W marcu 1950 r. na bramie przy Krakowskim Przedmieściu umieszczono napis „Uniwersytet”. Malowano wstawione właśnie ozdobne furtki i wierzeje, murowano portiernię162. Wejście na uczelnię odzyskiwało zbliżony do dawnego kształt wtedy właśnie, gdy Uniwersytet kształt ten miał zatracić. Objawić się musiał „nowy” typ uczelni, której zadania – głosił Józef Chałasiński – nie mieszczą się w dotychczasowej tradycji. Stare „klasowe więzadła” należy zerwać, by otworzyć środowiska naukowe, sądzące, że wystarczyło uwolnić uczelnie od wpływów prawicy („faszyzmu”), a niewiedzące, iż chodzi o wyzwolenie nauki ze służby prywatnej własności i przejście jej w służbę społeczeństwa socjalistycznego, z klasą robotniczą na czele. Chałasiński zdawał się uznawać ideę autonomii nauki za rodzaj struktury ochronnej, jaką wytworzyli sobie naukowcy w świecie kapitalizmu. Przestała być ona zjawiskiem pozytywnym z chwilą triumfu „rewolucji”. Tymczasem nawet postępowi polscy inteligenci należą do „liberalno-mieszczańskiego gatunku”. Kultywując swe zwyczaje i przekonania o kluczowej roli nauki zachodniej, nie biorą pod uwagę „realnej historycznej sytuacji”, czyli epoki imperializmu, w której „walka o postęp musi być zorganizowana jako ruch masowy”. Ruch ten ogarnia uczelnie – twierdził Chałasiński – dzięki PZPR, organizacjom młodzieżowym i związkom zawodowym. Pociągnąć trzeba za nimi naukowców i przeobrazić „rezerwat zabytków”, jakim są uczelnie, w kuźnię socjalistycznej kultury163.

Pogłos tego rodzaju wystąpień brzmieć musiał osobliwie w „rezerwacie zabytków”, jakim był odbudowywany Uniwersytet Warszawski. Jego gmachy zyskać miały nadane przez konserwatorów stylowe cechy. Jednak na 1 V 1950 r. budynki – pisał dyrektor administracyjny UW – „otrzymały po raz pierwszy dekoracje, odpowiadające znaczeniu uczelni na terenie Warszawy”164. Były to propagandowe hasła i emblematy, niewyróżniające się wśród setek haseł i emblematów, jakimi pokryto miasto. Z pewnego punktu widzenia mogły odzwierciedlać znaczenie uczelni jako niezagrożonej części „nowej rzeczywistości”. Z innego jednak ukazywały ją nie tyle jako ważny punkt na mapie stolicy, ile jako „teren” opanowany przez system.

W grudniu 1949 r., na posiedzeniu Rady Głównej, omawiano powstanie instytutów i zespołów katedr, czyli reorganizację uczelni w kierunku pracy kolektywnej. Skrzeszewski krytykował fakt, że dotąd profesor jest „panem i władcą na swej katedrze i może robić i mówić to, co mu się żywnie podoba”. Przecież „powinien być równocześnie politykiem i społecznikiem, powinien świadomie służyć swemu narodowi. [...] Jeżeli utworzymy te zespoły i na czele ich postawimy odpowiednio dobranych profesorów, to wówczas będziemy mogli zorganizować ten proces.”165. Odpowiedni okólnik wydało ministerstwo 17 I 1950 r. Reorganizacja, w połączeniu z narzucaniem przez ministra obsady wielu zajęć, służyła osłabieniu pozycji „starej profesury” (niektórzy jej przedstawiciele rzeczywiście utracą możliwość prowadzenia wykładów i kierowania jednostkami). W marcu ustanowiono tzw. planowe zatrudnienie absolwentów, czyli poddano ich obowiązkowi pracy we wskazanych miejscach. W tymże miesiącu zmieniono system stypendialny w duchu uchwały rządu z grudnia 1949 r., która głosiła, że celem tego systemu jest „przyspieszenie procesu wyrastania ludowej inteligencji z młodzieży pochodzenia robotniczego oraz mało- i średniorolnego”166. Tworzono „natychmiast po otrzymaniu instrukcji” masową organizację studencką na gruzach Bratniaka i „reorganizowano” koła naukowe, czyli wyzuto je z majątku. Równocześnie przebudowano system szkół wyższych, podporządkowując je różnym ministerstwom na wzór systemu istniejącego od 20 lat w ZSRR167. Wiosną 1950 r. oddzielono wskutek tego od UW wydziały Lekarski i Farmaceutyczny. Powołanie osobnej Akademii Medycznej rozważano już zaraz po wojnie; elity UW broniły się przed tym w obawie, że oznacza to rezygnację z odbudowy Uniwersytetu. Teraz ryzyka takiego nie było, choć oddzielenie dwóch wielkich jednostek oznaczało przekreślenie zamierzeń z 1948 r., gdy zakładano podwojenie się ilości studentów w przeciągu dekady i budowę nowego zespołu gmachów168.

Społeczność uczelni pchnięto na „potężne manifestacje” 1 V 1950 r., poprzedzone wielodniowymi „czynami”. Studenci i pracownicy sprzątali w deszczu teren UW. Było to niewątpliwie pożyteczne, ale też stanowić miało „najlepszą odpowiedź wilczym fantastom spod znaku nowej wojny”. Podobna frazeologia towarzyszyła współzawodnictwu pracy, narzucanemu we wszelkiego rodzaju działalności (oto kwestura wyłaniała przodowników akcji usuwania „zaległości z lat dawnych”). W maju wprowadzono przepisy o socjalistycznej dyscyplinie pracy, pół roku później – o dyscyplinie nauki. Pojawiły się nowe, obszerne ankiety personalne, które składać mieli periodycznie pracownicy, a także wszyscy ubiegający się o pracę czy miejsce na studiach. W siedmiostronicowym druku o 36 rubrykach należało wskazać nie tylko pochodzenie, stan majątkowy czy kolejne miejsca pracy, ale i przynależność organizacyjną przed wojną, w czasie okupacji i po wojnie (oraz wskazać osobę mogącą je potwierdzić). Niepokojącą wymowę miało pytanie o posiadanie rodziny za granicą. Przynależności politycznej krewnych poświęcona była osobna rubryka. Zapewne większość wypełniających ankietę odczuwała niejasne obawy, wtedy nawet, gdy wydawało się, że nie mają nic do ukrycia. Od jesieni 1950 r. pracownicy musieli uczestniczyć w szkoleniach ideologicznych, a studenci – w kursach materializmu dialektycznego, zwanego z rosyjska diamatem. W tym czasie dzielono studentów każdego roku na „grupy produkcyjne” po 20–30 osób, kierowane przez starostów. W założeniu były kolektywami wspólnie uczącymi się i wychowującymi. Wydzielano je wedle różnych zasad; nie zawsze było to łatwe. Lata weterynarii pogrupowano wedle stołów prosektoryjnych169.

Wszystkie te zmiany odbywały się wśród lawiny ministerialnych okólników i żądań sprawozdawczych, odpraw i narad, wśród braków papieru i formularzy, trudności z maszynopisaniem i telefonowaniem, paliwem do samochodów i ogrzaniem budynków. U progu 1950 r. jedynym wieczornym oświetleniem terenu UW przy Krakowskim Przedmieściu był blask z okien. Studenci i pracownicy opuszczali sale późno, nierzadko około 22.00, z powodu mnożących się zebrań. Wychodzili na dziedziniec, na którym rysowały się w mrokach kształty ruin i rusztowań. Rektor zaznaczał w piśmie do władz miejskich, że narasta kontrast pomiędzy tempem odbudowy miasta i uczelni. Do końca 1949 r. podniesiono z ruin tylko dwa budynki: obserwatorium astronomiczne i Gmach Poseminaryjny170. Obok tego ostatniego istniała częściowo zadaszona ruina Auditorium Maximum, a w niej stołówka pracownicza i dwie sale wykładowe oraz mieszkania kilkunastu rodzin. W rogach dziedzińca, po obu stronach Pałacu Kazimierzowskiego (latem 1950 r. meblowano tam pierwsze pomieszczenia dziekanatów), były rumowiska. Po prawej, na szczątkach budynku Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego, rozpoczęła się w 1951 r. budowa neoklasycystycznego gmachu Filologii. Po lewej, w miejscu Farmacji, planowano symetryczny gmach dla Pedagogiki. Przy bramie głównej frontowy budynek dawnego Szpitala św. Rocha, odbudowany wysiłkiem Bratniaka, urządzany był przez nową organizację studencką. Pałac Czetwertyńskich odbudowywano dla Instytutu Geograficznego, który wprowadzał się jesienią. W tym czasie Instytutowi Filozofii udostępniano pomieszczenia sąsiedniego Pałacu Potockich 171. Po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia rozpoczęto w kwietniu odgruzowanie terenu po Collegium Theologicum na rogu ul. Traugutta (w gmachu znaleźć się miały audytoria humanistyczne, ale w 1952 r. przyznany został Sekcji Dziennikarskiej)172.

3. Gmach Biblioteki UW udekorowany portretem Bolesława Bieruta, 1. poł. lat 50. XX w.

Idąc Krakowskim Przedmieściem na północ, ku wznoszonemu z ruin Staremu Miastu, mijając kościół Wizytek, na który wychodziły okna nowego mieszkania Włodzimierza Antoniewicza (jak wielu profesorów lokującego się w budynkach UW), a potem hotel Bristol, w którego Gospodzie Ludowej wydawano studentom obiady, docierało się do seminarium duchownego, mieszczącego Wydział Teologii Katolickiej, i do żeńskiego akademika Dziekanka. Budynki te stanowiły tło figury Mickiewicza, przywróconej na cokół 28 I 1950 r. Na uroczystość jej odsłonięcia Senat UW wzywał pracowników i studentów, a wykłady zostały zawieszone. Pod pomnikiem Bolesław Bierut głosił chwałę poety ludowego i rewolucyjnego, a słuchały „nieprzebrane tłumy”, w tym ambasador ZSRR oraz mianowany niedawno marszałkiem Polski Konstanty Rokossowski173. Było to osobliwe powtórzenie odsłonięcia pomnika sprzed pół wieku. Monument odegra jeszcze znaczącą rolę symboliczną w życiu studentów warszawskich: 30 stycznia 1968 r. milicja wyłapywać będzie uczestników demonstracji, składających kwiaty pod pomnikiem Mickiewicza w proteście przeciw zdjęciu Dziadów ze sceny.

Aby dotrzeć do innych obiektów uniwersyteckich, należało wsiąść do trolejbusu lub autobusu, które łączyły Krakowskie Przedmieście z aleją Stalina (Obserwatorium i Ogród Botaniczny), niebezpośrednio z ul. Hożą (Fizyka) i z bardzo już odległym Polem Mokotowskim, na którym Uniwersytet planował zagospodarowanie rozległego terenu, pozyskanego wiosną 1951 r. Rozwijać się tam miały, na południe od przedwojennego budynku Chemii, placówki nauk ścisłych i eksperymentalnych, biologii i geologii174.

Rozproszenie budynków uczelnianych zmuszało studentów niektórych kierunków do intensywnego krążenia po mieście. Geologowie część zajęć mieli (w połowie lat 50.) przy ul. Oboźnej, część przy ul. Hożej, część w budynku Chemii na Ochocie; na wychowanie fizyczne jeździli na ul. Konwiktorską, kursy Studium Wojskowego odbywali na Wawrzyszewie, jadali w stołówce przy Krakowskim Przedmieściu, wielu mieszkało w nowych akademikach na Grochowie175. Tworzyło to wielokilometrowe trasy, pokonywane obciążonymi ponad miarę środkami komunikacji miejskiej. Poruszali się nimi także pedle przewożący dokumenty i wiadomości, w czym tylko częściowo mogła wyręczyć ich uniwersytecka sieć telefoniczna. Uczelnia miała jedną jedyną centralkę, uruchomioną w 1947 r. dla 46 numerów. Trzy lata później istniał wciąż jeden tylko „telefon końcowy”, łączący z numerami spoza UW, a zainstalowany w gabinecie rektora. Ten uznawał, że „w związku z wykonywaniem planu 6-letniego” musi mieć „możność szybkiego, bezpośredniego kontaktowania się z Ministerstwem Szkół Wyższych i Nauki i innymi instytucjami”, co jest niezwykle trudne na jedynej, przeciążonej linii, dającej połączenia z „miastem”176. Uniwersytet zależał zaś bardziej niż kiedykolwiek od „miasta” – od dyspozycji centralnego aparatu władzy.

Miasto rosło, w jego centrum rysował się ciąg potężnych siedzib administracji rządowej. Centralizacja przybierała nieznaną skalę. Także dlatego w Warszawie osiedlali się przedstawiciele elit, którzy zaraz po wojnie zdecydowali się zamieszkać we Wrocławiu czy Szczecinie. W 1948 r. w stolicy wydawano połowę polskich gazet, a w 1951 r. już 70%. W ramach tego systemu rozwój UW nie był zagrożony. Przeciwnie, decydowano o powoływaniu na nim nowych, wielkich jednostek – dziennikarstwa czy geologii – i przenoszono do nich studentów oraz kadrę z innych miast. Tylko w Warszawie można było studiować pedagogikę, filozofię czy psychologię177. Rysował się obraz metropolii, która wciąż symbolizowała odradzanie się narodu, lecz w coraz większym stopniu stawała się, na wzór Moskwy, ośrodkiem „propagandy monumentalnej”, miejscem wykuwania nowego człowieka. Wizja ta porwała niejednego, kto zjawił się w stolicy obstawionej rusztowaniami i spowitej pyłem budowlanym. Inni dostrzegali przede wszystkim sowietyzację:

Coraz więcej [...] widać na ulicach Warszawy „fufajek”, watowanych spodni i uszatych czapek, sowiecki strój narodowy (bardzo zresztą praktyczny i wyrabiany już w Polsce)! Przeciążenie środków transportowych coraz bardziej przypomina też Rosję, jak również wygląd nabitych szarą publicznością poczekalni dworcowych [...], głośniki, portrety Stalina, brudne bufetowe...178.

Przecież jednak w świadomości wielu studentów zapisał się także inny obraz, nienacechowany ani ideologią, ani szarzyzną. Obraz intensywnych – jak gdyby intensywniejszych niż w późniejszych latach – kontaktów międzyludzkich. Wspomnienie wykładów i seminariów otwierających nieznane światy. Doświadczenie penetrowania „ciuchów”, czyli bazaru z odzieżą, pełnego barwnych amerykańskich koszul i malowanych krawatów. Zetempowski uniformizm znajdował przeciwwagę choćby w grupkach studentów Akademii Sztuk Plastycznych pośrodku Krakowskiego Przedmieścia, gdzie otwierały się na wprost siebie bramy dwu uczelni179. Spod ASP ruszał trolejbus, którym dojeżdżała do akademika przy ul. Górnośląskiej studentka polonistyki, pochodząca z niewielkiego miasta.

Naprzeciwko akademika miałyśmy Ogród Ujazdowski, dalej Ogród Botaniczny i Łazienki i często tam bywałyśmy. [...] Pierwszy raz w życiu zobaczyłam w tych parkach tyle pięknych tulipanów, narcyzów i szlachetnych bzów. Tulipany kwitły także przed Biblioteką Uniwersytecką. Siadywało się tam na ławkach z coraz bardziej znajomymi ludźmi. Świat był piękny!180

Wielka przebudowa

Jeszcze w roku 1948/1949 Uniwersytet istniał w strukturze przedwojennej. Oderwanie wydziałów Lekarskiego i Farmaceutycznego było tylko początkiem przeobrażeń, sprawiających, że w każdy kolejny rok UW wchodził z inną liczbą wydziałów. W 1950 r. pozostało ich sześć, wymienianych w informatorach w dawnym porządku: 1. Wydział Teologii Katolickiej, 2. Wydział Teologii Ewangelickiej, 3. Wydział Prawa, 4. Wydział Humanistyczny, 5. Wydział Matematyczno-Przyrodniczy, 6. Wydział Weterynaryjny. Rok później część wydziałów nosiła nowe nazwy, a prezentowano je w porządku alfabetycznym, który usuwał z czołowego miejsca wydziały teologiczne: 1. Wydział Humanistyczny, 2. Wydział Matematyczno-Przyrodniczy, 3. Wydział Prawa, 4. Wydział Teologii Ewangelickiej, 5. Wydział Teologii Katolickiej, 6. Wydział Weterynaryjny. W wyniku kolejnej reorganizacji oddzielono od UW Weterynarię, ale liczba wydziałów wzrosła do dziewięciu wskutek podziału wydziałów Matematyczno-Przyrodniczego i Humanistycznego. Oto struktura w 1952/1953 r.: 1. Wydział Biologii i Nauk o Ziemi, 2. Wydział Filologiczny, 3. Wydział Filozoficzno-Społeczny, 4. Wydział Geologiczny, 5. Wydział Historyczny, 6. Wydział Matematyki, Fizyki i Chemii, 7. Wydział Prawa, 8. Wydział Teologii Katolickiej, 9. Wydział Teologii Ewangelickiej. W roku następnym wydziałów było 12 (powstały bowiem wydziały Dziennikarski, Ekonomii Politycznej i Pedagogiczny), a w roku 1954/1955 – 11, wskutek wydzielenia Chemii i odłączenia od UW fakultetów teologicznych.

Wszystkim tym reformom towarzyszyły zmiany dziekanów, nie mówiąc już o zamieszaniu w dysponowaniu gmachami i salami. Wzmagało to napięty rytm aktywności, znaczony niebywałą liczbą zebrań i narad. Ministerstwo domagało się omawiania swych rozporządzeń. Pracowały liczne komisje. Zbierały się organizacje partyjne, związkowe i młodzieżowe. Obowiązkom organizacyjnym towarzyszyły ideologiczne. Instruktor ZMP miał przeciętnie pięć zebrań tygodniowo. Członek Zarządu Wydziałowego ZMP na Matematyce-Fizyce – ok. 20 zebrań w miesiącu181. Zbierały się grupy studenckie i całe lata studiów. O wieczornym zebraniu ogłaszano, bywało, w sali wykładowej przed wstąpieniem profesora na katedrę. Kadra naukowa zobowiązana była pojawiać się i na zebraniach studenckich, i na pracowniczych. Ten gorączkowy rytm umniejszył znaczenie tradycyjnych rad wydziałów; tak samo znaczenie rad umniejszyły zmiany prawne.

W grudniu 1951 r. zakończył się okres rozwiązań prowizorycznych, a więc ostatecznie zamknął „okres przejściowy”, w którym ustrój akademicki był jeszcze wynikiem kompromisu. Teraz ustrój ten stał się wersją rozwiązań funkcjonujących od 20 lat w ZSRR. Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym likwidowała pozostałości jego autonomii. Radę Główną sprowadzono do funkcji konsultacyjnej. Minister zyskał wszechwładzę – naznaczał rektorów i (na ich wniosek) prorektorów, dziekanów, prodziekanów, kierowników; przekształcał struktury uczelni; ustalał plany rekrutacji i studiów, programy, regulaminy i listy podręczników. Senaty stały się instytucją pomocniczą rektora, rady wydziałów miały tylko konsultować decyzje dziekana. Uczelnie nie mogły decydować o liczbie i rodzajach egzaminów, o wszelkie zmiany musiały występować do ministerstwa; podobnie o terminach egzaminów nie decydowały wydziały czy katedry. Zniesiono kadencyjność stanowisk. Rektor przypominał odtąd – pisze Teresa Suleja – „dyrektora wielkiego kombinatu, czuwającego nad realizacją nadesłanych z centrali planowych zadań”182. Odniesienie do przemysłu jest trafne, bowiem ustanawiano tam analogiczne zasady pionowej podległości ministerstwom, która wyrażała się także w „jednoosobowej odpowiedzialności” kierowników wobec zwierzchności. Liczyło się wykonanie „planu nauczania”, drobiazgowo określonego w instytucjach centralnych. System ten sprzyjać miał mobilizacji do wysiłku. Powstawał sztywny, hierarchiczny układ, naznaczony – jak w innych dziedzinach życia – poczuciem niepewności i zagrożenia. Gdy grupy studentów słały do władz UW, często z poparciem katedr, prośby o zmiany terminów egzaminów, były one zwykle odrzucane, a nawet uznawane przez „czynnik polityczny” za „przejaw wrogiej działalności”, gdyż groziły niewykonaniem planu183.

Na wzór radziecki reorganizowano całą strukturę nauki, oddzielając dydaktykę od pracy badawczej, którą skupiano w Polskiej Akademii Nauk. Uczelnie pełnić miały rolę dydaktyczną. Budziło to obawy na UW, zwłaszcza chyba na wydziałach eksperymentalnych. Podejmowano próby ocalenia dotychczasowego profilu, co było – jak wspominał Jerzy Pniewski – bardzo trudne, ale w wypadku Fizyki powiodło się184. Ustawa wprowadzała też rewolucję w systemie stopni i tytułów naukowych, wprowadzając studia aspiranckie i stopień kandydata nauk, znosząc habilitację, najwyższym stopniem naukowym czyniąc doktorat uprawniający do zdobycia tytułu profesora zwyczajnego. Naukowców starego porządku degradowała, nowych wywyższała185.

W nowym porządku nowe też musiało być decorum, odarte z pozostałości średniowiecznej tradycji uniwersyteckiej. Znikały togi, Gaudeamus, formuły podkreślające autonomię uniwersytetu. Jeszcze w 1948 r. zdarzało się, że administracja ministerialna zwracała się do „Magnificencji”. Już dwa lata później do rektora pisał jak do podwładnego nie tylko minister, ale i zastępcy dyrektorów departamentu (używając najwyżej formuł typu: „Obywatel Rektor zechce...”). Tradycyjna tytulatura zachowała się w korespondencji wewnętrznej, używali jej profesorowie, z rzadka dyrektor administracyjny. Działacze partyjni zwracali się do rektora jako do członka PZPR. „Szanowny Towarzyszu Rektorze” było jedyną formułą grzecznościową w liście asystenta, który (surowo zaznaczając: „nie mogę się dostać do Was z powodu ciągłych zajęć Waszych...”) powiadamiał Jana Wasilkowskiego o terminie zebrania organizacji partyjnej186.

Oficjalny żargon w nikłym stopniu naznaczył pisma polecające, opinie i analizy pisane przez profesurę, w umiarkowanym – dokumenty administracji i komisji UW. Pisano wprawdzie raczej o „szkoleniu” niż o studiowaniu, „roku szkolnym” niż akademickim, o „kursie” niż o roczniku studiów; formułowano uwagi o „niedociągnięciach” i oceny „pracy na odcinku”. Natężenie nowomowy było jednak nieporównanie mniejsze niż choćby w dokumentach warszawskich Rad Narodowych. Natomiast dokumenty uczelnianej PZPR i ZAMP/ZMP powielały stalinowski dyskurs. Pisano w nich o „aktywie profesorskim”, Uniwersytet nazywano „placówką ideologiczną”, „przenoszono” na jego „teren” decyzje zewnętrznych instancji. Mobilizowano aktyw i dążono do jego „ubojowienia”, którego miarą bywał styl wystąpień, zwłaszcza na zebraniach ZMP, inspirowany retoryką bolszewicką. Wskazywano tam „zamaskowanych wrogów”, „dwulicowców, pijaków, chuliganów”, nazywanych też „chwastami”, które „trzeba stale i bezlitośnie tępić”. Przestrzegano, że „wróg nie śpi”, a podsyła do ZMP „najróżniejsze szumowiny i parszywe owce”. Podawano nazwiska wyrzuconych „na zbity pysk” z organizacji187. Ostrość wystąpień miała konsolidować grupę i zastraszać mniej pewny element. Społeczność UW, złożona w większości z „niezorganizowanych”, czyli pozostających poza PZPR i ZMP, jawiła się w tym dyskursie na podobieństwo masy, stawiającej pewien opór, lecz w zasadzie plastycznej.

Jej urabianiu służył natężony rytm masówek i szkoleń, „propaganda wizualna” w postaci haseł, gazetek ściennych („błyskawic”), dekoracji podobnych do umieszczanych w innych zakładach pracy (i podobnie zakurzonych, co stanowiło temat samokrytyk). Megafony, powszechne w urzędach i na ulicach miasta, stawały także na dziedzińcu UW, gdy w Sali Kolumnowej organizowano większą akademię. Latem 1952 r. ZSP zabiegało o umieszczenie na stałe silnego głośnika, przez który „byłyby nadawane audycje słowne (komunikaty) i muzyczne podczas zajęć uniwersyteckich, a w szczególności [...] w okresie egzaminów”. Dyrektor administracyjny wspominał, że zna „zastrzeżenia Ob. Rektora w tym przedmiocie”. Głośnik stanął jednak przy bramie głównej. Jesienią studenci geografii uchwalili na „naradzie produkcyjnej” wniosek o usunięcie go, gdyż „podczas nadawania audycji praca w salach wykładowych i w lektorium jest niemożliwa”188. Nie wiadomo, czy głośnik zabrano. Tak czy owak echa przemówień i śpiewów odbijają się we wspomnieniach dawnych studentów. Pieśni masowe czy popularne piosenki lat stalinizmu są żywą materią pamięci. Tworzą tło przeżycia pokoleniowego.

