zaraz po jego śmierci: „Jego Bibliografię polską oceni się należycie dopiero wtedy, kiedy się na nią patrzy jako na dźwignię czynną nieustannie. Estreicher przez swe dzieło był, jest i będzie czynny pośrednio w każdym z nas, przy każdej niemal pracy z zakresu polskich humaniorów. Niejedna rzecz naukowa nie byłaby możliwa bez niego, a że każdemu oszczędził czasu i mozołu, zwiększył tedy wydatność naszej pracy. Pamięć jego nie będzie malała z pokoleniami i w niezliczonych pracy naukowej odmianach wciąż będzie odświeżana zasługa jego”.
*Tekst opublikowany pierwotnie jako: Karol Estreicher i jego znaczenie 1827–1908. (Referat wygłoszony w czasie uroczystości w 50 rocznicę zgonu Karola Estreichera), [w:] Portrety uczonych polskich, Kraków 1974, s. 159–165.