To zimno, przenikające naprawdę do szpiku kości – pisał Bohdan Korzeniewski – jest najsilniejszym wspomnieniem, jakie zachowałem z tamtego czasu. Broniliśmy się przed nim obaj z profesorem Borowym, włażąc na noc w wory papierowe wypchane gazetami. Zostało mi w oczach, jak Borowy, w worku po pachy, w szaliku otulającym głowę jak chustka, we włóczkowych rękawiczkach z obciętymi końcami palców, notuje przy pełgającej świeczce codzienne wydarzenia26.

Oto co zapisał 21 I 1945 r.:

Ustaliwszy plan pracy na jutro, o 8-ej rozpoczynamy noc. Wszyscy śpią na fotelach z przystawionymi krzesełkami, tylko ja jeden na wyszabrowanym przez pracowników łóżku z materacem (pełnym pcheł). Śpi się w ubraniu i w palcie, z czapką na głowie, z nogami owiniętymi w papier i worki. Stale się podsyca mały piecyk węglowy. Pachnie czadem i wychodkiem, ale i tak odczuwam wielkie szczęście. Pomyśleć tylko, że na tym miejscu mogły się rozpościerać dymiące zgliszcza!27

Borowy spodziewał się je ujrzeć, gdy 20 I jechał do Warszawy, po kilkudniowej nieobecności, w czasie której Niemcy dopełnili dzieła zniszczenia, a następnie opuścili ruiny miasta. Biblioteka jednak stała, choć zabezpieczone wcześniej zbiory były rozrzucone i zdeptane przez niemieckich żołnierzy, którzy stacjonowali w gmachu. Przez 10 następnych dni Borowy nocował w Bibliotece z niewielką grupą współpracowników, starając się chronić pozostałości zbiorów przed dalszym zniszczeniem.

W okolicy wybuchały pożary, szabrownicy plądrowali ruiny. Budynek sterczał wśród zasypanych śniegiem skorup innych budowli. Magazyn wypełniał wielopiętrowy żelazny ruszt na książki, w którego kratownicach „kłębiły się świszczące, szeleszczące, zionące przeraźliwym zimnem i nigdy nie ustające wiatry”28. Borowy pisał 24 I:

Noc nie przynosi, niestety, pożądanego wypoczynku, bo piec raz po raz wygasa, czad się rozchodzi, myszy coś chrupią. Rano jednak zjawia się pani [Zofia] Ro[thertowa] jako zwiastunka lepszej rzeczywistości, przynosząc dla nas z Muzeum [Narodowego] pożyczony bochenek chleba i trochę konfitur.

Docierały kolejne znajome osoby, tworząc więzy ze światem zewnętrznym, przynosząc wiadomości, pożywienie, świece. Zjawiali się też niepożądani goście. Korzeniewski wywiesił napis: „Gosudarstwiennaja Bibliotieka Warszawskogo Universitieta”, który miał powstrzymywać plądrujących magazyny żołnierzy radzieckich. Niektórzy interesowali się zresztą lekturą, a nie tylko żywnością i skręcaniem papierosów z kart książek. Borowy wydał jakieś rosyjskie książki i otrzymał „coś w rodzaju rewersu”. Spotkania bywały jednak potencjalnie groźne. Krążyli maruderzy „strasznie dzicy czasami i zbzikowani w fantastycznych nadziejach łupu”29. Niektórych starał się powstrzymać przedwojenny woźny, wnoszący – wspominał Korzeniewski –

coś z tradycji, których żadne kataklizmy nie mogą zniszczyć. Jeden z dwóch obdartusów był dla niego ciągle „panem profesorem”, drugi „panem doktorem”. Tytułów tych używał z tym poufałym szacunkiem, jakiego nabywa się jedynie krocząc przed rektorem w łańcuchu i z laską30.

Insygnia rektorskiej władzy przepadły, jak większość materialnego dorobku uczelni. Tym większe znaczenie miało odnajdywanie cennych szczątków zbiorów bibliotecznych oraz zawiązywanie się społeczności, która nieistniejący Uniwersytet niosła w sobie.

Dostosowywano się do warunków i starano upodobnić je jakoś do znanego wcześniej świata. Nie było to łatwe, nie tylko z powodów materialnych. Ruiny Warszawy oblepione zostały plakatami ukazującymi akowca jako „zaplutego karła reakcji”. „Wieczór spędzamy na głośnym czytaniu gazet. Mamy ich kilka, ale ton wszystkich jeden. Poziom tak samo” – pisał Borowy. Dla ludzi związanych z Polskim Państwem Podziemnym były to zapowiedzi ponure, podobnie jak wieści o terrorze NKWD na „wyzwalanych” terenach. Pod wrażeniem takich relacji ekipa pracująca w Bibliotece starała się „duchowo wykąpać”, czytając na głos Czechowa31.

Rzeczywistość była jednak nader niejednoznaczna. Pojawiający się w ruinach UW ludzie nowego reżimu występowali liberalnie, obiecywali pomoc. Mieli rozmaite życiorysy. Były pracownik BUW (zwolniony przed wojną za palenie papierosów w magazynie) objawił się jako dyrektor Lasów Państwowych, a dawna pani senator OZN jako „błyskająca liberalizmem” urzędniczka Ministerstwa Oświaty. Na osobistych powiązaniach wspierać się musiała odbudowywana instytucja, panował bowiem chaos. Niedoświadczeni urzędnicy „odsyłają jedni do drugich, dużo piszą, a rezultaty praktyczne małe lub żadne” – pisał Borowy 25 I. Cztery dni później kierownictwo BUW objął przedwojenny dyrektor Adam Lewak, a Borowy w okropnych warunkach dojechał do domu w Zalesiu i z ulgą znalazł się w łóżku. Po kilku dniach odwiedził go Bogdan Suchodolski, przywożąc

deputat żywnościowy z Biblioteki: 1/2 puszki tłuszczu („pork sausage”), trochę cukru, trochę marmelady (doskonałej). Już więc sytuacja aprowizacyjna bardzo się tam musiała poprawić. Podobnie i mieszkaniowa: z zimnej czytelni rękopisów przeniosła się cała „załoga” do ciepłej stosunkowo piwnicy32.

Zielone pędy

Świadkowie pierwszego powojennego roku w Warszawie zapisywali niezwykłe wrażenia. Gdy zaświeciło słońce, pojawiało się „niebo więcej niż szafirowe w kwadratach pustych okien”, gdy zapadała wieczorna cisza, była to grobowa cisza ogarniająca ulice „jak wznosząca się trupia woda”. W tej scenerii, w której siły przyrody zdawały się obojętnie ogarniać resztki świata ludzi, przywracanie ludzkiej aktywności należało jak gdyby do przyrodniczego porządku. „Ulice – pisała Zofia Nałkowska – odrastają [...] mnóstwem przyziemnych odremontowanych sklepów niby uschłe drzewa, puszczające zielone pędy od korzeni”33. Tak też odtwarzał się Uniwersytet.

W piwnicy BUW urządzono sypialnie męską i żeńską, wprawdzie „ciemne, cuchnące, pozaciekane”, ale ogrzane, zdolne pomieścić kolejnych powracających34. Był wśród nich przedwojenny rektor Włodzimierz Antoniewicz, który z piwnicy zaczął kierować uczelnią 35. Zasadnicze znaczenie miało uznanie jej egzystencji przez władze polityczne, osadzone na drugim brzegu Wisły. Antoniewicz zabiegał o przepustki dla pracowników, którzy musieli przeprawiać się na Pragę przez zatłoczony most prowizoryczny w potrzebie „ciągłego komunikowania się z Władzami Naczelnymi”36. Na Pradze przebywali delegaci rządu do spraw wyższych uczelni, Tadeusz Butkiewicz i Marian Grabski. Ten pierwszy rezydował w Szpitalu Przemienienia Pańskiego, który w okresie powstania przeniesiono z Pragi na odległy Grochów, do modernistycznego, ukończonego tuż przed wojną, budynku szkolnego przy ul. Boremlowskiej 6/12. Tam właśnie odradzać się zaczął Uniwersytet jako instytucja nauczająca. Gdy zespół Borowego marzł w BUW, „akademia boremlowska” prowadziła od kilku tygodni wykłady z medycyny. Gromadziły one pod koniec 1944 r. ok. 300 słuchaczy. To studenci, zgłaszający się jesienią do szpitala, zabiegali o uruchomienie kursów. Ordynatorzy Butkiewicz, Aleksander Domaszewicz i Jan Mossakowski zdecydowali się otworzyć Wydział Lekarski 1 XI 1944 r. Dziewięć dni później Butkiewicz pojechał do Lublina, aby wyjednać formalną akceptację resortu zdrowia. Natrafił na opór. Urzędnicy skłonni byli przyjąć egzystencję Wydziału jako filii Uniwersytetu Lubelskiego, jednak „po kilku dłuższych konferencjach” uznali zalążek UW. Na początku stycznia 1945 r. Stanisław Biele zaczął wznawiać działanie Wydziału Farmaceutycznego w nadwyrężonych gmachach Weterynarii przy ul. Grochowskiej. Tamże rozpoczął się w następnym miesiącu kurs medycyny. Wtedy także doszło do połączenia „praskiej” Rady Wydziału Lekarskiego z członkami rady dawnej, przebywającymi na lewym brzegu Wisły37.

Równolegle działał delegat Marian Grabski. Nominowany 21 I, uruchomił punkty rejestracyjne w gmachu szkolnym przy ul. Otwockiej 3 na Pradze i w kamienicy przy ul. Marszałkowskiej 8. Ten drugi wkrótce zlikwidował, zjawiało się tam bowiem tylko kilkanaście osób dziennie. Większość szukała kontaktu z uczelnią wprost przy Krakowskim Przedmieściu, a wielu na Pradze. Do 15 III było to kilka tysięcy ludzi – wykładowców, dawnych studentów i chętnych do podjęcia nauki. Grabski przeczytał „moc podań” o zatrudnienie i uznał 65 za godne rozpatrzenia. Część z nich złożyli dawni pracownicy UW oraz innych uczelni i wykładowcy tajnych kompletów; część – nauczyciele gimnazjalni czy osoby, które przedkładały swe prace naukowe. Byli też tacy, którzy zgłaszali się do prac przy odbudowie materialnej UW, jak pewien warszawski inżynier. Profesorom powierzał Grabski misje organizacyjne i zaopatrywał ich w gotówkę z Ministerstwa Oświaty. Wypłacał też sumy na rozruch Uniwersytetu. Nie mogąc założyć konta i używać czeków, nosił pieniądze przy sobie38.

Ministerstwo przyznawało środki, ale brakowało jasności co do intencji rządu. W lutym 1945 r. docierały z jego kręgów opinie o niemożliwości działania UW wśród ruin i przeprowadzce do Wrocławia czy Gdańska (choć oba miasta też były zrujnowane). Minister Oświaty Stanisław Skrzeszewski dywagował na temat stworzenia gdzieś nowej uczelni „na zasadzie starannego doboru personalnego”. Grabski powtarzał jednak, że UW ruszy „zaraz”. Antoniewicz usłyszał zaś od samego Bieruta, że sprawa ta „jest naczelną troską jego i rządu”. Przez szereg tygodni zdawało się, że „troska” polega na braku zgody w elicie władzy co do przyszłości uczelni. Pozyskiwano zapomogi, deputaty i kredyty, lecz nie podjęto decyzji zasadniczej, od której zależało utrzymanie pracowników. Ci jednak, jak ich towarzysze niedoli z warszawskich fabryk, urzędów czy szkół, próbowali odtwarzać spontanicznie zarysy znanej im instytucji. Niepewność zatrudnienia i nikłe płace wywoływały zarazem „żale, kwasy i protesty”, jak zapisał Borowy w marcu39. Warunki życia i pracy były nadzwyczaj trudne.

Ogromnie się daje odczuwać brak obuwia, bielizny i ubrań; bardzo dolega brak pościeli i mebli; mieszkania, przeważnie w suterynach, są pozbawione porządnego oszklenia, zamków i mają dziury od kul w drzwiach. Pracy zaś organizacyjnej jest bardzo dużo; tak, że ilość godzin pracy waha się od 10–12 dziennie. W niedziele i święta pracy nie przerywamy

relacjonował Antoniewicz. Wielu pracowników utraciło wszelki dobytek. „Jedynym majątkiem moim jest zniszczony garnitur wojskowy, który noszę na sobie, i jedna zmiana bielizny” – pisał kierownik Rachuby UW, wróciwszy z niewoli w Niemczech40. Podobny stan przedstawiało wyposażenie miejsc pracy. Pierwsze dokumenty wystawiane przez delegatów rządu i rektora były nieforemnymi świstkami wypisanymi piórem. Następnie pojawiły się jakieś poniemieckie, wymagające dostawiania znaków diakrytycznych, maszyny do pisania. Wkręcano w nie blankiety Sejmu z lat 20., stare druki pocztowe, strony niemieckiego kalendarza na 1944 r. O rozmiarach potrzeb świadczyło wypożyczenie w marcu 1945 r. jednej maszyny do pisania z Uniwersytetu Jagiellońskiego, której jeszcze niemal rok później UW, monitowany, nie był gotów zwrócić41.

Symbolem scalania się Uniwersytetu była w lutym przeprowadzka Antoniewicza z suteren BUW do sąsiedniego, częściowo uprzątniętego i oszklonego Budynku Porektorskiego, w którym urządzono mu mieszkanie i zarazem biuro. Pojawił się tam nieprzerwany ciąg interesantów. Podpisujący się jako „pełniący obowiązki rektora” Antoniewicz nie miał jednak pewności swego statusu. Starano się zyskać w Lublinie deklarację rządu. O tym, że nastawienie ministra oświaty było negatywne, świadczy notatka Borowego z 25 II:

Po południu spędzamy z Włodziem [Antoniewiczem] i [Tadeuszem] Makowieckim kilka godzin na lustrowaniu i przydzielaniu lokali uniwersyteckich. Zastają nas przy tym zajęciu ministrowie Skrzeszewski i [Wincenty] Rzymowski, którzy w asyście swoich zastępców i kilku oficerów przyjechali zobaczyć nasz teren. Rzymowski – uśmiechnięty i uprzejmy: można by powiedzieć „grzeczny jak król” („Legendy o Was krążą w całej Polsce, jako o Robinsonach siedzących na pustej wyspie”), Skrzeszewski – obstarni [podstarzały] docent – oschły i cierpki, demonstrujący stanowczość: przerywa słodki wywód Włodzia o lokalach słowami: „Nie pora o tym mówić, kiedy ważniejsze rzeczy nie zdecydowane”. Bardzo wątpi o tym, czy Uniwersytet będzie można zostawić w Warszawie (ze względu na warunki higieniczne). Stanowczo jednak przeciwstawia się wyznaczaniu mieszkań dla grona nauczycielskiego w lokalach służących nauce (Oxford i Cambridge miałyby się z pyszna pod jego rządami!). Obiecuje przyjść na szczegółową rozmowę w dniach najbliższych (manifestacyjnie, zwracając się do Włodzia, unika wyrazu „Rektor”).

Warunki higieniczne, niewątpliwie przerażające, były raczej pretekstem. Powiadano, że Skrzeszewski reprezentuje opcję budowy „uniwersytetu proletariackiego” w Łodzi. Sądzono, że władze są niechętne wobec kadry odradzającego się UW.

Zrozumiała rzecz, że rząd żywi nieufność do tej uczelni, która pierwsza wprowadziła „ghetto” ławkowe i nie zawsze umiała dostrzec, kiedy bito żydów. A niestety nie zgłosił się nikt z tych ludzi, którzy by mogli przedstawicielom obecnego reżymu się podobać

komentował Borowy (wymieniając Mieczysława Michałowicza i Tadeusza Kotarbińskiego)42. Zgłaszało się zarazem dostatecznie wielu pracowników, aby uczelnia ożyła, stawiając władze wobec faktu samoorganizacji. W lutym Antoniewicz prosił prezydenta Warszawy o pomoc dla kadry (42 pracowników), której należało zapewnić „bodaj jeden posiłek dziennie”. W marcu zwracał się do Ministerstwa Aprowizacji o żywność już dla 90 osób, a do resortu Oświaty o podniesienie zaszeregowań dla utrzymania ludzi stanowiących „niejako kadrę instruktorską dla pracowników nowych, których niewątpliwie Uniwersytet będzie zmuszony w najbliższej przyszłości przyjmować”. Na załączonej liście figurowało 24 urzędników i 51 funkcjonariuszy niższych (woźni, pedle, dozorcy, magazynierzy, laboranci)43. Niektórzy zatrudnieni byli od 1915 r.

Na ich oczach Uniwersytet odrodził się w latach Wielkiej Wojny, działał niemal ćwierć wieku, płonął w 1939 r., bronił się przed rozgrabieniem zbiorów, wreszcie uległ niemal całkowitemu zniszczeniu. Oto pracownica rektoratu, która w 1932 r., po 17 latach pracy, przeszła na emeryturę („z powodu wyjścia za mąż za profesora UW”), w 1945 r., jako wdowa w ciężkiej sytuacji, wznowiła zatrudnienie. Powróciła sekretarka Wydziału Prawa z 27-letnim stażem: będzie pracować w sekretariacie uczelni jeszcze u schyłku lat 50. Niezastąpiony kierownik Biura Osobowego z 30-letnim stażem, który jako jedyny potrafił w jakiejś mierze odtwarzać spalone akta osobowe, kierować będzie sprawami personalnymi UW do końca lat 40. Porównywalny staż miał kwestor („niezrównany pracownik”), 21 lat pracowała sekretarka Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego („pierwszorzędnie pisze na maszynie”). Wśród personelu BUW ocaleli, prócz dyrektora, kustosze i bibliotekarze zaangażowani w ratowanie zbiorów w czasie okupacji44.

Życiorysy pracowników fizycznych, tych na przykład, którzy zgłosili się do odtwarzanej Straży Uniwersyteckiej, są świadectwem zmian społecznych pierwszej połowy stulecia i zarazem trwania UW wbrew kataklizmowi. Oto mężczyzna urodzony w 1895 r. we wsi powiatu grójeckiego, absolwent gimnazjum w rosyjskiej Warszawie, zatrudniony kolejno w biurze Drogi Warszawskiej Fabryczno-Łódzkiej, w firmie Gerlach, Ministerstwie Pracy, u Braci Jabłkowskich, w Zarządzie Miejskim, od 1932 r. zajmował się „bezpieczeństwem terenu” UW. Powrócił na ten teren w 1945 r. jako szef Straży. Inny, urodzony w 1884 r., skończywszy 2 oddziały szkoły elementarnej, był lakiernikiem w fabryce parowozów, służył w rosyjskiej armii, walczył na froncie Wielkiej Wojny, od 1918 r. pracował na UW. Jako dorosły rozstał się ze światem imperiów, w sile wieku pożegnał II Rzeczpospolitą, po sześćdziesiątce witał reżim „ludowy”. Wszyscy pozostali kandydaci do Straży urodzili się przed 1914 r., wychowali na wsiach wschodniej i centralnej Polski, pracowali w gospodarstwach rodziców, po służbie wojskowej usamodzielniali się, zostając szoferami czy pracownikami kolei, a w latach 30. znaleźli sobie miejsce na UW45.