* * *

W roku 1949/1950 na Uniwersytecie ukształtował się trapezoid władzy. Jego wierzchołkami były: Pałac Kazimierzowski (rektorat), gmach Prawa (PZPR), Budynek Porektorski (organizacja związkowa) oraz Dom Studenta (ZMP i ZSP). Wszystkie te organizacje, podlegające przede wszystkim zewnętrznym dyspozycjom, odzwierciedlały nową strukturę władzy w Polsce. Wbrew założeniom, była ona raczej mętna. Jak centralny aparat podlegał nieprzewidywalnym dyspozycjom Moskwy, tak aparat uniwersytecki zależał od centralnego, powiązany z nim zróżnicowanymi relacjami personalnymi i nieformalnymi, których analiza zasługuje na osobne studia. Rektorat podlegał wprost ministerstwu, ale rektor jako członek PZPR przestrzegać musiał dyscypliny partyjnej. Uczelniana PZPR podporządkowana była formalnie władzom partyjnym dzielnicy, ale zależała przede wszystkim od Komitetu Centralnego. Organizacja związkowa była pomyślana jako „pas transmisyjny” polityki PZPR i jej oddziaływania na szerszą społeczność. Podobną rolę wobec studentów grać miało ZSP, dzielące Dom Studenta z organizacją ZAMP (potem ZMP), która z kolei podlegała kierownictwu PZPR, angażując młodzież do budowy „nowej rzeczywistości”. Niejako obok tej struktury trwały dawne instytucje akademickie, Senat i rady, ale nie miały wielkiego znaczenia.

Znaczenie największe miała niewątpliwie PZPR. Początkowo istniały na UW trzy jej osobne organizacje (pracowników naukowych, studentów i administracji), skupiające w maju 1949 r. 215 członków i 60 kandydatów, w tym 194 (na 7800) studentów. W tymże miesiącu nastąpiło scalenie uczelnianej PZPR, mające służyć sprawności pracy, a także zakończyć „fatalne nieporozumienia” między organizacją studencką PZPR a ZAMP, czyli walkę o wpływy. Zaistniała Podstawowa Organizacja Partyjna (POP), kierowana przez Komitet Uczelniany (KU), złożony z 11 osób: dwóch pracowników naukowych, jednego pracownika administracyjnego i ośmiorga studentów. Podzielona była na 6 studenckich Organizacji Oddziałowych (OOP) przy Wydziałach oraz dwie ogólne organizacje (pracowników naukowych i administracyjnych), w których studenci mieli po jednym przedstawicielu. Przez trzy miesiące po powstaniu POP roztrząsano, czy jej szefem ma być profesor czy student; ostatecznie na I sekretarza wybrano prof. Adama Schaffa, a na jego zastępcę studenta Stanisława Stolpego. „Przesunięto” szereg aktywistów partyjnych do Zarządu Uczelnianego ZAMP, co miało ukrócić wspomniane „nieporozumienia”. Przed organizacją postawiono zadanie przyrostu ilościowego i rozpoczęto intensywny „werbunek”, osiągając pod koniec 1949 r. liczbę 360 członków i kandydatów. Wciąż nie było to wiele. W dodatku oceniano, że działa kilku aktywistów „przy całkowitej bierności reszty członków”, zaś partyjni studenci są często „w ariergardzie, jeśli chodzi o uczenie się”189. Tego rodzaju samokrytyki będą się powtarzać.

Latem 1950 r. Komitet Uczelniany składał się z 13 osób: siedmiorga studentów, czterech profesorów, starszego asystenta i pracownika administracyjnego. Niemal połowę składu (6 osób) stanowiły kobiety, co było zapewne pierwszym takim wypadkiem w historii organizacji politycznych na UW. Jedna tylko osoba, aktualny rektor, wywodziła się z PPS, reszta miała od dwóch do pięciu lat stażu pepeerowskiego. Na czele Komitetu stał prof. Stanisław Ehrlich, prawnik, znawca ustroju ZSRR. Jego zastępcy byli studentami – Anna Śladkowska (IV rok) i Stanisław Stolpe (III rok). Studentka pierwszego roku Helena Denis zajmowała się sprawami personalnymi. Alicji Osiadacz (II rok) powierzono sprawy ZAMP. Sekretarzami Organizacji Oddziałowych, zasiadającymi w KU, byli także studenci: na Wydziale Humanistycznym Feliks Tych (II rok), na Prawie Stefan Zielicz (IV rok), na Matematyczno-Przyrodniczym Wanda Fechner (III rok)190.

Rozważano rozwiązanie odrębnej organizacji profesorskiej i połączenie jej ze studenckimi. Miało to, powiadała Osiadacz, wpłynąć „wychowawczo na profesorów i asystentów, w szczególności zaś na tych, których przynależność partyjna nie przejawia się w życiu codziennym”. Służyłoby też zgłaszaniu na bieżąco studenckich uwag do pracy kadry. Rektor uważał, że za „rozformowaniem” organizacji profesorskiej przemawia także „wybitnie zły skład społeczny profesorów” (tylko jeden był pochodzenia robotniczego); przestrzegał zarazem przed zbytnim radykalizmem (czyli „przed niebezpieczeństwem przenoszenia wzorów radzieckich z innego okresu rozwojowego do naszych warunków”). Towarzysz Sitek dodawał, że w organizacji pracowników naukowych „koncentrował się liberalizm”. „Bojowość studentów nie zaszkodzi tow. profesorom”191.

Na poszczególnych wydziałach „teren” przygotowywany był przez tzw. organizatorów partyjnych (partorgów). Byli to studenci i asystenci, którzy werbowali do PZPR i kierowali grupami aktywistów, wytwarzając nacisk ideologiczny na uczelni. Partorgowie byli pokoleniem trzydziestolatków, a więc Kolumbów, aczkolwiek ich drogi były specyficzne. Przed wojną angażowali się w komunistyczne organizacje młodzieżowe, miewali doświadczenie pobytu w ZSRR (Henryk Holland), studiów w Moskwie, ale także łagru (Jan Kancewicz)192. Cieszyli się stypendiami KC PZPR i rządu. Uniwersytet „liberalny” miał być dla nich terenem obcym, jeśli nie wrogim, lecz ci, którzy studiowali lub odbyli staże na uczelniach ZSRR, zyskiwali bardziej złożony stosunek do tamtejszej rzeczywistości193. Podobnie relacje między PZPR a społecznością uczelni były z pewnością bardziej skomplikowane, niż to wynika z dokumentów. Niewątpliwie jednak założenie polegało na wywieraniu przez partię silnego wpływu na uczelniane kadry. Traktowano je w partyjnych dokumentach, przekazywanych centralnemu aparatowi władzy, jak zasób podlegający presji i modelowaniu, a często oporny i wymagający silnego nacisku.

Oto organizacja partyjna Wydziału Weterynarii raportowała wiosną 1950 r., że jej sytuacja jest „bardzo ciężka”, profesura

skrycie wroga, poza drobnymi wyjątkami tych, którzy chcą z nami współpracować, ale współpraca ta płynie raczej z korzyści osobistych, a [w] pewnych drobnych wypadkach z przemian w poglądach natury politycznej. Stosunki wśród asystentów są niewiele lepsze, gdyż do tej pory profesorowie dobierali sobie asystentów. Pracownicy administracyjni i fizyczni przesiąkli również atmosferą wrogości i u woźnych brak często poczucia klasowego.

Organizacja charakteryzowała poszczególnych wykładowców. „Chętnie współpracuje” – oceniała prodziekana, zaznaczając, że tylko „pozuje na pozytywnego”, a wyznaje poglądy peeselowskie. Nie było jednak mowy o jego usunięciu, zwłaszcza że był „dobrym organizatorem i wykładowcą”. Dziekan także należał do kategorii „chętnie współpracujących”, ale politycznie nie przejawiał „żadnego zainteresowania”. Opinie tego rodzaju organizacja przekazywała Wydziałowi Nauki KC. Jej członków nie powinny były obowiązywać tradycyjne zasady uniwersyteckiego koleżeństwa, lecz dyscypliny partyjnej. W kierowanych do KC charakterystykach OOP dzieliły kadrę naukową na kategorie (wrogów, nieszkodliwych, pozytywnych), sugerując, kogo należy usunąć z pracy i kim zastąpić. Uwzględniano przy tym umiejętności zawodowe i trudność usunięcia fachowców o „wrogich” poglądach. Wobec młodych pracowników opinie stawały się bezwzględne: łatwiej było się ich pozbyć, wskazując na to miejsce postaci „pozytywne”. Charakterystyki pracowników Weterynarii były krótkie, ale treściwe. Odzwierciedlały sposób myślenia partorgów i bieżący kurs polityczny („walkę z kosmopolityzmem”), a także pozycję poszczególnych grup pracowników. Wobec profesury organizacja wstrzymywała się od wniosków o usunięcie, mimo takich charakterystyk jak „reakcjonista, sjonista” czy „wrogi, stary, wspomina dawne czasy, nic nie jest w stanie go przekonać, zapatrywania endeckie”. Docentów, adiunktów i lekarzy oceniano wedle kryteriów politycznych i fachowych, w niektórych wypadkach sugerując usunięcie. Oto docenci: „uświadomiony politycznie, ale o wrogich poglądach, udaje pozytywnego”; „wróg zacięty, otacza się tylko reakcjonistami, stosunek do Organizacji wrogi, możliwy do zastąpienia przez ***”; „wróg klasowy i ideologiczny, najbardziej negatywny, na razie nie widzimy następcy”. Adiunkci: „skryty, w poglądach zamaskowany, negatywny, dobry pracownik naukowy. Na razie nie da się zastąpić”; „wysokie kwalifikacje w chemii, mógłby zastąpić doc[enta] ***, politycznie bierny, do współpracy możliwy”. Lekarze: „sprytny, typ karierowicza, o poglądach nacjonalistycznych, dobry pedagog, na razie nie da się zastąpić. Poglądów swoich nie uzewnętrznia, przez co nie jest szkodliwy”; „wybitnie reakcyjny, słaby moralnie, w pracy również słaby, możliwy do zastąpienia”; „wybitnie wrogi dla Organizacji, szkodliwy, tendencyjnie oblewa zorganizowanych, należałoby natychmiast usunąć, tembardziej, że nie przedstawia kwalifikacji naukowych”; „raczej wrogi, małe kwalifikacje, nieszkodliwy”; „wróg klasowy i ideologiczny, aspołeczny, możliwy do zastąpienia, należy usunąć”. Młodych pracowników, zwłaszcza asystentów, łatwo było usunąć lub dobrać. Z karierą na Wydziale mieli się żegnać ludzie opisani jako: „wroga, obca klasowo, sodalistka, można zastąpić ***”; „narodowiec, endek, niewłaściwy stosunek do studentów, zastąpić ***”; „bardzo wrogi, przebiegły, reakcjonista, zastąpić można abs[olwentem] *** o kwalifikacjach naukowych, towarzysz partyjny”; „wrogi, obcy klasowo, wpływy sodalicji, można zastąpić kimś innym”. „Zorganizowanie” nie musiało poprawiać sytuacji: „członek ZAMP, typ karierowicza, negatywny, można zastąpić”; „zapatrywania kułackie, kiepski członek ZAMP, można zastąpić”; „karierowicz, obcy ideologicznie, przebiegły, aktywny w pracy. Członek ZAMP, należy go stale obserwować”. W bezpieczniejszej sytuacji znajdowały się osoby opisane następująco: „politycznie ślepa, bierna, nieszkodliwa”; „bez oblicza politycznego, nieszkodliwy”; „bojaźliwy, bez pozytywnego oblicza politycznego, nieszkodliwy”. Spać spokojnie mogli zaliczeni do grupy „pozytywnej”, zwłaszcza obdarzeni właściwym pochodzeniem społecznym („pozytywny, wartościowy, zdolny”; „pozytywny, syn drobnego chłopa”; „pozytywny, syn wyrobnika rolnego”)194.

Przynależność do partii nie chroniła przed negatywną charakterystyką. Przeciwnie, wystawiała na pryncypialne ataki w momentach potknięć politycznych czy banalnych rywalizacji personalnych, gdy zainteresowani szukali ideowych pretekstów do uderzenia. Areną takich rozgrywek były zebrania organizacji PZPR – liczne i długie, przeważnie monotonne i „wysiadywane” przez uczestników, ale nieraz przebiegające w napięciu, należały do sfery dyscypliny organizacyjnej. Powiadano, że „zebranie partyjne winno mieć pierwszeństwo przed innymi zebraniami czy zajęciami”195.

Oto 12 VII 1951 r. zebrała się „grupa partyjna naukowców wydziału Prawa”, by omówić książkę jednego ze swych członków, profesora i kierownika katedry, na temat zagadnień prawnych w starożytności. Dyskusja wokół książki, a właściwie wokół „sprawy”, nie miała wiele wspólnego z tradycjami debat naukowych, choć wszyscy wypowiadający się byli utytułowani. „Sprawą” nazywano zjawisko potencjalnie wrogie, wymagające pryncypialności. Wykazało ją zwłaszcza czterech profesorów. Nomina sunt odiosa; oznaczymy ich literami A, B, C i D. Zagajając, A stwierdził, że książka nie odpowiada wymaganiom, jakie stawia się rozprawom „pisanym przez partyjnych profesorów”. Nie jest oparta na metodzie materializmu historycznego, nie uwzględnia „partyjnego podziału filozofii”, a wykorzystuje bezkrytycznie Tatarkiewicza. Nazwisko odsuniętego od wykładów przedstawiciela „idealizmu” musiało tu wybrzmieć. Autor „nie stoi na stanowisku partyjnym, bojowym, a jego postawę charakteryzuje obiektywizm”. Zaniedbuje przywoływanie klasyków: „Szczególnie uderza brak wykorzystania dzieł Stalina”. Mówca B przyznał, że autor wykazał „bardzo dużo pracowitości”, nie uchroniło go to jednak przed „ześlizgiwaniem się na pozycje idealistyczne (np. sprawa przyczyn upadku Aten i Sparty)”. Głos oddano autorowi, który starał się bronić książki, zaznaczając, że „terminologii burżuazyjnej używał tylko wtedy, gdy nie było odpowiednich terminów marksistowskich”. Przerwano mu uwagami, że „nie występuje dość samokrytycznie”. Odparł, że częściowo uznaje zarzuty. Dziś napisałby książkę inaczej. Starał się wykorzystać literaturę radziecką. Brak przywołań klasyków tłumaczył swym „wrogim nastawieniem do cytatologii (przytacza słowa Kautskiego)”. Nie chciał uznać „walki między materializmem a idealizmem” za naczelne zagadnienie swej pracy; pojęcia te nie przystają do opisywanej epoki, ponieważ „skrystalizowany materializm dał dopiero Marks. Mówca prosi towarzyszy, aby mu wyjaśnili, w jaki sposób walka materializmu z idealizmem może stać się osią jego pracy”. W odpowiedzi usłyszał od C, że „nie rozumie, co to jest partyjna samokrytyka”. Szuka usprawiedliwień. Nie naświetlił filozofii starożytnej „z obecnego punktu widzenia”. Natomiast A zarzucił mu także obraźliwy ton; profesor partyjny nie może mówić o „cytatologii” i unikać terminologii marksistowskiej. Zapytano raz jeszcze autora, jak ocenia swą pracę. Przyznał, że widzi w niej „liczne braki”, jednak gdy ją pisał, „wiedza marksizmu-leninizmu nie stała u nas na tak wysokim poziomie, jak to jest obecnie”. Zareplikował B, podkreślając, że nie jakieś sformułowania są kwestionowane, ale cała książka jako dzieło „obiektywistyczne” i przyjmujące obcy porządek myślenia. D uznał natomiast, że autor „przeprowadzał tu swoją obronę, a nie samokrytykę” i że mimo usiłowań wytłumaczenia mu błędności jego stanowiska „znowu zaczął dyskusję”. Ten nie miał już ochoty lub możliwości jej wznawiania. Protokolant zapisał tylko, iż autor stwierdził, „że wydaje mu się, iż rozumie swoje błędy”196.

4. Studenci Wydziału Prawa UW w mundurach ZMP, ok. 1952 r.

Podobne seanse, choć bardziej burzliwe, organizował Związek Młodzieży Polskiej, mający ogarniać najbardziej aktywny element środowiska studenckiego. Mimo wysiłków organizacyjnych, „trzon klasowy” warszawskiego ZMP oceniano jako słaby. Mniejszość członków miała pochodzenie robotnicze. Niezadowalający był także rozwój ilościowy na UW: w 1952 r. do ZMP należało 44% studentów (3442 na 7772), podczas gdy na Uniwersytecie Wrocławskim – połowa, a na warszawskiej Akademii Medycznej – trzy czwarte (w regionalnych szkołach inżynierskich czy ekonomicznych – do 80%). W 1952 r. aktyw liczyć miał na UW ok. 600 osób, przy czym od jesieni roku poprzedniego kadra ta potroiła się, co było efektem kampanii mobilizacyjnej. Tak szybki rozrost oznaczał zarazem, że aktywiści nie byli „należycie ubojowieni”, nie umieli „rozprawić się” z wrogiem oraz wykorzystać „często powtarzanego na zebraniach hasła «uczmy się od Komsomołu»”. Aktyw słabo znał „sytuację w terenie i nastroje mas”. W zarządach wydziałowych ZMP, których było siedem, największą grupą była młodzież pochodzenia inteligenckiego, stanowiąca niemal połowę, dzieci robotników – jedną trzecią, a chłopów – niespełna jedną czwartą. Zastrzegano zresztą, że dane są mało wiarygodne, bowiem oparte na ankietach personalnych, które „nie wykazują aktywistów pochodzenia burżuazyjnego, a i tacy w rzeczywistości są”197.

Przez świadków epoki zapamiętana została jednak węższa grupa aktywu, która dawała im się we znaki, intensywnie „przebudowując” uczelniane życie, a także przyjmując role nadzorców pilności w „uczeniu się”. Na naradach organizacji pojawiały się takie oto obserwacje:

Jeżeli w dniu 21 I 1952 r. na wykładzie z materializmu historycznego na II roku Biologii i Nauk o Ziemi – na 30 osób notowało 3, 6 osób zabawiało się ożywioną rozmową, drugie 6 uczyło się innych przedmiotów z notatek, a jedna z koleżanek tak dalece łączyła teorię z praktyką, że w czasie wykładu jednocześnie czytała „Świat” i czyściła paznokcie – to czy nasza organizacja może milczeć, czy wolno milczeć naszym aktywistom? Nie wolno! Aktywistki naszej organizacji, towarzyszki Donkowska i Hilbricht nie milczały. One właśnie były jednymi z tych osób, które rozmawiały w czasie wykładu i przeglądały inne notatki. Inna z naszych aktywistek, którą przecież cenimy za jej pracę i wyniki w nauce, Wiera Martynowicz, przez pół wykładu rozmawiała i uczyła się z zeszytu fizyki198.

Podobne komentarze pojawiały się na stronach „Trybuny Uniwersyteckiej” jeszcze wiosną 1955 r., gdy wytykano nieprzygotowanie uczestników ćwiczeń i mało ożywione dyskusje na seminariach. Zaczynała się już jednak odwilż, a wraz z nią rosnąca krytyka działania ZMP.

W tejże „Trybunie Uniwersyteckiej” opisywano rok później ponury okres studiów dziennikarskich, na które przyjmowano w 1952 r., biorąc pod uwagę głównie staż zetempowski, funkcje w organizacji i opinie władz. To właśnie „ubojowieni” w liceach aktywiści wnieść mieli szkolny dryl i ideologiczne napięcie.

Biada temu, kto wymówił słowa: bridge, dancing, biada temu, kto zdradzał się, że jakiś film francuski bardziej mu się podobał niż radziecki. [...] Polakierowane paznokcie lub uszminkowane usta stawały się powodem długich reprymend o... moralności socjalistycznej. [...] Żyło się od jednego przeglądu grupy do następnego. Coraz kogoś usuwano z organizacji lub z sekcji, stawiając zarzuty wrogiego stosunku do obecnej rzeczywistości [...]199.

Zarzuty te padały na trwających do późnych godzin posiedzeniach. Roztrząsano „wrogie” poglądy, opuszczenie się w nauce, nałogi, częste chodzenie do kawiarni lub na dancing, zgubienie legitymacji. Aby załatwiać takie sprawy, przerywano nawet wykłady: aktywista wchodził na katedrę i przeprowadzał krótką dyskusję nad zachowaniem studenta200. Wymuszano samookreślenie, samokrytykę, wyjaśnianie spraw prywatnych. Były to doświadczenia formacyjne dla tych, którzy pragnęli włączyć się aktywniej w życie społeczne. Kształtował się ideologiczny pryncypializm, brutalność w rozliczeniach personalnych, skłonności manichejskie. Z zagrożeń, jakie się z tym wiązały, zdawały sobie sprawę wyższe instancje partyjne, na co dowodem jedna z analiz, przygotowanych w apogeum stalinizmu. Wskazywano w niej na konformizm i milczenie uczestników zebrań, na których niesprawiedliwie krytykowano studentów i grożono im wyrzucaniem ze studiów. „Ta atmosfera zastraszenia wynikająca z lekkomyślnego szafowania epitetem wroga i dygnitarskiego tonu aktywu młodzieżowego jest bardzo powszechna i w niemałym stopniu wpływa na niepokojąco niski wzrost organizacji ZMP-owskich”201.

Postawy reżyserów i uczestników tych spektakli były zróżnicowane. Obok dość powszechnej uległości zaznaczało się bowiem, jak powie Jan Józef Lipski, wielkie zaangażowanie emocjonalne, „połączone z objawami bardzo dużego przekonania. Postawa fideistyczna, która głęboko ogarniała środowisko i poszczególnych ludzi”202. Paradoksem totalitaryzmu były przecież jego nonkonformistyczne fundamenty, heroizacja buntu wobec „starego świata”. Aktywiści bywali przekonani o takich właśnie pobudkach swego postępowania, które narażało ich na konflikty z rodziną czy środowiskiem, a nawet na fizyczne ataki, jak bywało w przypadku działaczy ZMP203. Starano się zresztą ćwiczyć młodzież w sztuce starć ideologicznych także na ulicach, gdy wysyłano „brygady” studenckie, aby skandowały na Targówku: „Przez oświatę i kulturę bikiniarzom damy w skórę”. „Rozbawiało to miejscowych bandziorów ubranych w amerykańskie ciuchy, bo wiedzieli, kto zaraz może dostać w skórę” – wspomina absolwent dziennikarstwa204.

W systemie mobilizacyjnym istotne było rozciągnięcie wpływów na tych, którzy nie zawiązali sobie czerwonych krawatów. Jako „roztaczanie wpływów politycznych [...] na młodzież niezorganizowaną” partia określała rolę Zrzeszenia Studentów Polskich205. Wiosną 1950 r. FPOS „natychmiast po otrzymaniu instrukcji” przystąpiła do tworzenia na Uniwersytecie struktur ZSP, jedynej organizacji studenckiej. Odbyły się masowe zebrania, rozwieszono plakaty i wręczano ulotki, odnotowując reakcje studentów (zwłaszcza „wrogie”). ZSP UW powołano 20 V na zebraniu Rady Uczelnianej FPOS. Znamienne, że pojawiła się tylko trzecia część Rady. Nie mogło to powstrzymać machiny. Rozpoczęto akcję werbowania członków do Zrzeszenia, lecz bez wielkiego sukcesu: wpłynęło 215 ankiet członkowskich, z tego dwie trzecie z wydziału Matematyczno-Przyrodniczego (144), ponadto 59 z Humanistycznego i 12 z Prawa. Wśród kandydatów przeważali studenci pochodzenia inteligenckiego (130), ci z rodzin robotniczych stanowili jedną czwartą (55), a chłopskich – jedną dziesiątą. Miało to wynikać z faktu, że wydziały, na których zgłosiło się najwięcej chętnych, miały „niezbyt zadowalający skład socjalny”206. Pewna sprzeczność wewnętrzna, zawarta w tej konstatacji, umknęła najwyraźniej jej autorom.

