W Gmachu Pomuzealnym, siedzibie Instytutu Historycznego UW, stoją w dwu miejscach stare drewniane krzesła o składanych siedzeniach, tworzące zespolone komplety. Siadają na nich studenci, czekając na przyjęcie w sekretariacie lub którymś z zakładów. Przesiedziało w ten sposób już kilka pokoleń, nie zdając sobie sprawy z metryki tych krzeseł. Ich kinowy charakter nie myli. Są to niewątpliwie siedzenia, o których wspominał Tadeusz Manteuffel, pisząc o tuż powojennym okresie:

Pracownicy, którzy nadal byli zmuszeni do korzystania z pozbawionej umeblowania sali seminarium duchownego [Krakowskie Przedmieście 52/54], zorganizowali wyprawę samochodową do Wrocławia i z jakiegoś nieczynnego kina zabrali wszystkie nadające się do użytku fotele. Część z nich przypadła w udziale Instytutowi Historycznemu, w którego lokalu zachowały się [...] ich pojedyncze egzemplarze1.

Krzesła te, które chłonęły zapewne w Breslau seanse kronik filmowych, obrazujących sukcesy Rzeszy, a potem, już w Warszawie, niekończące się rozmowy studenckie, komentarze polityczne okresu Października (jeden z ówczesnych studentów wspominał krzesła wyglądające „jak w kinie” w kontekście dyskusji korytarzowych 1956 r.2), strajk studencki jesienią 1981 r. (choć raczej na nich nie spano, do tego się nadawały ławki w salach wykładowych), chłoną dziś życie codzienne płynnej nowoczesności. W tymże budynku znajduje się, opróżniona wreszcie z książek (długie lata służyła za magazyn biblioteczny), Sala Kolumnowa o zielonych filarach, piękna, lecz niezbyt funkcjonalna klasycystyczna pamiątka pierwszego okresu istnienia Uniwersytetu. Jej wylana jasnym lastrico posadzka sklejona jest w pewnych miejscach z potrzaskanych kawałków. Czy to ślady zniszczeń z września 1939 r., gdy pociski artyleryjskie zrujnowały południową część gmachu, pokiereszowały ściany i wybiły wszystkie okna? Taka właśnie potrzaskana Sala Kolumnowa była 28 VII 1945 r. scenerią uroczystej promocji doktorów, którzy dyplomy zrobili w podziemiu, w latach okupacji. Na ścianie widniał wciąż napis, pozostawiony przez stacjonujących tam w ostatniej fazie wojny żołnierzy niemieckich: „Wir kapitulieren nie”. W tej samej scenerii odbywały się w następnych tygodniach posiedzenia rady powołanej przez Ministerstwo Oświaty, które występowało „z serią «demokratycznych» wniosków (żeby np. profesorowie mogli być mianowani przez Rząd bez propozycji Wydziałów i Senatu, żeby mogli być wedle uznania Rządu przenoszeni itd.), ale Minister pogodnie przyjmuje opór większości Rady” – jak notował literaturoznawca Wacław Borowy3.

Uczelnia rozstrzygnęła w tym czasie przetarg na remont Gmachu Pomuzealnego. Wybrano ofertę firmy Jerzego Hildta z ul. Poznańskiej 6, która wykonywała prace dla UW przed wojną. Miała połatać fasady, wymurować brakujący fragment, uzupełnić stolarkę, gmach oszklić i pomalować wewnątrz. Ponieważ grubego szkła do świetlików dachowych w Polsce nie było, Hildt sprowadził doskonałe szkło zagraniczne. Remont zakończono w styczniu 1946 r. W dokumentacji znajdują się rzuty kondygnacji wykonane na odwrotach blankietów niemieckiego przedsiębiorstwa handlowego z adresem Litzmannstadt, Adolf-Hitler-Str. 514. Oto świadectwo czasów, w których usuwanie wojennych zniszczeń odbywało się wedle międzywojennych procedur; w których wykorzystywano okupacyjne pozostałości (maszyny do pisania bez polskich czcionek i niemieckie druki) i wciąż istniejące swobody gospodarcze w dziele odtwarzania dawnego świata.