Ludzie wracali w ruiny swych zakładów, zbierali resztki ich wyposażenia. Meblami i aparatami Wydziału Lekarskiego opiekowało się troje jego pracowników (profesor, pani adiunkt i woźny), którzy mieszkali razem przy ul. Mokotowskiej 51/53. Ludzi Uniwersytetu łączyły wtedy szczególne więzi, osłabiające chyba znaczenie dawniejszych hierarchii46. Istniały zresztą hierarchie nowe, nieformalne, wytworzone w okresie okupacji. Wśród odtwarzającej się kadry uczelnianej szczególne znaczenie miały grupy związane etosem uczestnictwa w strukturach państwa podziemnego, w prowadzeniu kompletów, zabezpieczaniu zbiorów uniwersyteckich. Dramatycznym dylematem, wobec jakiego kadra ta została postawiona, był wybór pomiędzy kontynuowaniem nielegalnej działalności w warunkach „ludowego” reżimu a odbudowywaniem uczelni.

Niekwestionowany przywódca tego środowiska Tadeusz Manteuffel oznajmił kategorycznie Aleksandrowi Gieysztorowi, który zamierzał przystąpić do komendy WiN: „Teraz nie będziemy robić żadnej partyzantki, tylko Uniwersytet”47.

Taki przekaz zapisał się w świadomości środowiskowej, choć sam Gieysztor inaczej wspominał rozmowę: tylko grymas wskazywał na dezaprobatę Manteuffla wobec działalności, której nie zamierzał, a zresztą nie mógł Gieysztorowi zabronić48. Hasło „Robimy uniwersytet” było jednak autentyczne jako wyraz zbiorowej woli, oznaczającej także pójście na wiele kompromisów.

Ocalała elita UW zabiegała o uznanie jakiejkolwiek koncepcji odrodzenia się uczelni i znalezienie dla niej miejsca, np. w budynkach wzdłuż Elektrycznej Kolejki Dojazdowej lub w zabudowaniach byłego Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego na Bielanach czy koszar lotniczych na Bemowie. Tymczasem w Łodzi, która skupiła wiele stołecznych funkcji, z energią budowano szkołę wyższą, w której nie tylko lokalne środowiska widziały potencjalnie najważniejszy uniwersytet polski. W prasie pojawiły się informacje, że w Warszawie nie będą na razie uruchamiane uczelnie, i wypowiedź wiceministra oświaty Władysława Bieńkowskiego o skupianiu w Łodzi „najlepszych sił” UW49. Podobne stanowisko wyraził Bieńkowski 14 IV na spotkaniu w Budynku Porektorskim. O wadze tego spotkania świadczy fakt mobilizacji profesury, która zjechała w największym możliwym składzie (57 osób). Usłyszała od ministra, że Warszawa „właściwie nie istnieje”, zatem nie może funkcjonować w niej dawny UW, a tylko komisja koordynująca jego odbudowę oraz jednostki służące rekonstrukcji miasta, nieprowadzące w zasadzie działalności dydaktycznej. Większość kadry ma się rozjechać do Lublina, Łodzi czy Poznania i wrócić, „gdy Warszawa będzie odbudowana”. Zebrani wyrazili opór, nie podważając jednak planu powołania „komisji trzech” (czy też „triumwiratu”), która by tymczasowo zarządzała uczelnią. Plan ten oznaczał odsunięcie Antoniewicza na rzecz osób wskazanych przez ministerstwo, a zarazem cieszących się autorytetem: Tadeusza Kotarbińskiego, Stefana Pieńkowskiego i Bogdana Nawroczyńskiego.

Zaraz po spotkaniu grono profesorskie udało się na istotną uroczystość. Rektor zaprosił na inaugurację Kuchni Uniwersyteckiej 50: „Posiłki obiadowe będą się składać z ¾ litra zupy i kawałka chleba. [...] Wobec braku naczyń kuchennych, Zarząd Kuchni uprasza o przyniesienie z sobą naczynia i łyżki (miseczka, menażka, talerz)”. Zapewne utensylia te czekały w teczkach profesorów, gdy dyskutowali z Bieńkowskim. Egzystencja uczelni, stawiana jako zagadnienie społeczne i intelektualne, miała przecież wymiar materialny, zaś stołówka była instytucją niezwykle ważną. Organizowano ją wśród elementarnych trudności51. Problem zastawy stołowej rozwiązano we właściwy dla epoki sposób: wystarano się w Ministerstwie Aprowizacji i Handlu o nakazy jej sprzedaży przez producentów „po cenach urzędowych”. Huta w Skierniewicach wydać miała szklanki, zakłady Kamienna w Skarżysku – garnki, spółka Kobylańskich z Drzewicy – sztućce, a pruszkowska fabryka Daab i Galer – talerze i kubki. Aprowizacja Kuchni opierała się na przydziałach i własnej uprawie. Na terenie Ogrodu Farmakognostycznego za Pałacem Kazimierzowskim pojawiło się poletko ziemniaków. Kierowniczka organizowała konne transporty żywności z kooperatywy przy ul. Targowej i opału z ul. Grochowskiej. Latem zapewniano już śniadania i dwudaniowe obiady „z dodaniem o ile możności mięsa”. Dostęp do stołówki był w ówczesnej Warszawie sprawą nader istotną, więc różne instytucje zwracały się do uczelni o możliwość korzystania z Kuchni. Latem 1945 r. wśród 350 uprawnionych byli pracownicy muzeów Narodowego i Archeologicznego52.

Stołówka funkcjonowała w bardzo trudnych warunkach. Wodę trzeba było dowozić: na dziedzińcu nie istniała studnia, a dostęp do źródeł pod skarpą był niebezpieczny ze względu na miny. W maju stwierdzono w zabudowaniach UW przypadek czerwonki, a w czerwcu tyfusu. Jeszcze w sierpniu nie było prądu. Do budynków próbowali wdzierać się bandyci i złodzieje. Rektor nakazywał, aby pracownicy czuwali stale w hallu BUW. Od wiosny 1945 r. bramy pilnowali pedle. Starano się zabezpieczyć teren, zamurowując dziury w zrujnowanych kamienicach od strony Krakowskiego Przedmieścia. Rektor zabiegał o zgodę na utworzenie straży, wyposażonej w „przepisowe czapki granatowe z orzełkiem”, opaski z napisem „Straż Uniwersytecka”, a przede wszystkim karabiny53. Dochodziło bowiem do incydentów. Oto 26 IV 1945 r. po zmroku osobnik w mundurze sierżanta „dał serię strzałów rewolwerowych do gmachu Porektorskiego, przestrzeliwując okno w lokalu intendenta na piętrze i Obywatela Rektora na II piętrze”54.

Straż miała chronić teren uczelni przed chaosem zewnętrznego świata. Chaos ten przywołuje cechy społeczeństw przednowoczesnych, o których pisali Philippe Ariès czy Robert Muchembled. Elementarne trudności i zagrożenia wywoływały skłonność do skupiania się w niewielkich wspólnotach, wśród bliskich i znajomych, ogrzewania się w ich kręgu, łączenia na zasadzie podobieństwa losu. Skłonność do skupiania się w grupach rozbitków wynikała także z ogólnego chaosu i zagrożenia, jakie opisał Marcin Zaremba55.

Za akt symboliczny uznać można rozebranie betonowego bunkra, jaki Niemcy zostawili przed bramą główną. Zasypano rowy strzeleckie na dziedzińcu, zebrano żelastwo, usunięto spalone drzewa. Reperowano chodniki i dachy ocalałych gmachów, przeszukiwano gruzy Chemii i Mineralogii (znajdując część kolekcji minerałów i dwa platynowe tygle). Gromadzono wszelkie zdatne do użytku przedmioty. W kwietniu na parterze Budynku Porektorskiego uruchomiono, dekorowane obrazami wypożyczonymi z Muzeum Narodowego, ciasne biura Rektoratu, sekretariat studencki, Biuro Osobowe, Rachubę i Kwesturę. Meblowano dziekanaty wydziałów Prawa, Humanistycznego i Teologii Katolickiej, seminaria Polonistyczne i Archeologii Przedhistorycznej. Na piętrach ulokowano „bezdomnych profesorów”. Ustalano obsadę intendentury, magazynu, spraw meldunkowych, maszynopisania i wydawania deputatów, a także noszenia opału i mycia schodów. Podzielono obowiązki pedli. 1 V w Budynku Porektorskim działać zaczął hotelik dla dojeżdżających do Warszawy pracowników: cztery izby wyposażono w „żelazne łóżka, sienniki, zgrzebne poduszki wypchane wiórami, w stoły, krzesła i wieszaki”56.

Na zebraniu profesorów 18 V niektórzy wypowiadali się za szybkim wyborem władz uczelni, inni sprzeciwiali się procedurom, które – uważał Borowy –

będą czystą komedią, bo nikt rozsądny nie wysunie innej kandydatury jak Pieńkowskiego, Nawroczyńskiego i Kotarbińskiego. Co by to za cel miało? [...] Jeszcze gdyby nas do takich wyborów zmuszano! Ale żebyśmy sami łapy wyciągali do legalizowania oczywistego (acz łagodnego) zamachu stanu!!57

Tak się jednak stało. Cztery dni później „komisja trzech” przejęła zarząd Uniwersytetu, co stanowiło w każdym razie potwierdzenie jego istnienia. Wydziały wybierały swe władze. Trwały zabiegi o uzyskanie decyzji ministerstwa o uruchomieniu UW jako całości. Nastąpiło to 17 VII. Zebrani 14 VIII elektorzy wskazali jednogłośnie Pieńkowskiego jako rektora, ale wybór większością (13 na 16) Antoniewicza na prorektora stworzył delikatną sytuację. Chciano uhonorować jego wcześniejsze wysiłki, lecz Antoniewicz po godzinie złożył rezygnację. „Nie wiem, jakie motywy podał, ale dobrze zrobił: jego nazwisko, związane nierozerwalnie z «ghettem ławkowym», zrobiłoby dzisiaj fatalne wrażenie: bo właśnie pisma doniosły o pogromie żydowskim w Krakowie” – komentował Borowy. Mogło chodzić raczej o epizod współpracy Antoniewicza z Niemieckim Instytutem Pracy Wschodniej58. Kilka dni później wybrano na prorektora Nawroczyńskiego. Nastąpiła zatem legalizacja „zamachu stanu”.

Ówczesna koncepcja ministerstwa zakładała ograniczenie funkcji UW na rzecz Łodzi, czego mogło dowodzić zaproponowanie Kotarbińskiemu, członkowi „triumwiratu”, funkcji rektora UŁ. Miało to ułatwić powiązanie ośrodków. W duchu entuzjazmu odbudowy mówiono nawet o uruchomieniu połączeń lotniczych. Tymczasem kursy między Warszawą i Łodzią były gehenną. Studenci prosili premiera w grudniu 1945 r. o przyznanie samochodów, ponieważ przejazdy „trwają od 8 do 10 godzin w zimnym i przepełnionym wagonie. Profesorowie przyjeżdżają na wykłady przemęczeni i zziębnięci, co odbija się bardzo ujemnie na ich zdrowiu”. Była to zapewne jedna z przyczyn zamierania koncepcji ośrodka łódzko-warszawskiego. Trwał zresztą proces słabnięcia pozycji Łodzi. Do 1948 r. wyprowadzały się z niej redakcje wpływowych pism ogólnopolskich i część elit. Ogólny „pęd do Warszawy” – oceni z pozycji klasowych Józef Chałasiński – ukazywał „mieszczańsko-inteligencki snobizm i perspektywy na karierę”, zaś mimo przejściowych fascynacji warszawskie środowiska naukowe okazały się obojętne wobec Łodzi i nie podtrzymywały z nią następnie żywszych kontaktów59.

„Gdzie Unrę dają na raty”

Działający od lata 1945 r. Komitet Budowlany UW, złożony z przedstawicieli uczelni oraz administracji rządowej, starał się szybko przysposobić najmniej zniszczone budynki. Remontowano Gmach Pomuzealny, Szkołę Główną i Seminarium Duchowne przy Krakowskim Przedmieściu 52/54 (dla Teologii Katolickiej i Prawa), Fizykę Doświadczalną przy ul. Hożej 69, gdzie usuwano „przeróbki po niemcach” (używanie małej litery nie było jedynie praktyką prasową). Fizyk Jerzy Pniewski wspominał, że

niejednokrotnie zakres dziennej pracy robotników był ustalany o siódmej rano między mną i majstrem na podstawie tego, co zachowało się w mojej pamięci z okresu przedwojennego. Moje zamieszkanie w jednej z pracowni było nieodzownym tego warunkiem. Zapał, jaki wszyscy pracownicy Hożej wkładali w tę odbudowę, był wręcz zdumiewający60.

Do września 1946 r. pracowano nad gmachem Chemii (ul. Wawelska 17, obecnie Pasteura 1) i Weterynarii (ul. Grochowska 272), z którego usunięto szpital miejski. Remonty nie nadążały za potrzebami. Kierownicy seminariów musieli na własną rękę szukać sobie pomieszczeń, pozyskiwanych po koleżeńsku lub za pośrednictwem kierującej administracją UW Natalii Batowskiej61. Nadzwyczajna sytuacja służyła wytwarzaniu się rozległej i żywiołowej kooperacji. Powiązania osobiste ułatwiały zdobywanie dachu nad głową, pożywienia i pracy. W oparciu o nie odtwarzały się instytucje, szybko formalizujące jednak swe struktury. Rozwijały się systemy dystrybucji, ułatwiające dostęp do dóbr grupom odpowiednio wyodrębnianym i hierarchizowanym.

Archiwalia uniwersyteckie z pierwszych lat powojennych to w dużej części listy uprawnionych do deputatów żywnościowych, odzieżowych lub naftowych. W warunkach straszliwych zniszczeń wprowadzanie reżimu nakazowo-rozdzielczego zdawało się uzasadnione, jednak jego zakres interpretowano w kategoriach politycznych. Borowy narzekał latem 1945 r., że na posiedzeniu komisji rozdziału artykułów wełnianych UW

dyskusje na temat majtek i gaci wlokły się niczym debata parlamentarna. Pomyśleć tylko: trzydzieści „człowieko-godzin”! I to rys znamienny naszego „nowego wspaniałego świata”! Przecież można by ludziom dać wyższe pensje, żeby sobie sami w sklepie kupowali, co im potrzeba, albo – ostatecznie – wydać im kartki uprawniające do zakupu za cenę zniżkową według wyboru! Nie, sześcioro ludzi (w tym 4 wykładowe siły uniwersyteckie) musi na to godzinami czas tracić!62

Warto opisać kilka deputatów, które pracownicy UW mogli wykupić: ceny były tu nieporównywalne z dyktowanymi na rynku, na którym panowała niewyobrażalna drożyzna, uniemożliwiająca wyżywienie się z przeciętnych zarobków. W ramach tzw. deputatu radzieckiego, rozdzielanego w marcu 1945 r., każdy pracownik naukowy otrzymywał półkilogramową konserwę mięsną, kilogram cukru w kostkach, 2 dag herbaty, a na dziecko po pół litra mleka i 60 dag cukierków. Ponadto UW dostał półtora kilograma czekolady, którą podzielono między dziesięć osób wybranych przez ZNP. Deputat wielkanocny dla grona profesorskiego zawierał na osobę 2 kg mąki pszennej, po kilogramie cukru, mięsa i marmolady, pół kilograma masła, tyleż cukierków, 10 dag drożdży i tyleż herbaty, litr wódki, 30 jaj, po kilogramie świec i mydła, 2 litry nafty, 10 paczek zapałek. Na 1–3 V wydawano z kolei po 2 kilogramy białego chleba, pół litra oleju, 2 pudełka zapałek, kilogram cukru i 40 dag marmolady. Rozdzielono też po 30 dag pierniczków i 25 dag cukierków dla pracowników umysłowych63.

Nader istotną sprawą było ustalanie zasad podziału, oddających różnice statusu. Wywoływało to pewne napięcia. We wrześniu 1945 r. działający w Krakowie Komitet Akademicki Profesorów Wyższych Uczelni Warszawskich pisał do ministra oświaty w sprawie przydziałów odzieży i żywności. Były one rozdzielane na podstawie ministerialnej listy profesorów, arbitralnej i zawierającej błędy. Komitet postulował, aby świadczeniami obejmować

wszystkich, tym bardziej, że wszyscy warszawianie po powstaniu znajdują się w jednakowej sytuacji materialnej, wszyscy [podkreślenie w tekście] potrzebują odzieży, bielizny, obuwia, żywności itp., niezależnie od tego, czy kto jest profesorem zwyczajnym, nadzwyczajnym czy docentem. Stanowisko nasze podzielają koledzy wysiedleni z Wilna i Lwowa.

Obecne postępowanie

w dzisiejszych czasach demokratycznych jest wysoce niewskazane, bo wśród pokrzywdzonych kolegów wywołuje wrażenie istnienia uprzywilejowanej elity i jest niesprawiedliwe64.

Na pokrzywdzenie skarżyli się wielokrotnie zatrudnieni w administracji UW. Wskazywali, że pracownicy naukowi i część personelu (klinik Wydziału Lekarskiego i BUW) otrzymują, prócz względnie wysokich uposażeń, także przydziały żywnościowe, podczas gdy pracownicy administracyjni są najsłabiej opłacani i pozbawieni przydziałów. Kwalifikowani urzędnicy Uniwersytetu, którzy „utrzymują w ruchu skomplikowany jego mechanizm”, oraz rzemieślnicy i laboranci są w gorszej sytuacji niż sprzątaczka w klinice czy woźny w Bibliotece. Zapewne w związku z tego rodzaju napięciami Komisja Rozdziału Odzieży UW postanowiła jesienią 1946 r., że dzielić będzie pomiędzy ogół zatrudnionych, nie tylko grono naukowe, z zasadą równego podziału; „gdyby to było niewykonalne (np. w razie przydzielenia danej grupie 5 koszul) można zastosować losowanie, z zastrzeżeniem, że przy następnym losowaniu opuszczeni będą ci, którzy uzyskali przydział przy poprzednim”65. Tego rodzaju zasady równościowe można było wprowadzać wewnątrz uczelni. Otoczenie instytucjonalne działało w inny sposób. Kształtował się system o cechach patronackich. Administracja rządowa przy pomocy nakazów i przydziałów uzależniała od siebie różne podmioty publiczne, które w warunkach skrajnych niedoborów zwracać się musiały o zgodę odpowiednich ministerstw w najbardziej drobiazgowych sprawach. Resorty gospodarcze udzielały UW zezwoleń na nabywanie talerzy lub tkanin, nie tylko w ilościach hurtowych, lecz i w pojedynczych przypadkach. Rektor zwracał się w maju 1945 r. o przydział pończoch i skarpet dla pracowników (po 2 pary), a kilka tygodni później – o przyznanie bonu do warsztatów krawieckich na uszycie ubrania dla konkretnego docenta66.