Sprawy Bratniej Pomocy zamknięto w połowie 1950 r. Zrzeszenie przejęło jej obowiązki, a Warszawska Spółdzielnia Spożywców – stołówki. Likwidowano też podstawy niezależności kół naukowych, których majątek przekazano ZSP. Pod koniec roku Senat upoważnił rektora do odwołania wszystkich kuratorów. Rola kół miała zostać ograniczona do działalności ściśle naukowej. W niezgodzie z tym założeniem odebrano im biblioteki, dając je w depozyt różnym jednostkom UW. Skutek był taki, że wiosną 1951 r. informowano, iż książki „leżą zamknięte pod kluczem, gdyż nie ma rozporządzenia, czyją własność one stanowią”207.

Nowo powstałą organizację starano się możliwie „umasowić”. Jeszcze w październiku 1951 r. należało do Zrzeszenia 0,5 tys. studentów UW, ale cztery miesiące później – 3 tys. Mogło to być wyłącznie rezultatem dość mechanicznej rekrutacji, która stała się zresztą trwałą zasadą, podobnie jak charakterystyczna sprzeczność założeń i praktyk: werbalnie podkreślano zapał i inwencję, a praktykowano raczej dyspozycyjność. Działalność uczelnianych ogniw Zrzeszenia sprowadzała się do „załatwiania instrukcji otrzymywanych po linii swego pionu z jednostek nadrzędnych”. Powracało to jako temat krytyk i samokrytyk, lecz przecież zgodne było z zasadniczą cechą systemu. Jak inne organizacje masowe, ZSP miało kształtować powierzony sobie „teren” i przenosić nań zewnętrzny porządek ideologiczny i symboliczny208.

Studentów traktowano jak część „młodzieży”, pojmowanej jako grupa uniwersalna, połączona jednością ideałów i dążeń życiowych. Żądano porzucenia celów partykularnych, ograniczających horyzont aspiracji do tzw. spraw bytowych. Studenci powołani byli do uczestnictwa w zmienianiu porządku świata. Uczelniane ZSP miało więc objąć opieką kółka naukowe gimnazjów i liceów, nauczać analfabetów (zebrano wiosną 1950 r. grupę 47 osób), wygłaszać referaty popularnonaukowe, organizować „wyjazdy czołówek weterynaryjnych i prawniczych”, gromadzić książki dla Uniwersytetów Niedzielnych209. Zbiórki pieniężne organizowano teraz nie na rzecz środowiska studenckiego, lecz w celach nadrzędnych, nieraz transkontynentalnych, zgodnie z logiką rozbijania istniejących dotąd „barier”, za jakie uznawano podziały środowiskowe, rzekomo sprzyjające egoizmom grupowym. Oto świetlicę Domu Studenta, zbudowanego wysiłkiem Bratniaka, otwarto w Międzynarodowym Dniu Solidarności z Młodzieżą Krajów Kolonialnych (21 II 1950 r.) i na rzecz tej młodzieży zebrano ok. 30 tys. złotych. Szumne otwarcie nie oznaczało zresztą aktywności tego przybytku, skoro dwa lata później ZSP zwracało się do dyrektora administracyjnego UW o wywiezienie zalegających w świetlicy łóżek i materacy, wyposażenie jej w meble i dekoracje210. Był to chyba przypadek dość znamienny dla epoki.

„Szkoła obłudy”

Jesienią 1950 r. Stanisław Ossowski, jako przewodniczący jednej z komisji kwalifikacyjnych Wydziału Humanistycznego, skierował do dziekana uwagi o egzaminach wstępnych na UW, z prośbą o przekazanie ich ministerstwu. Opisywał chaos wynikający z pośpiechu i złej dokumentacji, a także zmieniających się „instrukcji”, o których szef komisji nie zawsze wiedział. Zawarł jednak uwagi istotniejsze:

Ogólny poziom przygotowania umysłowego kandydatów był przeważnie niski, a oceny zarówno z egzaminów ustnych jak pisemnych były wystawiane bardzo łagodnie. W wielu wypadkach główną bazą przygotowania kandydata był „Kalendarz Robotniczy”. Pytania wykraczające poza jego treść trafiały dość pospolicie w próżnię.

Ossowski sądził, że jedna trzecia przyjętych nie da sobie rady na studiach, nawet jeśli się ich całkowicie odciąży od pracy zarobkowej. Tylko jeden na stu przyjętych nie był członkiem organizacji młodzieżowej, co ilustrowało rozpowszechnione przekonanie, że na UW

nie może się dostać młodzież niezrzeszona. Będzie to czynnikiem zwiększającym napływ młodzieży do ZMP. Wydaje się jednak bardzo wątpliwe, aby ta najtańsza droga rekrutacji, zwalniająca młodzież ZMP od wpływów wychowawczych poza ramami organizacji, dała rezultaty pożądane pod względem ideowym i moralnym.

Tu elaborat Ossowskiego stawał się świadectwem opozycji wobec tzw. nowej rzeczywistości. Wybitny socjolog nazwał egzaminy „szkołą obłudy”.

Już w pisemnych wypracowaniach czytało się np., że w krajach kapitalistycznych obecnie dzieci 8-letnie [...] zmuszane są do pracy w fabrykach, że mają zamknięty dostęp do szkół, że szkoły w krajach zachodnich są masowo zamykane itd. Otóż nie należy sądzić, że autorowie tych twierdzeń wierzyli w to, co pisali. Nie: oni tylko byli przekonani na skutek całej aury, jaka się wytworzyła wokół egzaminów, że to im otworzy drogę na Uniwersytet, gdyż nie będą mogli być wówczas oskarżeni o „obcość ideologiczną”. Temu samemu celowi służyły nieraz mniej lub więcej soczyste zwroty w stylu wiecowym pod adresem tych lub innych osób, grup czy instytucyj. Kandydat starał się w ten sposób zrobić odpowiednie wrażenie na Komisji. Szło tylko o to, aby się przy tych deklaracjach nie pomylić w adresach.

Ossowski uważał, że należy zreformować egzaminy, „aby nie mogły dawać premij sprytnym cynikom czy dobrym aktorom i nie odpychały jednostek z charakterem, dla których manifestowanie żarliwości ideologicznej na stopień [podkreślenie autora] jest rzeczą nieznośną”211. Podobne uwagi przedłożyła Maria Ossowska, przewodnicząca komisji Sekcji Dziennikarskiej. Występowała o „przemyślenie” roli młodzieży w komisjach. Pisała oględnie, że rola ta była nader aktywna, a polegała na gromadzeniu informacji o kandydatach i sondowaniu ich poglądów, co wywierało nacisk na prace komisji. „W Uniwersytecie i poza nim szerzyło się przekonanie, że tegoroczne egzaminy wstępne były pod znakiem pajdokracji. Myślę, że ta opinia nie była całkowicie pozbawiona podstaw”212. Dziekan Wydziału Humanistycznego nie włączył tych uwag do sprawozdania dla ministerstwa; pisał o sprawach organizacyjnych, nie o wątpliwościach moralnych czy o pajdokracji213. Przezorność była uzasadniona. Uwagi Ossowskich nie zostałyby wysłuchane; stanowiły natomiast – w atmosferze terroru politycznego – świadectwo osobiste.

Najmłodsza wśród immatrykulowanych w 1950 r., studentka prawa urodzona w Częstochowie w styczniu 1935 r., miała tylko 15 lat, ale i ona ujrzała świat jeszcze za życia marszałka Piłsudskiego. Siedemnaście osób urodziło się zaś w wieku XIX214. Temu i następnym rocznikom studentów nadawały jednak charakter osoby urodzone pod koniec lat 20., które były dziećmi w latach okupacji. Wielu wojna zabrała dzieciństwo, pozostawiając wspomnienia, którymi nie chcieli się dzielić. Wielu wywodziło się ze wsi. Niektórzy trafili na uczelnię wskutek „akcji werbunkowej”, prowadzonej na prowincji przez aktywistów młodzieżowych: w analogiczny sposób ściągano młodych ludzi do pracy w przemyśle.

Centrum władzy żądało promowania na studia „najcenniejszego elementu” i zarazem wyraźnego zwiększania sprawności studiów. Tkwiła tu sprzeczność, którą zauważali w połowie lat 50. autorzy raportu o funkcjonowaniu Instytutu Filozofii: bardzo trudno dobrać studentów zarazem dobrze rokujących i spełniających kryterium „pożądanej struktury klasowej”215. Innymi słowy, uczelnia obniżyć musiała wymagania merytoryczne, aby spełnić polityczne i wydać odpowiednią liczbę dyplomów. Wymagania polityczne były przemożne przy rekrutacji na kierunki zwane „ideologicznymi” – filozofię, nauki społeczne, prawo. Wymagania merytoryczne miały znaczenie zwłaszcza w odniesieniu do kierunków ścisłych, przyrodniczych i eksperymentalnych. „Walka klasowa” na fizyce czy matematyce miała, jak się zdaje, nieporównanie mniejsze natężenie niż na filozofii czy polonistyce. Odzwierciedlały to już tematy egzaminów wstępnych. Oto w 1951 r. kandydaci na matematykę wypowiedzieć się mieli na tematy: „Rozwój społeczeństw a rozwój nauk przyrodniczych”, „Dlaczego wybrałem matematykę jako przedmiot studiów” oraz „Zastosowanie matematyki w praktyce”, a także rozwiązać nierówność, równanie kwadratowe i znaleźć objętość graniastosłupa. Kandydatów na fizykę proszono o omówienie wybranej książki popularnonaukowej i wypowiedź na tematy: „Rozwój społeczeństw a rozwój nauk przyrodniczych” i „Zastosowanie naukowych odkryć fizyki w technice i komunikacji w XIX i XX w.”. Zdający na geologię otrzymali podobny zestaw; wypowiedzieć się też mieli o siłach kształtujących skorupę ziemską. Pytania do kandydatów na biologię były (w czasach Łysenki) wyraźniej nacechowane. Opisać musieli, prócz form ochrony przyrody w Polsce, znaczenie osiągnięć nauk ścisłych „dla postępu społecznego” oraz „znaczenie światopoglądowe nauk przyrodniczych”. Nie miało to jednak wiele wspólnego z ideologizacją egzaminów na kierunki humanistyczne. Kandydaci na historię omawiać musieli „postępowe tradycje nauki i literatury polskiej i ich rolę w kształtowaniu się patriotyzmu ludowego” lub „drogi awansu społecznego w Polsce Ludowej”, a także charakteryzować „stosunki wytwórcze oraz formy walki klasowej w feudalizmie”. Zdający na prawo otrzymywali zadanie wypowiedzenia się na temat struktur władzy w Polsce po II wojnie światowej, o „roli Związku Radzieckiego w obronie pokoju i wolności narodów (podać przykłady)” oraz o „udziale młodzieży w budowie podstaw socjalizmu w Polsce”. Kandydaci na polonistykę opowiadać musieli o postępowych tradycjach literatury, awansie społecznym i współczesnych analizach twórczości Mickiewicza. Na muzykologię – o postępowych tradycjach muzyki. Kandydaci na filologie otrzymywali pytania o formy upowszechnienia kultury i „znaczenie Frontu Narodowego dla wykonania planu 6-letniego i dla utrwalenia pokoju”. Ponadto dla orientalistyki przygotowano pytanie o „znaczenie zwycięstwa rewolucji w Chinach dla wyzwolenia ludów Azji”, dla romanistyki – o antyfaszystowską literaturę francuską, dla anglistyki – o analizę obrazu kapitalizmu w utworach Dickensa, dla filologii rosyjskiej i słowiańskiej – o obraz Rewolucji Październikowej i wojny domowej w literaturze radzieckiej.

Jeśli zasadniczy zestaw pytań nie zmusił kandydata do złożenia deklaracji ideologicznych, rolę taką odgrywał egzamin z wiedzy o świecie współczesnym, a od 1952 r. egzamin z Nauki o Konstytucji (NOK), prowadzone często przez studentów II lub III roku, przedstawicieli „aktywu”. Michał Głowiński, który zdawał na polonistykę w 1951 r., usłyszał od młodego aktywisty pytanie o przyczyny braków mięsa w sklepach. Przypomniał sobie wyjaśnienia ministra Hilarego Minca o „chorobie wzrostu”, co pozwoliło mu wybrnąć. Dostał się wszakże na listę rezerwową216.

W raportach partyjnych surowo oceniano zarówno polityczne, jak merytoryczne przygotowanie młodzieży. Poddawanie jej ocenie pod oboma względami powodowało zresztą mnóstwo sprzeczności, kryjących się też w samych kryteriach oceny. Źle się działo, gdy wypowiedzi kandydatów naszpikowane były „frazesami bądź nagłówkami z gazet”, lecz równie źle, gdy cechowali się oni „słabym poziomem oczytania w prasie”. W toku egzaminów z NOK kandydaci „nie umieli podać argumentów przeciwko wrogiej plotce, uzasadnić słuszność naszej polityki krajowej i zagranicznej”. Przygotowanie członków partii i aktywistów ZMP miało być nieco lepsze, jednak niektórzy z nich liczyli „na pewne ulgi przy egzaminie”. Komisje rekrutacyjne popełniały też błędy polityczne. Na filologii członkowie Komisji „wyszli z fałszywego założenia, że egzamin z NOK jest sprawdzianem wiadomości, a nie sprawdzianem postawy politycznej kandydata”. Partyjni sprawozdawcy uznawali, że egzaminy z matematyki, fizyki czy biologii winny jednak ujawniać „wiadomości”, i podkreślali, że wiadomości te okazywały się nader często nikłe, zwłaszcza wśród absolwentów szkół zawodowych, stanowiących skądinąd „najcenniejszy element pod względem pochodzenia klasowego”217. Element taki należało przyciągać, tymczasem część profesury była wciąż „zapatrzona w kwalifikacje kandydata do danej specjalności, przejawiając ślepotę polityczną na wszystkie inne kwalifikacje, np. na dziennikarstwie przywiązywano zbyt wielką wagę do płynnego wysławiania się, na filozofii do wiadomości z historii filozofii itp.” Nazbyt skupiano się także na interpunkcji, doprowadzając do „politycznie szkodliwej dyskryminacji kandydatów pochodzenia robotniczo-chłopskiego”. Z kolei gdy kandydat wykazał się dużą wiedzą, egzaminator – bywało – „nie chciał patrzeć na negatywne opinie”, bagatelizował pochodzenie społeczne lub wręcz starał się „wpuścić dzieci emigrantów politycznych, absolwentki Nazaretanek, Zmartwychwstanek i Felicjanek, a jednocześnie zamknąć dostęp na wybrany kierunek dzieciom robotniczym”218.

Choć odsiew motywowany politycznie był praktyką zupełnie jawną w czasie egzaminów, ukrywano dane o jego skali i wysyłano odrzuconym standardowe pisma z formułą: „Nieprzyjęty z braku miejsc”. Organizacja partyjna widziała w tym błąd komisji, gdyż bywało, że w prasie pojawiały się notatki, wedle których na danym wydziale jednak wciąż są miejsca. Powodowało to fale odwołań i próby przepchnięcia na studia „elementu niepożądanego”, którego na UW i tak pozostawał nadmiar. Odsetek młodzieży robotniczo-chłopskiej, choć przeważający wśród przyjmowanych (w 1952 r. 53,5%), należał przecież do najniższych wśród uczelni warszawskich219. Znamienne, że przewaga ta była najwyraźniejsza na „wydziałach ideologicznych” (na Prawie zbliżała się do 70%, na Wydziale Filozoficzno-Społecznym wynosiła 63%), podczas gdy o miejsce na anglistyce nie ubiegał się w 1952 r. nikt, kto by deklarował „robotniczo-chłopskie” pochodzenie, a na filologie klasyczną i słowiańską „kierowali się w zasadzie tacy kandydaci, którzy nie mieli widoków dostania się na inne wydziały”220. Wynikałoby z tego, że na uczelni istniały w okresie stalinizmu dość wyraźne enklawy, może tym wyraźniejsze, im silniejszy był generalny nacisk na ujednolicenie społeczności uniwersyteckiej.

Ujednolicenie niewątpliwie postępowało. Szli na uczelnię w masie ludzie „nowi”, cieszący się ułatwieniami z racji chłopskiego lub robotniczego pochodzenia. Mieli pierwszeństwo przy rekrutacji, byli traktowani ulgowo w czasie sesji. Większość zyskiwała oparcie w mieście dzięki miejscom w domach akademickich i stypendiom, co zapewniało im rudymentarne warunki: żelazne łóżko w pokoju dzielonym z podobnymi sobie, obiady w stołówce, pełznący ku śródmieściu tramwaj, w którym stawali się częścią „winogrona”, uwieszonego u drzwi na deszczu i wietrze. Byli jednak w Warszawie. Poważnie na ogół traktowali pozyskiwaną wiedzę; mniej krytycznie niż ich koledzy z inteligenckich domów, wobec których bywali „klasowo” uprzywilejowani, lecz od których dzieliła ich bariera towarzyska. Choć wychowani po katolicku, byli podatni na akceptację ładu, jaki zastawali w mieście. Nie znali ani dawniejszych wzorów życia studenckiego z jego podziałami ideowymi i politycznymi, ani etosu powstania, ani doświadczeń odbudowy Uniwersytetu. Nierzadko zbuntowani przeciwko biedzie i surowości egzystencji chłopskich rodzin, skłonni byli przyjmować opis świata wykładany na zajęciach z diamatu i ufać organizacjom, które obiecywały różnoraką opiekę.

Przekraczając bramę uczelni, młody człowiek stykał się na zajęciach i zebraniach z grupą, którą Hanna Świda-Ziemba nazwała „kreatorami systemu”221. Grupa ta narzucała język opisu świata. Nowi studenci, w masie zupełnie niewyrobieni w zakresie nauk społecznych, poznawali je w wersji właściwej stalinowskiemu marksizmowi. Trzeba było pewnej wiedzy, aby świadomie się do nich odnieść. Wielu intuicyjnie je odrzucało jako sprzeczne ze swojskimi kategoriami kultury, ale nieliczni dawali temu jakiś publiczny upust. Dominował „konformizm niedoskonały”, używając pojęcia Piotra Sztompki, czyli powierzchowne przystosowanie, nieoznaczające przyswojenia ideologicznej treści systemu, ale tworzące, jak pisze Andrzej Walicki, „zbiorowe superego, które sprawiało, że nawet jednostki myślące krytycznie zdolne były wtopić się w atmosferę entuzjazmu”222. Włączenie się do kolektywu miało być jedyną droga uczestnictwa w życiu społecznym. Wywierało ono wrażenie zatraty indywidualności, zarazem jednak jednostka żyła „wielkim życiem publicznym” (Świda-Ziemba) i jej nazwisko, jej twarz mogły się naraz stać przedmiotem uwagi. Gdy zdjęcie studentki polonistyki znalazło się na tablicy przodowników, była „zażenowana i wystraszona” jako osoba nieśmiała. Wręczono jej dyplom i pchnięto w pierwsze szeregi pochodu pierwszomajowego, pod łopoczące sztandary. Tam, jak wspomina, odczuła „patos sytuacji”223.

Wielki spektakl ideologiczny oddziaływał na jednostkowe przekonania, kruszące się wobec domniemanej nadrzędnej słuszności. Kto się jej nie poddawał, narażony był na osamotnienie. Tym większe znaczenie zyskiwały kontakty kameralne: związki i przyjaźnie, „przyjęcia” (dyżury) niektórych profesorów, niezobowiązujące rozmowy. Gdy Michał Głowiński zaczynał w 1951 r. studia polonistyczne,

o Wacławie Borowym było głucho. Nawet trudno by się było domyślić, że jeszcze przed rokiem działał w tych murach uczony tak wielkiej klasy. Pamiętam, że wspominała go w swych pogawędkach ze studentami ówczesna seminaryjna woźna, p. Helena Trefon. Opowiadała mianowicie, że Borowy jej się śni. A także wzdychała: to był profesor!224

Wymazanie nazwiska przedstawiciela „idealistycznej” szkoły badań literackich było znamieniem czasu. Tego rodzaju zapominanie jest w pewnej mierze stałą właściwością życia uniwersyteckiego, pulsującego coraz to nowymi rocznikami kandydatów i absolwentów, jednak początek lat 50. był okresem świadomego zrywania ciągłości.

Środowiska spojone tradycjami rodzinnymi, politycznymi czy religijnymi potrafiły wspierać się wewnętrznie. Zbiorowości migrantów szansy takiej nie miały. Ta rozległa grupa, zaczyn „nowej inteligencji”, poddawała się prawidłowościom konformizmu. Młodzi ludzie wpisani zostali w sztywne programy studiów; stawali przed trudnymi dla nich zadaniami; znajdowali się w fazie aspiracji; stykali z osobami występującymi z pozycji autorytetu – profesurą, asystentami, działaczami. Sprzyjało to uległości. Sprowadzenie problemu do uległości jednak nie wystarczy; w grę wchodził bowiem aktywizm. Był on wymogiem ideologicznym, ale i praktyką przebijania się ku nowej pozycji społecznej225.

Oto student wychowany na wsi podkrakowskiej, rocznik 1929. Ojciec dorabiał u sąsiadów, pięcioro dzieci przeżywało okresy niedojadania. Chłopak chadzał do szkoły na przemian z siostrą w tych samych butach. Po wojnie do wsi docierać zaczęła prasa z wieściami o kursach i szkoleniach dla młodzieży chłopskiej. Próbując się na nie dostać, poznał ludzi z ZWM, zorganizował koło we wsi, uczestniczył w warszawskim zlocie, maszerując w czerwonym krawacie. Wiosną 1947 r. rodzina przeniosła się do Krakowa, gdzie ojciec – tradycyjną drogą zmian społecznych – zatrzymał się u brata dozorcy i znalazł pracę w fabryce obuwia, syna oddając na praktykę do zakładu szewskiego. Chłopak jednak dowiedział się o naborze młodzieży robotniczo-chłopskiej na Uniwersyteckie Studium Przygotowawcze (USP), po którym mógłby dostać się na studia bez egzaminu. W studium, które odbył w latach 1950–1952, miał prawo do bezpłatnego wyżywienia i miejsca w akademiku. Następnie wstąpił na dziennikarstwo, lecz kierunek ten przeniesiono do Warszawy, gdzie trafił, otrzymując stypendium, miejsce w domu studenckim i w stołówce. Gdy, marznąc w lichym ubraniu, zachorował zimą 1953 r. na grypę, przy czym wykryto początki gruźlicy, skierowany został do sanatorium, a potem kontynuował naukę, mieszkając w akademiku przeciwgruźliczym przy ul. Górnośląskiej. Postrzegać to będzie jako elementy opieki. Miał słabe kontakty z kolegami z roku, skupiając wysiłki na nauce i nadrabianiu zaległości. Po zakończeniu studiów otrzymał nakaz pracy w redakcji nowohuckiego pisma „Budujemy Socjalizm”. Pobyt na uczelni wspominać będzie jako pomyślną odmianę losu: „Na studiach nauczyłem się życia samodzielnego, oszczędnego wydawania pieniędzy i szacunku dla wszystkich ludzi...”226.

Wspomnienie to zdaje się znamienne dla istotnej grupy, współtworzącej dynamikę PRL: ludzi „znikąd” (wedle inteligenckich i wielkomiejskich kryteriów) bądź „z ludu” (wedle kryteriów oficjalnych), którzy po 1989 r. często nie umieli odnaleźć obrazu swego losu w historiografii. Nie zaznali goryczy wielokrotnych prób dostania się na studia, nie rozczarowali się „szkolarskim” charakterem zajęć, nie znali lęku przed skutkami zatajenia w ankiecie personalnej danych o krewnych w Londynie. Osadzeni zostali w realiach PRL inaczej niż ich koleżanki i koledzy, wywodzący się z dawnych elit. Ci przychodzili ze znacznym kapitałem społecznym, który jednak w warunkach presji politycznej stawać się mógł wielkim obciążeniem.