W trakcie remontu, 16 XII 1945 r., miała miejsce inauguracja roku akademickiego. Salę Kolumnową – pisał Borowy –

opatrzono oknami, możliwie oczyszczono, udekorowano festonami z gałęzi świerkowych. Lichą jej akustykę poprawiono przez założenie megafonów, wypożyczonych z Polskiego Radio. Nie wiem, skąd pożyczono krzeseł, ale było ich nad podziw dużo. Nie ze wszystkim dopisała instalacja kaloryferyczna, bo mimo jej działania było chłodno i trzeba było w płaszczach siedzieć; na dobitkę jedna z rur [...] w nocy pękła, powodując zalew na schodach, w sieni i w przyległej sali posiedzeń Senatu, w której się mieli gromadzić professores i zaproszeni dostojnicy. Posadzki, na szczęście, zdołano w porę osuszyć; na głowy tylko od czasu do czasu coś kapało. [Rektor] Pieńkowski wygłosił ogromne przemówienie, bardzo dobre – mimo koniecznych reweransów grzecznościowych. [...] Witał nas potem jeden z wiceprezesów KRaNu (nazwiskiem, podobno, Barcikowski5). Francastel6 złożył gratulacje w imieniu Sorbony (świetny mówca, ale niemiła figura). Wreszcie wstępny wykład („O promieniach kosmicznych”) wygłosił [Czesław] Białobrzeski (ciekawie, ale słabo słyszalnie). Ów Barcikowski reprezentował Bieruta. Z rządu był premier (przyszedł po rozpoczęciu się uroczystości, wymknął się – otoczony tajniakami – przed jej końcem), [Franciszek] Litwin (minister zdrowia) i [Michał] Kaczorowski (minister odbudowy). Nie mogłem być na nabożeństwie u Wizytek, które inaugurację poprzedziło. Podobno bardzo dobre kazanie wygłosił tam ks. [Jan] Czuj7.

1. Inauguracja roku akademickiego na UW, przemawia rektor Stefan Pieńkowski, grudzień 1945 r.

Wkrótce Sala Kolumnowa rozbrzmiewała odgłosami solennych uroczystości i studenckich zabaw. Tu odbył się wielki bal inauguracyjny, zorganizowany przez Bratnią Pomoc Studentów UW 9 II 1946 r. Tu ruszyły w tym czasie tak zwane masowe wykłady, którym Sala służyć będzie przez dekadę. Studenci wypełniający ją w latach 50. słuchali Ireny Szmydtowej, która wzbudzała podziw, recytując długie fragmenty Iliady8; bywali uczestnikami dyskusji Towarzystwa Wiedzy Powszechnej; gromadzili się w zupełnie innej atmosferze, gdy odbywały się tu inauguracje Miesiąca Pogłębiania Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, narady Związku Młodzieży Polskiej, „masówki” w momentach mobilizacji politycznej. Oto 29 III 1952 r. za stołem prezydialnym zasiedli: rektor, przewodniczący organizacji związkowej, dziekan prawa, prodziekani, profesor i asystent, a także ślusarz uniwersytecki i troje studentów – przodowników nauki. Zebrano się, aby potępić „zbrodnię dokonaną przez wojska amerykańskie na Korei i w Chinach za pomocą rozsiewania owadów zarażonych chorobami zakaźnymi”. Przemawiali profesorowie, wśród nich anglistka Margaret Schlauch, niedawna profesor New York University, teraz pracująca na UW. Potępiała działania rządu USA, odróżniając je wszakże od postawy „zdrowej części narodu amerykańskiego”, utrzymywanego, niestety, w nieświadomości za sprawą propagandy rządowej. Przemówienie było „długo i gorąco oklaskiwane”. Uchwalono rezolucję, w której piętnowano „bankrutów politycznych” i „zbrodniarzy”9.