Po kraju jeździli urzędnicy UW uprawnieni do odbioru koców czy mebli. Rozjazdy wymagały wielodniowych delegacji i starań o samochody. Miejsca wydawania dóbr odległe były od siebie: mydło odbierało się w Pruszkowie, naftę w Ostrowi Mazowieckiej, marmoladę w Krakowie, kawę w Łodzi. Jako swego rodzaju składnicę traktowano ziemie zachodnie, penetrowane nie tylko przez szabrowników, ale i ekipy instytucji. W styczniu 1946 r. rektor zapraszał na spotkanie „w sprawie podziału mebli przywiezionych ze Śląska”. Kierownicy seminariów prosili dziekanów o załatwienie krzeseł i stołów z Wrocławia, dzięki którym mogliby rozpocząć zajęcia, a kierownik Seminarium Papirologii zgłaszał, że w gabinecie nie ma żadnego mebla i przerwy między zajęciami spędza na stojąco. Dziekan Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego pisał natomiast jesienią 1945 r., że „dochodzą nas słuchy o dużych ilościach przeróżnych przyrządów, zgromadzonych w Uniwersytecie Wrocławskim, na przykład o tysiącu mikroskopach”, i sugerował przekazanie części Warszawie. Z drugiej strony starano się o sprowadzenie dóbr z ziem utraconych. Komisja Biblioteczna, nadzorująca odtwarzanie BUW, rozważała zabiegi o pozyskanie książek ze Lwowa, jeżeli będzie przewidziana „ewakuacja zakładów uniwersyteckich”. Argument, że należą się one Warszawie, gdyż „najbardziej ucierpiała”, został jednak wykreślony z protokołu67.

Do BUW zwożono partie druków uprzednio ukrytych czy też wywiezionych przez okupanta w głąb Niemiec, sprowadzanych z zagrożonych zbiorów prywatnych, odnajdowanych w antykwariatach czy przekazywanych jako dublety z innych bibliotek. Jednocześnie oddawano właścicielom ich zdeponowane zbiory. Ruch w księgozbiorze odbywał się w warunkach remontu budynku. Latem 1945 r. działała już Czytelnia Profesorska z 10 miejscami, z których studenci mogli korzystać na pisemne polecenie wykładowcy. Po uruchomieniu kaloryferów w części frontowej można było wiosną 1946 r. udostępnić całą czytelnię. W tym czasie BUW miał 51 etatów, nisko jednak szeregowanych. Pracownicy chętnie przenosili się do innych bibliotek, bowiem BUW miał trudności w zdobyciu dla nich różnych przydziałów, a zwłaszcza mieszkań68.

Brak dachu nad głową był dramatycznym problemem odtwarzającej się społeczności. Do rektora płynęły podania osób, które odnalazły się w miejscu pracy, ale nie mogły znaleźć miejsca do życia. Część chroniła się w ruinach uczelni. Do wiosny 1945 r. kilka pracownic mieszkało w suterenach BUW, skąd rektor przeniósł je do kamienicy przy ul. Hożej 74. W grudniu tegoż roku w pomieszczeniach UW mieszkało 66 pracowników z rodzinami: od profesorów po woźnych i woźniców. Sekretarka dziekanatu Wydziału Farmaceutycznego mieszkała w samym dziekanacie; profesor cytologii w laboratorium przy Krakowskim Przedmieściu69.

Obecnie nocuję na terenie Wydziału Weterynaryjnego w małym pokoiku, w którym nie ma możności zainstalowania pieca. W takich warunkach nie mogę sprowadzić żony, jestem więc zdany na żywienie się w małych restauracyjkach na ul. Grochowskiej (stołówki Wydział nie posiada), co wpływa ujemnie na ogólny stan zdrowia, a ponadto naraża mnie na wydatki, niewspółmierne z moimi zarobkami

pisał profesor weterynarii do rektora, ujawniając dość typowe w epoce wyobrażenia o funkcjach małżeństwa. Nadmieniał, że przed wojną mieszkał w domu profesorskim przy ul. Brzozowej70. Jego sytuacja nie należała do dramatycznych, ale wspomnienie warunków przedwojennych wyznaczało dlań pojęcie o normalności, a także o statusie społecznym. Natomiast mieszkanka Budynku Porektorskiego Irena Krzyżanowska napisała wierszyk o codzienności w tym budynku, w którym próby skupienia się i pracy były udaremniane przez pytających:

Gdzie magazyny, gdzie biblioteka,

I gdzie jest Bratniak, i gdzie apteka,

Kiedy rektor przyjedzie,

Kiedy dziekan wyjedzie,

Gdzie się robi doktoraty,

Gdzie Unrę dają na raty,

Dlaczego C. nie ogłosił,

Dlaczego B. nie wywiesił,

Dlaczego się drzwi nie otwiera,

O dosyć! Psia krew,

Cholera!71.

Wielu nie miało jednak tego szczęścia. Jedni ulokowali się w przypadkowych izbach, z których groziło im wyrzucenie, inni nie mogli wrócić do ocalałych mieszkań, bo zostały przez kogoś zajęte. Dojeżdżali z podwarszawskich miejscowości, a nawet z Łodzi, Krakowa czy Sopotu. Szukali pomocy u rektora, którego zadaniem było zarządzanie skąpą powierzchnią administrowaną przez UW i zabieganie u władz o lokale. Nie zmieni się to przez dziesięciolecia. Nadzwyczajna sytuacja, oczywista w zrujnowanym mieście, utrwalona zostanie w redystrybucyjnym systemie PRL. Na biurkach następców Antoniewicza leżeć będą stosy próśb mieszkaniowych. W latach 70. pracownicy opisywać będą trudności współzamieszkiwania z teściami lub brak przestrzeni do pracy. Ci powojenni realnie nie mieli dachu nad głową, byli „doszczętnie spaleni”, opiekowali się ciężko doświadczonymi krewnymi. Oto magazynier BUW, gdy „wrócił z Niemiec”, nie znalazł mieszkania, zniszczonego w powstaniu, a miał pod opieką chorą żonę i córkę, która wskutek bombardowania została inwalidką. Inny pracownik po „powrocie ze wsi” zastał swe mieszkanie zajęte i chronił się w jakimś pokoiku, w którym nocowało 12 osób. „Po 6-letniej bytności w Niemczech – pisał kolejny – powróciłem tydzień temu [...] i nie mając rodziny żadnej w Warszawie (pochodzę z Wileńszczyzny) tułam się, nie mając żadnego miejsca, by móc się chociaż przespać”. Starał się o upatrzony składzik w zrujnowanym Auditorium Maximum. Murarz uniwersytecki prosił o kąt tamże, „w hollu przy stajni”72.

Trwały zabiegi o ocalanie mieszkań służbowych, na których chciały kłaść rękę urzędy kwaterunkowe, o wyjmowanie spod kwaterunku pokojów w mieszkaniach profesorskich, o usuwanie lokatorów z mieszkań przydzielonych uczelni. Chroniąc swych pracowników, UW musiał działać na niekorzyść ludzi równie „spalonych” i sponiewieranych. Przedziwnie łączyła się tu logika biurokratyczna i wilcze prawa rywalizacji. Zajmujący na dziko mieszkania poszukiwali opieki instytucji, z którymi byli związani. Te wchodziły ze sobą w konflikty. Gdy UW wymówił mieszkanie byłemu palaczowi, ten zatrudnił się na kolei, zapewniając sobie status pracownika „zmilitaryzowanego”, co utrudniało pozbawienie go lokalu. Należało to do grupowej, może nawet „plemiennej” logiki życia społecznego lat powojennych, często później wypieranej przez wspomnienie atmosfery samopomocy i solidarności73.

Miejskie Biuro Kwaterunkowe 1 III 1945 r. przekazało Uniwersytetowi administrację solidnego modernistycznego domu przy ul. Bartoszewicza 11, nieznacznie tylko uszkodzonego, lecz wypełnionego przez przypadkowych mieszkańców o różnym statusie, chronionych przez rozmaite instytucje. Najsilniejszą pozycję mieli, jak się zdaje, wojskowi. W wolnych mieszkaniach UW umieścił wiosną profesorów, a także m.in. pracowników BUW i kierowniczkę Kuchni, oraz podjął przewlekłe starania o usunięcie „lokatorów obcych”. Choć dom był, jak na ówczesne warunki, komfortowy, lokowanie w nim starszych profesorów było trudne, ponieważ (jeszcze jesienią 1947 r.) nie działała winda i centralne ogrzewanie. Innym rezerwuarem lokali dla pracowników UW, głównie niżej szeregowanych, była kamienica przy ul. Hożej 74 (podzielona latem 1945 r. między SGGW, Politechnikę i Uniwersytet). W pobliżu, przy ul. Hożej 61 (róg Emilii Plater), nieopodal Fizyki, dzielono duże mieszkania na izby, w których lokowano pracowników uniwersyteckich. Jesienią 1947 r. premier przyznał jeszcze UW kamienice przy ul. Wilczej 13 (około 50 izb dla profesorów) i al. Trzeciego Maja 5 (10 mieszkań dla asystentów)74.

Dom przy ul. Sewerynów był jedynym ocalałym z zasobu spółdzielni profesorskiej UW. Z jej domu przy Nowym Zjeździe 5 zostały „tylko stropy i klatki schodowe”, przy ul. Brzozowej 10 nie było stropów. Brzozowa 12 stała się pogorzeliskiem: „Stąpam po białym i sypkim popiele własnych książek” – pisał Borowy, który odwiedził to miejsce. Jesienią 1947 r. uczony przeprowadził się z Budynku Porektorskiego właśnie na ul. Sewerynów. Dobytek przewieziono mu samochodem uniwersyteckim przy pomocy 4 woźnych („za zł 500 x 4 + zł 1000 + 200 zł + «zagrycha» z wódki, konserw i papierosów”)75. Część pięciopiętrowego domu, w którym zamieszkał, zajmowali tzw. dzicy lokatorzy, ale 14 mieszkań rozdzielonych między profesorów zapewniało luksusowe, jak na ówczesną Warszawę, warunki. Trzyizbowe, o powierzchniach ponad 60 m2, w zasięgu dwuminutowego spaceru od dziedzińca UW, wolne były od reżimu kwaterunkowego.

Studiowanie

Uprzejmie zawiadamiam, że pp. profesorowie zaczynają wykłady w Sali Kolumnowej, a mianowicie w pon. i wt. 15–18 prof. K[azimierz] Kumaniecki z Wydz. Humanistycznego. Proszę o odpowiednie zarządzenia. Jednocześnie proszę o jak najśpieszniejsze polecenie zreparowania telefonu JM Rektora

pisała Natalia Batowska do Intendentury 5 X 1945 r.76 Zorganizować zajęcia było – jak się miało okazać – łatwiej niż rozwiązać problem telefonów. Jeszcze w marcu 1947 r. UW miał przy Krakowskim Przedmieściu tylko 2 aparaty (w Biurze Rektora i dziekanacie Prawa), szwankujące „mimo wielokrotnych reklamacji i zabiegów o ich naprawienie”77.

W istocie zajęcia rozpoczęły się jesienią 1944 r. – bez telefonów, domów akademickich, stypendiów i wszelkich innych, poza wiedzą i dobrą wolą, elementów infrastruktury uniwersyteckiej. To studenci naciskali na otwarcie Wydziału Lekarskiego. To oni, uczestnicząc w kompletach prowadzonych w Częstochowie i Krakowie, Kielcach i Jędrzejowie, Pruszkowie i Grodzisku do wiosny 1945 r., tworzyli Uniwersytet Warszawski. Nadzieje Antoniewicza na rozpoczęcie roku akademickiego w kwietniu zostały przekreślone przez ministerstwo78. Chętni do studiowania zjawiali się jednak na seminariach, będących przedłużeniem tajnych kompletów, czy też stanowiących zajęcia przygotowawcze. Na charakterystyczną atmosferę tego czasu składały się opowieści powracających, przybierające często charakter zdumiewających epopei, w których obrazy getta, obozów, poniewierki i utraty bliskich łączyły się z wiadomościami o losie wspólnych znajomych i zabawnymi często opisami przygód. Zapiski świadków epoki pełne są relacji tego rodzaju. Ich tłem była niezwykła sceneria ruin miasta, w której odradzały się elementy dawniejszego świata, jak seminarium Borowego wznowione 11 IV 1945 r. na prośbę grupy studentów. W salce Budynku Porektorskiego, dekorowanej kopiami obrazów van Gogha i Moneta, omawiano Dożywocie Fredry.

Chodziłam na te ćwiczenia – wspomina Zofia Stefanowska – z poczuciem, że przenoszę się w domenę zupełnego egzotyzmu, całkowicie oderwaną od życia. Wersyfikacja Dożywocia, mój Boże! Byłam człowiekiem zdziczałym przez wojnę, prymitywnym, w dodatku jeszcze powiązanym z konspiracją. Jedynym na tych zebraniach elementem rzeczywistości były dla mnie ręce Borowego, odmrożone zimą i teraz, na wiosnę, z otwartymi na palcach rankami. Odczuwałam niejaką wspólność wobec tego, że i moje ręce podobnie się paskudziły z powodu odmrożenia79.

Ogłoszenie w lipcu decyzji o otwarciu UW spowodowało ożywienie: jesienią 1945 r. zgłosiły się na studia ponad 4 tysiące osób80. Tworzyły społeczność niezwykłą, bardzo zróżnicowaną wewnętrznie. Najstarszych i najmłodszych studentów dzieliło pół wieku różnicy. To zdarzało się w następnych dekadach. Nie zdarzała się jednak podobna konfiguracja doświadczeń. Dwaj najbardziej leciwi studenci urodzili się w 1880 r., dwoje najmłodszych, ledwie szesnastoletnich, w 1929 r. Pomiędzy tymi skrajnościami mieściła się mozaika wspólnot wieku, rodowodu i przeżyć wojennych. Co dziesiąty immatrykulowany urodził się przed I wojną światową. Było wśród nich 36 osób urodzonych w XIX w., przeważnie w latach 1898–1899. Kolejna duża grupa to dzieci I wojny światowej i rówieśnicy II RP, w tym ponad 100 osób z rocznika 1914 i ok. 150 z 1918 r. Pewna studentka Wydziału Farmaceutycznego urodziła się (w Kielcach) 11 XI 1918 r. W sąsiednich grupach wiekowych mieściła się masa przedwojennych studentów UW. Najliczniejsze grupy immatrykulowanych pochodziły z lat następnych; ok. 200 z rocznika 1920, czyli tego, któremu wojna wyrwała lata studenckie i który nazwany zostanie pokoleniem Kolumbów, żołnierzy powstania. Wielu z nich studiowało na podziemnych wydziałach UW, co stanowiło bardzo istotny moment formacyjny. Rzecz jasna, wspólnota wieku nie pokrywała się ze wspólnotą doświadczeń: w ramach rocznika 1920 było wielu takich, którzy z powstaniem nie mieli nic wspólnego. Tego rodzaju podziały naznaczały tkankę życia studenckiego, przekładały się w pewnym stopniu na aktywność w organizacjach politycznych i stosunek do rodzącej się „nowej rzeczywistości”. Ogromne znaczenie miało tu zakorzenienie biograficzne, jakiego nie sposób ukazać bez rozległych badań prozopograficznych. Bogactwa doświadczeń indywidualnych i zbiorowych domyślać się można, spoglądając już na same miejsca urodzenia. Układają się one przede wszystkim w obraz Polski międzywojennej, lecz tworzą także mapę znacznie rozleglejszą, obejmującą ziemie imperium rosyjskiego. Dwadzieścia trzy osoby urodziły się w dawnej rosyjskiej stolicy (15 w Petersburgu, 5 w Piotrogrodzie, a 3 w Leningradzie), 12 w Kijowie, 7 w Moskwie. Spotykamy Briańsk i Czelabińsk, Nikołajewsk i Niżny Nowogród, Nowoczerkask i Nowosybirsk, Piatigorsk i Saratow, Semipałatyńsk i Witebsk. Są to przeważnie roczniki wielkiego zamętu 1917–1921, zaś geografia narodzin ukazuje drogi rodzin polskich z głębi Rosji, a także ogólną przewagę wschodniego pochodzenia studentów, co zresztą nie zdaje się niczym nowym na UW. W Wilnie urodziło się 28 immatrykulowanych, w Krakowie 20, a w Poznaniu 19.

Część z nich wcześniej studiowała. Dla słuchaczy tajnych kompletów, którzy nie zdołali zdać egzaminów przed powstaniem, organizowano je teraz (Jerzy Pniewski, który egzaminował z fizyki, wspominał, że jedna tylko osoba nie uzyskała oceny pozytywnej)81. Inni kandydaci wykazać się mieli maturą. Ponieważ archiwa większości szkół warszawskich przepadły, komisja weryfikująca świadectwa miała kłopoty z ustaleniem wyników. Ministerstwo Oświaty zalecało, by „nie ukrzywdzić młodzieży szkół warszawskich” i nie organizować konkursu matur, nie żądać ocen z poszczególnych przedmiotów i kierować się „ogólnym wynikiem pomyślnym” matury. Kandydaci, którzy utracili świadectwo dojrzałości, mieli przedłożyć zaświadczenie sądu o wszczęciu sprawy o odtworzenie. Problem stanowiły też dzieci wciągnięte na niemieckie listy narodowe: wymagano zaświadczenia o złożeniu deklaracji wierności „Narodowi i demokratycznemu Państwu Polskiemu”, względnie orzeczenia rehabilitującego lub wniosku o takie orzeczenie. Pierwszeństwo zyskać miały natomiast osoby, które brały udział w walkach wyzwoleńczych, konspiracji, były więźniami politycznymi lub powracały z obozów. We wrześniu ministerstwo zarezerwowało 10–15% miejsc do swej dyspozycji, samo określało listy wedle powyższych kryteriów i reagowało ostro w wypadku oporu uczelni82.

Rekrutacja była tyleż skomplikowana, ile żywiołowa. Trudno wręcz pisać o rekrutacji, gdy mowa o odtwarzaniu strzępów dawnej społeczności i przyjmowaniu kandydatów wedle rozmaitych list, priorytetów i poparcia różnych organizacji. Obrazem sytuacji mogą być wyniki egzaminu wstępnego na Wydział Lekarski. Zorganizowany 2 X 1945 r., dotyczyć miał „podstawowych wiadomości z zakresu fizyki, chemii i biologii”. Zgłosiło się 657 chętnych na 150 miejsc. Wynik egzaminu miał być „korygowany” przez „osobiste zasługi kandydatów w okresie wojny i okupacji oraz przez wiek i stracone z powodu wojny lata od chwili uzyskania matury. Dziekanat również starał się w przypadkach, gdzie mu to było wiadome, że kandydat pochodzi ze sfer robotniczych lub włościańskich, przyjąć tych kandydatów, nie krępując się wynikami egzaminu”. Nie było to łatwe, gdyż w życiorysach nie zawsze wskazywano pochodzenie (rzecz niedopuszczalna kilka lat później). Nie dość na tym. Specjalnie traktowano także „repatriantów zza Buga”, starano się zachować „pewną równowagę” między płciami (przyjęto około 45% kobiet), a po wywieszeniu list dokonano dodatkowych przyjęć wskutek interwencji i „wyjaśnień”. Liczba przyjętych wyniosła 23083. Zapewne i ona nie była ostateczna, ponieważ na przełomie 1945 i 1946 r. na UW napływali dawni studenci i chętni do podjęcia nauki wychodzący z obozów czy wracający z emigracji. Ci ludzie po przejściach odnaleźć się musieli na gruzach uczelni, która przywracała jednak życiu pewien rytm. Pierwszy rok powojenny podzielony był, jak dawniejsze, na trymestry. Strzępy przedwojennych książek służyły jako podręczniki. Kilka sal dydaktycznych, zaopatrzonych w tablice i komplety mebli, przypominało realia Uniwersytetu, zwłaszcza gdy wiosną można było zdjąć ciężkie okrycia, w których siedziano na zajęciach zimą.