Odwołać się tu można do autoanalizy Andrzeja Walickiego, wywodzącego się z tej właśnie grupy, z rodziny o korzeniach szlacheckich. Syn profesora historii sztuki UW, aresztowanego z przyczyn politycznych, Walicki zapisał się do ZMP na rok przed maturą: „Na pewno szło mi o to, aby dostać się na studia”. Dostał się w 1949 r., choć z listy rezerwowej i nie na filozofię, a na polonistykę Uniwersytetu Łódzkiego. Rok później przeniósł się na rusycystykę UW, gdzie został zastępcą asystenta. W owym czasie powierzano takie funkcje nawet studentom niskich lat, rokującym nadzieje naukowe i polityczne227. Te potrafił wzbudzić Walicki, intensywnie pracując nad sobą. Przyznając się po dziesięcioleciach do oportunizmu i wyrachowania, wskazuje szereg innych elementów swej postawy, które rzucają światło na ogólniejsze zjawiska. Przede wszystkim „nowa rzeczywistość” jawiła mu się jako epoka, której kres wydawał się nieprawdopodobny, a której nadejście przekreśliło dotychczasowe pojęcia. Świadomość zakorzenienia w odchodzącym świecie (wytykane pochodzenie społeczne i los ojca) tworzyła rodzaj kompleksu niższości, a także wywoływała niedookreślone poczucie winy. Stawało się ono wyraźne, gdy Walicki spostrzegał u siebie „spontaniczną nienawiść” do systemu, zwłaszcza przy lekturze jego tekstów kanonicznych (Krótkiego kursu...) Sądził, że powinien ten odruch za wszelką cenę przezwyciężać, nie tylko z lęku przed otoczeniem, lecz z powodu nadrzędnej słuszności doktryny, obiektywizowanej przez fakty polityczne i masowe zjawiska społeczne. Było to opisywane przez wielu świadków epoki poczucie dziejowej konieczności, reprezentowanej wprawdzie przez nachalną działalność organizacyjną i propagandową, lecz w istocie należącej do porządku wyższych idei. Wejście w ten porządek kompensowało poczucie winy, obdarzało nawet przekonaniem o wyższości wobec tych, którzy go jeszcze nie pojęli, na przykład wobec przyjaciela z kręgu inteligencji katolickiej. Walicki przypisywał mu ograniczenie i „zakamieniałość”, znamionującą grupy schodzące ze sceny. Zarazem chęć ochrony pewnej dozy wolności wewnętrznej kazała mu poszukiwać na polu doktryny mniej sztampowych interpretacji tekstów omawianych na studiach. Skutki były fatalne. Jakiś referat Walickiego o Gogolu stał się pretekstem do ataku ze strony dwóch „wściekłych aktywistek”, kierujących grupą studencką. Rozpoczęły się dojmujące zebrania ZMP oraz codzienne „podszczuwanie” przeciwko niemu, wywołujące poczucie osamotnienia. Przeprowadzano „rozmowy” nie tylko z nim, ale i z jego żoną. W tej atmosferze doszło do kryzysu małżeńskiego, a następnie rozejścia się; Walicki zachorował nerwowo i trafił do sanatorium228.

Twarze „wściekłych” zostały przez świadków epoki dobrze zapamiętane. Grupa ta nie była wielka. W połowie 1950 r. partia miała na Uniwersytecie 221 członków, w większości biernych. Wśród 7 tys. studentów było 1367 „zampowców”, w tym około 350 aktywistów229. Aby wytworzyć atmosferę przymusu ideologicznego wystarczyłby jednak mniej liczny zastęp. Znaczenie miała bowiem siła polityczna, jaką działacze reprezentowali, a jaka dawała im poczucie słuszności. Grupa „kreatorów” zaznaczyła się więc wyraziście, aczkolwiek przypisywano jej różne cechy. Jedni zapamiętali istotną rolę kobiet; inni – osób pochodzenia żydowskiego. W obu wypadkach istotne było chyba znamię nowości: władcza rola działaczek i osób o pochodzeniu żydowskim wyłamywała się z dawniejszych wyobrażeń o ich bierności. Miała cechy emancypacji.

Prawdziwi aktywiści stanowili niewielką grupę, lecz ideologiczny sztafaż, hasła, czerwone krawaty tworzyły wrażenie zupełnej dominacji nad społecznością studencką, która w tych warunkach zlewała się w masę, nie tyle z powodu podobnych do siebie, zgrzebnych ubrań, lecz niemożności ukazywania wyraźnych znamion różnic ideowych czy środowiskowych. Nie istniały koła i stowarzyszenia, które kilka lat wcześniej różnice te wyrażały. Formowanie jakiejkolwiek grupy celowej, która by istniała poza oficjalnymi strukturami, traktowane było z wielką podejrzliwością i narażało na represje. Siłą rzeczy wzrosło znaczenie związków prywatnych i towarzyskich, wąskich kręgów połączonych zaufaniem, niekiedy przeradzających się w coś, co policja polityczna traktowała już jako tajną organizację. Jak w innych instytucjach, na UW pojawiały się „wrogie ulotki” i napisy na ścianach, ktoś zrywał gazetki ścienne, dochodziły słuchy o działaniu tajnych kółek korporanckich. Sprawy inwigilacji środowisk akademickich i rozbijania „wrogich” grup są z pewnością materiałem na osobną książkę, wymagającą rozległych kwerend w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej230.

Siłą społeczną, która także na UW tworzyła przestrzeń wolności od oficjalnej ideologii, był Kościół katolicki, zdolny w jakiejś mierze rywalizować publicznie z państwem i dawać odłamowi studentów szansę na wyrażenie odrębności. Na Uniwersytecie nie pojawiały się ogłoszenia o rekolekcjach studenckich, ale – jak to formułował aktyw partyjny – kler potrafił znaleźć sobie wśród pracowników administracyjnych i młodzieży „gorliwych agitatorów”. Oto na rekolekcjach u św. Anny zebrało się 23 III 1952 r. ponad tysiąc studentów, w tym ok. 600 z UW. Wysłuchali „z dużą uwagą”, jak podawał partyjny informator, kazania prymasa Wyszyńskiego, zawierającego krytykę propagandy antykościelnej i wezwanie do „uzbrojenia się w prawdziwą wiedzę”. Po rekolekcjach pół tysiąca uczestników zgotowało prymasowi owacje przed kościołem, „wręczając mu kwiaty i robiąc zdjęcia”. 28 III zebrało się znowu około tysiąca osób, informator oceniał, że 80% z UW, ale zaznaczył, że wielu było „studentów w kapeluszach i studentek w chusteczkach lub beretach”, zatem nie w czapkach studenckich, co utrudniało identyfikację. W kazaniu ks. Piwiński z Częstochowy mówił, że studenci „duszą się w obecnej atmosferze i błagają o świeży powiew czystego powietrza”. Podobny tłum zebrał się 30 III: „Podczas całej mszy nastrój był podniosły. Młodzież śpiewała religijne pieśni. Około 80–90% przystąpiło do komunii”. Prymas mówił o zagrożeniu Kościoła ze strony „państw zdegenerowanych, państw-morderców, państw-potworów”, o braku wzmianki o Bogu w nowej konstytucji Polski. Zaintonował na zakończenie My chcemy Boga, co zostało podchwycone „przez wszystkich. Odśpiewano 8 czy 9 zwrotek tej pieśni. Młodzież następnie odmawiała głośno litanię na intencję kościoła i ojczyzny”231.

Podobnie obserwowano udział studentów w innych uroczystościach religijnych, na przykład w procesjach Bożego Ciała. W procesji sunącej 12 VI 1952 r. chodnikami Krakowskiego Przedmieścia (władze nie zezwalały na tamowanie ruchu kołowego), z punktem kulminacyjnym przed kościołem św. Anny, gdzie przez głośniki przemówił prymas, wśród 40 tys. uczestników zidentyfikowano prowadzoną przez rektora tegoż kościoła ks. Władysława Padacza grupę 200 studentek („w tym w czapkach UW 35, pozostałe szły z odkrytymi głowami”) i 30 studentów232. Interesowano się także innymi formami niezależnego od władzy życia studenckiego.

W ostatnim karnawale [1952 r.] szczególnym powodzeniem cieszyły się śledziówki. Symboliczne posypywanie głowy popiołem poprzedzone było zabawami, które kończyły się punktualnie o godz. 12-tej. Klimat ich daleko nie licował z atmosferą, jaka winna cechować zabawy naszej młodzieży233.

W podobnym tonie komentowano pewne zachowania w czasie egzaminów wstępnych, czyli „manifestacyjne ukazywanie” krzyżyków czy medalików („zwłaszcza u dziewcząt”), czy odmawianie modlitwy przed egzaminem. W dodatku niektórzy młodzi ludzie powoływali się w egzaminacyjnych wypracowaniach na artykuł 70. nowej konstytucji, który gwarantował wolność sumienia234. Także i to zaliczone zostało w partyjno-zetempowskiej analizie do niepokojących zjawisk.

Każdy dzień policzony

Na początku 1950 r. dyrektor administracyjny UW zarządził, aby podlegli mu pracownicy, korzystający w czasie pracy ze stołówki, przedłużali swe obowiązki o pół godziny. Zastrzegł, aby nie „przesiadywać w stołówce poza czasem niezbędnym na spożycie posiłku”. W tym czasie zaostrzano kontrolę punktualności. Dotąd zatrudnieni w administracji wpisywali się przed godz. 8.15 do księgi wyłożonej w sekretariacie rektora; teraz już o 8.00 wyznaczony pracownik miał przedstawiać Dziennik Obecności szefowi kadr UW, a pół godziny później składać raport o spóźnionych i nieobecnych. Zapowiadano ustanowienie przepustek dla pracowników „udających się do miasta celem załatwiania spraw służbowych”. Wprowadzono surowe zasady zwolnień lekarskich: „Woźna seminaryjna zachorowała, ale lekarz (w myśl nowych przepisów) nie zwolnił jej, bo ma tylko temperaturę 37,8!” (Borowy). Przestrzegano, aby nie zwalniać pracowników w dniach zwyczajowo wolnych, teraz objętych szczególną kontrolą dyscypliny pracy. Gdy sprzątaczka Fizyki wyprosiła u dyrektora instytutu zwolnienie 24 XII 1955 r., chcąc dojechać na święta do rodziny w Szczecinie, biuro personalne wpisało nieobecność do akt, mimo interwencji dyrektora235.

W ramach „walki o plan” ministerstwo starało się też ograniczać wszelkie luzy, czyli zamieniać przerwy międzysemestralne w repetycje i kolokwia236, a także przedłużać rok akademicki. Budziło to niezadowolenie profesury, niekiedy wyrażane otwarcie, mimo groźnych tonów pism ministerialnych. W marcu 1952 r. dziekan Wydziału Filozoficzno-Społecznego przekazywał do rektoratu stanowisko kadry, która uznawała, że jej warunki pracy bardzo się pogorszyły wskutek wzrostu obowiązków organizacyjnych i sprawozdawczych, a także nowego układu roku akademickiego, w którym znikły okresy wolne od zajęć. Co więcej, pracownicy niepokoili się planami na rok następny: egzaminy miały odbywać się w sierpniu, a zajęcia ruszyć już we wrześniu. Likwidowałoby to dwumiesięczną przerwę letnią 237. Do tego nie doszło; zapis o rozpoczynaniu „roku szkolnego” 1 IX (dla studentów I roku) wycofano z regulaminu studiów238. Natomiast zdaje się, że rektor przeszkodził wysłaniu pisma profesorów do ministerstwa. Skrytykował je, wskazując na niemożliwość odciążenia pracowników od obowiązków organizacyjnych i wytykał skłonność profesury do kumulowania zajęć i traktowania pracy na UW jako „zajęcia ubocznego”239.

Jak ujął to minister w jednym z przemówień: „Pracujemy w ramach Planu Sześcioletniego. Każdy człowiek i każdy dzień jego pracy jest policzony i włączony do cyfr planu. To nie przelewki”240. Na początku roku akademickiego mobilizowano kadrę nauczającą, aby nie opóźniała rozpoczęcia zajęć. Trwały zebrania, na których „kierownicy sekcji” pouczali nowych studentów o dyscyplinie studiów, a przedstawiciele ZMP i ZSP – o formach prac grupowych. Ministerstwo przesyłało harmonogramy powstania grup studenckich i wyboru opiekunów, przydziału stypendiów i zakwaterowań. Żądało opracowania rozkładów zajęć pozbawionych „okienek”, zapewniających jak najszybszą rotację słuchaczy w salach i uwzględniających czas konieczny na przemieszczanie się studentów między budynkami. Przebudowa UW na „uniwersytet socjalistyczny” oznaczać miała przecież „złamanie liberalistycznych dowolności studiowania”, prowadzących do przedłużania studiów, dużego „odpadu” i słabych wyników241.

Studia, zwane wówczas „masowym szkoleniem”, nie były doświadczeniem łatwym. Drobiazgowość nauczania wynikała, jak się zdaje, z dominującej pozytywistycznej koncepcji nauki, wzmacnianej przez swoisty eskapizm kadry uniwersyteckiej, która uciekała od ideologii w świat szczegółu. Przeładowane i sztywne siatki wymuszały uczestniczenie w zajęciach od rana do wieczora. Należy jednak umieścić to doświadczenie w perspektywie ówczesnej codzienności. Jak wspominał Tadeusz Białecki, który doświadczył pracy w porcie i w bazie budowlanej, nim go przyjęto na historię, „dyscyplina studiów” była reżimem względnie łagodnym242.

Jesienią 1950 r. wpisano z nagła w siatki zajęć wykłady diamatu. Wielkie trudności lokalowe spowodowały konieczność wynajęcia na potrzeby tych zajęć kina Atlantic. W drugim semestrze dołożono kurs ekonomii politycznej. W tym czasie wprowadzano też zajęcia z wychowania fizycznego, skądinąd od dawna postulowane, oraz Studium Wojskowe dla mężczyzn. Na naradach pojawiły się daremne protesty przeciwko dezorganizowaniu studiów243. Zajęcia wojskowe zajmowały jeden spośród sześciu dni nauki, zatem trzeba było przeformować siatki, zagęszczając je ponad wszelkie wyobrażenie. Innego rodzaju problemem była obsada nowych zajęć. Studium Wojskowe będzie przez dekady przedmiotem anegdot z powodu wyrobienia i sposobu bycia części kadry. Poziom kursów diamatu bywał także nieznośny dla bardziej wymagających słuchaczy.

Ćwiczenia należały na ogół do partyjnych studentów, z reguły z innych wydziałów, gorliwych aktywistów. [...] Niektórzy z młodocianych preceptorów byli nieukami, gdzieś coś usłyszeli, ale o niczym pojęcia nie mieli, nawet o marksizmie. Zapamiętałem pewnego jegomościa, studenta, a może już absolwenta prawa, który z pełnym przekonaniem [...] nauczał, że reakcyjny filozof angielski, David Hume, polemizował z towarzyszem Leninem

pisze Michał Głowiński244. Z problemu tego zdawali sobie sprawę organizatorzy kursów. W 1952/1953 r. powołano Katedrę Podstaw Marksizmu-Leninizmu, która nadać miała zajęciom rytm i poziom. Mimo swego znaczenia politycznego, nie posiadała lokalu i zatrudniała jednego tylko etatowego pracownika, lecz organizowała pracę sześciu wykładowców i licznych asystentów, przygotowujących się w grupach do zajęć. Nie byli oni jednak w stanie natchnąć studentów. Ci, jak przyznawała POP, traktowali diamat jako zło konieczne, „w czasie wykładów czytali książki, pisali listy lub robili na drutach”. Ożywienie zapanowało w okresie odwilży, lecz nie takie, jakie wyobrażali sobie organizatorzy. Prowadzącemu zajęcia dla geologów, wspomina Krzysztof Wrocławski, „zadawano coraz śmielsze i kłopotliwsze pytania, a jego odpowiedzi były coraz mniej pewne i jednoznaczne”. Ostra krytyka tych kursów w „Po Prostu” jesienią 1954 r. była jednym z sygnałów zamykania się epoki, nienazywanej jeszcze „okresem błędów i wypaczeń”245.

W latach wcześniejszych reżim, w jakim funkcjonował Uniwersytet, nie dawał wielu możliwości dyskusji nad stanem rzeczy. Fora UW zaprzątnięte były więc przede wszystkim organizacją, starając się zaspokoić żądania w ramach dostępnych zasobów, które były niedostateczne tak w zakresie kubatury pomieszczeń, jak obsługi administracyjnej. Zdarzało się jednak, że na naradach stawiano problem przystosowania studentów. Wiosną 1951 r. pracownicy Wydziału Nauk Przyrodniczych ubolewali, że elementarne braki wiedzy szkolnej wymuszają powtarzanie materiału. Program jest i tak napięty do ostatnich granic, co nie ułatwia przyswajania wiedzy, a powoduje „wypadki zemdlenia studentów na wykładach i innych zajęciach” oraz przyczynia się do „zachorzeń sercowych i gruźliczych”. Konstatowano, że należy sprowadzić maksymalną liczbę godzin do 38 tygodniowo. Sytuację pogorszyło wprowadzenie tzw. dyscypliny studiów, likwidującej luzy, z jakich korzystali dawniej studenci, gdy opuszczali niektóre wykłady, przygotowując się do sesji. Teraz prosili o zwolnienia lub samowolnie przestawali pojawiać się na zajęciach. Zjawisko miało taki zakres, że dziekanat Nauk Przyrodniczych, mimo surowych pouczeń ministerstwa, „świadomie nie wyciągał konsekwencyj dyscyplinarnych [...], uważając, że mimo to istota dyscypliny studiów została zachowana”246.

Dyscyplina ta, obowiązująca formalnie od jesieni 1950 r., obejmowała obecność na zajęciach i przystępowanie w terminie do kolokwiów i egzaminów247. Podnieść miała sprawność kształcenia i wspomagać realizację Planu Sześcioletniego. Starosta grupy wypełniał raporty dzienne, w których każdy student odnotowaną miał każdą opuszczoną godzinę i spóźnienie. Na tej podstawie sporządzano „Dziennik kontroli obecności”. Uwzględniano zwolnienia lekarskie i zaświadczenia z miejsc pracy, a listy nieusprawiedliwionych przekazywano wydziałowej Komisji Dyscyplinarnej, która winna była zbierać się co tydzień. Sypały się nagany, ostrzeżenia o wstrzymaniu stypendium, wnioski o skreślenie z listy studentów. Okolicznościami łagodzącymi były dobra opinia i wyniki w nauce. Decydowano poprzez głosowanie. Na dużych wydziałach rozpatrywanie spraw miało charakter taśmowy: 19 I 1951 r. komisja Wydziału Prawa rozpatrzyła 51 spraw na pięciogodzinnym posiedzeniu248.

Lektura długich list ukaranych (w tym późniejszych luminarzy polskiej kultury) i uzasadnień decyzji komisji ukazuje powszedni wymiar stalinizmu: nacisk na jednostkę, bezduszność instytucji wobec okoliczności życiowych, niemożność pogodzenia rozmaitych wymagań. Wiosną 1951 r. studentka polonistyki otrzymała naganę, gdyż „chorowała dłużej niż miała zaświadcz[enie]”; inna, ponieważ „pracuje, trudno pogodzić pracę ze studiami”, inna dlatego, że „opuściła z powodu choroby matki”, inna „ze względu na konieczność zarobienia na życie”. W roku 1950/1951 komisja skreśliła z listy studentów Wydziału Humanistycznego 29 osób249. Rozpatrywano nieobecności rzędu jednej godziny. Pewien student filozofii „opuścił 1 godzinę wykładu, którą Komisja usprawiedliwiła. Opuszczenie było spowodowane spóźnieniem wskutek trudności w otrzymaniu śniadania w stołówce, co spowodowało, że nie mógł na czas dojechać na wykład z ul. Spasowskiego”. Inny opuścił w ciągu niespełna miesiąca siedem godzin: część usprawiedliwił wizytą u lekarza, komisja rozpatrywała więc problem godziny wykładu i dwóch godzin ćwiczeń. Przy okazji wyszło na jaw, że student „jest krwiodawcą i że tej funkcji podjął się bez wiedzy Dziekana. Sprawa ta zostanie ponownie rozpatrzona, w tej chwili student *** zdaniem Komisji, bez wiedzy Ob. Dziekana nie może udzielać krwi”250.

Nadzorowanie dyscypliny studiów było obciążeniem dla przepracowanego aktywu i grona profesorskiego. W jakim zakresie były one w stanie kontrolować sytuację? Na Wydziale Prawa utrzymywała się, mimo sprawdzania list, niska frekwencja na niektórych wykładach. Opiekunowie grup zobowiązani więc zostali do „niespodziewanych kontroli obecności”. Jak w innych sferach, tak i w tej swą rolę odgrywał jednak, tak niepożądany przez kreatorów systemu, „czynnik ludzki”. Student prawa Marek Nowakowski wspominał, że „starościna naszego roku, ładna Nina, choć gorliwa zetempówka, czuła do mnie pewną słabość i nawet podpisywała za mnie listę obecności na wykładach”. Wydaje się, że aktyw i administracja nie tylko z takich powodów uchylały się od obowiązków. Ich nadmiar był powodem najbardziej oczywistym. Dziekanat Wydziału Historycznego postulował wiosną 1952 r., aby „spóźnienia, nieuwaga w czasie zajęć itp.” rozpatrywane były przez grupy studenckie. Dopiero opuszczenia dwóch i więcej dni czy niedotrzymanie rygorów egzaminacyjnych przekazywane być miały Komisji Dyscyplinarnej251.

Trudno przypuszczać, aby te rygory, jakkolwiek w praktyce nieraz rozmiękczone, przyjmowane były z entuzjazmem przez studentów. W sprawozdaniu dla ministerstwa donoszono wprawdzie, że młodzież „zrozumiała” wychowawcze znaczenie kar, a nawet uważa, że decyzje Komisji Dyscyplinarnej zdawały się „w niektórych wypadkach może zbyt pobłażliwe”252, ale nie były to wyniki szerokiej i szczerej konsultacji. Zniesienie dyscypliny studiów stanie się jednym z haseł odwilży.

Jak pisze Michał Głowiński, dyscyplina studiów „miała skutki fatalne nie tylko dla studentów, także dla wykładowców”, których

zwalniała z zabiegania o słuchaczy, bo było wiadomo, że na wykład przyjść muszą, a zatem mówienie do pustych ławek i czterech ścian nie grozi. Miało to duży wpływ na charakter wykładów. O literaturze Oświecenia mówił człowiek [...] pełen cnót różnych i zasług wszelakich, ale i on ułatwił sobie zadanie, bo czytał swój podręcznik dla dziewiątej klasy liceum; nie przeszkadzało mu nawet to, że od pewnego momentu można go było [tzn. podręcznik, BB] bez trudu kupić w księgarni po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia253.

Był to jeden z przykładów, jak mawiano, „ześlizgiwania się na bezdroża szkolarstwa”. Miało ono różne przyczyny, wśród nich wskazane przez Głowińskiego. Dodać możemy skutki personalne mianowań ministerialnych, obawy przed wychyleniem się poza treści już uznane, narzucony program, którego ideologiczne przesłanie część kadry przekazywała bez przekonania, a tylko nieliczni mieli możliwość lub śmiałość ignorowania go, także poziom słuchaczy, których przecież – w ramach „walki o wyniki” – należało popychać ku pozytywnym ocenom. Sam minister powiadał, że owa walka „uległa kampanijno-biurokratycznym wypaczeniom”, że główne zadanie widziano „w podciągnięciu zagrożonych «dwójkami» do poziomu «trójkowiczów»”, a „niektórzy profesorowie, chcąc w najlepszej wierze ułatwić młodzieży opanowanie materiału, spłycają swe wykłady”254.

Sesje egzaminacyjne stały się przecież „bitwami”. Niezależnie od propagandowego spektaklu, jaki je otaczał, stanowiły one momenty istotne dla władz uniwersyteckich, zobowiązanych dostarczać odpowiednie kontyngenty absolwentów. Dlatego ich wynikom Senat UW poświęcał osobne posiedzenia, na których rektor nazywał sesję problemem „akcyjnym”. Znajdował się pod presją ministerstwa, które potrafiło bardzo surowo krytykować niedostateczną „sprawność szkolenia”255. Masowa mobilizacja miała być, jak i w innych dziedzinach życia, sposobem na radykalną poprawę wyników, stąd sesje przebiegały wśród głośnej retoryki i zbiorowych zobowiązań. Oto studenci i pracownicy Wydziału Filozoficznego „podjęli walkę o przodownictwo” sesji wiosennej 1954 r. W myśl hasła „Moja grupa przodującym kolektywem”, postawili następujące zadania: 1) „W odpowiedziach swoich na egzaminie studenci wydadzą walkę formułkowości i szkolarstwu. Studenci wykażą opanowanie przedmiotu przez jego dogłębne zrozumienie, nie zaś przez formalnie poprawne wykute formuły”; 2) „Na egzaminie studenci ujawnią samodzielność myślenia, twórcze podejście do przedmiotu, demonstrując w ten sposób walkę z dogmatyzmem”; 3) „Zdający studenci winni ujawnić oblicze partyjnych filozofów, w pełni świadomych politycznie, ludzi umiejących nie tylko referować teorię, ale nią władać”; 4) „Studenci podbudują głęboko swoje odpowiedzi wiadomościami zaczerpniętymi bezpośrednio z lektury klasyków”; 5) Studenci starać się będą co najmniej o oceny dobre; 6) „Egzaminatorzy naszego wydziału zobowiązują się wykorzystać egzamin [...] dla głębszej analizy możliwości naukowych studentów, umiejętności władania teorią marksizmu itp. Spostrzeżenia te będą ujęte sprawozdawczo”; 7) Egzaminujący dopełnią wzorowo formalnej strony egzaminu; 8) „Studenci i egzaminatorzy uczynią wszystko, aby egzamin przebiegał w spokojnej, poważnej i pogodnej atmosferze, bez paniki i giełdziarstwa, w przyjaznych stosunkach między egzaminatorami i studentami”256.