Przy podobnych okazjach tłum nie mógł pomieścić się w podłużnym, pociętym filarami wnętrzu, zatem wystawiano przed budynek głośniki. Echa przemówień i muzyki odbijały się o ściany gmachów i wypełniały dziedziniec uniwersytecki. Echa te pozostały tłem wspomnień z lat stalinizmu – wspomnień ponurych, ale też pełnych nostalgii za młodością, czasami studenckimi, słuchaniem koncertów, zabawami noworocznymi. To w Sali Kolumnowej grała Chopina bułgarska pianistka. Słuchano o rewolucyjnych przemianach w Chinach. Bawili się studenci, przywoływani do porządku, gdy wybrali niewłaściwy politycznie styl tańca: „To nie Meksyk!”10. Na wieczornice zapraszano zagranicznych gości – na przykład Koreańczyków w granatowych uniformach, którzy mieli

całkiem inne poczucie rytmu i po prostu deptali nam po butach. Oni też pewnie poświęcali się, negatywnie oceniali naszą muzykę, a przede wszystkim byli skrępowani i wystraszeni. Poza tym obowiązywało jakieś dziwne pląsanie w takt piosenki Szła dzieweczka do laseczka i robienie węża11.

W Kolumnowej odbywały się inauguracje roku akademickiego. „Jeszcze nigdy nie słyszałem tak pięknego przemówienia i nie siedziałem w tak pięknej sali” – opisał w 1954 r. swe wrażenia z inauguracji i wykładu Tadeusza Krońskiego przyjęty na dziennikarstwo Henryk Grynberg12. Ostatnia inauguracja w Gmachu Pomuzealnym miała miejsce w 1955 r., rok później – już w nastroju niezwykłych zmian politycznych – rozpoczęto rok akademicki w sali im. Mickiewicza oddanego właśnie do użytku Auditorium Maximum. Przejęło ono rolę najważniejszego forum życia publicznego Uniwersytetu. Sala Kolumnowa natomiast zamilkła, szczelnie wypełniona książkami, bo obrócona na magazyn pomocniczy BUW, a potem magazyn biblioteki Instytutu Historycznego.

Gmach Auditorium Maximum pozostawał w pierwszym powojennym dziesięcioleciu ruiną, której fragmenty były zadaszone. Działała tu stołówka pracownicza, a jesienią 1952 r. mieszkało 13 rodzin, tworzących jeden z niezwykłych mikroświatów ówczesnej Warszawy. W roku następnym udało się przesiedlić większość mieszkańców, ale pozostały duże rodziny szofera i laboranta Akademii Medycznej, odbudowy nie można więc było rozpocząć. Między instytucjami krążyły pisma: w tym okresie Uniwersytet nie miał już bezpośredniego wpływu na rekonstrukcję swych gmachów, zależną od ministerstw i centralnych zarządów. Wiosną 1954 r. Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego przestało odpowiadać na monity i nie pomagały nawet osobiste interwencje. Gdy roboty wreszcie się rozpoczęły, hamował je brak materiałów budowlanych13.