Atmosfera improwizacji, braki kadry i pomieszczeń sprzyjały mało sformalizowanym relacjom, zaś Uniwersytet nabrał ducha edukacji bardzo liberalnej: studenci chodzili na zajęcia z wielką dowolnością, pojawiali się i znikali. Frekwencja na wielu wykładach była bardzo niska. Rektorat w maju 1946 r. wzywał, aby rozpoczynano zajęcia punktualnie, nie czekając na zapełnienie sali: „Dwu słuchaczów powinno wystarczyć do rozpoczęcia zajęć”84. Jak tłumaczył Borowy, przedwojenny porządek „z dziesiątkami godzin wykładów, ćwiczeń, konwersatoriów itd.” nie odpowiada młodzieży, która

przywykła do systemu szkolnego i kieruje się wskazówkami starszych kolegów, którzy w czasie konspiracji w tym systemie całe studia odbyli. Młodzież ta pyta przede wszystkim, co jest obowiązujące. I dowiaduje się, że ćwiczenia pani Szmydtowej, Wierczyńskiego i językowe. Na te więc chodzi, z innych rzeczy rezygnując – zwłaszcza, że każdy prawie wykład gdzie indziej, odległości duże, a – na dobitkę – nie brak i kolizyj85.

Z drugiej strony plany zajęć były wciąż niepełne, zwłaszcza na kierunkach ścisłych i eksperymentalnych, wymagających specjalistycznych urządzeń. „To skądinąd nader korzystne dla narodu garnięcie się młodzieży do czystej nauki stawia Wydział Matematyczno-Przyrodniczy w niezmiernie ciężkim położeniu” – pisał dziekan jesienią 1945 r.86 Pierwsze laboratoria farmaceutyczne improwizowano w warunkach „niesłychanie prymitywnych” przy ul. Grochowskiej; w lutym 1946 r. uruchomiono pracownię w budynku przy ul. Złotej 7 (użyczonym przez Naczelną Izbę Lekarską). W marcu rozpoczęły się zajęcia laboratoryjne z fizyki (wykłady trwały od kilku tygodni), które prowadzili przypadkowo zebrani naukowcy. Jesienią 1946 r. nie istniała wciąż żadna pracownia chemiczna ani fizyczna dla starszych lat. Skrajna ciasnota była doświadczeniem powszechnym. Przybywanie pracowników i studentów, sprowadzanie pomocy naukowych, zwłaszcza książek, które zalegały w pryzmach, wymagało poszukiwania lokali na wynajem lub użyczenie. Wykłady odbywały się w podziemiu Muzeum Narodowego i w bibliotece Szkoły Głównej Handlowej. Trzy piętra przy ul. Smulikowskiego 4 wynajęto od ZNP dla Instytutu Pedagogicznego. Wydział Humanistyczny miał jesienią 1946 r. jedną salę wykładową. Instytut Orientalistyczny był „tabliczką na drzwiach jednego pokoiku” w Gmachu Pomuzealnym, zajmowanego przez dwóch profesorów i asystenta. Wydział Teologii Ewangelickiej mieścił się w salce przy spalonym zborze przy pl. Małachowskiego, Zakład Geograficzny do 1947 r. – w mieszkaniu geologa Jana Samsonowicza przy ul. Wilczej 2287.

„Manteuffel [...] działał sam, nikogo nie pytając o zgodę. W skrócie można powiedzieć, że zbierał ludzi, książki i klucze od pokoi” – wspominał Aleksander Gieysztor odrodzenie się Instytutu Historycznego88. Profesorowie krzątali się wraz ze studentami wokół praktycznych potrzeb zakładów, organizując zakupy, niekiedy z własnej kieszeni, i korzystając z prężnie odradzającego się życia gospodarczego, które wspominane będzie z nostalgią. Pinezki kupowano w firmie Szostakowskiej przy ul. Dobrej, sznurek u Karczewskiej przy ul. Kopernika, zeszyty i ołówki u Strusińskiego przy ul. Marszałkowskiej, tablice u Doroszki przy ul. Młynarskiej. Książki zamawiano w prywatnych księgarniach, sprowadzających także nowości zagraniczne. Od 1946 r. korzystano z niezłych wyrobów krajowego przemysłu papierniczego (o papeterii i zeszytach tej jakości za kilka lat będzie można pomarzyć). Pracownicy przynosili też własne sprzęty i książki. Tego rodzaju sytuacje wpływały na szczególne więzi między studentami a kadrą, odznaczające się tradycyjnym dystansem, lecz i rodzajem zbratania w trudnościach. Wyrazem tego mogły być gesty solidarności ze strony studentów, gdy zwracali się do premiera o pomoc profesorom kursującym między Warszawą i Łodzią, lub gdy Bratnia Pomoc zapraszała profesorów do swej stołówki, gdyż w niedziele i święta stołówka pracownicza była nieczynna: „Będziemy szczęśliwi, goszcząc naszych Profesorów i wychowawców, dać Im odczuć nasz szacunek, przywiązanie i łączność wynikającą z pracy dla szczęśliwej przyszłości naszego Uniwersytetu”89.

Ten duch braterstwa wspominany będzie z nostalgią. Trzydzieści lat później, w epoce budowy „drugiej Polski”, minister nauki Sylwester Kaliski, ubolewając nad złą atmosferą na uczelniach, zwrócił się do rektorów:

Wielu z was, pamiętających studia z lat 1945–48, wie doskonale, że było to wtedy wspaniałe partnerstwo, istniała jakaś niezwykła, wielka kultura studentów, choć nie mieli tego wychowania co dziś, z jak wielkim taktem, z jakim wielkim szacunkiem odnosili się do swoich profesorów i odwrotnie. Istniała między nimi silna więź, a jednocześnie panowała dyscyplina w pracy i nauce90.

Minister rządu PRL odwoływał się – jako do krainy szczęśliwości – do epoki, w której jego partia nie zniszczyła jeszcze dawnego uniwersytetu z autonomią, Bratnią Pomocą, tradycyjną hierarchią. Krytyka tych zdarzeń nie była z pewnością intencją Kaliskiego. Można mu przypisać pewną idealizację przeszłości, właściwą wspomnieniom własnej młodości. Znamienne jednak, że wskazał na cezurę 1948 r., do której powracać będzie jeszcze chętniej oficjalna historiografia lat 80., poszukująca budujących odwołań do szlachetnej genezy formacji, którą „błędy i wypaczenia” stalinizmu zepchnęły ze słusznej drogi.

Życie studenckie

Nawiązanie ciągłości życia uniwersyteckiego oznaczało odtworzenie instytucji od dziesięcioleci wyrażającej interesy części społeczności studenckiej: Towarzystwa Bratnia Pomoc, czyli Bratniaka. Senat zatwierdził jego statut i zarząd 24 X 1945 r., a Ministerstwo Oświaty 12 VIII roku następnego nadało mu osobowość prawną. W momencie zatwierdzenia Bratniak ogłosił deklarację o „niepodległości i suwerenności Państwa Polskiego wywalczonej w krwawych zmaganiach z zalewem germańskim”, afirmację odbudowy oraz uznanie pracy za miernik wartości jednostki91. Wśród organizatorów były osoby, których droga życiowa, naznaczona przez uczestnictwo w Szarych Szeregach i Armii Krajowej, predestynowała tyleż do aktywizmu, ile do popadnięcia w kłopoty92. Bratniak odtwarzał tradycyjnie męski model działalności studenckiej: w 1946 r. wśród 20 członków Zarządu nie było ani jednej kobiety, 3 znajdowały się tylko wśród 6 zastępców członków. Dwa lata później w dwudziestoczteroosobowym Zarządzie zasiadały dwie kobiety – jedna jako wiceprzewodnicząca, zajmująca się kwestiami „samopomocy”, druga – szefowa tejże sekcji.

Bratniak podtrzymywał tradycję samoorganizacji i autonomii studenckiej, ale unikał zaangażowania politycznego i nawiązywania do przedwojennych zaszłości, które musiały go kojarzyć z „reakcją”. Wykazywać musiał spolegliwość wobec reżimu, organizując zarazem bogate i symbolicznie wyraziste życie publiczne społeczności studenckiej. Przygotowywał inauguracje roku akademickiego, rozpoczynające się w latach 1945–1948 wymarszami na msze w kościele św. Anny. Współorganizował takie wydarzenia jak uroczysta msza 30 V 1946 r., na której odnowiono Śluby Akademickie, czy msza na ingres abpa Hlonda. Urządzał na Cmentarzu Wojskowym obchody rocznic powstania warszawskiego. Na Bratniaka liczyli też studenci chcący brać udział w balach, choinkach i śledziach. Choinka 20 XII 1945 r. zgromadziła ponad 700 osób. Inauguracyjny bal na UW odbył się 9 II 1946 r. w Sali Kolumnowej. W pierwszym powojennym roku zapraszano na większe imprezy w strojach dowolnych, obiecując dobre bufety i orkiestry, ale na balu inaugurującym rok 1946/1947 obowiązywały już stroje wieczorowe. Rozliczne ówczesne imprezy uznać można za objawy dążeń wspólnotowych oraz odreagowania złych doświadczeń i przykrej teraźniejszości. Były też źródłem dochodów, dlatego do ich organizowania paliły się także stowarzyszenia czy koła naukowe. Bratniak prowadził taneczno-wokalne „Sobótki” karnawałowe, sekcje: żywego słowa, teatralną, literacką, muzyczną i chór, organizował koncerty, niektóre w dużych salach warszawskich, a także wysyłał orkiestrę na studenckie wczasy93. Od jesieni 1945 r. wydawał tygodnik „Akademik” – początkowo ścienną gazetkę, następnie kilkunastostronicowe, niewyraźnie odbite pismo w nakładzie 300–700 egzemplarzy. W redakcji pracowało 8 osób, z których 3 otrzymywały wynagrodzenie, ale wszystkie miały prawo do bezpłatnych obiadów. „Akademik” podkreślał swą apolityczność, miał interesujący zespół (m.in. Jerzy Ficowski, Aleksander Ścibor-Rylski, Andrzej Micewski, Miron Białoszewski), publikował rozważania społeczno-ideowe, poezję, felietony i ogłoszenia. Był jednak deficytowy, miał kłopoty z papierem, reklamą i dystrybucją94.

Bratniak obsługiwał powszednie życie studentów. Prowadził sekretariat (niech miarą jego wielkości będzie 7 maszyn do pisania w 1946 r.) oraz przedsiębiorstwa o własnym rozrachunku: stołówkę i firmę transportową. Wydawał bony uprawniające do konsultacji lekarskich, kierował studentów do ambulatoriów, organizował prześwietlenia płuc, rozdzielał odzież, żywność, tran i leki, prowadził pośrednictwo pracy i sprzedawał skrypty. Jego biura mieściły się w trzech pokoikach dawnej królikarni, zwanej też Belwederkiem, w zakątku dziedzińca. Wydawano tam karty żywnościowe, odzieżowe czy macierzyńskie „przez okienko, wychodzące na zewnątrz budynku, a interesanci wyczekiwać muszą nawet w największy mróz, stojąc na dworze”. Rektor przekazał także Bratniakowi pawilonik na dziedzińcu, w którym mieściła się dotąd pracownicza stołówka95. Towarzystwo otworzyło tam 24 XI 1945 r. stołówkę własną: „Z powodu braku stołów i krzeseł studenci jedli stojąc”96.

Pierwszy dochód stołówki pochodził ze sprzedaży przydziałowych ryb. Przydziały (głównie z Zarządu Miejskiego), a także własna hodowla świń (pod koniec 1946 r. 15 sztuk), mięso, warzywa i owoce z podwarszawskiego majątku Zaborów, który Bratniak wziął w dzierżawę97, jak również bufety na zabawach studenckich stały się źródłem dochodu. Stołówka wyrosła szybko na poważną instytucję, utrzymującą personel urzędniczy i techniczny (25 osób) oraz „14 Koleżanek Kelnerek”. Jesienią 1946 r. wydawała średnio 882 posiłki dziennie, fundowała obiady studentom w trudnej sytuacji życiowej, organizowała kolacje świąteczne, wydawała paczki żywnościowe oraz prowiant na turnusy wypoczynkowe i wycieczki. Zyskała obrusy na stołach, koszyczki na pieczywo oraz dostateczną liczbę łyżek i widelców, lecz nie noży (nóż jawił się wciąż jako „zabytek przedwojenny”). Panował w niej ogromny tłok, zwłaszcza w godzinie przerwy w wykładach (12.00–13.00), gdy nad jedzącymi stało wielu czekających na miejsce, „poganiając ich bez żadnego miłosierdzia”. Tłok wynikał też z faktu, że część bywalców uznawała stołówkę „za miejsce odpowiednie do wszelkiego rodzaju spotkań i załatwiania interesów”. Jednocześnie jakość posiłków była przedmiotem „ciągłych pretensji i narzekań Kol. Studentów”, co świadczyło chyba o względnej stabilizacji życia. Kierownictwo wyjaśniało to malejącymi przydziałami. Także ceny obiadów, choć nie miały nic wspólnego z drożyzną w warszawskich restauracjach, stanowiły wyzwanie dla studentów. Jesienią 1946 r. pojedynczy obiad kosztował 30 zł, karnet dziesięciu – 250 zł. Tymczasem miesięczny zarobek „Koleżanki Kelnerki” w stołówce wynosił 500 zł98.

Prymitywne warunki początkowego działania zmieniały się dzięki energii zaangażowanych, a także możliwości dość swobodnego gospodarowania, związanego jednak z systemem przydziałów i dotacji. Osobnym przedsiębiorstwem stała się sekcja samochodowa, której służyły trzy ciężarówki (GAZ, Bedford i GMC). Prezydium Bratniaka poruszało się po Warszawie terenowym willysem99. Rozmachowi działań zupełnie nie odpowiadały warunki lokalowe Bratniaka: kilka klitek i budyneczek przeznaczony do rozbiórki. Jesienią 1946 r. kierownictwo zwróciło się o przydział pozyskanych przez uczelnię ruin dawnego szpitala św. Rocha przy bramie uniwersyteckiej. Rektor wyraził zgodę, ale władze Warszawy zażądały wykazania środków na odbudowę. Bratniak wniósł zatem o zarządzenie obligatoryjnej zbiórki. W latach 1947–1949 każdy student wpłacał 100 zł na budowę Domu Studenta, co uwidaczniano stemplem w indeksie. Powstał komitet odbudowy z honorową przewodniczącą Wisłą Osóbką-Morawską, żoną premiera. Jesienią 1947 r. studenci i profesorowie pracowali przy oczyszczaniu ruiny. W Domu Studenta planowano umieszczenie Akademickiej Spółdzielni Wydawniczej z powielarnią i księgarnią, Akademickiego Banku Spółdzielczego, stołówki, pomieszczeń Bratniaka, sali odczytowej, pokojów kół naukowych, ambulatorium, świetlicy i czytelni, sali konferencyjnej100.

W Towarzystwie pojawiały się niemałe możliwości, przepływała przez nie masa dóbr z pomocy krajowej i zagranicznej. Wytwarzało to rozmaite pokusy. Na początku 1946 r. Uniwersytetem wstrząsnęła sprawa ogromnych nadużyć.

Jeden ze studentów-urzędników „zgubił” sto kilkadziesiąt paczek z UNRRA, zabrał przeszło sto tysięcy złotych i „wyjechał na wieś” – „na odpoczynek”. Wykryła to (łącznie z innymi jeszcze macherkami) Komisja Rewizyjna. Wobec tego prezes – aby „nie kalać honoru akademickiego” – zawiesił w czynnościach Komisję Rewizyjną. Wspólnicy spryciarza, korzystając z tego, wstawili do Kasy kwity na sumy, których brakuje. Z gorliwości jednak napisali ich za dużo

relacjonował Borowy. Wiosną zawieszono wiceprezesów i kierownika Sekcji Stołówkowej oraz intendenta101. Afera była bardzo niekorzystna nie tylko dla „honoru akademickiego”, ale dla wizerunku Bratniaka, atakowanego przez kreatorów tzw. nowej rzeczywistości.

2. Pierwszy powojenny rocznik studentów UW (1945/1946) odgruzowuje Warszawę – grupa z Wydziału Prawa na rogu ulic Marszałkowskiej i Widok

„Pierwsze starcie” nastąpiło, gdy władze represjonowały uczestników manifestacji trzeciomajowych 1946 r., szczególnie burzliwych w Krakowie102. Efektem było wrzenie w ośrodkach uniwersyteckich i apele o strajk powszechny. Bratniak UW oświadczył jednak, że „wezwania do strajku są postępkami wykraczającymi przeciw przepisom akademickim i państwowym, i godzą zarazem w żywotne interesy nasze”103. Mimo to masa studentów UW przyłączyła się do strajku ogólnopolskiego, który zaczął się 20 V 1946 r., a był reakcją na brutalność władz i aresztowania uczestników zajść trzeciomajowych. Strajk trwał 3 dni, a w jego trakcie doszło m.in. do demonstracji pod więzieniem przy ul. Rakowieckiej, w którym znajdowali się studenci104. Tonizowanie sytuacji nie było zadaniem łatwym, a przeróżne demonstracje polityczne tak czy owak szły na konto Bratniaka, na przykład w czasie organizowanej przezeń akcji odgruzowania stolicy, gdy studenci pisali farbą na swych kombinezonach „AK-ademik” i skandowali „Mikołajczyk!”, przejeżdżając na ciężarówkach obok siedziby PSL105. Strajki wywołały ostrą kampanię propagandową przeciw autonomii uczelni, utrzymywanych przecież przez klasę robotniczą, a także pogłoski o zmianach prawnych, mających tę autonomię przekreślić. Rektorzy zebrali się w Warszawie, by dać wyraz swej skłonności do oporu. Władze zdawały sobie z niej sprawę i zrezygnowały (na kilka miesięcy) z radykalnych projektów106.