Były to cele pryncypialnie postawione i zarazem nader ogólne, co upodabniało je do niezliczonych zobowiązań podejmowanych w zakładach pracy. Bliźniaczo podobna do towarzyszącej wyrabianiu norm w przemyśle była także otoczka propagandowa. Podawano odsetki studentów przystępujących do egzaminów, zbliżające się do frekwencji w ówczesnych wyborach (95% w sesji zimowej 1955 r.), lecz oceniane jako niezadowalające. Wskazywano wydziały o wysokiej i niskiej frekwencji (w 1955 r. najwięcej absencji wykazał Filologiczny – 10%, najmniej Pedagogiczny – 2,3%) oraz przeciętne ocen257. Ogłaszano nazwiska „przodowników sesji”, publikując ich fotografie i cukierkowe charakterystyki („Jurek Szymański potrafi się uczyć. Przeciętna z trzech lat 4,8”), dopełniając je opisami świętowania zdanego egzaminu w akademiku przy winie i herbatnikach258.

Kontakt ze światem

„Był to czas zamknięcia Polski, w przenośni i dosłownie, czas odgrodzenia jej mieszkańców od świata zewnętrznego w stopniu nieznanym wcześniej ani później” – pisze Dariusz Stola o pierwszej połowie lat 50.259 Był to zarazem w Polsce okres spektakularnej ruchliwości wewnętrznej. Podobnie sprawy przedstawiały się na Uniwersytecie. Przeżywał on lata przekształceń strukturalnych i zmian profilu społecznego studentów, a zarazem odcięcia od naturalnego swego zaplecza i ntelektualnego – od kontaktów z zagranicą.

Restrykcje objęły import książek. Wedle instrukcji Skrzeszewskiego z czerwca 1949 r., uczelnia miała ustalać całoroczny plan zakupów, przekazywany do Państwowych Zakładów Wydawnictw Szkolnych, podległych Ministerstwu Oświaty. Do importu uprawnione był także Klub Międzynarodowej Prasy i Książki oraz wydawnictwa: Czytelnik, Książka i Wiedza oraz PIW. Uzasadnieniem centralizacji były nakazy dyscypliny budżetowej. Uniwersytet stawiał opór, próbując ocalić własne kanały sprowadzania wydawnictw „z ZSRR, z Paryża, British Council, z Hagi i z USA”. Biblioteka nawiązała te stosunki

po długich próbach. Dziś ma już zapewnionych dostawców i kredyt u księgarzy. Firmy wymienione w okólniku [...] będą musiały dopiero stworzyć swój aparat handlu zagranicznego i wyrobić sobie kredyty i stosunki. Działając centralnie, dla wielkich dostaw, nie będą mogły [...] pilnować należycie interesów Uniwersytetu. Tymczasem dla badań z zakresu medycyny, chemii, fizyki czy innych nauk przyrodniczo-matematycznych, książki, a przede wszystkim czasopisma tracą swą wartość aktualną częstokroć już po kilku tygodniach.

Takie argumenty nie mogły jednak wpłynąć na cofnięcie decyzji, służących tyleż dyscyplinie budżetowej, ile kontroli nad życiem intelektualnym. Uniwersytet mógł tylko usiłować poszerzać nieco pole aktywności, np. starając się o zezwolenie na sprowadzanie książek radzieckich przez księgarnię TPPR260.

Jakie były skutki nowego systemu? Obrazują je sprawozdania Komisji ds. Importu Książek i Czasopism Naukowych UW. Od 1 IX 1949 r. do 30 VI 1950 r. zamówiła ona 3486 książek, a otrzymała 575, oraz 1122 czasopisma, a otrzymała 621. Czasopism była przynajmniej nieco więcej niż połowa, książek 16,5%. Zresztą nadchodziły „bardzo nieregularnie i ze znacznym opóźnieniem”. Miało być gorzej. W drugiej połowie 1950 r. otrzymano 212 książek na 1715 zamówionych i 565 czasopism na 1138, czyli mniej niż połowę periodyków i 12% książek261. Reprezentowały one naukę krajów bloku wschodniego. Niemożność wyjazdu za Żelazną Kurtynę uniemożliwiała import prywatny. W katalogach bibliotek UW powstawała luka. Biblioteka Instytutu Matematycznego zaopatrywana była niemal wyłącznie z nabytków w księgarniach warszawskich, „a więc przeważnie podręczników polskich i rosyjskich”. W bibliotece Chemii ostatnie nowości światowe z zakresu chemii organicznej pojawiły się u progu lat 50.262

W 1952 r. Wydział Nauki KC informował kierownictwo partii o „żalach naukowców jakoby odcinano ich od zagranicznej nauki”, m.in. uniemożliwiając im opłacanie składek w towarzystwach naukowych i prenumeratę czasopism. Obie sprawy wymagały deliberacji w centralnych instytucjach władzy. Chodziło tyleż o sprawy polityczne, co i o cenne dewizy. Niektórzy naukowcy otrzymywali w końcu zezwolenia na wymianę walut, ale dopiero wtedy, gdy Ministerstwo Spraw Zagranicznych wypowiedziało się „o obliczu politycznym towarzystw lub czasopism”263. Na decyzje czekano długo. Należały one do dojmującej sfery Nieprzewidywalnego.

Odcięcie od Zachodu odbijało się także na dostępie do aparatury. W latach 40. była pozyskiwana różnymi drogami, w tym przywożona prywatnie, sprowadzana przez UNRRA i inne organizacje międzynarodowe. Uniwersytet otrzymywał oscylografy firm Philips, Hausman, Taylor i Du Mont, spektrografy Zeiss i Huet, czy aparaty rentgenowskie Hilger. Po 1950 r. przeważał w zakupach sprzęt radziecki lub czechosłowacki, nieraz wysokiej jakości (np. wyroby optyczne Meopta), lecz niemogący wypełnić luki technologicznej. Luka ta powiększała się zwłaszcza od 1953 r., nie bez związku z (tak pożądanymi społecznie) decyzjami o zwiększeniu nakładów na konsumpcję. To z nimi właśnie wiązać mieli jesienią 1953 r. pracownicy Geologii swe obawy, że wstrzymane zostaną ważne dla nich inwestycje. Obawy się potwierdziły. Nastąpił spadek dotacji, które wystarczały z trudem jedynie na bieżącą obsługę zajęć264.

Podobnie jak w sferze importu książek, uczelni odjęta została samodzielność w zakresie zapraszania gości zagranicznych. To ministerstwo określało, jacy naukowcy „przebywać będą w Uniwersytecie Warszawskim”. Zapewne te decyzje były uprzednio konsultowane z UW, moc decyzyjna leżała jednak w gmachu przy alei I Armii Wojska Polskiego. Uczelnię odwiedzali w ramach umów kulturalnych naukowcy węgierscy, wschodnioniemieccy czy czechosłowaccy. Oto w kwietniu 1953 r. gościć mieli dyrektor instytutu dziennikarstwa uniwersytetu w Lipsku oraz 4 naukowców węgierskich (prawnik, językoznawca, literaturoznawca i glacjolog)265. Niezależnie od tego, jak owocne mogły być te kontakty w poszczególnych wypadkach (a sama możliwość kontaktu miała swą wartość), były one – ogólnie biorąc – rzadkie.

* * *

Wielką rzadkością byli studenci z zagranicy. Ich odsetek na uczelniach polskich należał w połowie lat 50. do najniższych w Europie i zapewne na świecie. Średnia światowa wynosiła 1,8%. W Europie Zachodniej najwyższy wskaźnik notowano w Szwajcarii (27%), w Wielkiej Brytanii i Francji około 10%, we Włoszech i Grecji około 1,3%, w Hiszpanii 2,8%. Najwyższy wśród krajów bloku radzieckiego wskaźnik miała Czechosłowacja: 2%, podczas gdy np. Albania 1,6%, Rumunia 0,7%, a Polska o,4%266. W 1950 r. studiowało w Polsce 127 cudzoziemców, najwięcej Bułgarów (36) i Węgrów (28) oraz Polaków – obywateli Francji (14). W Warszawie studiowało 58 osób, w tym na UW – 15 (5 Albańczyków, 3 Chińczyków, po dwóch Jugosłowian i Węgrów, Bułgar, Ekwadorczyk i Francuz)267. Dwa lata później liczba studentów cudzoziemców w Polsce była ponad dwukrotnie wyższa (282), co wynikało przede wszystkim z przybycia grup Albańczyków, Czechów i Koreańczyków268. Największymi skupiskami cudzoziemców były w 1952 r.: Politechnika Warszawska (69) i Akademia Górniczo-Hutnicza (57). UW zajmował trzecie miejsce (52), nieporównywalne z innymi uniwersytetami (na Jagiellońskim kształciło się 7, na Wrocławskim 6 cudzoziemców). Wśród owych 52 osób niemal połowę stanowili jednak Koreańczycy (20) i Chińczycy (5), którzy przechodzili kurs języka polskiego, by następnie przenieść się na różne uczelnie. Pozostali to: 10 Albańczyków, 4 Polaków z Francji, 3 Węgrów, po dwóch Bułgarów, Jugosłowian i obywateli ZSRR, po jednym Ekwadorczyku i Francuzie, Szwajcarka oraz obywatel USA. W roku 1953 ilość cudzoziemców na UW spadła do 45, choć w skali kraju wzrosła do 439, w tym ponad jedna trzecia pochodziła z Korei269.

Przyjezdnym starano się zapewnić lepsze od przeciętnych warunki. Otrzymywali stypendia co najmniej 300 zł miesięcznie (zależnie od umów i lat studiów nawet do 1000 zł). Mieszkali za darmo w akademikach, umieszczani w nieprzeładowanych pokojach, z jednym-dwoma polskimi studentami, dobranymi przez organizacje młodzieżowe i PZPR (co nie zawsze chroniło przed „oddziaływaniami klerykalnymi”). Żywili się w stołówkach, a ZSP starał się zaopatrywać ich dodatkowo w masło i kiełbasę, aby osłonić nieco przed okropnymi niedoborami270. Organizowano dla nich kursy języka polskiego, seanse filmowe, turnusy wczasowe, jednak działalność tę oceniano wciąż jako niedostateczną, ubolewając, że stypendyści słabo znają Polskę, że nie widzieli „Nowej Huty, Krakowa czy Oświęcimia”. Studenci węgierscy na UW twierdzili, że po dwóch latach czują się równie wyobcowani, jak w pierwszych dniach pobytu. Zarazem jednak Węgrzy mieli się pozytywnie wyróżniać wynikami w nauce, osiągając średnie zbliżone do 4,5. Największe kłopoty pod tym względem mieli Albańczycy, bliscy dostatecznej, choć równie językowo odlegli od Polaków. Silniej różnili się jednak od nich kulturowo, z czym wiązały się konflikty w akademiku przy pl. Narutowicza, którego kierownictwo zirytowane było ignorowaniem przez Albańczyków zarządzeń. Mieli też wywierać „gorszący wpływ” na mieszkańców poprzez „częste śpiewy i głośne granie na instrumentach muzycznych w godzinach wieczorowych i nocnych”, a także zaczepiać dziewczęta271. Na ogół lubiano natomiast Koreańczyków, mniej Chińczyków, którzy bywali „przesadnie wymagający”. Natomiast z punktu widzenia organizatorów życia studenckiego postawa polityczna studentów albańskich, chińskich i koreańskich była bez zarzutu, tworzyli oni „jednolite kolektywy”, prowadzące systematyczną pracę wewnętrzną. Natomiast „najbardziej niezdyscyplinowany i niesumienny w nauce element” stanowili studenci polskiego pochodzenia z Francji. Starano się ich ściągać na studia do Polski; ambasada w Paryżu zapewniała w 1950 r. że studenci przekazywali wiadomości o „doskonałych warunkach”, jakie zastali. Na UW studiowało ich w 1952 r. dziewięcioro (jedna osoba na Wydziale Prawa, cztery w Sekcji Dziennikarskiej, jedna na geologii, dwie na filologii romańskiej, jedna na historii). Jeśli nawet nie skarżyli się na warunki, to nie wykazywali ochoty na poddanie się rygorom. Ignorowali zebrania i dyscyplinę studiów, woleli wakacje we Francji od przydziałowych wczasów w Polsce272.

Starania oficjalnych organizacji o integrowanie cudzoziemców z polskim otoczeniem miały swoje granice. Chodziło bowiem o łączenie się na zasadach kolektywu, nie zaś spontaniczne, nieraz daleko idące interakcje między studentami, które stanowiły raczej problem. Gdy bowiem student z Ameryki Południowej, o którym pisano, że „prowadził niemoralny tryb życia, nie uczył się”, zapragnął ożenić się z koleżanką z roku, z którą miał dziecko, ZSP sygnalizowało, że zjawisko „żenienia się studentów zagranicznych z naszymi obywatelkami” niepokojąco się nasila i prosiło władze partyjne „o wyjaśnienie, jakie powinniśmy zająć stanowisko w podobnych wypadkach”273. Nie znamy, niestety, tego wyjaśnienia.

Gdy w Polsce przebywało ponad czterystu cudzoziemskich studentów, liczba Polaków studiujących AD 1953 na szerokim świecie, ale wyłączając ZSRR, wynosiła 81 osób (na Węgrzech 30, w Czechosłowacji 20, w Bułgarii 13, w NRD 9, w Chinach 9). Wyłączając ZSRR, ponieważ tam właśnie przebywała wielka liczba polskich studentów, zresztą bez wzajemności, bowiem przyjazdy studentów radzieckich na uczelnie polskie były rzadkością. W 1953 r. w ZSRR studiowało 1404 stypendystów z PRL274. Niestety, nie wiemy, ilu spośród nich rekrutowało się z UW. Studia, szkolenia i staże badawcze w ZSRR miały w założeniu formować najbardziej świadomą grupę „nowej inteligencji”, jednak zarówno sprawozdania komisji wizytujących studentów polskich w ZSRR, jak wspomnienia tych, którzy stamtąd wrócili, ukazywały dwuznaczne skutki pobytów275. Miały one pewne znaczenie także dla przemiany poglądów warszawskich twórców „nowej rzeczywistości”. Leszek Kołakowski wyniósł z trzymiesięcznego szkolenia w Moskwie przekonanie, że tamtejsi filozofowie są „gromadą nieuków”. „Kiedy w 1954 roku Woroszylski wrócił z Moskwy po studiach, już był na «nie»” – wspominał Witold Wirpsza276.

5. III Światowy Kongres Studentów, Warszawa, wrzesień 1953 r.

„Na nie” był w tymże roku radziecki filozof Sudakow, zaproszony na Uniwersytet Warszawski i opuszczający go w przekonaniu, że trafił do siedliska reakcji. W gmachu mieszczącym Zakład Marksizmu-Leninizmu widywał księży w sutannach277. Sudakow należał do ok. 60 profesorów z ZSRR, zaproszonych na polskie uczelnie w pierwszej powojennej dekadzie jako wykładowcy i konsultanci. Wykłady radzieckich gości cieszyły się szczególną oprawą, odbywały się w najlepszych salach, a rektor wzywał na nie profesurę. Kierunek wschodni zastąpił więc w zasadzie wszelkie inne, a inteligencja odcięta została od swego do niedawna naturalnego zaplecza. Jeszcze w latach 1946–1950 ok. 230 osób (naukowców i studentów) pojechało do Francji. W 1950 r. nastąpiło zerwanie umowy kulturalnej i zamknięcie Instytutu Francuskiego, z następnych lat nie ma już śladów wyjazdów. Kontakty wznawiano począwszy od 1954 r.278 Wedle Jana Kotta efekty tego kilkuletniego zastąpienia relacji z Zachodem pobieraniem nauk na Wschodzie były przeciwne do zamierzonych. Jeśli bowiem powracający z Francji przed 1950 r. zdawali się często umocnieni w swych komunistycznych przekonaniach, ci wracający w następnych latach z ZSRR bywali z komunizmu „wyleczeni na zawsze”279.

Rewolucja i środowisko

Problemem, który przenika większość rozważań historycznych, jest zakres wiarygodności dokumentarnej warstwy rzeczywistości. Okres stalinizmu stawia tu spore wymagania. Zdaje się, że charakteryzował go szczególnie wielki rozziew między wizjami realiów: oficjalną i nieoficjalną, publiczną i prywatną, a także między wizjami poszczególnych zbiorowych aktorów. Problem ten ciąży na większości podejmowanych tu rozważań. Cóż bowiem powiedzieć można na podstawie dokumentów np. o akcji szkoleń ideologicznych dla pracowników UW? Organizował je związek zawodowy od roku 1950/1951, osiągając początkowo niewielkie sukcesy frekwencyjne. Jednak już w roku następnym istniało (przynajmniej na papierze) 15 grup pracowników naukowych i 14 – administracyjnych. Wedle sprawozdań obserwowano wśród słuchaczy „pozytywne przemiany”, niewątpliwy element scenariusza. Oto na zebraniu w sprawie projektu konstytucji PRL stawiło się 13 II 1952 r. ponad 250 pracowników administracyjnych. Dziesięcioro zabrało głos, opowiadając m.in. o swym awansie społecznym280. Co dokładnie mówili, nie wiemy. Zważywszy na niewielkie grono aktywnych uczestników, skala „pozytywnych przemian” wydaje się ograniczona. Aby je wzmocnić, zorganizowano także, wśród mobilizacyjnej retoryki, akcję „samokształcenia ideologicznego”. Choć przedsięwzięcie firmował ZNP, odprawy dla organizatorów zwoływano w lokalu PZPR. Zwolnienie z kursu uzyskać mogli ci, którzy już przeszli odpowiednie szkolenie „z postępem dobrym”, chociaż i oni – wskazywano – odnieśliby korzyść, przystępując do samokształcenia. Jego zasadniczą część stanowić miała samodzielna lektura tekstów (w ustalonej kolejności i terminach) oraz pomocnicze seminaria, wykłady i konsultacje. Kurs niższy zasadzał się na materiałach Wszechnicy Radiowej, wyższy na lekturze Krótkiego kursu historii WKP(b), publikowanego właśnie w wielkich nakładach, elementach pedagogiki Kairowa, omawianiu aktualności politycznych. Wykładano teorię marksizmu (m.in. „Sprzeczności wewnętrzne kapitalizmu”), historię ruchu robotniczego („Walka proletariatu z burżuazją w okresie I Międzynarodówki”), dzieje ZSRR („kraj budującego się komunizmu, na czele obozu pokoju i postępu”) i sprawy polskie, np. konstytucję PRL281. Sztafaż ideologiczny był standardowy, znaczna część uczestników z pewnością wykraczała ponad „standard” wiedzą i horyzontami; można się domyślać widowiska, które byłoby ilustracją tez o powierzchownym przystosowaniu i o stosowaniu ketmanu – lecz jest to może kolejna łatwo się nasuwająca klisza?

Na kierunkach ścisłych i eksperymentalnych chroniono się przed agresywną ideologizacją w świecie praw fizyki, równań matematycznych, doświadczeń w laboratoriach. Geografowie czy geolodzy mieli swoje zajęcia praktyczne i wyprawy terenowe. Lingwiści mieli swe struktury gramatyczne i przyjemności tłumaczeń, choć wdzierały się w ich naukę promowane agresywnie teorie akademika Marra, a po ich nagłym obaleniu – tezy Stalina o językoznawstwie. Kanonicznym elementem wykładów musiały się stać powtarzane z jego broszurki prawdy o przynależności języka do bazy lub nadbudowy. Na biologii podobne znaczenie zyskały odkrycia Łysenki i Miczurina, jak się zdaje, trudniejsze do wtopienia w rzetelne wykłady. Te elementy wykładów służyły właśnie jako probierz ideologicznej czystości w oczach aktywistów młodzieżowych i partyjnych. Służyły także torowaniu sobie drogi kariery przez pozbawionych skrupułów przedstawicieli środowiska naukowego. Historycy czy historycy sztuki znajdowali w ramach politycznych paradygmatów możliwości gruntownych badań dziedzictwa artystycznego odrodzenia czy struktur wsi pańszczyźnianej, zmuszeni jednak co najmniej do przyjmowania w milczeniu marksistowskich interpretacji sensu dziejów, obrazowanych w podręcznikach do historii starożytnej Siergiejewa i Maszkina, tak jak pedagodzy musieli uznać za podstawową wykładnię swej nauki podręcznik Kairowa, a psychologowie – Tiepłowa. W szczególnej sytuacji byli przedstawiciele filozofii, znajdującej się w centrum zainteresowania politycznego. Na Wydziale Filozoficznym konflikty ideologiczne miały stosunkowo ostry przebieg, zaś organizacja studiów – „rewolucyjny” charakter, zbudowana na zasadzie grup zetempowskich. Zarazem wydane w masowych nakładach tłumaczenie słownika Rozentala i Judina, politgramoty radzieckiej filozofii, było nie do przyjęcia nie tylko dla piętnowanych zwolenników „idealizmu”, lecz także dla ambitnych marksistów. Przyczynili się oni wszak do powstania „Biblioteki Klasyków Filozofii”, w której ramach wydano dzieła Hobbesa czy Kanta, a która nie mogła mieć odpowiednika w ZSRR. Przedstawiciele socjologii stracili zaś w dużej mierze możliwość kształcenia kadr w swej specjalności. Ostatnią rekrutację na studia socjologiczne przeprowadzono w 1948 r., po czym zastąpiło je trzyletnie Studium Nauk Społecznych, które nie dawało tytułu magistra. Paradoks polegał na tym, jak pisze Jerzy Szacki, że spotkało to dyscyplinę, której przedstawiciele „w największym bodaj w humanistyce polskiej procencie sympatyzowali z ideami lewicy”282. Podejmowano jednak pewne próby badań empirycznych, którym patronował Julian Hochfeld. SNS łączyło socjologię, filozofię, pedagogikę i psychologię. Jak wspominał jego absolwent, sztywny układ zajęć robił wrażenie szkolne. Wśród wykładowców byli jednak Witold Kula, Stefan Ossowski czy Edward Lipiński283. Na tym właśnie polegała jedna ze sprzeczności tej ponurej epoki: studenci UW, jak by nie byli dyscyplinowani, mieli na wielu kierunkach szansę zetknięcia się z uczonymi niezwykłej miary, niekiedy na skalę stulecia, by wymienić Tadeusza Kotarbińskiego, Tadeusza Manteuffla, Kazimierza Michałowskiego, Jerzego Pniewskiego, Wacława Sierpińskiego.

W zestawieniu z doświadczeniami ówczesnych uczelni czeskich czy rumuńskich akcje polityczne podejmowane na UW zdają się umiarkowane, choć bywały szokujące dla świadków. Nie wyrzucano z pracy całych zespołów, jak na uniwersytetach w Pradze czy Bukareszcie. W tym pierwszym przypadku do czystki wśród profesury doszło po puczu komunistycznym w 1948 r., a przeprowadzona była ona pod naciskiem organizacji młodzieżowych284. W drugim przypadku władze uznały uczelnię za podporę dawnego „faszystowskiego” reżimu i dokonały brutalnej selekcji kadry, wskutek której np. na Wydziale Filozofii ostało się w 1948/1949 r. tylko 3,5% obsady z 1944 r., na Prawie 35%, zaś na łagodnie potraktowanej Matematyce-Fizyce 60%. Wkrótce nastąpiły kolejne czystki. W 1950 r. na Wydziale Prawa spośród zatrudnionych w 1944 r. 75 osób pracowało tylko 5285. Reżim rumuński obszedł się nader łaskawie z tymi spośród odsuniętych, którym udało się zatrudnić w Akademii Nauk; wielu ich kolegów zostało zamęczonych w więzieniach w Syhocie i Aiud oraz na budowie kanału Dunaj-Morze Czarne. Ogromna trauma wywołana przez te wydarzenia kształtowała w następnych dekadach konformizm świata naukowego Rumunii.

Niczego porównywalnego nie zaznały w okresie stalinizmu polskie kadry naukowe. John Connelly, próbując wyjaśnić względnie łagodny – na tle przeżyć naukowców czeskich i wschodnioniemieckich – charakter tego okresu w Polsce, wskazuje szereg zjawisk. Pierwszym byłaby, wedle niego, „przednowoczesna” struktura polskiej nauki. Nie została ona zorganizowana przez państwo w XIX w., pozostając przede wszystkim domeną silnie powiązanych środowisk, które wytworzyły tradycję oporu wobec władzy. Właśnie pojęcie środowisko Connelly uznaje za kluczowe, a pozbawione semantycznego odpowiednika w Niemczech i Czechach. Drugim kluczowym zbiorem zjawisk byłby charakter okupacji lat 1939–1945, ogrom strat wojennych i znaczenie odbudowy, powodujące silną integrację ludzi nauki i tworzące, mimo wszystko, pozytywną – oraz pozytywistyczną – aurę, wpływającą także na postępowanie władz. Postępowanie to zdawałoby się również miarkowane przez fakt, że środowisko było zintegrowane wokół wartości współdziałania z okresu Państwa Podziemnego. Wreszcie, sądzi Connelly, partia komunistyczna miała niesłychanie nikłe poparcie wśród polskich studentów i ludzi nauki, dlatego musiała szukać pośredników w kontaktach ze środowiskiem. Rolę tę pełnili pojedynczy naukowcy o lewicowych poglądach, „progresiści” torujący drogę partyjnym wpływom, jednak niewchodzący w ostrą konfrontację z otoczeniem. Amerykański badacz wskazuje także na znaczenie religijnego tła kulturowego, wyraźnego w polskim świecie akademickim286.