Wreszcie 1 X 1956 r. do Auditorium Maximum mógł wejść orszak dziekanów w togach, przed którym pedel niósł berło rektorskie, a rektor mógł inaugurować rok w tradycyjnych szatach – formy te, przywrócone po latach stalinizmu, symbolizowały odzyskaną częściowo autonomię uczelni14. Dziewięć dni później ta sama sala zebrała mrowie studentów na wiecu, na który wzywano słowami Brunona Jasieńskiego: „Bójcie się ludzi obojętnych”. Nastrój był rewolucyjny, żądano oddania władzy w ręce rad pracowniczych. Był to pierwszy z całej serii wielkich wieców tego czasu15. 28 XI w tymże Auditorium, choć chyba w mniejszej sali, odbyło się zebranie Związku Młodzieży Demokratycznej, organizacji, która wprowadzić miała w legalne życie polityczne elementy myśli endeckiej. Na jej czele stanął Przemysław Górny16. Dwa miesiące później ZMD już nie istniał, zmuszony do samorozwiązania; przeszedł do podziemia. W marcu 1957 r. odbył się w Auditorium Maximum koncert orkiestry studenckiej Modern Jazz Octett z Budapesztu, który był także wydarzeniem znaczącym, lecz nie z powodu jazzu, już politycznie akceptowalnego (zresztą w repertuarze przeważały, wbrew nazwie, czardasze), a węgierskiego pochodzenia zespołu17. Był to wciąż okres ożywienia studenckiej aktywności politycznej i kulturalnej. Jeszcze w 1961 r. Auditorium Maximum było scenerią burzliwej dyskusji o moralności z udziałem tysiąca słuchaczy, z ostrymi politycznymi wystąpieniami, które wytworzyły – jak niepochlebnie skomentował to tygodnik studencki – „atmosferę wiecu”18.

Wiecować nie należało, Gomułka podkreślił to przecież zaraz po dojściu do władzy. Auditorium Maximum służyło w latach 60. uroczystościom w rodzaju akademii dla uczczenia rocznicy powstania PPR czy święta Ludowego Wojska Polskiego. Na co dzień trwały masowe wykłady. W gmachu działała agencja pocztowa, otwarta w 1956 r., okienko PKO oraz – w podziemiu – kasa, z której wypłacano stypendia. Co miesiąc czekał na nie w ogromnej, wijącej się kolejce studencki tłum. Cięciem w historii gmachu był trzytysięczny wiec 11 III 1968 r., w proteście przeciw „naruszaniu praworządności” przez władze; wiec, na którym owacyjnie powitano Czesława Bobrowskiego, śpiewając Sto lat, niby w reminiscencji Października19.

Po tzw. wydarzeniach marcowych szkolnictwu wyższemu odebrano ustawowo tę częściową autonomię, jaką zyskało w 1956 r. Rektor był mianowanym przedstawicielem władzy zewnętrznej, a Auditorium Maximum – jednym z budynków uczelni, której władze uczyniły z tradycyjnego uniwersyteckiego ceremoniału i tradycyjnej tytulatury osłonę dla praktyk niemających wiele wspólnego z pojęciem autonomii uczelnianej. Auditorium Maximum służyło okolicznościowej reprezentacji i codziennej rutynie. Reprezentacja mogła na chwilę przysłonić zgrzebność materialną, która wyzierała w powszednim życiu. W 1977 r. okna i schody były brudne, w toaletach nie widywano mydła, w podłogach brakowało klepek, po kątach piętrzyły się paki i skrzynie20. W tej scenerii miały się jednak rozegrać wydarzenia przywracające społeczności uczelnianej poczucie podmiotowości.

Od jesieni 1980 r. Auditorium Maximum odgrywało rolę głównego forum dyskusji publicznych odnowionego Uniwersytetu. Jacek Kuroń na spotkaniu ze studentami 21 XII 1980 r. mówił o przeżyciu, jakim jest występowanie w budynku, w którym był po raz ostatni 20 lat wcześniej21. Przez dwa tygodnie marca 1981 r. trwała w tym miejscu sesja w rocznicę wydarzeń 1968 r., ukazująca je w historycznej perspektywie i stanowiąca rozliczenie z nimi. Największym jednak wydarzeniem, które nadało gmachowi szczególne znaczenie na mapie Uniwersytetu, był strajk studencki na przełomie listopada i grudnia 1981 r. Strajk objął większość budynków uczelni. W Auditorium Maximum strajkowało 300 osób, lecz budynek ściągał za dnia znacznie większe tłumy, ponieważ odbywały się tu wykłady, seanse filmowe i teatralne, a także wieczorne msze święte. Stano w kolejkach do telefonów w agencji pocztowej, grano w szachy i brydża, toczono długie nocne dyskusje. W gazetce strajkowej pisano 4 XII, że

obecne wydarzenia i rola, jaką spełnia w nich Auditorium, doprowadziły do tego, że część studentów jest emocjonalnie związana z tą salą. Nareszcie A.Max spełnia rolę, do jakiej zostało przeznaczone22.