Jak silna była pozycja środowisk akademickich wobec rządu niech świadczy zestawienie z sytuacją w ówczesnej Rumunii. Jej premier Petru Groza potrafił grozić zebranym rektorom, że pozamyka uczelnie w razie opozycyjnej agitacji: „Zrobię zupełnie bezpłatne nauczanie i odwołam się do robotników, aby przysłali dzieci po czterech klasach podstawówki na uniwersytet. Zrobię uniwersytet ludowy, a tych studentów, którzy podburzają na uniwersytetach, wyślę na spacer albo zrobię dla nich kolonię karną”107. W świetle późniejszych wypadków nie ulega wątpliwości, że podobne wyobrażenia o zaprowadzeniu dobrego porządku miała część twórców systemu w Polsce. Nie mogli ich wypowiadać tak dobitnie, lecz przygotowywali się do akcji w tym kierunku, wykorzystując nikłe liczebnie, lecz silne poparciem aparatu władzy organizacje młodzieżowe.

Jesienią 1946 r. działacze związanego z PPR Akademickiego Związku Walki Młodych „Życie” otrzymali zadanie sporządzenia „list proskrypcyjnych zawierających nazwiska zdecydowanych wrogów demokracji”, aby przyspieszyć usuwanie „faszystów” z uczelni. Listy powstawać miały metodą przeszukiwania „materiałów pisanych” (przedwojennych pism „oenerowskich, endeckich i sanacyjnych”) oraz obserwacji życia akademickiego. Polecano wyławiać na równi „kolaborantów z Niemcami”, członków NSZ, „aktywnych podżegaczy w czasie strajku” oraz ludzi, którzy, głosząc hasła antyustrojowe, „okazują się zdecydowanymi faszystami”. Zastrzegano jednocześnie, co zdaje się sprzeczne z duchem całej akcji, że nie należy „pochopnie oceniać ludzi na podstawie niezadowolenia z istniejącego systemu” lub „biernego udziału w akcjach antypaństwowych”. Działanie „Życia” zmierzać miało do zastąpienia „bezpłodnej wrogości w stosunku do wszystkich studentów właściwą pracą nad odciągnięciem mas studenckich od dotąd bezkarnych faszystów”108. Wyznana tu wrogość AZWM wobec „wszystkich studentów” wynikała z poczucia izolacji w zbiorowości, izolacji wielokrotnie wspominanej w dokumentach organizacji, zresztą zapewne także dla zyskania dodatkowego wsparcia ze strony patronującej jej PPR. Wsparcie stanowiła jednak sama ewolucja sytuacji politycznej.

Aktywna postawa tych, którzy pokładali malejące nadzieje w możliwościach pewnej kontynuacji działań Państwa Podziemnego, jawiącego się jako ciało obce w państwie należącym do „rzeczywistości”, narażała na coraz większe niebezpieczeństwo. Niektórzy decydowali się na działania nielegalne, płacąc za to nieraz najwyższą cenę, jak zaangażowani w organizację Wolność i Niezawisłość. Jesienią 1946 r. aresztowano jej członka Waldemara Baczaka, przewodniczącego Sądu Koleżeńskiego Studentów UW109. Przedstawiciel pokolenia Kolumbów, student prawa podziemnego Uniwersytetu, akowiec, waleczny żołnierz powstania, był doktorantem UW i pracownikiem MSZ. Oskarżony o zdradę, ponieważ nawiązał kontakty z pracownikami ambasady angielskiej, skazany został na karę śmierci i stracony, mimo zabiegów o ułaskawienie, w lutym 1947 r. Jego nazwisko powtarzano odtąd w propagandowych atakach na tych, którzy „broniąc jakoby honoru akademika, okazali się [...] najohydniejszymi zdrajcami narodu, ludźmi na usługach obcego wywiadu.”110.

Kierownictwo AZWM „Życie” wiosną 1947 r. oceniało, że większość studentów skłania się ku niewłaściwej stronie podziału ideologicznego. W programowym referacie zjazdowym dzielono społeczność na trzy grupy. Pierwsza miała być, jak wykazały „liczne procesy”, trzonem podziemnych organizacji. Druga znalazła swe miejsce w „demokratycznych” organizacjach, bliskich „Życiu”. Trzecią stanowiła olbrzymia większość, niezaangażowana, lecz „tradycyjnie i uczuciowo skłaniająca się ku grupie pierwszej”. Dlatego też w chwilach ostrzejszych tarć znaczna masa „stawała czynnie na pozycjach reakcyjnych, biorąc udział w awanturach”. Sytuację zmieniło rozbicie podziemia i zyskanie przez „demokratyczne” organizacje wpływu na Bratniaki, a także amnestia z lutego 1947 r. Większość studentów miała odtąd akceptować „rzeczywistość”, czy to z pobudek utylitarnych, czy światopoglądowych, czy też przystosowawczych. Ten nowy etap nie oznaczał jednak gaśnięcia walki ideologicznej. Bratniaki wciąż oskarżano o powiązania z „wrogiem”, piętnując zarazem próby czynienia z nich organizacji apolitycznych. Na polu walki ideologicznej nikt nie mógł aspirować do neutralności.

* * *

„Młodzież ciągle zapędzona w gonitwie za mieszkaniem i chlebem, ciągle walcząca o swój byt, o miejsce w szeregach przyszłej inteligencji, jest nerwowa, przemęczona, smutna” – pisała Helena Jodko-Narkiewicz w 1947 r., wskazując na niedostateczne odżywienie i ubranie, mieszkanie „w pokojach bez okien i węgla”111. Warszawa pełna była studentów szukających dachu nad głową. Nierzadko wymizerowani obozami i poniewierką, żyć musieli kątem, w warsztatach, wśród ruin, na dworcach. Wielu żywiło się głównie czarnym chlebem. Zgłaszali się codziennie do wielkiego akademika przy pl. Narutowicza. Nieliczni pomieścili się w domu Fundacji Domów Akademickich (FDA) przy ul. Polnej 50. Choć warunki życia w tych przepełnionych budynkach były trudne, zamieszkanie tam było niemałym szczęściem.

W maju 1946 r. otwarto Dom Akademiczek przy ul. Górnośląskiej 14, a dwa lata później Dziekankę przy Krakowskim Przedmieściu. Funkcjonowanie tych żeńskich akademików poprawiło sytuację części społeczności studenckiej, lecz ukazywało też dość poważne jej problemy. Jak w soczewce oglądać je można w relacji z ostrego konfliktu, do jakiego doszło wiosną 1948 r. w Domu Akademiczek, zamieszkanym przez ok. 420 studentek. Relację spisała kierowniczka, skłócona ze studentkami, i skierowała ją do Ministerstwa Oświaty. Niewątpliwie jednostronna, ukazuje ona jednak pewne cechy życia społecznego epoki. Wedle kierowniczki stosunki w Domu źle się ułożyły wskutek „powojennych warunków”, czyli „wielkiej rozpiętości wieku, nawyków, poziomu umysłowego mieszkanek i wreszcie nadmiernego zagęszczenia zajmowanych przez nie lokali”. Studentki rzucały przez okna śmieci i chlustały wodą, codziennością były „skargi, denuncjacje, kradzieże”. W tych warunkach kierowniczka, osamotniona wobec zbiorowości, starała się nawiązać współpracę ze starszymi mieszkankami, okazały się one jednak pozbawione „poczucia karności”, za to roszczeniowe. Samorząd istniał jedynie formalnie. Jeden z przewlekłych konfliktów wiązał się z używaniem sprzętów elektrycznych, powodujących przeciążenie sieci. Kierowniczka tolerowała „grzejnictwo”, lecz konfiskowała mocne żarówki i „zbędne aparaty”. Było to zapewne podłożem dojrzewania gniewu, który wybuchł z chwilą awarii elektryczności. Studentki najwyraźniej uznały ciemności za element represji. Reakcja była żywiołowa,

rozpoczął się bezpardonowy atak na kuchnię i samodzielne gospodarowanie wszystkich i o każdej porze, połączony ze znikaniem naczyń i sprzętu stanowiącego inwentarz stołówki. Zachowanie studentek było skandaliczne i wulgarne i stanowiło najgorszy przykład dla personelu. Wskutek takiej postawy mieszkanek – Zarząd stołówki wydał polecenie zamykania kuchni w godzinach największego natężenia pracy. W związku z tym rozpoczął się bojkot stołówki i chaos w całym Domu. W ciągu dwóch dni znikły lampy naftowe wydane na korytarze bez względu na niebezpieczeństwo wypadku. Zwoływano zebrania, bardzo nieliczne, ale burzliwe, rozwinięto agitację krzykliwą, niepoważną, śmieszną, w której brał udział element najbardziej niekarny, albo pozostający pod wpływem znanych malkontentek.

Pod tym samym wpływem wysłano delegacje „na wszystkie strony”, w tym jedną do Ministerstwa: jak się zdaje, pismo kierowniczki miało uprzedzić jakieś niekorzystne dla niej decyzje112. Model zachowania mieszkanek, na ile można je odtworzyć z cytowanego dokumentu, zdaje się ukazywać problemy, które narastać będą w następnych latach: autorytarne metody zarządzania i brak autentycznej reprezentacji, wywołujące nieufność i skłonność do osobistych interwencji w tzw. wyższych instancjach – owe „delegacje”, które w 1956 r. chodzić będą wprost do centrum władzy, aby ominąć traktowane z podejrzliwością instytucje pośrednie.

Inny problem objawiał się w funkcjonowaniu Dziekanki, która miała, wedle założeń, zarobić na siebie, zatem dyktowała wysokie opłaty miesięczne – w 1948 r. 6 tys. zł od osoby, co stanowiło wyzwanie dla córek robotników czy niższych urzędników, zarabiających około 8 tys. zł113. W relacjach prasowych Dziekanka była przykładem niewłaściwej polityki społecznej, mimo systemu stypendiów i zniżek dla sierot. Władze miały przecież dążyć do wyrównywania szans. Casus Dziekanki wskazywano jako sprzeczny z propagowanymi „zasadami pierwszeństwa”, czyli promowaniem studentów z uboższych warstw społecznych.

„Zasady pierwszeństwa” odciskały się na systemie stypendialnym, który – choć zasadniczo funkcjonował zgodnie z przedwojennymi przepisami – od 1947 r. korygowany był przez ministerstwo, które oczekiwało powiązania świadczeń z pochodzeniem społecznym studentów. Zakres pomocy uznawano jednak za zbyt niski, aby spowodował istotną zmianę społeczną, a system stypendialny – za silnie związany z realną tkanką społeczną, którą elity władzy, zwłaszcza „pepeerowskie”, uznawały za dziedzictwo dawnej struktury klasowej. Był to bowiem nadal system mało scentralizowany, a znaczna część stypendiów fundowana była przez instytucje samorządowe i osoby prywatne. W 1946 r. typowe stypendium wynosiło 500 zł, tyle też mniej więcej można było sobie miesięcznie dorobić na korepetycjach czy handlu. Z trudem pozwalało to na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych: „Ratuje nas tran, którego wiele z nas otrzymało z Bratniaka po pół litra”114. Studenci liczyć musieli także na paczki z domu, własną zaradność, na przydziały i racjonowanie. Zakres ubóstwa obrazować mogą wykazy przydziałowych spodni z darów zagranicznych, które Bratniak dzielił w 1947 r. na „liche” i „dobre”, podobnie jak mundury z demobilu. Na tzw. karty odzieżowe studenci otrzymywali w sklepach obuwie skórzane, a raczej powinni byli otrzymywać; butów skórzanych brakowało. Sklep przy ul. Marszałkowskiej organizował losowanie: kto wylosował obuwie płócienne, otrzymywał w ramach zadośćuczynienia trzy pary115.

Niedożywienie, strach przed gruźlicą i innymi chorobami zakaźnymi skłaniały do intensywnej organizacji systemu ochrony zdrowia. Jesienią 1945 r. powstała Pomoc Lekarska Młodzieży Akademickiej m.st. Warszawy (PLMA), przez studentów nazwana „Palmą”. Była to instytucja ogólnowarszawska, ale osadzona w strukturach Wydziału Lekarskiego UW: jej sekretariat znajdował się w siedzibie Koła Medyków (ul. Oczki 7), a buchalteria w kwesturze uniwersyteckiej. Kierowana miała być zawsze przez profesora Wydziału Lekarskiego, ale w Zarządzie byli delegaci innych uczelni i przedstawiciele młodzieży, wybierani przez Bratnią Pomoc. „Palma” zapewniała przychodnie i wizyty domowe, leczenie szpitalne i sanatoryjne, zniżki na leki czy okulary, profilaktykę, zapomogi na kuracje. Na początku 1946 r. zatrudniła 35 lekarzy, otworzyła punkty i ambulatoria oraz zawarła umowy ze szpitalami warszawskimi. Były to siły i środki nikłe jak na 10 tys. studentów uprawnionych do świadczeń, jednak zdaje się, że lekarze „Palmy” pracowali ponad miarę wyobrażalną w późniejszych okresach. Fundusze na hospitalizację stale przekraczano, bowiem wśród studentów znajdował się „duży odsetek takich, którzy powrócili z obozów koncentracyjnych wzgl[ędnie] więzień lub brali czynny udział w walkach z okupantem, a w związku z tym stan ich zdrowia wymaga intensywnego i pełnego leczenia”. Zarząd opłacał w całości leczenie studentów, „którzy utracili zęby w obozach, więzieniach”. Studenci w ciężkich warunkach materialnych byli zupełnie zwolnieni z opłat za leki, podobnie jak chorzy na gruźlicę, jaglicę i choroby weneryczne. Poważnym problemem była gruźlica, wymagająca finansowania ponad regulamin świadczeń. Mimo elementarnych braków zorganizowano badania masowe: udało się przebadać wszystkich kandydatów na uczelnie na rok 1946/1947. Chorymi zajmowała się Akademicka Poradnia Przeciwgruźlicza; kierowano ich do sanatoriów w Zakopanem. „Palma” pokrywała też koszty leczenia wypoczynkowego na Dolnym Śląsku116.

Do zbiorowego wypoczynku przywiązywano wielkie znaczenie, nie tylko w związku z polityką władz, które z masowych wczasów uczynić chciały element „rewolucji społecznej”. W pędzie do podróży i przygody zapominano o traumatycznych doświadczenia wojny i trudnej codzienności; wyjazdy służyły także ratowaniu zdrowia. Nowe realia zdawały się ułatwiać tworzenie bazy rekreacyjnej. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych pozostało wiele dobrych pensjonatów. W kwietniu 1946 r. zarząd Bratniaka objechał „zachód” i pozyskał trzy domy (nazwane „Bratniak”, „Zacisze” i „Olimp”) w Bad Schwarzbach, czyli Leśnym Zdroju (od 1946 r. Czerniawie Zdroju) pod Jelenią Górą. Pisano, że wille „w prześlicznej miejscowości” wyposażone są „w pościel, bieliznę, meble, naczynia kuchenne. Tak że student wyjeżdżający zabiera ze sobą wyłącznie rzeczy osobiste. Pokoje są dwuosobowe i jednoosobowe, czystość absolutna. [...] Zimą wspaniałe tereny narciarskie, latem odpoczynek i kuracje lecznicze w zdrojowisku”. W tym czasie remontowano pałac w podwarszawskim majątku Zaborów. Wyposażony w 200 łóżek, oferował „warunki prymitywne, ale wystarczające całkowicie do wypoczynku tem przyjemniejszego, że może być połączony z pracą odpowiedzialną na terenie majątku, czy to przy zbiorach, czy też przy współpracy oświatowo-kulturalnej z okoliczną ludnością”. W roku 1946/1947 wysłano na wczasy 2,5 tys. studentów (w tym 500 bezpłatnie) do pięciu już domów w Czerniawie Zdroju i tyluż w Międzyzdrojach117. Warunki wypoczynku były zwykle bardzo skromne, nieporównywalnie jednak lepsze od egzystencji w zrujnowanej Warszawie.

Ciągłość i zmiana

Życie Uniwersytetu w latach 1946–1948 naznaczone było przez dwie główne, przeciwstawne tendencje: dążenie do odtwarzania stosunków przedwojennych i presję na zasadnicze zmiany. Ta druga tendencja miała zwyciężyć w 1948 r., wraz z uformowaniem się dyktatury typu stalinowskiego, obiecującej przebudowę wszelkich instytucji społecznych. Byłoby jednak nieporozumieniem twierdzenie, że sama w sobie uczelnia wyrażała tendencję pierwszą, starając się trwać jak wyspa, podmywana przez niespokojne fale „nowego”. Nie, uczelnia odrodziła się i rosła w warunkach reżimu, przejawiającego coraz wyraźniejsze dążenia totalitarne, które jej zagrażały, lecz nie mogła rozwijać się jako ciało obce. Na tym polegał dramatyzm sytuacji wszelkich odziedziczonych z przeszłości instytucji społecznych powojennej Polski.

Pchany przez reżim ku „nowemu”, Uniwersytet ciążył w nawykach większości kadry i poglądach większości studentów ku „staremu”, lecz wraz ze zmianami w świadomości zbiorowej, z napływem nowych studentów i nowej kadry, siłą rzeczy ulegał przeobrażeniu. Odbudowując się, korzystał z realnej wciąż autonomii społeczeństwa wytwarzającego instytucje gospodarcze i kulturalne, które mogły być partnerami uczelni. Aby jednak odbudować się naprawdę, musiał liczyć na administrację rządową. Bronił przed tą administracją swej autonomii, stopniowo ograniczanej i likwidowanej, lecz także korzystał z etatystycznych praktyk, powiększając swą bazę materialną.

Odbudowa uczelni była w pierwszym okresie domeną ruchu społecznego, zabiegającego o korzystne decyzje aparatu władzy, lecz spontanicznego, wspieranego przez ogólnopolską aktywność obywatelską. Na odbudowę UW płynęły datki z całego kraju. Akcję ich zbierania organizowały m.in. organizacje młodzieżowe, które w kwietniu 1946 r. uroczyście przekazały rektorowi 50 tys. zł. W tym okresie gesty takie, raczej symboliczne, oraz dobra wola kadry i studentów nie mogły już załagodzić sytuacji – jak pisał rektor jesienią – „katastrofalnej, grożącej załamaniem całego biegu studiów”. Studiujący wypełnili wszelkie rezerwy powierzchni, wszystkie zakamarki na wpół zrujnowanych budynków i wynajęte w mieście sale. Jedynym wyjściem zdawało się pozyskanie nowych nieruchomości i zwiększenie kredytów. Komunalizacja gruntów warszawskich i praktyka przejmowania na cele publiczne budynków prywatnych, w tym pałaców arystokratycznych, dawały Uniwersytetowi nowe możliwości. Rektorat zwrócił się do Państwowej Komisji Lokalowej o przyznanie nieruchomości wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia: Szpitala Świętego Rocha, pałaców Czetwertyńskich i Potockich. Były to ruiny o wielkim potencjale. Argumentowano, że powierzchnia użytkowa UW zmniejszy się z chwilą zburzenia resztek Auditorium Maximum oraz gmachu Biblioteki. Do realizacji tych zamierzeń, zdumiewających zwłaszcza w odniesieniu do BUW, nie doszło, natomiast uczelnia wskazane nieruchomości dostała. W tymże roku rektor zwracał się do Biura Odbudowy Stolicy o przyznanie 20 nieruchomości przy Krakowskim Przedmieściu (na mieszkania dla pracowników, biura i siedziby instytutów), a także terenu przyległego do gmachu Fizyki przy ul. Hożej. Także te oczekiwania zostały spełnione118.