Łatwo skonstatować, że tego rodzaju okoliczności mogłyby wywołać zupełnie przeciwstawne efekty, jak to się stało w Rumunii: „reakcyjny” charakter świata akademickiego i nikłe w nim wpływy partii komunistycznej mogłyby pchnąć władze do brutalnej rozprawy w momencie utrwalenia się stalinowskiego typu dyktatury. W Rumunii przyjęto już w 1948 r. kopiowaną z radzieckiej ustawę o szkolnictwie wyższym, która starła ślady autonomii i wywróciła cały model nauczania i kariery naukowej. W Polsce zwlekano z tym jeszcze przez 3 lata, które – wobec dynamiki stalinizacji w bloku – były całą epoką. Wchodzenie w tego rodzaju rozważania byłoby oczywiście wchodzeniem w specyfikę „polskiego komunizmu”, co nie należy do tematu tej pracy. Zasugerować można jedynie, że sytuacja szkolnictwa wyższego, nawet jeśli Connelly idealizuje zwartość i oporność środowiska, zdaje się potwierdzać szczególną niekonsekwencję, płytkość czy też powolność ustanawiania totalitaryzmu w Polsce.

Oczywiście, sprawa przedstawia się inaczej przy lekturze wydartych z tego szerszego kontekstu enuncjacji polskich ministrów i organizatorów nauki, działaczy partyjnych i zetempowskich, a także wspomnień i świadectw osób, które poddane były indoktrynacji lub represjom. Środowisko, jeśli pod tym pojęciem rozumieć ludzi związanych pewnym habitusem, wyobrażeniami społeczno-politycznymi i sieciami solidarności, jawiło się organizatorom „nowego życia” jako układ, który należy skruszyć. Środki trudno porównać ze stosowanymi w Rumunii czy NRD, lecz cele określano podobnie. Podobny narzucano też sztafaż, choć liczba haseł propagandowych czy portretów Stalina wyraźnie różniła się pomiędzy krajami i najpewniej pomiędzy uczelniami, tak jak liczba godzin spędzanych na przymusowych zebraniach czy szkoleniach. Hasła, zebrania i szkolenia wryły się jednak w każdym wypadku w pamięć o epoce, choć wspomnienie mogło być – w wypadku polskim – pozbawione śladów wielkiej traumy. Oto Stefan Kieniewicz mówił, że jako dziekana nękała go wprawdzie plaga „posiedzonek”, ale że, bezpartyjny, wolny był od obciążeń politycznych, które brał na siebie Rafał Gerber („pośrednik”, jak chce Connelly); że wprawdzie musiał „paradować” w pochodzie pierwszomajowym 1954 r., ale „w czasie nieuniknionych postojów naszej kolumny robiłem na stojąco wziętą z sobą przezornie korektę”287. Oczywiście, relacji tej można przeciwstawić wiele innych. Należy też zauważyć, że profesura cieszyła się pewnym immunitetem, jakiego nie mieli młodzi pracownicy czy personel biblioteczny. Sytuacja historyków była zapewne szczególna, bliska cechom środowiska, o jakim pisze Connelly. Dyktatura rozbijała społeczne struktury porozumienia i współpracy, a środowiskowy opór wobec tych tendencji oznaczał skłonność do zamykania się w grupie i zmniejszał wiedzę o losach i przeżyciach drugich.

6. Studenci Wydziału Prawa UW, członkowie AZS, na pochodzie pierwszomajowym, 1 V 1952 r.

* * *

Część przynajmniej polskich „kreatorów systemu” zdawała sobie sprawę, że ataki na elity uniwersyteckie mogą mieć niepożądane skutki. „Aparat uczelni – administracyjny, sprzężony z naukowym – nie może być z całą mocą krytykowany i kontrolowany przez ZMP [...], gdyż każde uderzenie w ten aparat bije jednocześnie w autorytet profesorów” – pisano w notatce z 1950 r.288 Z punktu widzenia profesury roszczenia studentów w czerwonych krawatach do kierowania życiem społeczności były trudne do zniesienia. Jednak niełatwo było się im przeciwstawić, nie tylko z powodu stojącej za nimi machiny politycznej. Także dlatego, że postawy młodych aktywistów bywały trudne do jednoznacznej oceny.

Radykalizm młodzieży nie był zjawiskiem nowym. Pracownicy UW pamiętali jego międzywojenne przejawy. Zetempowcy nie okładali nikogo laskami, nie próbowali okupować uczelni. Nie musieli. Terror wzięło na siebie państwo; o aresztowaniach i torturach krążyły budzące grozę opowieści. Trudno było jednak powiązać z nimi energiczne studentki, zdające się żywym obrazem „pochodu młodości”, organizujące narady, zloty, wyjazdy na wykopki. Ten zapał doceniał niekiedy Borowy, konserwatysta i katolik. Nowy obyczaj pożegnalnych przemówień aktywistek na ostatnich zajęciach semestru uznał za „dodatni wpływ forsownej kultury organizacyjnej!”289. Sam uczony przecież z trudem mieścił się w kręgu tej kultury, jako przedstawiciel przedwojennej profesury, ideowo zróżnicowanej, pamiętającej o dawnych konfliktach środowiskowych, ale naznaczonej przez wspólny habitus, skłonnej bronić resztek autonomii, nieufnej wobec władz zewnętrznych.

Stałe reorganizacje, tworzące nowe katedry i obsady zajęć, miały niewątpliwie osłabiać spoistość tej grupy. Ministerstwo naznaczało własnych kandydatów na katedry i wprowadzało upatrzone osoby do kadry. Jak by wynikało z zapisków Borowego, który jako kierownik seminarium zmagał się z tego rodzaju praktyką, możliwe tu było (przynajmniej w 1949/1950 r.) stawianie oporu. Dziekan przekazywał żądania ministerialne, a odbierał protesty i propozycje Borowego. Ten nie godził się na dwie naznaczone mu do ćwiczeń osoby i tworzył własną listę obsady. Przez wiele tygodni trwały przetargi, w których ministerstwo ustąpiło w jednym przypadku, Borowy także w jednym (i wkrótce „zameldował” mu się nowy asystent). Ministerstwo forsowało nieustępliwie pewną kandydatkę, która jednak, świadoma swej sytuacji, zrezygnowała sama. Byłoby to dowodem na znaczenie opinii środowiska. Zatrudniony zaś na polecenie ministerialne przedstawiciel „nowego” literaturoznawstwa Stefan Żółkiewski, który wcześniej brutalnie zwalczał piórem Borowego, utrzymywał z nim poprawne stosunki i w odróżnieniu od „pryszczatych” asystentów nie przyłączał się do ataków na kolegów, choć kierował de facto sprawami personalnymi katedr polonistycznych. Atak, z którym liczył się Borowy, znając zajście na seminarium filozoficznym Władysława Tatarkiewicza, przypuścić jednak mogli studenci290.

W pierwszej połowie 1950 r. atmosfera zagęszczała się. Studentka filozofii Krystyna Zwolińska zauważała,

że zarówno wykłady Tatarkiewicza, Kotarbińskiego, jak i Ossowskiego były z ogromną skrupulatnością notowane przez naszych kolegów z „lewicy”. Robiło to wrażenie, że każdy z nich wypełniał przydzielone mu przez jakąś „górę” zadanie, mające służyć do przygwożdżenia burżuazyjnego charakteru filozofii kwitnącej dotąd na UW291.

Napięcie panowało na seminarium Ossowskiego, który pozwalał sobie nawet na sceptycyzm wobec językoznawczych odkryć „pana Stalina”292. Terenem natarcia „studentów, członków PZPR”, jak o sobie mówili, stało się seminarium Tatarkiewicza. Grono to, pryncypialne i emocjonalne, wyczuwało obecność przeciwnika, czyli studentów wyznających „idealistyczne” poglądy i bliskich Kościołowi. Podejrzewało profesora o sprzyjanie tym drugim i starało się doprowadzić do odsłonięcia ich „właściwego oblicza”. Mimo wstrzemięźliwości niemarksistów doszło do sporu o charakter dobra: bezwzględny czy klasowo uwarunkowany. „Z początku próbowaliśmy prowadzić dyskusje” – wspomina Bronisław Dembowski, późniejszy biskup. „Wy, Dembowski, mówicie jak burżuj!” – usłyszał od Henryka Hollanda, partorga Sekcji Filozoficznej293. To Holland oświadczył na seminarium 27 III 1950 r., że studenci zamierzają odczytać list do Tatarkiewicza. Ten oponował, lecz zarzucono mu niedopuszczanie marksistów do głosu. List został odczytany przez Leszka Kołakowskiego. Odwołując się do „walki” pomiędzy etyką materialistyczną a idealistyczną etyką burżuazyjną, oskarżano w nim reprezentantów tej drugiej o przekroczenie „dopuszczalnej granicy w atakowaniu naukowego światopoglądu proletariackiego”. Przytoczono wypowiedzi uznane za atak ideologiczny (m.in. krytykę tez o klasowości zasad etycznych) i oskarżono Tatarkiewicza o ucinanie „słusznych” i podsycanie wrogich wystąpień na seminarium utrzymywanym wszakże „ciężką pracą polskiej klasy robotniczej”. Zarazem autorzy listu określali siebie jako „gorących zwolenników swobody myślenia”294. Tatarkiewicz przekazał list dziekanowi z uwagą, że marksiści dominowali na seminarium, otrzymując różne ułatwienia (Kołakowskiego sam zaprosił, dwoje innych przyjął, choć nie spełniali wymagań), zaś „inni uczestnicy niezmiernie rzadko zgłaszali się do głosu”. Prosił, aby dziekan osądził, czy sposób wystosowania listu odpowiada „dobrym obyczajom akademickim”295. Te obyczaje traktowano jednak jako przeżytki liberalnej tradycji. List – z pewnością przekazany instancjom partyjnym i do ministerstwa – stanowić mógł tylko pretekst do odsunięcia Tatarkiewicza od nauczania. Cztery miesiące później wezwany został z urlopu przez Krassowską, która oświadczyła mu, że pozostanie profesorem UW, lecz bez prawa prowadzenia zajęć. W tym czasie podobnie postąpiono w Warszawie z Ossowskimi, w Krakowie z Romanem Ingardenem, w Toruniu z Henrykiem Elzenbergiem296.

Seanse krytyki i samokrytyki organizowano na dużą skalę, zwłaszcza w formie tzw. narad produkcyjnych, które od początku 1950 r. obowiązane były robić wszystkie wydziały. Sama nazwa sugerowała przekształcenie Uniwersytetu w zakład wytwórczy. Dawano do zrozumienia, że dyskusje mają zmieniać stan świadomości i pchać ku wykonaniu zadań. Oto pierwsza narada Wydziału Matematyczno-Przyrodnicznego (25 III 1950 r.) miała „doprowadzić do usprawnienia i przyśpieszenia studiów w celu najszybszego uzupełnienia kadr wysoko kwalifikowanymi fachowcami chemikami”297. Byłoby to możliwe dzięki ujawnieniu „braków”, wykazywanych w referatach, wygłaszanych przez zampowców. Padały „zarzuty zarówno w stosunku do studentów, zakładów i asystentów włącznie z podawaniem nazwisk”298. Dlatego naradom towarzyszył niepokój. Zarazem, jak wynika z zapisków Borowego, który doświadczył tego rodzaju spektakli, objawić się na nich mógł opór, co zresztą spełniało oczekiwania „aktywu”, nadając dynamikę jego działaniom. Zapiski te potwierdzają także, że wśród kreatorów „nowej rzeczywistości” byli wybitni studenci; że narada mogła spełnić swe zadanie jako przegląd działalności dydaktycznej, lecz była przede wszystkim sposobem konformizacji, gdy profesorowie „dostrajać” się musieli do narzuconego języka dyskusji.

„Dwie przyjazne grupy studentów przestrzegają mię przed «atakiem», który ma być do mnie przypuszczony na «naradzie produkcyjnej»” – notował Borowy 19 IV 1950 r. Jego opis narady pierwszego roku polonistyki, która odbyła się następnego dnia, wart jest przytoczenia:

Dobrze wyreżyserowane widowisko, cokolwiek przydługie (od 17 do 22)! Znakomita przewodnicząca. Dwie studentki (spośród najzdolniejszych) czytają referaty: jeden z własnymi obserwacjami, drugi – streszczający wyniki ankiety (urządzonej przez Zrzeszenie Kół Naukowych wśród słuchaczy I r., z odpowiedziami bezimiennymi). Poszczególne motywy, bardzo umiarkowanie sformułowane w tych referatach, rozwijane są bardziej con fuoco przez mówców spośród wielkiego tłumu (cała wielka sala audytorium humanistycznego I wypełniona). Krytyka dotyczy spraw technicznych, organizacyjnych (np. niewygodnego rozkładu godzin), ale także i metody pracy (wychodzi na jaw np., że jakieś „ćwiczenia” z jęz. polskiego są prowadzone metodą... wykładową, a zakresy pewnych obowiązujących ćwiczeń, też językowych, zachodzą na siebie tak wybitnie, że nie widać różnicy). W ćwiczeniach prof. W[acława] B[orowego] krytykuje się nadmiar materiału z literatur obcych; w wykładach – brak powiązań społecznych i brak wyjaśniania „praw rządzących literaturą”. Ton na ogół poważny, ale staje się gwałtownym, kiedy ktoś występuje z krytyką rozdziału stypendiów i oświadcza, że nie widzi racji, dla której metoda marksistowska miałaby panować wyłącznie. Odzywa się jeszcze i kilka innych głosów „opozycyjnych”, m.in. w obronie moich wykładów. Boję się, żeby ci opozycjoniści nie mieli kłopotów. Pod koniec zebrania przemawiają profesorowie, ja najdłużej, dostrajając się do typu retoryki panującej na zebraniu. Zresztą muszę mówić nie tylko jako profesor, ale i jako Kierownik Seminarium, więc i o kwestiach organizacyjnych, bibliotecznych i in. Dla uniknięcia nieporozumień oświadczam, że nie jestem marksistą, ale sądzę, że i marksistom opis literatury ze stanowiska mojego (człowieka, który „nie zna praw rządzących literaturą”) może się przydać (tak jak mnie się przydają nieraz prace marksistów, nie naszych co prawda, ale radzieckich). Nie podejmuję pytań, które właściwie były adresowane do czynników decydujących o obsadzaniu katedr. Żółkiewski wygłasza mowę krótką, pojednawczą, rozwija kilka motywów wprowadzonych przeze mnie (o badaczach radzieckich), dziękuje za zarzuty, które jemu postawiono (że używa zbyt długich okresów i zbyt wielu wyrazów obcych), i obiecuje, że się będzie starał w przyszłości na nie nie zasłużyć. Wracam do domu wyczerpany, z głową obolałą299.

Dwa tygodnie później Borowy był świadkiem narady bardziej pryncypialnej, którą „niebacznie sprowokował [Jerzy] Pelc”, objąwszy nowe zajęcia i chcąc poznać oczekiwania studentów. Wykorzystała to grupa aktywistów i zebranie

nabrało charakteru procesu, w którym Pelca oskarżano o mnożenie dyskusyj zbytnim formalizmem logicznym, o zamykanie się w ciasnym materiale literackim i, naturalnie, o zamykanie dostępu metodzie marksistowskiej. Przemawiali ciągle w kółko ci sami mówcy (przewodniczący był oczywistym niedołęgą), ale (kobiety zwłaszcza) z wielką furią.

Do ataku przyłączył się asystent, jeden z naznaczonych przez ministerstwo (przyszły istotny krytyk literacki), „ani się krępując koleżeństwem, ani dając dowód wielkiej znajomości rzeczy, o które chodziło”. Atmosferę zmienili jednak [Zofia] Szmydtowa i Żółkiewski: „Ich przemówienia miały zabarwienie komiczne i rozładowały ponury nastrój”300. To charakterystyczny motyw: profesura, także „zaangażowana”, starała się zmniejszać napięcie. Gdy na naradzie Fizyki studentka skrytykowała w referacie jednego z wykładowców, budząc dyskusję, Leopold Infeld reagował: „Trzeba sprawę stawiać prosto. Są studenci, którzy chcą, by wykład był wolniejszy, by był plan wykładu, ale są inni, którzy wcale tego nie uważają. Niewłaściwą rzeczą byłoby robić jakąś wielką sprawę”. Podobnie na naradzie Chemii adiunkci „prostowali wypowiedź referenta”, broniąc pewnych praktyk i wspierając się wzajemnie301. Zarazem jednak bojowo nastawiona część młodej kadry potrafiła wytworzyć wokół „idealistów” atmosferę bardzo nieprzyjemną. Tak to zapamiętał słuchacz wykładów na Wydziale Filozoficznym, późniejszy fotografik Aleksander Jałosiński: „nie mieli litości nad starymi profesorami, wyśmiewali ich, wykpiwali. To było straszne widowisko”302.

* * *

Środowisko starało się niewątpliwie ocalić elementy dawnego habitusu, co wśród ruin i pauperyzacji z jednej strony, a ideologicznej i organizatorskiej presji z drugiej było trudne. W latach 50. miało jednak wciąż swoje znaczenie powojenne odnalezienie siebie nawzajem, wbrew „utracie świata”. Dlatego tak istotne były towarzyskie spotkania, jak te grupy polonistów w kawiarni Mazovia przy ul. Ordynackiej. Gdy w maju 1950 r. nagle skrócono godziny pracy kawiarni, mogli się o 21.00 przenieść do któregoś z mieszkań profesorskich w pobliskim domu przy ul. Sewerynów. Życie towarzyskie powiązane było z naukowym, niezależnie od szkoleń i „posiedzonek” realizowano przecież pasje badawcze i dokonywano odkryć. Fizycy Marian Danysz i Jerzy Pniewski spotykali się w kawiarni Niespodzianka na MDM, niedaleko budynku swego Instytutu, i tam rozważali zagadnienia cząstek elementarnych, dochodząc do odkrycia hiperjąder303.

Być może w klubie pracowniczym UW, zwanym potem klubem profesorskim, nie doszło do rewelacji tej miary, lecz służył on od schyłku stalinizmu jako miejsce intensywnego życia towarzyskiego. W odróżnieniu od Mazovii czy Niespodzianki, jego założona funkcja była jednak ideologiczna, a potrzeba jego uruchomienia opisana została jesienią 1952 r. jako „zadanie o pierwszorzędnym i zasadniczym znaczeniu”. Otrzymał on pomieszczenie na parterze Pałacu Kazimierzowskiego (dzisiejszą Salę Brudzińskiego)304. Inżynier z pracowni Biegańskiego, „nie formalizując sprawy”, sporządził projekty wnętrza i stylowych mebli. W grudniu 1952 r. kupiono jednak meble standardowe, a także pianino, dywan i urządzenia bufetu, choć plany były ambitniejsze, a spis koniecznych ruchomości zawierał, obok odkurzacza elektrycznego i ekspresu do kawy, popiersia „tow. tow. Bieruta i Stalina (kolor biały)”305. Ostatecznie Klub Pracowników Naukowych UW im. 1 Maja otwarto zapewne w drugiej połowie 1953 r. Rok później miał już „swoich stałych bywalców”, zainteresowanych nie tylko kawą, ciastkami, winem i prasą, lecz i koncertami „umuzykalniającymi”, odczytami naukowymi i politycznymi, a może zwłaszcza piątkowymi audycjami telewizyjnymi. Mimo narzekań na przeciążenie kierowniczki, awarie telewizora i okresy martwoty, Klub stał się ośrodkiem spotkań i dyskusji, coraz bardziej zróżnicowanych w rytm narastania zmian nazwanych odwilżą. Można w nim było słuchać wrażeń z podróży do Wietnamu, z wiedeńskiego kongresu filozoficznego, z pobytu w Berlinie – wrażeń ze świata, których łaknęło środowisko uczelniane306. Niezależnie od tego klub był jednym z tych nielicznych miejsc, w których pracownik UW mógł odetchnąć od obowiązków, zapomnieć o codziennych kłopotach z zaopatrzeniem domu i o swej często fatalnej sytuacji mieszkaniowej.

Skromność mieszkania

„Zaskoczyła mnie skromność mieszkania: niemowlę w koszyku, posłanie na podłodze, jakiś stołek i mnóstwo książek”. Tak studentka polonistyki wspominała odwiedziny w domu wykładowczyni literatury staropolskiej307. Opisane warunki nie należały do najtrudniejszych. Napotkać można było wśród kadry UW znacznie gorsze; w każdym razie sprawozdania miały ponurą wymowę, choć bywały zapewne przejaskrawione, służąc zabiegom uczelni o kolejne pule mieszkań. W kontekście warunków warszawskich realia życia pracowników UW były bliskie średniej. W skali jednostkowej pozostawały dojmujące; nadawały ton codzienności: zapach ubraniom, barwę cerze, atmosferę rozmowom i pracy.

Oto jakie opowieści wymieniać mogli pracownicy Zakładu Chemii Nieorganicznej. Asystent mieszkał na Mokotowie w dwóch pokoikach bez kuchni, z ojcem, siostrą i macochą, oddzielony od żony, która była sublokatorką na Powiślu (po urodzeniu dziecka przeniosła się do rodziców aż na Dolny Śląsk). Aspirant zajmował z żoną pokój o powierzchni 7 m2 przy ul. Targowej, z ustępem w podwórzu, ciemny i wilgotny. Cierpiał na gruźlicę. Zaraziła się tą chorobą (od ojca) także asystentka, mieszkająca z mężem u rodziców. Laborant zajmował z żoną i trzema synami wilgotną, 15-metrową izbę suteryny przy ul. Mokotowskiej; dzieci chorowały na krzywicę. Sytuację woźnego Zakładu, mieszkańca Okęcia, opisano w ten sposób:

Mieszka jako sublokator w kuchni. Sypia na jednym łóżku z drugim sublokatorem (z braku miejsca drugiego łóżka nie można ustawić). Żona mieszka jako sublokatorka przy ul. Wawelskiej [...] w jednej izbie z właścicielką mieszkania, staruszką – emerytką. Spodziewa się dziecka308.

Wielu pracowników UW mieszkało na samej uczelni. Jesienią 1949 r. w gmachach uniwersyteckich pobierano opłaty od 128 głównych najemców. Według zestawień z 1951 r. w obrębie zabudowań Krakowskiego Przedmieścia, w pokojach przeznaczonych na cele naukowe, mieszkało 76 osób, większość od 1945 r. Byli to przeważnie pracownicy fizyczni (woźni, ślusarze, portier, kucharka, sprzątaczka, szofer, malarz), a także dwóch laborantów, urzędnik, intendent, adiunkt (zajmował 2 izby w Seminarium Filozofii) i profesor (Witold Jabłoński mieszkał nadal w Seminarium Literatury Polskiej). Były to lokale o przeróżnym standardzie; niektóre przypominały mieszkania, inne dziuple. Gdy mieszkanka Auditorium Maximum chciała odstąpić swe lokum innej pracownicy UW (sama przenosiła się do Radości), Oddział Gospodarczy nie wyraził zgody, ponieważ lokal jest „kabiną po aparacie projekcyjnym”. Pewien woźny zajmował z trzema osobami jedną izbę o powierzchni 15 m2, kucharka mieszkała w pokoiku 8,4 m2, a sprzątaczka na niespełna 6 m2. Profesor natomiast z jedną osobą zajmował dwa pokoje o powierzchni 35 m2, ale asystent z trzema – izbę o powierzchni 21,4 m2. Poza Krakowskim Przedmieściem pracownicy UW mieszkali m.in. w budynku Chemii (18 osób) i Fizyki (16). Jesienią 1952 r. oceniano, że przeniesienie lokatorów budynków uniwersyteckich wymagałoby pozyskania 142 izb, liczby astronomicznej w zestawieniu z pulami dostępnymi w ZNP czy ministerstwach309.

Nawet bardzo skromne mieszkania na terenie UW miały zalety, przede wszystkim uwalniały od okropnych dojazdów i dawały przyjazne na ogół otoczenie społeczne. W pobliżu znajdowało się dużo sklepów zaopatrzonych lepiej niż na peryferiach, przychodnia pracownicza, placówki kultury. Istniały też niewątpliwe powody do narzekań. Jeden z nich stanowiły psy, trzymane na wybiegu Akademii Medycznej.