Tu właśnie zaczęli spontanicznie gromadzić się studenci dziesięć dni później, po ogłoszeniu stanu wojennego; wystąpił rektor i skłonił ich do porzucenia myśli o strajku, który mógł ściągnąć na uczelnię groźbę pacyfikacji23. Tu także miała miejsce inauguracja roku 1982/1983, jednego z najtrudniejszych w powojennym okresie, naznaczona przez środki specjalne podjęte w związku z ulotkowymi groźbami wysadzenia gmachu, i odbywająca się pod ciężarem sytuacji politycznej.

Gości z zewnątrz właściwie nie było, jeśli nie liczyć jakiejś mało ważnej postaci z niewysokiego szczebla aparatu partyjnego. Ławy Senatu świeciły pustkami. Nielicznie zgromadzeni wysłuchali nijakiego przemówienia rektora o porozumieniu narodowym itp. Wreszcie prof. Andrzej Zahorski wygłosił wykład inauguracyjny poświęcony postaci Stanisława Augusta. Wykład porwał słuchaczy. Prof. Zahorski, zarazem znakomity mówca i znawca przedmiotu, skonstruował swą wypowiedź tak, że słuchacze znaleźli się w sercu aktualnie toczącego się w kraju dramatu – poszukiwania drogi do upragnionej niezależności, w uścisku twardej ręki obcego mocarstwa. Uścisku, którego nie sposób rozerwać własnymi rękami, a który nie wiadomo jak rozluźnić: uległością, sprzeciwem, czy mieszaniną jednego z drugim w niewiadomych proporcjach. Kwestia wyboru drogi, wyboru postawy; wzajemne oskarżania o zaprzepaszczenie sprawy Polski24.

Uczelnia żyła w tych trudnych czasach pod (dziurawym, lecz jednak) parasolem ustawy o szkolnictwie wyższym z 1982 r., będącej jeszcze efektem negocjacji między władzami a „Solidarnością”. Gdy 3 lata później władze zechciały ustawę tę przekreślić, manifestacja protestacyjna zebrała się 22 V 1985 r. w Auditorium Maximum. Dwa tysiące osób słuchało przewodniczącego samorządu studenckiego, który wspominał między innymi strajk z jesieni 1981 r., gdy „uczelnia stała się dla nas drugim domem. Ten dom chcą nam teraz odebrać”25. Walka o ustawę została wówczas przegrana, lecz 4 lata później PRL odszedł do przeszłości. Autonomia akademicka stała się w krótkim czasie oczywistością, tym trudniej definiowalną. W nowych czasach słowa o „drugim domu” mogły brzmieć już tylko zbyt patetycznie. Mówiono raczej o umasowieniu studiów i pozyskiwaniu środków. W latach go. liczba studentów sięgnęła 50 tys., a największy wydział skupiał tylu, ilu ogółem studiowało na UW w latach 50. Wolności gospodarcze, a zwłaszcza wejście Polski do Unii Europejskiej, pozwoliły na renowację i rozbudowę, o jakiej nie mogło być mowy przed 1989 r.

Krzesła ocalono przed wyrzuceniem w czasie remontu Gmachu Pomuzealnego w 2003 r. Kilka lat później gruntownie odnowione zostało Auditorium Maximum. Salę Kolumnową opróżniono z książek w 2011 r. i znów ukazała się posklejana posadzka – stoją na niej uczestnicy licznych bankietów, dla których to długie wnętrze o złej akustyce wydaje się najbardziej odpowiednie. Catering bywa znakomity. W czasie niektórych spotkań przed budynkiem (wewnątrz od ponad dekady już palić nie wolno) stoją panowie wśród zapachu cygar.