Zarazem jednak uczelnia traciła wpływ na bieg własnej odbudowy. We wrześniu 1946 r. minister odebrał jej kierowanie częścią prac i przekazał je Warszawskiej Dyrekcji Odbudowy. Na placach budowy rysowały się w tym czasie większe trudności, które oddawała uwaga intendenta na temat Pałacu Kazimierzowskiego: „roboty wstępne przy odbudowie, dalej wstyd mi pisać”. Narastające kłopoty były związane ze zmianą klimatu gospodarczego, a zwłaszcza rozprawą z sektorem prywatnym. Rosła zależność od decyzji tzw. kompetentnych czynników. Wymuszało to spolegliwość, sprzyjało kulturze nieformalnych porozumień i „dojść”, a w istocie służyło arbitralności decyzji i dominacji politycznej. W 1948 r. roboty na UW prowadziły wciąż wybierane w przetargach prywatne firmy, działające – jak można sądzić ze starannej dokumentacji – wedle przedwojennych zasad, choć oczywiście w zmienionym otoczeniu gospodarczym. Firma Rżysko i Szreder remontowała gmach Chemii, firma Słapczyński – budynek przy ul. Przemysłowej 25, spółdzielnia Dźwignia – Pałac Kazimierzowski, którego stolarkę powierzono firmie Urbanowicz. W tymże roku kilka umów zerwano, a niektóre prace (Pałac Kazimierzowski, Chemia) przekazano bez przetargu Stołecznemu Przedsiębiorstwu Budowlanemu119. Obiecywano zarazem uczelni wielkie inwestycje. Na początku 1948 r. omawiano z przedstawicielami BOS-u projekt nowej dzielnicy uniwersyteckiej, mającej powstać na Polu Mokotowskim i pomieścić wszelkie władze UW oraz wydziały: Lekarski, Farmaceutyczny, Weterynaryjny i Matematyczno-Przyrodniczy. Przy Krakowskim Przedmieściu pozostałyby wydziały: Humanistyczny, Prawny i Teologiczny, zaś stary BUW zostałby powiększony o dwa sąsiednie budynki. Plan rozbudowy wiązał się z założeniem, że w ciągu 10 lat uczelnia rozrośnie się do 15 tys. studentów, czyli dwukrotności stanu z 1948 r.120

Wśród zabiegów o wsparcie administracji rządowej UW próbował bronić się przed omnipotencją tej administracji. Centralizacja zarządzania uczelniami wynikała tyleż z chęci przyspieszenia odbudowy i promocji kadr, ile z rysującego się projektu politycznego, ogarniającego wszelkie dziedziny życia. Wiosną 1946 r. „duże poruszenie w Uniwersytecie” wywołały informacje o przygotowywaniu dekretu, który zawieszałby autonomię szkół wyższych, podporządkowując je radzie złożonej z nominatów premiera oraz przedstawicieli związków zawodowych i organizacji społecznych. Projekt nie został publicznie przedstawiony; sondowano reakcję środowisk uczelnianych. Zjazd rektorów krytykował ministerialne plany. Borowy zapisał, że „nowa ustawa akademicka już zadecydowana. Skrzeszewski prosił jakoby delegację zjazdu rektorów tylko o to, żeby nie krytykowali. Bagatela!”121. W październiku 1947 r. ogłoszono dekret, który znacznie ograniczał autonomię, poddając uczelnie „władzy naczelnej” ministra oświaty, zyskującego prawo przekształcania ich wewnętrznych struktur (otwierania, zamykania i nazywania wydziałów, katedr i kierunków studiów). Senaty straciły prawo obierania rektora, a wyraźniej zajęły się sprawami budżetowymi. Dekret stanowił, że rektorów szkół akademickich mianuje, na wniosek ministra uzgodniony z Radą Główną ds. Nauki i Szkolnictwa Wyższego, sam prezydent Rzeczypospolitej, przy czym szkoła uprzednio przedstawiała trzech kandydatów, wybranych przez zebranie przedstawicieli profesury. Ta złożona procedura pozostała jednak na papierze, ponieważ sam dekret zawieszał jej stosowanie na 5 lat – de facto rektorów powoływał minister122. Dekret wzmacniał jego władzę, choć powoływał dość mocny organ konsultacyjny w postaci wspomnianej Rady Głównej, która stała się niejako protezą autonomii uniwersyteckiej. Jej członkowie powoływani byli jednak przez prezydenta na wniosek ministra. W szkołach wyższych wprowadzono stanowiska dyrektorów administracyjnych, powoływanych również przez ministra. Regulacje dekretu, jak ocenia Teresa Suleja, nie zburzyły zupełnie liberalnego porządku, a Senat „pozostawał wciąż faktycznym gospodarzem uczelni”123. To jednak, jak się zdaje, perspektywa narzucona przez późniejsze wydarzenia.

* * *

Struktura organizacyjna i w dużej mierze personalna UW w roku 1947/1948 zdawała się tworzyć kontynuację z okresem międzywojennym. Administrację uczelni stanowił Sekretariat z kierownikiem na czele. Działem I Sekretariatu była Kancelaria z przedwojennym referendarzem Cezarym Kunderewiczem i dawnymi podreferendarzami, czworgiem sekretarzy administracyjnych (w tym jedną urzędniczką przedwojenną) i gronem urzędników kontraktowych, w 1938 r. złożonym z 5 osób, a w 1947 r. z 17 (w tym tylko jednej ze stażem przedwojennym). Działem II była Kwestura, którą kierował dawny kwestor Antoni Lachowicz i w której był ten sam kierownik Rachuby Wacław Łapiński. Działem III była Intendentura z dawnym intendentem Aleksandrem Zielińskim i dawnym podreferendarzem. Z przedwojennego grona 3 sekretarzy Intendentury, teraz rozrośniętego do 5 osób, przetrwał jeden urzędnik. Dział IV stanowiły Kancelarie Dziekanatów, w których obsadzie zaszły duże zmiany. Uwagę zwracała pani sekretarz Kancelarii Wydziału Prawa, która pełniła tę funkcję przed wojną (i mieszkała w tym samym miejscu, przy ul. Grójeckiej). Długi staż miały też kierowniczki kancelarii wydziałów Matematyczno-Przyrodniczego i Farmaceutycznego. Cały Sekretariat odpowiadał wielkością przedwojennemu (około 60 pracowników), ale zmieniły się ponad trzy czwarte kadry. Zwiększyła się grupa kobiet, których było w 1938 r. 34, a w 1947 r. 41. Większość ważnych funkcji sprawowali nadal mężczyźni, chociaż w zastępstwie urlopowanego kierownika całością Sekretariatu kierowała Natalia Batowska.

Ciągłość instytucjonalną administracji UW zerwała „reorganizacja” (ówczesne słowo klucz) w roku 1948/1949, odzwierciedlająca ogólne dążenia do centralizacji i „jednoosobowego kierownictwa”. Pojawił się dyrektor administracyjny (Mieczysław Skrzetuski), który liczyć się musiał bardziej z administracją ministerialną niż z rektorem i Senatem. Dyrektorowi podlegały działy administracji uformowane na nowo, w sposób, który ukazywał spadek samodzielności wydziałów i wzrost znaczenia „spraw osobowych”, teraz zwanych „personalnymi”. Powstał centralny Sekretariat, jako dział I administracji, do którego włączono sekretariaty Dziekanatów. Zatrudniał 16 osób, w tym 14 kobiet. Działem II było Biuro Personalne, zatrudniające 6 osób. Działem III – Kwestura, którą kierował Wacław Łapiński (dawniej kierownik Rachuby). W 1938 r. zatrudniała ona 19 osób, a w 1949 r. – 20. Działem IV, Biurem Gospodarczym, czyli dawną Intendenturą, kierował były intendent Zieliński. W Intendenturze pracowało w 1938 r. 10 osób, w Biurze Gospodarczym 16. Działem V był Sekretariat ds. Studenckich, w którym pracowało 11 osób, w tym 10 kobiet (oczywiście, mężczyzna był kierownikiem). W nowej strukturze administracja rozrosła się, zatrudniając 69 osób, przy czym zmniejszyła się grupa kobiet (33), nie sięgając połowy zatrudnionych. Nie tylko z tego powodu reforma nie musiała oznaczać rewolucji w administrowaniu Uniwersytetem. Przez kilka jeszcze lat aktywni w nim będą ludzie o doświadczeniu przedwojennym, nadający pracy pewien klimat i próbujący realizować dawne wyobrażenia o funkcjonowaniu uczelni. Było to jednak coraz trudniejsze. Zmieniała się bowiem zasadniczo atmosfera życia.

W pierwszej połowie 1948 r. Ministerstwo Oświaty zaczęło mobilizować uczelnie do „uporczywej walki o wzmożenie wydajności pracy i jej dyscypliny”. W maju Senat UW wezwał dziekanów do opracowania planów owego „wzmożenia”. Wydział Teologii Katolickiej podkreślił w odpowiedzi konieczność pogłębienia znajomości greki i łaciny wśród studentów, a także poprawy zaopatrzenia w zagraniczne czasopisma naukowe. Nie tego rodzaju „wzmożenie” leżało w intencjach Ministerstwa. Jak zwykle zresztą naciski administracji prowokowały jednostki naukowe do przedstawiania list niezałatwionych problemów. Wydział Weterynaryjny przypominał, że jego gmach zajęty jest wciąż przez Szpital Miejski i zauważał, że jeśli „rygory wymagań” wobec studentów mają być zwiększone, winni oni otrzymać stołówkę i akademik. Wydział Prawa oceniał, że realizacja planów jest trudna z powodu braku „stałego kontaktu ze środowiskami naukowemi za granicą”. Zauważał też, że „wzmożenie” byłoby realne tylko przy ukróceniu swobody uczęszczania na wykłady i wyboru terminu egzaminów, zaś wprowadzenie tego rodzaju „gimnazjalnego” sposobu studiowania doprowadziłoby do „opustoszenia wydziału prawa, gdyż przeważna część uczniów, żyjąca z pracy zarobkowej, musiałaby ten wydział opuścić”124.

Z takich konsekwencji „wzmożenia” zdawały sobie sprawę władze oświatowe, jednak znajdowały odpowiedź, wpisaną w forsowany przez nie radziecki model szkolnictwa wyższego. Kadra uniwersytecka, jak widać, nie brała pod uwagę takiego zakresu jego naśladowania, jaki miał się stać rzeczywistością. Model ten wydawał się do niedawna egzotyczny. Latem 1945 r. znajomi opowiadali Borowemu, po pobycie w Moskwie, o niepospolitych wynikach tamtejszego szkolnictwa wyższego, które cieszyć się miało ogromną sprawnością kształcenia. „Ale też i rygory i zachęty nie byle jakie” – notował Borowy, wymieniając dyscyplinę studiów, nakazowe zmiany kierunku, podział na grupy ze starostami na czele, kontrolę koleżeńską i rywalizację grupową125. Takie rozwiązania przyjmowały pod koniec dekady polskie władze. Wśród rygorów i zachęt znaleźć się miały także masowe stypendia, niemal bezpłatne akademiki, ale również zakaz podejmowania pracy w czasie studiów. Czas ten miał się zresztą skrócić: zakładano przyspieszenie „masowego szkolenia”. Jesienią 1948 r. podzielono studia na trwające 3,5 roku studia zawodowe (I stopnia) i dwuletnie studia akademickie (II stopnia), które dawały tytuł magistra, lecz na które postąpić mogło jedynie 10–15% absolwentów I stopnia, teoretycznie najlepszych i przeznaczonych do pracy naukowej126.

Argumenty przedstawiane przez Wydział Prawa były więc bezprzedmiotowe. Tym bardziej, że płynęły na uczelnię masy „nowych” studentów, mających się różnić przekrojem społecznym, oczekiwaniami i poglądami od tych, którzy dotąd na UW dominowali.

„Planowa rekrutacja”

W 1947 r. ustanowiono tzw. planową rekrutację na studia, co oznaczało potraktowanie szkół wyższych jak węzełków sieci kontrolowanej przez Ministerstwo Oświaty. Stopniowo powiększało ono rejestry grup zwolnionych z egzaminów wstępnych. Byli to żołnierze czasów wojny (za zaświadczeniem władz wojskowych), uczestnicy walki zbrojnej (co poświadczały odpowiednie związki), byli więźniowie polityczni („o ile nie dopuścili się zbrodni albo występku”), ale także „osoby zasłużone w pracy społecznej” i „w odbudowie gospodarczej kraju”, którym zaświadczenia wystawiać miały organizacje młodzieżowe, związki zawodowe i Związek Samopomocy Chłopskiej127. Zwłaszcza dwie ostatnie kategorie miały nader nieostre granice. Wprawdzie zwolnieni z egzaminu nie mogli, wraz z repetentami, stanowić więcej niż 20% przyjętych na pierwszy rok, lecz zdaje się, że nie przestrzegano tego odsetka. Skutki nowego systemu były poważne. Jak pisał jesienią 1947 r. dziekan Wydziału Humanistycznego UW, organizacje wskazane w rozporządzeniu nader często „gorąco polecały swych członków i protegowanych zamiast stwierdzić, jakie były zasługi polityczne, społeczne czy kulturalne kandydatów”128. Lista organizacji, jakie ich rekomendowały, była dłuższa niż w rozporządzeniu, czyniły to bowiem także partie polityczne. Polska Partia Robotnicza przesyłała na UW listy nie tyle rekomendowanych, ile „skierowanych na studia”, co obrazowało zakres jej wpływu. W tym czasie kierownictwo Ministerstwa Oświaty otrzymało zadanie partyjne, aby blokować dostęp na studia „elementom jawnie reakcyjnym”, a wspierać członków partii, ZWM i „aktywniejszych demokratów”129.

W 1948 r. nacisk ten się wzmagał. W maju zwolniono z egzaminów absolwentów wstępnego roku studiów i osoby skierowane przez wojsko. Pierwszeństwo zyskały formalnie dzieci robotników i chłopów oraz inteligencji pracującej, zwłaszcza ze środowisk „mających utrudniony dostęp do kultury”, młodzież autochtoniczna Ziem Odzyskanych, kandydaci wykazujący się co najmniej roczną „pracą społeczną w organizacjach młodzieżowych” lub pracą zawodową związaną z danym kierunkiem studiów. Latem 1948 r. rozszerzono listę o osoby, które służyły w turnusie letnim Służby Polsce, rok później – o absolwentów Oficerskiej Szkoły Prawniczej (na prawo). Wtedy także zawężono kategorię pochodzenia chłopskiego do dzieci chłopów małorolnych i średniorolnych. Dzieci inteligencji pracującej, by zachować priorytet, musiały wykazać się pracą społeczną130.

W 1948 r. wprowadzono egzamin wstępny z „nauki o Polsce współczesnej”, zaś w komisjach rekrutacyjnych pojawił się tzw. czynnik społeczny, czyli aktywiści organizacji i związków zawodowych. Miał to być „oręż w ręku mas ludowych w ich walce o demokratyzację wyższego szkolnictwa”. Bojowy tygodnik „Po Prostu” wskazywał, że oręża tego nie zawsze używano, pojmując egzamin z wiedzy o Polsce jako probierz wiedzy, a nie świadomości. Nie drążono spraw pochodzenia kandydata i środowiska, w jakim kształtowała się jego „świadomość klasowa”. Przedstawiciele organizacji zawodowych i chłopskich nie stawali na wysokości zadania, zaś „tylko delegaci młodzieży dać mogli pełną gwarancję dostatecznej czujności klasowej”. Niestety, w Warszawie zrezygnowano z udziału Związku Akademickiej Młodzieży Polskiej (ZAMP) w komisjach131. Rok później błędu tego nie powtórzono.

W 1948 r. przyjęto na UW 3144 studentów. Połowa legitymowała się pochodzeniem inteligenckim (51,5%), 29,1% robotniczym i 19,4% chłopskim. Kategorie te podlegały manipulacjom, kandydaci dobrze już bowiem znali oczekiwania. Nowo przyjęci wtopili się w społeczność 8173 studentów UW. Struktura tej społeczności zmieniała się. Procent studiujących pochodzenia inteligenckiego spadł z 62,1% w 1946/1947 r. do 58,3% dwa lata później, robotniczego wzrósł z 21,2% do 25,5%, a chłopskiego spadł z 16,7% do 16,2%. Trwała była przewaga kobiet (ok. 54%), nieco większa niż wśród nowo przyjętych na poszczególne lata, co świadczyłoby o silniejszym wykruszaniu się mężczyzn132. Ogólne tendencje władze uznawały za pomyślne, ale wyniki rekrutacji 1948 r. – za niezadowalające. Rok później, po nastaniu hegemonii PZPR, aparat rekrutacyjny został znacznie lepiej „ustawiony”.

Kluczowe znaczenie w pracy komisji zyskali latem 1949 r. członkowie PZPR. Na zebraniach w Komitecie Warszawskim przedstawiono im „partyjne zadania”, niezależnie od spotkania w Ministerstwie Oświaty, na którym informowano o formalnych zasadach rekrutacji. W praktyce zadania miały większe znaczenie niż zasady. W czasie egzaminów przed członkami komisji piętrzyły się dokumenty, przygotowane przez sekretarzy technicznych, na ogół aktywistów ZAMP, których „czujność” władze doceniały. Były to dossiers kandydatów i materiały dodatkowe, w tym dwojakie zestawienia, które nazwać można czarną i białą listą. Czarną tworzyły zastrzeżenia personalne, formułowane niejednokrotnie przez Urząd Bezpieczeństwa, mające zamykać drogę na uczelnię. Pouczano w KW, by nie ujawniać tych zastrzeżeń. W 1948 r. miały się zdarzać wypadki, gdy

ten czy inny członek komisji wyciągał karteczkę i powiadał: „Nie, tego UB nie puszcza”. Tak nie można robić. Nie wolno Wam go puścić, ale nie wolno mówić. Nie wolno Wam również wyciągać demonstracyjnie listy poleconych przez Partię, [...] nie wolno Wam powiedzieć, że: „Przepraszam, nie ma co egzaminować, bo to jest kandydat polecony przez Partię i on przechodzi”133.