Jęki i wycia okaleczonych zwierząt, na których robi się ustawiczne doświadczenia, rozlegają się po całych dniach, zwiększają się wieczorami i nocami, nie pozwalając zasnąć dzieciom i przyczyniając się w ten sposób do znacznego podrażnienia ich systemu nerwowego, uniemożliwiając należyty wypoczynek pracownikom, nie mówiąc już o wykonywaniu jakiejkolwiek pracy umysłowej w tych warunkach.

Sprawa stała się przedmiotem korespondencji między rektorami i oparła o redakcję „Expressu Wieczornego”. Innym utrapieniem były niechlujne śmietniki, wokół których roiły się muchy, przyciągane odpadkami Akademii, w tym truchłami psów, szczurów czy żab. W obu sprawach mieszkańcy (i telefonistki z Centrali UW) długotrwale monitowali rektorat i zapowiadali interwencję u władz miejskich310.

Czymże były jednak takie problemy wobec losu pracowników, którzy nie posiadali mieszkań lub których schronienia z trudem mieściły się w tym pojęciu? Przygotowana jesienią 1951 r. lista pilnie potrzebujących odzwierciedlała prawidłowości sytuacji mieszkaniowej w Warszawie. Ogólnie biorąc, najcięższe warunki mieli pracownicy fizyczni, im zaś wyższa pozycja społeczna, tym mniej było wymagających pomocy. Kilkoro profesorów znajdowało się w trudnej sytuacji z powodu zamieszkiwania „daleko do pracy” czy też „małego metrażu”. Większość wskazanych na 47-osobowej liście stanowili urzędnicy i pracownicy fizyczni. Siedmioosobowa rodzina woźnego zajmowała izdebkę wielkości 7,5 m2. Woźna mieszkała z córką, zięciem, wnukiem i kuzynką w izbie o powierzchni 11 m2 w drewnianej ruderze. Urzędniczka dzieliła z pięciorgiem osób izbę o powierzchni 18 m2. W pomieszczeniu mniejszym o połowę egzystowała kelnerka stołówki uczelnianej z mężem i dzieckiem oraz współlokatorem chorym na gruźlicę. Powtarzały się informacje o wilgotnych suterenach i spróchniałych drewniakach. Rok później wskazywano już 70 pracowników w trudnych warunkach, przy czym jedna trzecia podań zalegała od lat 1946–1947311.

Na tym tle wyróżniały się nieliczne osoby ze środowiska profesury przedwojennej. Profesorska spółdzielnia mieszkaniowa312 miała wprawdzie nikłe możliwości i niczego nie budowała, ale administrowała budynkiem przy ul. Sewerynów 6. Nie było to zadanie wdzięczne. Dom wymagał inwestycji, problem stanowili tzw. dzicy lokatorzy, którzy zajmowali 12 z 30 mieszkań i których spółdzielnia nie była w stanie usunąć. W 1952 r. UW oświadczał, że jeśli nie uzyska wreszcie pomocy władz, rozwiąże spółdzielnię i przekaże dom kwaterunkowi. Społeczność domu była rozbita na dwie grupy – profesorską i tzw. dzikich („Nazwiska oznaczone zieloną kreską – dzicy”, oto dopisek na liście mieszkańców, sporządzonej na UW). Zachodziła pomiędzy nimi radykalna różnica warunków życia. „Dzicy” egzystowali stłoczeni w mieszkaniach podzielonych zaraz po wojnie na mniejsze, natomiast warunki „profesorskie” były, jak na realia warszawskie, znakomite. Opiszmy pobieżnie tę dziwną społeczność. W suterenie dzielili lokal o powierzchni 32 m2 stolarz pracujący na miejscu oraz pracownik zakładów optycznych z żoną, a sąsiednią klitkę wielkości 11 m2 zajmował pracownik spółdzielni szczotkarskiej z żoną i dzieckiem. Na parterze w mieszkaniu o powierzchni 52 m2 zameldowanych było 7 osób: matka i dwóch synów (jeden zatrudniony w spółdzielni chemicznej na Pradze, drugi „chwilowo bez zajęcia”), synowa (robotnica w firmie Bacutil), dziecko i dwie sublokatorki, zatrudnione w przedsiębiorstwie budowlanym i spółdzielni inwalidów. Ich sąsiadami (na 12 m2) była woźna z synem pracującym w FSO i jego dzieckiem oraz sublokatorka, pracownica żłobka. Obok znajdowała się klitka (9 m2), którą zajmowały dwie kobiety. Na parterze lokowali się także, używając wspólnych kuchni i łazienek, urzędnicy, pomoc domowa, młody człowiek „bez zajęcia przy rodzicach”, ale i administratorka spółdzielni profesorskiej. Na piętrze – budowlańcy z rodzinami, pracownice sklepu i apteki, dentysta, pracownica radia z matką. Ponad tą mozaiką ludzką znajdowały się mieszkania pracowników UW. Dwa najmniejsze miały po 52 m2, pozostałe 62–75 m2, a mieszkały w nich po 2–3 osoby, z reguły małżeństwa profesorskie, niekiedy z dzieckiem lub pomocą domową313. Enklawa przy ul. Sewerynów pozwalała zachować elementy stylu życia i związków towarzyskich przeniesione z dawniejszej Warszawy; niektórzy jej mieszkańcy sąsiadowali ze sobą także przed wojną, w domach przy ul. Brzozowej.

Charakter enklawy miał także pobliski dom przy ul. Bartoszewicza. Administrujący nim Uniwersytet wikłał się w konflikty, charakterystyczne dla ówczesnej Warszawy. Odbijały się w nich relacje władzy i wpływu. W domu znajdowali się niezwiązani z UW lokatorzy. Ich wyprowadzanie się winno było oznaczać przekazywanie pokojów administratorowi. Jednakowoż milicjant, który opuszczał dom latem 1950 r., wprowadził na swoje miejsce innego funkcjonariusza i, jak się zdaje, jego konkubinę. Komenda Główna MO zignorowała protest rektora. Główna najemczyni mieszkania żaliła się zaś rektorowi na milicjantów, na mieszkającą obok nauczycielkę śpiewu, do której przychodzą uczniowie, i na wiele innych problemów („a i tak nie opisuję wszystkiego”)314.

Takie oto sprawy opierały się o rektorat. Zabiegi o ich rozwiązywanie toczyły się równolegle ze staraniami o pule mieszkań zastępczych i pracowniczych. Były to pule minimalne. Powiększać się zaczęły w połowie dekady, z czym wiązał się charakterystyczny proces. W pierwszym okresie powojennym część pracowników lokowała się w budynkach uczelnianych, część skazana była na uciążliwe dojazdy z okolic podwarszawskich. Pod koniec lat 40. postępował proces osiedlania się pracowników w Śródmieściu: sprowadzali się spod Warszawy, opuszczali teren UW. Kolejnym etapem przemian było rozsiewanie kadry w znacznej odległości od miejsca pracy, lecz w granicach rozbudowującego się miasta. We wczesnej fazie tego procesu pojawił się opór. Oto w grudniu 1950 r. UW pozyskał osiem mieszkań na osiedlu Koło (ul. Zawiszy), połączonym nitką tramwaju z odległym Śródmieściem. Trafić tam mieli młodsi pracownicy, mieszkający w akademiku przy pl. Narutowicza. Zaprotestowali, wskazując na odległość osiedla, nagłość powiadomienia i konieczność przeprowadzki w zimie „z niemowlętami oraz osobami poważnie chorymi” i księgozbiorami315. Opór był skuteczny; kilkanaście lat później wymienieni na liście przydziałów mieszkali nadal w DA lub przenieśli się bliżej uczelni. Zatrudniani jednak w połowie lat 50. asystenci na ogół nie mieli większego wyboru. Niektórzy otrzymywali miejsca w pokojach ze wspólnymi kuchniami w Domu Młodego Naukowca przy ul. Polnej 50. W 1955 r. UW przysługiwały tam 43 miejsca. W tymże roku przekazano uczelni pulę mieszkań w drewnianym osiedlu na Jelonkach, opuszczonych przez budowniczych Pałacu Kultury i Nauki. Pozwoliło to odetchnąć części pracowników, sytuacja była jednak wciąż bardzo zła. Można było natomiast mówić o niej publicznie. Wiosną 1956 r. informowano w uczelnianym czasopiśmie o sytuacjach mieszkaniowych pracowników. Pisano, że „w piwnicach wyrosło już jedno pokolenie, czyż można dopuścić, żeby teraz w Polsce Ludowej w takich warunkach wyrastało drugie?”316.

„Demokratka” i daktylografia

Rektorat dysponował od 1948 r. masywnym chevroletem fleetmasterem, limuzyną kojarzoną z establishmentem, a z przekąsem nazywaną potocznie „demokratką”. To okazałe auto, gdy wiozło rektora ulicami Warszawy, mogło robić wrażenie wysokiej pozycji uczelni w strukturach państwowych. Było to jednak, pod względem materialnym, złudzenie. W tym okresie przed każdym centralnym urzędem stały sznury służbowych pobied z nudzącymi się kierowcami. Tymczasem „szewroleta” była jedynym samochodem osobowym użytkowanym przez Uniwersytet317, mający poza tym do dyspozycji dwie ciężarówki z dostaw UNRRA: rozklekotanego dodge’a i potężnego chevroleta C 60, który był „wykorzystywany wyłącznie prawie przez Studium Wojskowe”. Gdy auto osobowe się zepsuło, uczelnia musiała – latem 1953 r. – prosić ministerstwo o użyczenie samochodu dla prorektora, który miał jechać na przysięgę Studium Wojskowego w odległej miejscowości. „Demokratka” była zarazem atrybutem władzy wewnątrz Uniwersytetu. Dyrektor administracyjny zabiegał w ministerstwie o przyznanie mu samochodu służbowego, gdyż rektorski otrzymywał tylko „w wyniku jakiejś szczególnej uprzejmości”. Zapewne wskutek tych starań w 1954 r. przyznano uczelni czwarty, używany pojazd „z parku samochodowego administracji państwowej”. Odtąd jeden samochód przydzielony był Wydziałowi Geologii i jeden Obserwatorium, dla wszelkich innych potrzeb pozostawały dwa. Przypomnieć można, że jeszcze w 1948 r. park UW składał się z sześciu pojazdów, a sam Bratniak dysponował czterema318.

Uniwersytet rozrastał się i odbudowywał, lecz jego życie codzienne naznaczone było przez niedobory uderzające nie tylko na tle sytuacji międzywojennej, dobrze pamiętanej przez większość kadry, ale i na tle „okresu przejściowego”. Stosunki między jednostkami naukowymi a Oddziałem Gospodarczym były napięte. Kierownicy zakładów narzekali na brak przyborów biurowych, formularzy i papieru, na brud, chłód i ciemności, a kierownik Oddziału Zieliński (przedwojenny intendent UW319) wyjaśniał, że osiągane rezultaty są dowodem „więcej niż ofiarnego” stosunku personelu do swych zadań w sytuacji, w której budżet „przedstawia się więcej niż tragicznie”. Były to wyjaśnienia odległe od obowiązującego schematu, który nakazywał minimalizować trudności materialne. Finanse miały zresztą przedstawiać się jeszcze gorzej, skoro na 1951 r. zapowiadano zmniejszenie budżetu UW o jedną trzecią. Oczekiwanie od personelu większej ofiarności musiało wzmagać fluktuację kadr, której nie powstrzymywały apele mobilizacyjne. Ta ogólna przypadłość gospodarki stalinizmu, dezorganizująca działanie fabryk i transportu, odbijała się na obsłudze UW. Na przestrzeni 1951 r. zmienili się niemal wszyscy urzędnicy Oddział Gospodarczego320.

Uniwersytet uzależniony został od ociężałych centralnych zarządów, w których grafikach nie należał do instytucji najwyższej rangi. Do pierwszych lat XXI w. zachowały się na UW mocne, lecz nad wyraz toporne „meble typowe”, dostarczane przez Centralę Przemysłu Drzewnego. Zdobyć inne było trudno, a specyficzne potrzeby katedr oznaczały przewlekłe oczekiwanie. Dyrektor administracyjny odpowiadał na skargi w sprawie okropnej jakości mydła, przydzielanego przez Centralę Handlową Przemysłu Chemicznego, wyjaśniając, że uczelnia nie ma na nią żadnego wpływu. Gdy UW próbował zamówić zegary ścienne (nie bez związku z kampanią dyscypliny i z faktem, że wielu studentów nie posiadało zegarków), odpowiednia centrala wyznaczyła odległy o ponad rok termin dostawy, co oznaczało przepadnięcie kredytu. Pręty czy siatki zamawiać należało przez Ministerstwo Szkół Wyższych, przy czym wielu nie można było uzyskać z powodu kłopotów Centralnego Zarządu Metali Nieżelaznych. Stałym zjawiskiem był brak części zamiennych do aparatury naukowej czy choćby do zamków drzwiowych, skądinąd ważnych w atmosferze obsesji tajemnicy służbowej. Łatwiej było zakupić nowy niż naprawić uszkodzony, co nie służyło tak podkreślanej „dyscyplinie budżetowej”321.

Zapanował niesłychany formalizm w sprawach najdrobniejszych zakupów i napraw, które wymagały pism do Oddziału Gospodarczego. Wypisywano prośby o przydział proszku do zmiękczania wody lub pinezek, albo też o „przysłanie pracownika, który by wkręcił żarówkę w lokalu zakładu”. Pojedyncze ścierki czy buteleczki tuszu do stempli (którego w tych warunkach musiano zużywać mnóstwo) wymagały form pisemnych. Sprzeczna wewnętrznie praktyka oszczędności i skrajnej formalizacji sprawiała, że rozwiązywanie drobnych spraw było niezwykle przewlekłe. Instytuty monitowały Oddział o dorabianie kluczy, instalację tablic, naprawy rezerwuarów. Nieliczny personel nie był w stanie temu sprostać. Na oszklenie szafy bibliotecznej czekano kilka miesięcy. Utrzymywała się atmosfera „prac wstrzymanych”. Pomnażało to korespondencję pełną zarzutów i wyjaśnień, krążącą między wydziałami, biurami gospodarczymi, rektoratem i PZPR. Jesienią 1951 r. dyrektor administracyjny oceniał, że „niepodobieństwem” jest dłuższe prowadzenie drobiazgowej korespondencji, deklarując chęć zastąpienia jej załatwianiem spraw „bezpośrednio, odręcznie bądź telefonicznie”322.

W tym czasie pracownicy nękani byli „najdalej posuniętą akcją oszczędnościową”. Zakazano używania grzejników i kuchenek elektrycznych, co u progu zimy było wiadomością nader przykrą, oraz nakazano zmniejszenie liczby żarówek i wymianę ich na słabsze. Brzmiało to ponuro w sytuacji skracającego się dnia i zwiększonych obowiązków wieczornych. Liczne zebrania zaczynały się po zajęciach dydaktycznych, czyli po godz. 20.00 (co, jak przyznawano, „wpływa bardzo niekorzystnie na poziom pracy społecznej, przemęcza studentów i przedłuża czas pracy woźnych”). Trwała kampania oszczędzania papieru, zapoczątkowana okólnikiem Prezydium Rady Ministrów, w którym ta wysoka instytucja zalecała adresowanie przesyłek „pismem ścieśnionym”, aby adresy łatwiej było zaklejać dla wtórnego wykorzystania kopert. Rektor UW dodawał, że koperty winny być „uważnie odklejane, a nie rozdzierane, tak aby mogły być ponownie użyte”323.

Forum ekspresji rozmaitych oczekiwań i skarg, związanych z administracją, stały się od 1950 r. „narady produkcyjne”, poświęcane na wydziałach nie tylko kwestiom dydaktycznym i ideologicznym, ale też nieporządkom w salach czy zbitemu szkłu w pracowni. Pojawiały się szerokie zestawy tematów, jak na naradzie Kwestury i dziekanatów na rok przed śmiercią Stalina. Wnioski z niej stanowiły zbiór 23 punktów, nie tworzących żadnej hierarchii, a spisanych chyba dla zaczernienia papieru, służącego za dowód aktywizmu. Mieszały się tu wszelkie materie. Należy oto odbywać periodyczne narady; opracować system statystyki i sprawozdawczości; zmienić godziny przyjęć w dziekanatach; wpłynąć na „wykształcenie właściwego stosunku młodzieży do pracowników Uniwersytetu”; zaapelować do organizacji młodzieżowych, „aby studenci czytali ogłoszenia”; dbać o systematyczne mycie podłóg; okólniki powielać centralnie, zaś akta studentów uporządkować; przeprowadzić szkolenie pracowników „w zakresie sprawozdawczości i planowania”; związać komisje stypendialne z pracą kwestury; na naradach „podkreślić kierowniczą i odpowiedzialną rolę sekretarki Dziekanatu w stosunku do personelu biurowego Dziekanatów”; rozbudować pomieszczenia; ustawić bariery w sekretariatach, by chronić akta przed „wglądem interesantów”; zabezpieczyć gotówkę przy wypłatach stypendium, „które odbywają się w holach”; dobierać takich pracowników Kwestury, którzy posiadać będą „praktyczną znajomość księgowości i rachunkowości”324. Ten zbiór mniej i bardziej błahych postulatów oddawał w pewnym stopniu podziały i napięcia w administracji UW. Część z nich odnosiła się do jej kontaktów z kadrą naukową, nierespektującą godzin przyjęć, i z napierającymi na dziekanaty masami studentów. Były to problemy znane w każdej epoce, ale epoka stalinowska powodowała szczególne obciążenie administracji, zwłaszcza przez system sprawozdawczości.

* * *

Gdybyśmy spróbowali wyodrębnić dźwięk, towarzyszący zmianom na UW, byłby to narastający stukot maszyn do pisania. Jeden z mniej groźnych odgłosów stalinizmu – monotonny odgłos biurokratyzacji. „Okólników gromadzi się w ciągu tygodnia teraz tyle, że nie mogę ich wyczytać ani w zakładzie, ani w domu w Warszawie; dziś dopiero na świeżo uruchomionej werandzie tu się w nich zatapiam” – pisał Borowy w Zalesiu wiosną 1950 r.325 Ministerialne okólniki przepisywano w dziekanatach, krążyły ich przebitkowe kopie, docierały z centralnej administracji rozmazane odbitki na chropawym papierze. „Przestawienie Uczelni typu liberalnego w Uczelnię typu socjalistycznego nie może pozostać bez zasadniczego wpływu na zakres zadań stojących przed personelem administracyjnym” – pisał w 1953 r. dyrektor administracyjny, wspierając politycznym argumentem wniosek o zwiększenie ilości etatów. „Kadry decydują o wszystkim” – przywoływał stalinowską maksymę326.

W praktyce „socjalistyczny typ” uczelni oznaczał rosnące zobowiązania sprawozdawcze wobec administracji centralnej, wyzwalające łańcuchy sprawozdań wewnętrznych: cząstkowych i zbiorczych, miesięcznych, semestralnych i rocznych. Rosło obciążenie urzędników, pracowników naukowych oraz – maszyn do pisania. Szczególne znaczenie miały maszyny o szerokim wałku, zdatne do wypełniania płacht sprawozdawczych. Maszyny takie pożyczano sobie pomiędzy wydziałami, co sprawiało, że płachty sporządzać trzeba było poza godzinami urzędowymi327. Radzono też sobie, rysując tabele ołówkiem i wypełniając je piórem. Dla formatu A4 nie było jednak rozwiązań zastępczych: maszyny o małym wałku terkotały w godzinach i poza godzinami pracy, psując się i podlegając sporom. „Maszyny do pisania, posłane do naprawy, poginęły po drodze, bo je komuś innemu poprzydzielano” – narzekano w Instytucie Geograficznym328. Występował też deficyt umiejętności daktylograficznych. W 1951 r. postulowano, aby „każdy pracownik nauczył się pisać na maszynie”. W roku następnym zorganizowano odpowiedni kurs329. Wyniki musiały być mierne, skoro apelowano następnie o zatrudnianie zawodowych maszynistek i rozważano stworzenie centralnej „hali maszyn” przy Krakowskim Przedmieściu. Wskutek niskich płac występował jednak niedobór chętnych do pracy330.

Żądania sprawozdawcze mnożyły się również dlatego, że stanowiły element relacji władzy. Sprawozdań żądały nie tylko instytucje formalnie zwierzchnie, lecz także PZPR i ZMP. Na Wydziale Przyrodniczym zestawiali je po godzinach dziekan i prodziekan z urzędniczkami. Umęczona kierowniczka dziekanatu Prawa (pracownica UW od lat 20.) twierdziła, że winno się zatrudnić osobnego urzędnika „znającego się na sprawozdawczości”. Pochodną zmęczenia i słabości danych była niska wiarygodność sprawozdań, które „przeważnie nie są dokładne i nie dają się sprawdzić”, jak uogólniła Komisja ds. Usprawnienia Administracji UW w lutym 1952 r. Zapewne także dlatego, że naukowcy nie mieli serca do zestawiania tabel. Senat jednogłośnie uchwalił w styczniu tegoż roku wezwanie do „zmiany stosunku wielu pracowników naukowych do zagadnienia sprawozdawczości, stanowiącej niezbędną podstawę wszelkiej działalności planowej”. Jednakowoż niezbędny był wzrost kompetencji. W 1953 r. dyrektor administracyjny twierdził, że wśród 141 pracowników administracyjnych „zaledwie kilku [...] potrafi samodzielnie redagować poważniejsze pisma urzędowe”. Sugerował, że aby stan ten poprawić, konieczna jest podwyżka płac331. Nie był to sposób znajdujący uznanie ideologicznych nadzorców procesu przemian. Istotniejszy niż bodźce materialne był bowiem, w świetle propagowanych wzorów osobowych, moralny imperatyw działania.

Pierwsza połowa lat 50. była na uczelni okresem ogromnych braków materialnych, odbijających się dotkliwie na codziennym życiu, i zarazem niezwykłej materialnej ekspansji, widocznej w postaci rosnących ścian odbudowywanych pałaców, meblowanych sal, w zmieniającej się wciąż geografii katedr i instytutów. Przybywały kolejne pomieszczenia, lecz jednocześnie rozrastały się wydziały, powstawały nowe, rywalizując o powierzchnię. Oto co działo się latem 1952 r. Muzykologia przejmowała lokum po Zakładzie Historii Literatury w Budynku Porektorskim i poddasze BUW. Zwalniała lokale przy ul. Hożej 74, przekazywane Geofizyce i Etnografii. Studium Zaoczne Prawa przejmowało dawne mieszkanie profesorskie w Porektorskim, używane dotąd przez Rusycystykę. Zakład Ekonomii Politycznej dostał lokal w Pałacu Kazimierzowskim po Zakładzie Języka Polskiego, zwalniając pokoje w Gmachu Poseminaryjnym, które przekazano Wydziałowi Prawa, pod warunkiem, że użyczy pokoje Filologii Romańskiej i Historii Sztuki. ZNP dostał lokal zwolniony przez Instytut Fonetyczny w Budynku Porektorskim, ale pod warunkiem, że użyczać go będzie Towarzystwu Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Tego rodzaju łamigłówki rozwiązywała Komisja ds. Przydziałów Pomieszczeń, którą kierował prorektor Manteuffel. Sytuację zaostrzała dodatkowo presja na tzw. dyscyplinę studiów i organizacja niezliczonych zebrań, które wypełniały deficytowe metry kwadratowe. Zajęcia odbywały się w ciasnych salkach seminaryjnych, przeludnionych audytoriach, w niewentylowanych pracowniach eksperymentalnych. Zakład Muzykologii miał do dyspozycji jedną salę, musiał więc blokować czytelnię, w której odbywały się zajęcia (choć pozbawiona była „koniecznego do normalnej pracy fortepianu”). Podobną sytuację lokalową miał Instytut Historii Sztuki, dziesięciokrotnie większy: w jedynej sali od rana do wieczora odbywały się zajęcia, czytelnia była zablokowana, studenci przygotowywali się na schodach i korytarzu332.

Tym większy niepokój wzbudziło zahamowanie odbudowy UW. Zimnowojenne decyzje strategiczne bardzo obciążyły gospodarkę polską w połowie 1951 r. Rosły nakłady na przemysł ciężki i zbrojeniowy. Skrajna centralizacja wywoływała zaś, wbrew założeniom, rozprzężenie i ucieczkę od odpowiedzialności. Odbudowa uczelni kredytowana była przez Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego, kierowana przez Zarząd Inwestycji Szkół Wyższych, a wykonywana przez państwowe zjednoczenia podległe Ministerstwu Budownictwa. Decyzje zapadały ponad forami uniwersyteckimi, które mogły tylko monitować decydentów, wywołując krążenie korespondencji. Było to zjawisko tak charakterystyczne dla życia w systemie, że stało się jednym z dopuszczalnych tematów satyry w rodzaju komedii filmowej Rybkowskiego i Fethkego Sprawa do załatwienia.