Ta lista poleconych była właśnie listą białą. Członkowie partii zadbać mieli, aby obie listy odegrały swoją rolę. Było to łatwiejsze w wypadkach, gdy do PZPR należeli profesorowie prowadzący egzaminy merytoryczne i, związani dyscypliną partyjną, tak nimi kierowali, by jednych oblać, a innych promować. Zwykle jednak to „czynnik społeczny” musiał pilnować rezultatu. Tłumaczono w KW, że „tutaj żadnej instrukcji podać nie można, wszystko będzie zależało od waszego wyrobienia politycznego, od waszego taktu, od waszej zręczności”, że nie należy zachowywać się „w sposób jaskrawy” i doprowadzać do zadrażnień z profesorami, że trzeba pracować „w zgodzie i sympatycznej atmosferze”. Nie zawsze się to udawało. Wielu egzaminatorów nie potrafiło „zdyskwalifikować kandydata dobrze przygotowanego, a będącego na negatywnej liście”. W takich wypadkach rozstrzygano sprawę po egzaminie, układając nazwiska przyjętych. Także i wtedy musiano „paraliżować” próby prowadzenia przez profesorów „akcji niezgodnej z naszymi tendencjami”. Niekiedy „czynnik” starał się zmienić skład komisji w trakcie jej pracy, przy czym władze uczelniane „liczyły się na ogół ze zdaniem i opinią partyjnych pełnomocników”. Gdy na Wydziale Chemii pełnomocnik zażądał usunięcia z komisji profesora, który „nieodpowiednio pytał kandydatów”, władze uczelniane się ugięły. Na ogół „czynnik” wykorzystywał egzamin z wiedzy o Polsce i świecie współczesnym, który – wskazywano bez ogródek w dokumentach partyjnych – „był podstawowym regulatorem przy kwalifikowaniu kandydatów. Najlepiej bowiem pomagał w utrącaniu kandydatów grupy III i list negatywnych”134.

„Grupa III” była elementem niejawnego, quasi-kastowego podziału, który uczyniono podstawowym sposobem selekcji kandydatów. Czarne i białe listy obejmowały nieznaczny ich odsetek. Ogół podzielono natomiast na trzy grupy. Wyodrębniono: (I) młodzież pochodzenia robotniczego i chłopskiego, (II) innego pochodzenia, lecz aktywną w organizacjach społecznych, zwłaszcza ZMP, i (III) młodzież obcą klasowo. Zaszeregowanie do dwóch pierwszych grup zależało od zaświadczeń i rekomendacji, stanowiących rosnącą dziedzinę aktywności instytucji i starań jednostek. Świadectwo pochodzenia społecznego wystawiała szkoła średnia, świadectwo aktywizmu – odpowiednia organizacja. Zdawano sobie sprawę, że papiery te nie są w pełni wiarygodne, dlatego KW nakazywał wyławianie przeinaczeń. Do pospolitych należało „poprawianie” pochodzenia społecznego, czyli zawodu rodziców. Oto „mechanik pracujący w fabryce okazał się inżynierem”, a rolnik – ogrodnikiem miejskim lub zgoła dawnym ziemianinem, który pozostał na 2 hektarach gruntu. W takich wypadkach objawiać się winna „czujność” partyjnych członków komisji. Kandydat spadał do grupy III, zachowując niewielkie szanse dostania się na studia. Władze partyjne zastrzegały, że nie można „zrezygnować całkowicie z młodzieży obcego pochodzenia”, której uzdolnienia mogą być pożyteczne dla kraju i której ministerstwo gwarantowało 15% miejsc. Gwarancji tej jednak nie przestrzegano: grupa III na wielu wydziałach nie sięgnęła 10%. Nie wynikało to z małej liczby kandydatów do niej zaliczonych. Przeciwnie, skład społeczny kandydatów na wydziały humanistyczne był „niedobry”, ale istniała „pewna rezerwa, którą można manipulować”, natomiast na matematyczno-przyrodnicze był „niepomyślny i nie bardzo jest z czego wybierać”, wobec czego rozważano zredukowanie limitu i stworzenie „lepszego wydziału pod względem politycznym”. Innymi słowy, partyjni decydenci skłonni byli ograniczać przyjęcia na kierunki ścisłe, mimo niewątpliwej i publicznie głoszonej potrzeby ich rozwoju, z powodu niekorzystnego politycznie składu kandydatów135.

Wyniki rekrutacji były osobliwe. Mimo że na żadnym kierunku nie wypełniono limitu miejsc, odrzucano kandydatów, którzy zdali egzamin. Wynikało to z istnienia niejawnej puli osób skierowanych na studia przez Ministerstwo Obrony Narodowej (MON), a także wpisywanych automatycznie absolwentów tzw. roku wstępnego. Na historii było 90 miejsc, zdały 72 osoby, ale przyjęto 63, w tym ponad połowę z kategorii pierwszej (34) oraz 19 z drugiej i tylko 10 z trzeciej. Na polonistyce było 200 miejsc, zdały egzamin 222 osoby, a przyjęto 184, w tym 107 z grupy pierwszej i tylko 26 z trzeciej. Na historię sztuki przyjęto 35 osób na 50 miejsc, w tym tylko 2 z kategorii trzeciej. Ta właśnie kategoria otrzymywała z reguły najwięcej ocen niedostatecznych. Wśród zdających na historię sztuki postawiono 3 oceny niedostateczne w grupie pierwszej i 32 w trzeciej, na filologię angielską odpowiednio 5 i 20136. Zapewne były to przede wszystkim skutki egzaminu z wiedzy o Polsce i świecie współczesnym. Stanowił on pierwsze sito. Drugim był sam dobór studentów spomiędzy tych, którzy zdali. Oto na Wydziale Lekarskim było 300 miejsc, zdawało egzamin 658 osób, zdało 582, przyjęto 247. Po dodaniu repetentów, studium przygotowawczego i MON na pierwszym roku znalazło się 347 osób, zatem limit został przekroczony. „Klasowe podejście” wpłynęło decydująco na strukturę roku. Zdało egzamin 246 na 272 kandydujących z grupy I, przyjętych zostało 146, czyli ponad połowa tych, którzy zdali. W grupie II zdawało 136 osób, zdało 118, dostało się 84. Natomiast w grupie III zdawało 150, zdało 118, ale dostało się tylko 17. W ten sposób ukształtowano korzystne proporcje społeczne: grupa I – 59%, II – 34% i III – 7%137. Ogółem przyjęto w 1949 r. 1768 osób spośród 2901 zdających, przy czym w grupach I i II indeksy uzyskała większość tych, którzy zdali egzamin, natomiast w grupie III mniej niż połowa. Pozwoliło to ukształtować proporcje: grupa I – 52,5%, II – 33%, III – 14,5%, i niemal wypełnić ministerialne założenie o puli 15%, a także znacznie podnieść odsetek studentów z legitymacją zetempowską lub partyjną138.

„Urwany lot”

Tytuł, jaki nadała Hanna Świda-Ziemba książce o pokoleniu młodzieży pierwszych lat powojennych139, przypomina się przy lekturze dokumentów pozostałych po kołach naukowych, stowarzyszeniach, sekcjach Bratniaka. Sprawozdania, protokoły i korespondencje z lat 1947–1949 wywołują, mimo ich formalnego charakteru, ściskające serce uczucie utraconych możliwości i rozwianych nadziei.

Dawnym trybem przebiegała większość zajęć, o tematyce określanej przez profesorów, naznaczona przez ich indywidualność, z dość niestabilną publicznością. Nie zmieniły się studenckie bale, śledzie prawników czy historyków, wieczory żywego słowa, dancingi i rewie w świetlicy „Pod Strzechą” i na wczasach w Czerniawie Zdroju. Młodzież bawiła się w noworocznych i karnawałowych salach ozdobionych girlandami z papieru toaletowego, przy improwizowanym menu, w ubraniach niedopasowanych do żadnej konwencji. Mimo powojennego cherlactwa i niskich dotacji ożył Akademicki Związek Sportowy. Zaś Bratnia Pomoc UW, atakowana w kontekście ponurego procesu Baczaka jako „zarażona trądem faszyzmu”, starać się musiała o zapewnienie sobie tolerancji władz. Zabiegała o przychylność premiera, angażując jego żonę do patronowania budowie Domu Studenta. Wykazywała się aktywnością w oficjalnych sytuacjach, wciąż jednak należących do dwoistego porządku „okresu przejściowego”. Obsługiwała pochód pierwszomajowy, ale i zapewniała straż porządkową na procesji Bożego Ciała. Ta dwoistość prowokowała wszakże coraz agresywniejsze żądania „określenia się”. Po sfałszowanych wyborach 1947 r. odrzucano „inteligencki fetysz apolityczności i bezpartyjności”, jak pisała wiceminister oświaty Krassowska. Można już tylko wybrać między „reakcją” a „demokracją”140. Nadchodził więc kres spontanicznego życia studenckiego. Duże i małe, nacechowane politycznie i neutralne, żywotne i wegetujące – wszelkie organizacje dostały się pod koniec lat 40. w kleszcze systemu nieuznającego swobodnej gry sił społecznych.

„Jest imię Polski, ale nie ma Polski... Są ludzie, ale nie można dla nich pracować. Cóż z tego, że jest słońce i kwiecień?” – notowała w swym dzienniku wiosną 1948 r. Elżbieta Walewska, studentka polonistyki UW. Była jedną z tych, których dotyczyły słowa Świdy-Ziemby: wywodząca się z rodziny ziemiańskiej, wyzutej z majątku, mieszkanka akademika Sióstr Urszulanek, uznawana za bardzo dobrą studentkę, stypendystka ministerialna141. „Urwany lot” oznaczał kres nadziei na taką formę Polski, w której mogła publicznie realizować bliskie jej wartości i wzory społeczne. Opisywała grozę w środowisku akademickim: „Słucham opowiadań o aresztowaniach, sądach, wyrokach. Nie pierwszych, nie setnych, nie tysiącznych i ostatnich. To są sprawy codzienne, ciągłe. Wojna? Nie będzie jej. Kto ma ochotę walczyć w trzy lata po zawieszeniu broni? Kto ma siły?”142.

Znaczny zastęp naukowców i studentów usiłował spożytkować te siły w oddaleniu od zagrożeń, wśród pracy organizacyjnej i naukowej, w duchu hasła „Robimy Uniwersytet”. Żywotna była, wyrobiona przez pokolenia wśród polskiej inteligencji, tradycja pracy u podstaw. Profesorowie UW wychowali się pod zaborami, przeżyli dwie wojny. Była to formacja szczególna, zdolna łączyć etos autonomii uniwersytetu ze świadomością, do jak niepewnych spraw świata ona przynależy. Dlatego ich stosunek do zaostrzającego się reżimu końca lat 40. był dwuznaczny, nacechowany oporem kulturowym i zarazem niechęcią do konfliktów, mogących drogo kosztować społeczność akademicką. Owa niechęć mogła przyjmować formy daleko idącego przystosowania, które dziś można ocenić pochopnie. Istniała zarazem, jak się zdaje, w pojęciach elity uniwersyteckiej zasada bon discernement, „dobrego rozsądzenia”, intuicyjnego rozgraniczenia możliwego do przyjęcia kompromisu i wejścia na drogę fałszu. Dynamika zdarzeń wciąż jednak przesuwała mentalne granice zgody i niezgody, także dlatego, że na uczelni objawiać się zaczęli aktywiści „nowej rzeczywistości”, których zapał zdawał się autentyczny, motywacje zaś trudne do zaszufladkowania.

W 1948 r. kadra bojowych „zampowców” była już wyraźnie widoczna, a wraz ze zmianami klimatu politycznego ich znaczenie i poczucie słuszności własnych działań rosło. Zasilali komisje rekrutacyjne, nadając egzaminom wstępnym rys weryfikacji politycznej. Ich doświadczeniem nie był żaden „urwany lot”. Przeciwnie. Zachowają przez dziesięciolecia wspomnienie epoki, w której rozwijali skrzydła; pełen nostalgii wizerunek czystych idei, jakie przyświecały ich pokoleniu, w przeciwieństwie do wyrachowania młodych działaczy następnych dekad. Metafora „urwanego lotu” nie opisuje też losu tzw. młodzieży robotniczo-chłopskiej, którą promowano na studia i przyciągano w pole „nowej rzeczywistości” dzięki systemowi kursów przygotowawczych, stypendiów, akademików. Większość tej młodzieży nie znajdowała innego oparcia w mieście. Co więcej, masa młodych ludzi nie znajdowała też oparcia w świecie, z jakiego wyszła. Od przeżyć wojennych, sieroctwa, tułaczki i nędzy chciała się oderwać, szukając nowego sensu w aktywizmie „rewolucyjnym”. Znajdował on także spełnienie w niszczeniu: w 1948 r. rozpoczęło się bowiem wielkie niszczenie dotychczasowych instytucji społecznych, w tym organizacji, stowarzyszeń i kół studenckich. Akcja niszczycielska przebiegała pod hasłami pozytywnymi (koncentracji sił czy racjonalizacji) i negatywnymi (walki z reakcją czy idealizmem), przy czym znaczna część uczestników przyjmowała te hasła w dobrej wierze. W miarę postępów tej ofensywy kurczyło się pole działalności niezależnej i oddolnej, na którym dotąd mogli działać studenci pojawiający się na UW i znajdujący tu bogaty pejzaż ideowy i instytucjonalny. Pozbawieni go, zdani byli na siebie – na własny potencjał przystosowania i oporu.

* * *

Walne zebranie Członków Akademickiego Koła Miłośników Muzyki Współczesnej SUW, które odbyło się dnia 11 I 1949 r. na UW, biorąc pod uwagę głębokie przemiany społeczno-gospodarcze i możliwości przyłączenia się do centralnie planowanej i realizowanej przez Państwo Ludowe akcji rozbudowy i przebudowy kultury – uchwaliło na mocy par. 29 statutu rozwiązanie swego stowarzyszenia143.

Ta kuriozalna, lecz zarazem oddająca istotę rzeczy formuła znaczyła koniec jednej z nieprzeliczonych drobnych form życia zbiorowego lat 40. Pod koniec dekady podobne organizacje znikały jedne po drugich z pejzażu społecznego Uniwersytetu.

Aby opisać ich kres, nie należy ich uprzednio idealizować. Były one dotknięte zjawiskami, jakie towarzyszą zawsze życiu społecznemu, zaostrzonymi zapewne wśród elementarnych braków materialnych. Bratniakiem targały skandale finansowe. Rozdzielanie zapomóg bywało nieprzejrzyste. Dochód jednego z kół został zdefraudowany przez skarbnika. Niektóre sekcje kół symulowały działalność. Zapał okazywał się często słomiany. Były to jednak ciemniejsze strony życia, które, mimo wszelkich ograniczeń, było życiem autentycznym. Manifestowała się w nim różnorodność postaw, potrzeb i ideałów. Przede wszystkim zaś stowarzyszenia i koła dawały oparcie koleżeńskie, intelektualne i materialne tysiącom studentów. Garnięto się do nich w potrzebie wiedzy, wymiany myśli i pozyskania skryptów, dla zapomóg, paczek i stołówek, lecz przecież także dla skupienia się na świątecznych spotkaniach, słuchania koncertów, dla wspólnej modlitwy.

W 1948 r. istniało na UW 25 kół naukowych, niektóre z nich ogromne: Koło Medyków miało 1150 członków, Prawników – 723, Farmaceutów – 398, a Polonistów – 300. Większość kół dystrybuowała skrypty, niektóre je wydawały. Urządzały własne biblioteki, co w warunkach tuż powojennych było jedną z kluczowych form samopomocy. Koło Matematyczno-Fizyczne sprowadzało zagraniczne książki. Koła związane z naukami eksperymentalnymi posiadały sprzęt laboratoryjny i odczynniki. Do typowych aktywności należały odczyty, dyskusje, repetytoria i kursy przygotowawcze do studiów. Koło Prawników prowadziło „komplety” z łaciny, a Koło Medyków – odczyty w szkołach i fabrykach z zakresu higieny i chorób społecznych. Koło Romanistów tłumaczyło autorów francuskich i chciało wystawić sztukę Musseta. Koło Anglistów organizowało wieczory piosenek anglosaskich. Koło Medyków Weterynaryjnych (230 członków) prowadziło stołówkę. Przygotowywano biuletyny, gazetki, tablice ogłoszeń, prenumerowano czasopisma. Organizowano wycieczki. Znakiem czasów był udział kół w odgruzowywaniu Warszawy. Jedną z najważniejszych dziedzin ich życia było organizowanie opłatków, śledzi i choinek. Bale były istotne jako sposób pozyskiwania funduszy na stypendia czy działalność wydawniczą. Podstawą utrzymania szeregu kół były dotacje, na ogół z Ministerstwa Oświaty, lecz także innych resortów, spółdzielni, od władz lokalnych144.

Ta różnorodność i samorządność kół musiała sprawić, że zebrały się nad nimi czarne chmury. Wiceminister Krassowska nakazała w lutym 1949 r. przegląd ich działalności, ponieważ funkcjonowały często „niewłaściwie”. W ciągu kilku tygodni porzucić miały akcję samopomocową (stypendiowanie i prowadzenie stołówek), pozostawiając ją „właściwym organizacjom studenckim”. Miały natomiast zainteresować się „postępowymi i nowoczesnymi teoriami” oraz „za mało dotąd upowszechnionymi osiągnięciami nauki i kultury radzieckiej”. Kuratorzy winni byli reprezentować „postępową myśl naukową”, więc rektorom zlecono rozpoznanie zakresu koniecznych zmian personalnych145. Opracowywać zaczęto na UW nową ordynację wyborczą kół naukowych. Jej projekt skrytykowany został w kwietniu 1949 r. przez ZAMP, ponieważ zakładał tajne głosowanie. Zyskująca poczucie hegemonii organizacja wyznawała, zgodnie z ogólnym kursem politycznym, zasadę: „kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Wybory jawne miały ukazać zakres oporu. W języku ZAMP zostało to sformułowane następująco: „Głosowanie tajne daje większą możliwość czynnikom reakcyjnym wprowadzenia w błąd szerokich mas studenckich i zepchnięcia działalności Kół Naukowych na tory sprzeczne z zadaniami, które stawia przed Kołami obecna rzeczywistość”. Ponadto ZAMP deklarował, że jego listy kandydatów obejmują „pozytywnych i odpowiedzialnych kolegów”, inne zaś listy – „zdecydowanych reakcjonistów”. Konkluzja głosiła, że „lista, która otrzymała największą ilość głosów, powinna obsadzić wszystkie stanowiska władz Kół Naukowych”146. ZAMP nie miał wątpliwości, która lista zdobędzie większość. Nie chodziło jednak o większość, lecz o całość. Żądania zostały uwzględnione i głosowanie miało być jawne, przez podniesienie rąk. Wybory odbywały się wiosną i jesienią 1949 r. Nowe władze kół, niezależnie od tego, w jakim zakresie „pozytywne”, miały jednak przed sobą niewiele miesięcy działania.

Oto historia Akademickiego Koła Krajoznawczego. Zawiązane na początku 1948 r., zdawało się politycznie neutralne. Deklarowało chęć „poznania kraju, jego tradycji, historii, kultury i piękna ojczystej ziemi, pragnąc zaznajomić się bardziej i zżyć z jej stolicą Warszawą”147. Koło wykazywało się aktywnością, choć pod koniec 1948 r. miało tylko 31 członków. Odbywało zebrania i „herbatki”, wycieczki w ruiny Starego Miasta, na budowę Trasy W-Z, do cukrowni Michałów w Lesznie czy radiostacji w Raszynie. Dla zasilenia kasy zorganizowało bal, gromadząc ok. 400 osób. Jesienią 1948 r. jego los był wszakże przesądzony. Jak inne, otrzymało rektorski zakaz zwoływania walnych zebrań i organizowania wyborów do czasu wydania przez Ministerstwo Oświaty ramowego statutu. Takowy się nie pojawiał. Próbą „ucieczki do przodu” było zgłoszenie wiosną 1949 r. akcesu do Federacji Polskich Organizacji Studenckich (FPOS), zapewniającej oficjalną „czapkę”. Wniosek odrzucono, bowiem koło naukowe nie mogło formalnie doń należeć. W tym czasie udało się zorganizować 10 wycieczek, działania słabły jednak w drugiej połowie 1949 r. „Wycieczek do instytucji technicznych i do instytucji użyteczności publicznej ze względu na zarządzenia władz nie można było organizować” – wyjaśniano w sprawozdaniu, ukazując rys stalinizacji, polegający na rozszerzaniu się zakresu tajemnicy i narastaniu nieufności. W tych warunkach koło krajoznawcze nie mogło działać swobodnie. Brak chętnych do udziału w innych imprezach (wycieczce do Gdańska i Malborka) mógł być także efektem tej atmosfery. Koło jednak wpisało do preliminarza na 1950 r. bogaty program wycieczek, szkolenie przewodników, odczyty i wieczornice, powołanie sekcji fotograficznej i kolarskiej. Zamierzenia były ambitne na tle wcześniejszych trudności z zebraniem chętnych, koło usiłowało chyba przede wszystkim zaznaczyć swój aktywizm. Był on przecież gloryfikowany jako postawa społeczna w ówczesnej propagandzie. Nie można było się jednak wybronić w ten sposób. Koło znikło ze sceny na początku 1950 r.148

Podobny był los Koła Kulturalno-Towarzyskiego Studentów Wyższych Uczelni Warszawskich z Województwa Śląsko-Dąbrowskiego. Zatwierdzone wiosną 1947 r., w roku następnym miało ok. 100 członków, w tym 28 na UW. Nawiązywało do koła międzywojennego. Miało ulżyć egzystencji swych członków. Zabiegało u władz województwa śląskiego o przysłanie kilkudziesięciu ton węgla. Organizowało dochodowe zabawy na fundusz stypendialny („Bal Reprezentacyjny” w salonach Gospody Polskiej w Katowicach uświetnić miał zespół jazzowy Polskiego Radia, a także „bufet tani, obficie zaopatrzony”). Oferowało zasiłki jednorazowe (1000–3000 zł). Podania o ich przyznanie obrazują typowe sytuacje studentów AD 1948.

Rodzice nic pomóc mi nie mogą, gdyż są niezamożni. Żadnego stypendium nie posiadam. Nie pracuję, gdyż nie pozwala mi na to układ wykładów przedpołudniowych] i brak czasu. Utrzymuje mnie kolega, u którego mieszkam w Żyrardowie. Mam nadzieję, że Zarząd Koła zrozumie moje naprawdę ciężkie położenie i pomoże mi nieco, chociażby na spłacenie długów, które zaciągnąłem, by regulować składki, śniadania itp. wydatki. W zamian za udzieloną mi pomoc mógłbym poświęcić nieco czasu na potrzeby Koła

– deklarował student Filozofii Chrześcijańskiej. To źródło pomocy miało jednak wyschnąć. Na początku 1949 r. zapowiedziano likwidację kół regionalnych. Zarazem nie można było ich formalnie rozwiązać, gdyż obowiązywał zakaz zwoływania walnych zebrań. Od marca koło nie prowadziło działalności, co stało się podstawą do wniosku kuratora o rozwiązanie. Formalnie istniało do lata 1950 r., gdy odesłało pieczęć do rektoratu149.

Rok wcześniej, w lipcu 1949 r., znalazła się tam pieczęć Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej Iuventus Christiana. Nie poddało się ono bez oporu. Miało tradycję sięgającą 1921 r., a wznowiło działalność jesienią 1946 r. Jego celem było „głębsze poznanie nauki Chrystusa oraz nabywanie wiedzy religijnej” poprzez rozważanie Nowego Testamentu i samokształcenie. Ton zdawały się nadawać kobiety: wśród 20 członków założycieli było ich 13, a komitet organizacyjny składał się z 3 pań (Wacławy Śliwowskiej, Krystyny Janikówny i Barbary Otwinowskiej). Wiosną 1948 r. w sześcioosobowym zarządzie było 2 mężczyzn, prezesem była Maria Kruszewska (Wydział Lekarski). Stowarzyszenie utrzymywało się ze składek i ofiar; mogło liczyć na dofinansowanie Duszpasterstwa Akademickiego. Integrowało się na spotkaniach świątecznych. Oto 5 stycznia 1948 r. w mieszkaniu jednej z członkiń odbyła się choinka stowarzyszenia: czytano Pismo Swięte, kolędowano, każdy otrzymał upominek. „Po kolacji bawiliśmy się w gry towarzyskie. Chociaż zjawiło się tylko około połowy przewidzianych uczestników naszej choinki, jednak potem nabraliśmy dobrego humoru i jeszcze jedna nić współżycia nas połączyła”150. Zebrania (w 1947 r. było ich ponad 50, średnia frekwencja 11 osób) rozpoczynały się komentowaniem wyjątków z Ewangelii. Omawiano publicystykę „Tygodnika Powszechnego” i „Tygodnika Warszawskiego” oraz wydarzenia życia kulturalnego (jak sztuka Jerzego Zawieyskiego Rozdroże miłości). Stawiano zagadnienia stosunku katolika do świata, godzenia powszedniego życia z przykazaniami, naśladowania Chrystusa, czyli problemy właściwe samej wierze. W grudniu 1947 r. dyskutowano o moralności w małżeństwie, zagadnieniach „odwagi cywilnej w potępianiu złego” i wpływie, jakie „na nasze postępowanie wywierają aktualne warunki społeczno-polityczne i jaka w związku z tym powinna być postawa katolików”. Toczono dyskusje o stosunku nauki i wiary, o miejscu kobiet w społeczeństwie, wokół czego objawiła się różnorodność stanowisk, od bardzo konserwatywnego (kobieta w domu) do bardzo otwartego (ciężar wychowania dzieci przejmowany jest przez państwo, więc kobieta może realizować swe własne dążenia). Bez wątpienia uwarunkowania polityczne ciążyły wyraźnie. Jesienią 1948 r., komentując Ewangelię wg św. Mateusza, rozważano problem odrzucania „złej władzy” i powoływano się na obronę chrześcijan w Rzymie przed „pogańskim państwem”. Ktoś utrzymywał, że „katolicy mogą pracować dla wszystkich reżimów”. Kto inny komentował, że „z reżimami pogodzić się można, ale z ideami – nie”. Spotkania kończono odśpiewaniem Wszystkie nasze dzienne sprawy lub modlitwą151.

Jak inne autonomiczne organizacje, Iuventus Christiana trwała wbrew narzuconemu ograniczeniu działalności (zakaz walnych zebrań i wyborów). W lutym 1949 r. prezeska wskazywała kierunki pracy: „pogłębić własny katolicyzm; uczestniczenie we mszach św. w pierwszą niedzielę miesiąca obowiązkowo; punktualność w przychodzeniu na zebrania; urządzanie wspólnych pójść do teatru czy kina”. Na zebraniu Zarządu 25 IV powiadomiono, że kurator ma zamiar złożyć w Senacie wniosek o rozwiązanie Stowarzyszenia, motywując to „małą liczbą członków oraz nikłą działalnością”. Zarząd zdecydował, aby w razie rozwiązania przekazać sztandar do kościoła św. Anny, większość budżetu ofiarować zaś na odbudowę organów w tymże kościele. Na następnym zebraniu rozważano interwencję w Ministerstwie Oświaty, jednak była prezeska przekonywała, że „ze względu na wycofanie się kilku osób z pracy działalność Stowarzyszenia osłabiła się, zatem nie widzi sensu w interwencji o uzyskanie możliwości kontynuowania pracy”. Postanowiono zwrócić się do rektora, by przerwać stan niepewności. Rektor prosił o zawieszenie działalności do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Senat (tzn. likwidacji). Tej odpowiedzi nie przyjęto do wiadomości: „Ponieważ nie znaleziono uzasadnienia niniejszej prośby, zarząd nie przychylił się do niej”. Ten akt nonkonformizmu to ostatni zapis w żółtym zeszycie, wypełnionym spisanymi piórem protokołami152.

W tym czasie koła i stowarzyszenia nie tylko likwidowano, ale też wcielano przymusowo do większych struktur, co dawało władzom możliwość skuteczniejszej kontroli. Los taki spotkał Akademicki Związek Morski. Odrodził się on na UW wiosną 1946 r., wznawiając przedwojenną tradycję. Wśród założycieli dominowali studenci wydziałów Lekarskiego i Farmaceutycznego. W marcu 1947 r. liczył 220 członków, dwa lata później 352. Utrzymywał się z subsydiów UW, uzupełnianych m.in. dochodami z zabaw. W maju 1947 r. inaugurował sezon na przystani Yacht Klubu, spuszczając na Wisłę wyremontowaną łódź. Uruchomił kursy żeglarskie, pozyskał drewno i miejsce na przystań wiślaną. W 1948 r. zbudował 4 łodzie żaglowe. Sytuacja finansowa była jednak zła, opóźniały się subwencje i AZM dysponował ułamkiem zakładanego budżetu. Problemy te wynikały zapewne z powszechnych wówczas „reorganizacji”. Bezpośrednio dosięgły one AZM w roku następnym. Jego kurator Jerzy Loth starał się w marcu 1949 r. oddalić czarne chmury, przekonując rektora, że ma do czynienia ze stowarzyszeniem „bardzo ruchliwym i czynnym”. W tym okresie kuratorzy dowiadywali się, że winni wygaszać działalność kół i stowarzyszeń. Niektórzy próbowali stawić opór, który jednak nie bywał skuteczny. W wyniku decyzji Głównego Urzędu Kultury Fizycznej stowarzyszenia sportowe wchłonięte zostały przez Centralny Akademicki Związek Sportowy. Ostatnie zebranie AZM odbyło się w maju 1949 r.153

„Reorganizacje” instytucji studenckich odbierały społeczności autonomię, manifestującą się chociażby we własnych systemach stypendialnych i zapomogowych, i zdawały ją na zależność od aparatu politycznego i administracyjnego. Aby nadal budować drewniane łodzie i spuszczać je na Wisłę, by realizować publicznie pasje teatralne czy chóralne, trzeba było od 1949 r. wiązać się z oficjalnymi strukturami. Propagowana „jednolitość” przynosić miała same korzyści: ducha jedności, uwolnienie od rywalizacji, opiekę rządu. Niejeden działacz studencki zapewne w to uwierzył.

„Reorganizacje” dotyczyły także organizacji związanych z Kościołem, które włączano do Duszpasterstwa Akademickiego. W ten sposób znikła Caritas Academica. Stowarzyszenie było kontynuacją międzywojennej Pomocy Bliźniemu, a działało od stycznia 1947 r. Miało szerzyć katolicką myśl społeczną i otaczać opieką młodzież „po ciężkich latach okupacji i wyniszczeniu tak dóbr ziemskich jak duchowych”. Opieka ta osiągnęła duży zakres. Choć stowarzyszenie miało (w styczniu 1948 r.) niespełna 200 członków, ogarniało wpływem tysiące. Rozdzielało odzież i obuwie, ręczniki i koce, mydło i proszek do zębów. Przyznawało zasiłki. Stworzyło internat dla studentek przy zakładzie ss. Magdalenek (ul. Żytnia) i całoroczną stołówkę przy Krakowskim Przedmieściu 68. Prowadziło ambulatorium i dystrybuowało leki z pomocy zagranicznej. Pośredniczyło w poszukiwaniu pracy. Organizowało zabawy karnawałowe, jajka wielkanocne, obozy letnie, loterie fantowe. Dotrwało jako samodzielny podmiot do września 1948 r.154

Gdy rozwiązywano koła naukowe, przesądzony był także los Bratniaka. Skupiał on w 1948 r. 6,6 tys. członków, czyli przeważającą większość studentów UW, budował Dom Studenta, rozdzielał setki kilogramów odzieży, bel materiału i skrzyń z obuwiem. Swoboda ruchów wciąż jednak malała. Spadało znaczenie legalnej przedsiębiorczości, rosło – dotacji. Latem utraciły samodzielność gospodarczą stołówka i sekcja transportowa. Dążenie reżimu do „jednolitości” organizacji studenckich przejawiło się w stworzeniu struktury ogólnopolskiej: wspomnianej Federacji Polskich Organizacji Studenckich. Powstała w marcu 1948 r. pod hasłami „jednoczenia wysiłków” dla sprostania „wielkim zadaniom, jakie stawia przed młodą inteligencją państwo ludowe”, skupiła m.in. 56 Bratnich Pomocy, związki sportowe i cztery duże organizacje (Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici”, Związek Młodzieży Demokratycznej i AZWM „Życie”), które zresztą latem połączono w Związek Akademicki Młodzieży Polskiej (ZAMP)155.

W 1949 r. Federacja rozpoczęła likwidację Bratniaków przy pomocy części ich działaczy, przyciągniętych obietnicami lub niewidzących innego wyjścia. W grudniu Ministerstwo Oświaty obwieściło, że FPOS, dotąd koordynująca centralnie działalność organizacji studenckich, zstępuje na szczebel uczelni, stanowiąc „reprezentację ogółu studentów”. Także Bratnia Pomoc UW winna była przekazać Federacji „wszystkie agendy i urządzenia”156. Wybory do Rady Uczelnianej FPOS odbyły się 11 XII 1949 r. Po trzech miesiącach przekształciła się ona w komórkę Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP), którego działacze opisali Radę jako niezadowalającą pod względem ideologicznym i niestanowiącą „odpowiedniego kolektywu pracy”. Mianowicie jej większość (41 na 60 osób) pochodziła z „inteligencji pracującej”, tylko 8 członków legitymowało się pochodzeniem robotniczym, a 11 – chłopskim; nikła część wykazywała się aktywnością. Mimo to FPOS odebrała Bratniakowi pomieszczenia w Domu Studenta i zorganizowała swe biura, przejmując wydawanie bonów do lekarzy, ewidencje zapomóg czy poświadczanie dokumentów.

Zadania były jednak donioślejsze. Opisywano je w języku różniącym się od używanego przez Bratnią Pomoc; w języku, który potwierdzał, że FPOS nie wyrasta ze społeczności Uniwersytetu, lecz na jego „teren” wchodzi, „przenosząc” decyzje zewnętrznych ciał politycznych i „wprowadzając” swych starostów na wydziały. Akcję tę nazywano też wyborami. Sygnalizowano, że wydziały Humanistyczny i Przyrodniczy były trudne do „właściwego rozpracowania”, natomiast Matematyczno-Przyrodniczy został sprawnie „zrobiony”157. Choć społecznie niezadowalająca, uczelniana FPOS zdołała także, w tydzień po wyborach, zorganizować akademię na cześć siedemdziesiątych urodzin Józefa Stalina.

* * *

Wielce Szanowny Księże Profesorze, Widząc piękną sutannę Księdza Profesora, pozwalam sobie ewentualnie prosić w związku z planowaniem szycia togi rektorskiej, o podanie adresu Swego krawca; może by się podjął tego zamówienia. Przepraszając za sprawiany kłopot łączę wyrazy wysokiego szacunku158.

Kopia tego liściku, datowanego na 11 IV 1949 r., zachowała się wśród dokumentów uniwersyteckich. Autorem był najpewniej rektor, zaś adresatem, jak się zdaje, dziekan Wydziału Teologii Katolickiej ks. Jan Czuj. W sprawie tóg rektor prowadził obszerniejszą korespondencję. Odtworzenie symboli tradycji uniwersyteckiej pozostawało, jak widać, sprawą istotną, choć zdawało się potwierdzać krytykowaną od dawna przez przedstawicieli władz politycznych skłonność do obrony „tzw. autonomii”, jak powiadał Skrzeszewski, czyli feudalnej i korporacyjnej struktury nauki.

Może właśnie w obliczu faktycznej likwidacji niezależności uczelni tradycyjne decorum stawało się tak istotne, podtrzymując, przynajmniej symbolicznie, jej autonomię? W każdym razie rektorat zaangażował się w niełatwe zdanie odtworzenia tóg w tradycyjnych barwach159. Brakowało i materiału, i odpowiedniego wykonawstwa. Zabiegano o przydział z Ministerstwa Przemysłu, szukano krawców. W marcu 1949 r. przesłano z Krakowa adres krawca z ul. Floriańskiej, który „ma dużą praktykę, gdyż wykonywa często togi dla tutejszych profesorów” i podejmie się zamówienia. Prosiłby tylko o „zaznaczenie w piśmie, do niego skierowanym, wzrostu obecnego Rektora i obwodu jego głowy, a nadto zakomunikowanie, czy toga warszawska ma mieć taki sam krój i szczegóły, jak krakowska”. Zbierano też oferty krawców warszawskich. W kwietniu rektorat zwracał się do pracowników z apelem o składki 1–2% poborów przez 5 miesięcy, aby przywrócić rektorowi „tradycyjny strój”. Debatowano równocześnie o zamówieniu portretów rektorów, które ozdobić miały Salę Senatu. Wiosną 1948 r. Ministerstwo Kultury i Sztuki sporządziło listę malarzy, którym powierzono by wykonanie portretów. Artyści zobowiązali się wykonać je do 1 V 1950 r., lecz malowanie przeciągało się wśród trudności finansowych. Szybciej rozwiązany został problem insygniów rektorskich. Cech Zegarmistrzów i Złotników zadeklarował się, że wykona je w darze. Jesienią 1949 r. potwierdzał w piśmie, na którym widniał znaczek pocztowy z obliczem Bolesława Bieruta, że berło i łańcuch są gotowe160.

Okres mieszania się dawnych i nowych form uczelnianego życia dobiegał jednak kresu. Oto inauguracja roku 1949/1950 była pierwszą, której nie poprzedził organizowany przez Bratniaka wymarsz studentów na mszę świętą. Akord był odmienny: dla uczczenia Międzynarodowego Dnia Walki o Pokój 1 X na dziedzińcu UW zebrać się mieli pracownicy i studenci oraz zaproszeni robotnicy, przodownicy pracy i racjonalizatorzy. Po zagajeniu rektora wysłuchać miano radiowej transmisji przemówienia Ministra Oświaty, a następnie wystąpień przedstawiciela ZAMP i przodownika pracy, a wreszcie odśpiewać tzw. hymn młodzieży Naprzód młodzieży świata. Właściwa inauguracja miała nastąpić 3 X w Sali Kolumnowej. Po odśpiewaniu hymnu państwowego wystąpić miał rektor, odczytane miało zostać radiowe przemówienie ministra, wysłuchane sprawozdanie rektora za poprzedni rok akademicki i przemówienie przedstawiciela FPOS. Po immatrykulacji nowi studenci wysłuchać mieli wykładu inauguracyjnego, a uroczystość zakończyć odśpiewaniem Naprzód młodzieży świata161.