Gdy roboty kamieniarskie przy Pałacu Kazimierzowskim zostały nagle przerwane w 1951 r., ponieważ Ministerstwo Budownictwa „oddelegowało” wszystkich kamieniarzy „na inny odcinek pracy”, Uniwersytet mógł jedynie rozpocząć kampanię interwencji. Z perspektywy wielkich instytucji, sterujących odbudową Warszawy, problemy UW zależały od dyspozycji ogólniejszych. Z dnia na dzień „przerzucano” między budowami ludzi i materiał (brakowało jednego i drugiego), i decydowano o „skreśleniach” przesądzających los całych osiedli. Wykańczanie budynków UW odbywało się w ramach tych przesunięć, chociaż wiele zależało od umiejętności kierowników budów w zakresie „organizowania” i „dogadywania się”. Było to dość trudne w budynkach zabytkowych, wymagających specjalistycznych sił. Prace przewlekały się. Pałac Kazimierzowski miał być ukończony w 1952 r., ale dwa lata później roboty wciąż trwały. Odbudowę Teologicum przerwano pod koniec 1951 r. Brak materiałów i robotników zatrzymał budowę Geologii na Polu Mokotowskim. W gmachu Chemii nie zrobiono elewacji. Instytut Geograficzny oddano do użytku bez głównego wejścia i hallu. Na Polonistykę zmniejszono kredyt, więc nie położono dachówki, choć były już wstawione okna i instalacje. Budowa Domu Studenta objęła tylko budynek frontowy. Utrzymywała się atmosfera prowizorki. Na dziedzińcu wiosną 1953 r. chodziło się po deskach przerzuconych nad bajorami333.

Wielka liczba osób musiała wkładać ogromny wysiłek w rozwiązywanie problemów wynikających z niesłychanie rozrosłej struktury władzy i zależności. Wysiłek ten odkupiony bywał jednak niepowtarzalną satysfakcją z powstających obiektów, projektowanych ze smakiem i tworzących swoistą atmosferę zabytkowych gmachów uniwersyteckich. Wiosną 1954 r. otwarto reprezentacyjne sale Pałacu Kazimierzowskiego, gabinet i sekretariat Rektora, wyposażone w jesionowe meble o złocistym odcieniu, projektowane przez Czesława Bogusza. Wykańczano bramę uniwersytecką od wizytek, w której osadzano wierzeje wykonane „w bardzo bogatej robocie stolarskiej”. Pewne specjalistyczne prace wykonywały wciąż firmy prywatne (Gontarczyk – zdobienia balustrad schodów Pałacu Kazimierzowskiego), a w Pracowniach Konserwacji Zabytków skupiono doświadczonych rzemieślników, którym tyle zawdzięczała wskrzeszana stara Warszawa334.

Wraz z przyrastaniem substancji materialnej uwydatniał się jednak problem jej utrzymania. W 1954 r., gdy inaugurowano prestiżowe wnętrza, braki obsługi technicznej oceniano na 100 etatów, nie licząc personelu szatni i sprzątaczek (na jedną przypadało około 750 m2 podłóg, a norma dla urzędów centralnych wynosiła 300 m2). Dyrektor administracyjny sugerował, że brak personelu spowoduje szybkie niszczenie nowych obiektów. Publicznie chętniej wskazywano na obyczaje studentów: „Sale wyglądają jak pobojowisko, ewent[ualnie] śmietnik. Na zwracane uwagi odpowiadają zwykle woźnym: «od tego panie są, żeby po nas sprzątać». Ubikacje również wyglądają jak po najeździe tatarskim”. Na ławkach wyryte są „ohydne wyrazy” i wizerunki znanych z Wyścigu Pokoju kolarzy.

Palenie papierosów w salach powinno być kategorycznie zabronione, gdyż w salach tych jest istne śmietnisko: mnóstwo starych gazet, rozmaitych odpadków po śniadaniach, różnych papierów służących bardzo często jako popielniczki. [...] Zachowanie studentów na korytarzach też pozostawia wiele do życzenia. Najbardziej ożywione dyskusje toczą się przeważnie pod drzwiami sal, gdzie odbywają się ćwiczenia, także studenci nawołują się z jednego końca korytarza w drugi.

Ożywienie korytarzowe miewało zresztą specyficzny kontekst: niedogrzanie gmachów. W nowej siedzibie Polonistyki, imponującej w 1953 r. jasnymi tynkami wśród szarawego dziedzińca, studenci rozgrzewali się na korytarzach, grając „w różne hałaśliwe gry”, a słuchając wykładów, dygotali owinięci „we wszystką ciepłą odzież”335.

Byt studencki

Brak dobrych ubrań i butów, skąpy wikt stołówkowy, niedogrzane pomieszczenia, zagrożenie gruźlicą – nie tworzyły w historii życia studenckiego sytuacji nowej. Przeciwnie, niedostatek był odziedziczony, a tym bardziej widoczny, im więcej studiowało młodzieży „robotniczo-chłopskiej”. Jej rodzinne warunki egzystencji były przeważnie trudne od pokoleń. Bieda początku lat 50. miała jednak charakter szczególny ze względu na swe komponenty. Komponent pierwszy, wyżej wspomniany, miał charakter historyczny. Drugi stanowiły zniszczenia wojenne, nie tylko widoczne w postaci ruin, braku pomieszczeń i urządzeń, lecz także oznaczające utratę prywatnego dobytku i dezintegrację lub śmierć rodzin. Wielu studentów nie miało żadnego społecznego oparcia, nie mogło liczyć na paczki ani na gościnę. Sytuacja ta określała ich wybory, w tym włączanie się do tzw. masowych organizacji. Trzeci komponent ówczesnej biedy tworzył system polityczno-gospodarczy. W życiu studenckim ograniczył on radykalnie możliwości legalnej aktywności pomocowej i zarobkowej, uzależniając ogół od scentralizowanych organizacji i „jednolitego” systemu stypendialnego. Studenci utracili większość czasu wolnego i nie mogli się zatrudniać bez zgody władz uczelnianych. Uniwersytet od 1949 r. nie korzystał z pomocy zagranicznej. Nie pojawiały się już buty ze Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża czy odzież z misji kwakrów. Ustała, wraz z likwidacją Bratniaka, pomoc żywnościowa. Dodatkowe znaczenie zyskiwało wsparcie rodziny oraz – niepożądana ideologicznie – aktywność organizacji kościelnych.

Od końca 1949 r. likwidowano dotychczasowe stypendia i zasiłki, mające różnych dysponentów i rozmaitą wysokość, zastępując je systemem jednolitym i scentralizowanym. Wywołało to wśród studentów „dezorientację” (jak w nowomowie nazywano wzburzenie), wynikającą z cofnięcia stypendiów żywnościowych i obniżki niektórych świadczeń. „Moment ten natychmiast został wykorzystany przez reakcję dla siania wrogiej propagandy”. Odpowiedziano zebraniami i listami do Bieruta „z podziękowaniem za stałą troskę o warunki materialne młodzieży studiującej”. Na początku 1950 r. Sejm przyjął ustawę o stypendiach państwowych, która wprowadziła zasadę „jednolitości”. Ustanowiono stypendia zwyczajne 210–270 zł (wartości nominalne po tzw. wymianie pieniędzy jesienią tegoż roku), uzupełniane mieszkaniowymi (do 90 zł) i dyplomowymi na zakończenie studiów (330 zł). Istniały także stypendia Towarzystwa Przygotowawczych Studiów Uniwersyteckich (150 zł) i jednorazowe zasiłki (300 zł). Kryteriami decydującymi o przydzielaniu świadczeń stały się: pochodzenie społeczne, postępy w nauce i warunki materialne. Wiosną 1950 r. komisje stypendialne UW pozytywnie rozpatrzyły 1434 (na 1692) podania: studentom pochodzenia inteligenckiego przyznano 582 stypendia, robotniczego i chłopskiego 782, „innym” 70336. Dodać trzeba, że na stypendia państwowe nie mieli szansy studenci wydziałów teologicznych.

Ten prosty system zmodyfikowano w 1953 r., dzieląc stypendystów na grupy I–III, w zależności od „wagi danego kierunku studiów dla gospodarki narodowej” i od roku studiów. Gospodarka była jednak częścią polityki. W grupie pierwszej, o najniższych stypendiach, umieszczono więc wszelkie filologie prócz rosyjskiej, która znalazła się w grupie drugiej. Do pierwszej zaliczono nauki społeczne i historię sztuki, do drugiej – filozofię i historię. Ogólnie biorąc, kierunki uniwersyteckie znalazły się w dwóch niżej szeregowanych grupach, w trzeciej tylko chemia, poza nią kierunki przygotowujące do pracy w przemysłach ciężkich i strategicznych (lotnictwo) oraz najbardziej uprzywilejowane górnictwo. Najniższe możliwe pełne stypendium otrzymać mógł student I grupy na pierwszym roku (260 zł), najwyższe – student III grupy z dodatkiem górniczym na piątym roku (620 zł). Student filologii angielskiej mógł otrzymać na pierwszym roku stypendium częściowe w wysokości 175 zł, jego kolega z filologii rosyjskiej – 200 zł. Student muzykologii miał szanse na piątym roku otrzymać stypendium 375 zł, a student wydziału górniczego – 620 zł. Skądinąd te najwyższe stawki nie zbliżały się do przeciętnej płacy (netto 911 zł w 1953 r.), ocenianej powszechnie jako głodowa. Najniższe stypendia częściowe nie starczały na opłacenie stołówki. Te zwykłe pozwalały na stołówkowe wyżywienie, opłacenie akademika i przejazdów komunikacyjnych. Zakup garderoby, środków higieny, pójście do fryzjera czy oddanie butów do szewca stanowiły wyzwanie. W tych warunkach zima była trudnym doświadczeniem. Jakie by nie były wady tego systemu, zapewniał on jednak rekordowy w historii zakres pomocy. W połowie lat 50. stypendia otrzymywało 70% studentów w Polsce. Na UW wskaźnik ten wiosną 1955 r. wynosił 68%337.

Malutka grupa „przodujących” dostawała stypendia naukowe 750 zł (na UW w roku 1954/1955 otrzymało je 18 osób). Kandydatów zgłaszały koła naukowe, dokumenty przekazywały rektorowi dziekanaty, załączając opinie profesorów i własne. Większość tych opinii zawierała informacje o sukcesach naukowych (ocenach i średnich), choć pojawiały się wzmianki o działaniu w ZMP lub PZPR. W uzasadnieniach wniosków wybijano także argumenty socjalne i polityczne. Pisano o pozostawaniu kandydata na utrzymaniu matki, o egzystencji dużej rodziny w małym gospodarstwie chłopskim, skromnych poborach rodziców – listonosza czy telefonistki. Student IV roku filozofii zasługiwał na stypendium naukowe jako organizator grupy partyjnej. Inny kandydat z Wydziału Filozoficznego, notabene przyszły członek Biura Politycznego KC PZPR, choć w jego indeksie widniała ocena dostateczna z logiki, miał otrzymać stypendium naukowe, gdyż

pracował niezmiernie aktywnie w Zarządzie Dzielnicowym ZMP i zaskarbił sobie uznanie kolegów-studentów. Obowiązki te były wielce pracochłonne. Mimo to wykazał dużo hartu i zapału w nauce, czym zdobył uznanie grona nauczającego, oraz uzyskał wyróżniające postępy w zakresie studiów nad socjaldemokratyzmem i burżuazyjną socjologią338.

Brak tego rodzaju zalet utrudniał zdobycie stypendium naukowego nawet wybijającym się osobom. Oto Wydział Pedagogiczny wnosił o przyznanie takiego stypendium dwóm studentom psychologii. Pierwszego rekomendowano jako sierotę o skromnym źródle utrzymania, materiał na naukowca. Drugi przedstawiony został jako bardzo zdolny, 0 szerokich zainteresowaniach i doskonałych wynikach, odznaczający się samodzielnością myśli, inicjatywą i pomysłowością. Żył on także w trudnych warunkach, utrzymując się ze zwykłego stypendium i nikłego zarobku w sądzie dla nieletnich, w którym był kuratorem. Jednakowoż grupa ZMP-owska zarzucała mu „indywidualizm w pracy i stosunkach z grupą”. Tylko pierwszy kandydat otrzymał stypendium339.

* * *

Codzienną sytuację studentów, podobnie zresztą jak przeciętnych obywateli, naznaczał nie tylko niedobór gotówki, ale i towarów w sklepach. Ci, którzy przyjechali studiować w Warszawie jesienią 1951 r., musieli się odnaleźć w chaosie znękanego brakami żywności miasta. Kolejki ustawiały się nad ranem, albo i wieczorem dnia poprzedniego. Partyjne służby notowały „wrogie wypowiedzi” obywateli, którzy krążyli po mieście z pojemnymi torbami, by „złapać” większą ilość masła czy cukru340. Na administrację UW spadły obowiązki wydawania pracownikom i części studentów (żyjących z dala od domu) tzw. bonów mięsno-tłuszczowych wedle skomplikowanego systemu, powodującego niejasności i krążenie pism między uczelnią a administracją centralną. Zniesieniu reglamentacji w styczniu 1953 r. towarzyszyła natomiast radykalna podwyżka cen. Odnotowano złe nastroje wśród studentów, narzekania na zniesienie kartek na mięso (dających jakie takie nadzieje na zaopatrzenie) i na drożyznę w barach mlecznych. Aktywiści partyjni i młodzieżowi mieli trudności z „wyjaśnianiem” sytuacji masom. Jedni wcielali się w role „entuzjastów”, przekonując o dobroczynnej roli „zmiany cen”, drudzy byli wyraźnie nieprzekonani do swej misji. Obie grupy – oceniano w KW PZPR – robią „złą pracę polityczną”, ale szczególnie niekorzystny efekt wywołują na zebraniach wysiłki „entuzjastów”341.

Bardzo dolegliwym problemem był niedobór podręczników i opracowań, co sprawiało, że studenci czerpali wiedzę głównie z wykładów. Pogorszyła sytuację likwidacja samodzielności kół naukowych, które dawniej wypożyczały, a nawet drukowały skrypty. Ich brak spowodował rozwój czarnego rynku podręczników i skok cen342. Czarny rynek dawał zarazem studentom możliwość zarobkowania. Legalnych sposobów było niewiele, zatem pośrednictwo w sprzedaży książek, starych butów, ubrań czy zegarków stanowiło dla niektórych główne źródło przychodu. Pomiędzy akademikami a bazarem z ciuchami na Pradze zawiązały się trwałe stosunki. Inną metodą było wchodzenie w rolę konika: spekulowanie wejściówkami na zabawy czy biletami kinowymi. O tym, że dzięki zaradności można się było nieźle utrzymać, świadczy przykład studenta historii, który w połowie dekady zarabiał przepisywaniem prac dyplomowych oraz wywoływaniem zdjęć w ciemni urządzonej w pokoju akademika. Samo przepisywanie przynosiło mu, bywało, 1900 zł miesięcznie, równowartość niezłej pensji343. Trudno to uznać za typowe, zwłaszcza że wymagało umiejętności i sporego wkładu kapitałowego. Nie zaradność, a raczej pewnego rodzaju dryg służył tym, którzy specjalizowali się w wygranych karcianych. Brydż stał się w akademikach nie tylko sposobem zabicia czasu, lecz dla wytrawnych graczy prawdziwym fachem. Niektórzy z nich prowadzili także nieformalne kasy pożyczkowe. Znaczna część studentów była stale zadłużona. Wynikało to zapewne z niezbyt racjonalnego gospodarowania pieniędzmi, które część młodych ludzi dostawała do ręki po raz pierwszy w życiu. Zwłaszcza męskie społeczności akademików bywały skłonne do tracenia gotówki na zabawy i hazard. O jakąkolwiek „planowość” było zresztą trudno. Zaopatrzenie sklepów wydawało się nie podlegać żadnej logice, a te przy akademikach uchodziły za wyjątkowo marne. Przy pl. Narutowicza trudno było kupić chleb i masło, pod dostatkiem było zaś nalewek i win owocowych344. Skądinąd trudno przypuścić, aby ten fakt powodował wzburzenie w akademiku.

Od problemów z zaopatrzeniem ocalić miało studentów wyżywienie stołówkowe. W tej sferze zarysowało się jednak szybko zasadnicze niepowodzenie. W styczniu 1950 r. stołówki uczelniane zostały odebrane Bratniakom i przekazane spółdzielniom (w Warszawie – WSS). W raportach ZMP podkreślano wprawdzie „słuszność” posunięcia, które „uwolniło studentów od prac gospodarczych, zlikwidowało nadużycia w Bratnich Pomocach” (z pewnością, skoro likwidowano same Pomoce), lecz trudno było wskazać inny skutek pozytywny. Obiady zdrożały i pogorszyły się, ponieważ część środków pochłaniała rozbudowana biurokracja spółdzielni. Zmieniła się atmosfera. Donoszono, że „stołówka Medyków przy ul. Oczki 7 jest brudna jak nigdy przedtem. Tylko bliskość do uczelni zmusza studentów do jedzenia w niej”. W akademiku przy pl. Narutowicza śniadań starczało dla jednej trzeciej mieszkańców, w porze obiadowej ustawiały się gigantyczne kolejki; brakowało krzeseł; personel stołówki był uszczuplony, urządzenia kuchni zepsute; niedobre, malutkie ziemniaki obierano ręcznie. Komisja Stołówkowa zaprzątnięta była w 1951 r. konfliktem pomiędzy byłą a obecną kierowniczką, związanym z jakimiś protekcjami w WSS i zabranymi gdzieś fartuchami. W stołówce przy Krakowskim Przedmieściu trzeba było stać w kolejce godzinę. Z kuchni, przystosowanej do gotowania 1300 obiadów dziennie, wydawano ich 1500. Trudno się dziwić, że personel z trudem to wytrzymywał i panowała wielka „płynność kadr”. Z powodu przeciążenia zrezygnowano z przygotowywania kawy i deserów. Po tzw. karty obiadowe zgłosiło się w 1954 r. 3,5 tys. osób, ponad połowę trzeba było odprawić345.

Satysfakcja tych, którzy kartę zdobyli, pozostawała dość ograniczona. Oceniano, że posiłki nie odpowiadają najskromniejszym wymaganiom dietetycznym, co wśród stołowników zostało zapamiętane jako wrażenie niedojadania. Andrzej Walicki wspomina „obiadki w studenckiej stołówce zaspokajające głód tylko przy opchnięciu się chlebem”. Anna Chałubińska-Szurczak zapamiętała je jako tanie, lecz „raczej niejadalne”. Dodajmy: nie dla wszystkich były tanie. W 1952 r. niektórzy studenci prosili o możliwość kupowania na kolację tylko chleba i kawy, bo nie byli w stanie opłacić pełnego wyżywienia346.

Stołówki stały się jednym z symboli studenckiego losu w warunkach dyktatury. Ukazywały rozziew między propagandą a praktyką; nie zapewniały posiłków wszystkim potrzebującym; nie karmiły wystarczająco tych, którzy zdołali się do nich dostać. W 1952 r. władze partyjne zwracały uwagę na (ideologiczną w ich pojęciu) konkurencję stołówek kościelnych, „w których atrakcją jest to, że nie zabiera się młodzieży bonów tłuszczowych i mięsnych”347. Pięć lat po wywłaszczeniu Bratniaków sam minister oceniał, że „sytuacja na odcinku stołówek studenckich jest bardzo zła” i że „zbiurokratyzowaliśmy całą sprawę”. Wbrew głoszonym wcześniej korzyściom z „uwolnienia” studentów od spraw gospodarczych, zalecał, aby związać ich z pracą spółdzielni („Jest to sprawa wychowawcza”), wprowadzić w stołówkach dyżury studenckie i opiekunów z ramienia rektora, organizować „wymianę doświadczeń pomiędzy stołówkami”, udostępniać stołówki na potrzeby imprez i zabaw, „związać ze szkołą”. Nie rozważano jeszcze odebrania ich spółdzielniom spożywców. Od 1951 r. starano się natomiast uprzystępnić studentom bary i restauracje. Po wytrzebieniu „prywatnej inicjatywy” wysiłki tego rodzaju spoczywały jednak na barkach tych samych decydentów, którzy nie radzili sobie ze stołówkami. Efekty nie były spektakularne, może poza pamiętnym faktem wydawania studenckich obiadów w restauracji hotelu Bristol. Od 1953 r. trwały także zabiegi o utworzenie w rejonie UW baru mlecznego, uwieńczone powołaniem do życia baru Uniwersyteckiego, który egzystować będzie przy Krakowskim Przedmieściu do 2009 r., obdarzany przez dziesięciolecia mianem „Karalucha”348.

Domy Akademickie

W 1951 r. krążyła wśród studentów warszawskich pogłoska, że ci z zamiejscowych, dla których zabrakło miejsc w akademikach, zostaną relegowani. Objawiała ona napięcie występujące w tej grupie. Poszukiwanie kąta do spania było jednym z głównych zmartwień. Pojawiali się oszuści, wyłudzający pieniądze w zamian za fikcyjne obietnice kwater. Niektórym przybyszom udało się znaleźć lokum poza miastem lub miejsce w bursie utrzymywanej przez Kościół. W raporcie partyjnym podkreślano, że bursy takie są „tanio i dobrze prowadzone”, a oferuje się w nich chętnie miejsca ZMP-owcom, co miało świadczyć o dywersyjnym charakterze tej działalności349. Do 1954 r. władze ją tolerowały, zapewne dlatego, że ogólna sytuacja była drastyczna. Odnotowano przypadki nocowania studentów na dworcach. Próbowano rozładować ścisk, organizując kwatery w Zalesiu, Otwocku, Świdrze czy Skierniewicach350. Przyjęta w 1951 r. na polonistykę Anna Chałubińska-Szurczak wspomina, że nie mając miejsca w akademiku, zyskała dzięki „łańcuszkowi krewnych i znajomych” lokum w wygodnym mieszkaniu przy ul. Hożej, w którym wypełniła tzw. nadmetraż, zawsze kłopotliwy dla właścicieli, bo grożący dokwaterowaniem przypadkowych osób.

Niestety, za to trzeba było płacić w naturze, to znaczy przywozić ze wsi mięso, ponieważ był to okres szczególnie dużych „niedoborów mięsnych”. Uważałam, że było to uwłaczające zajęcie dla mojego Ojca, kojarzyło mi się ze scenami z filmu Zakazane piosenki. Dopiero później domyśliłam się, że było to naprawdę niebezpieczne. Ojciec [...] był stale inwigilowany przez UB i mógł zostać uznany za spekulanta351.

W Polsce domy akademickie dawały miejsce jednej piątej studentów, a w Warszawie w 1952 r. (przy ogromnym zagęszczeniu) ponad jednej trzeciej. Domy te spotkał los znamienny dla epoki. Oderwane zostały od swego otoczenia społecznego i podporządkowane centralnej instytucji: powstałemu w 1951 r. Zarządowi Ośrodków Akademickich (ZOA), posiadającemu lokalne ekspozytury. O zasiedlaniu akademików decydowało ministerstwo, a uczelnie powiązane były z nimi poprzez organizacje młodzieżowe. W 1952 r. ZSP UW powołało „gospodarza” domów, który miał nadzorować personel, opiekować się inwentarzem i utrzymywać kontakt z administracją uczelni. Wyznaczono studenta pierwszego roku prawa, kierownika Wydziału Finansowo-Gospodarczego uczelnianego ZSP352. Nie wydaje się, aby jego wysiłki mogły zmienić realia życia w akademikach.

Warszawskiej ekspozyturze ZOA podlegało latem 1952 r. 19 akademików (7,3 tys. miejsc). Uniwersytet wykorzystywał sześć: dwa męskie (pl. Narutowicza i ul. Grójecka 39) i cztery żeńskie (Dziekanka, ul. Górnośląska 14, Tamka 4, ul. Lipińska 6–7). Studenci UW na ogół współzamieszkiwali ze studentami innych uczelni. W tymże roku kierownik ekspozytury został usunięty ze stanowiska. Władze partyjne zarzucały mu wiele, począwszy od „wrogich wypowiedzi” (m.in. żartu, że „perfumy w ZSRR nazywają się oddechem tow. Stalina”), poprzez nadużywanie alkoholu i „amoralne zachcianki” wobec podwładnej, aż po wydanie nakazu zamknięcia stołówki przy pl. Narutowicza na Boże Narodzenie (powinna była, rzecz jasna, pozostawać otwarta)353. Niezależnie od tego typowego dla epoki wykazu win, dokumenty związane ze sprawą ukazywały opłakany stan akademików, który trudno zresztą przypisać wadom osobistym kierownika ekspozytury ZOA. Do przepełnionych już budynków kierowano strumienie ludzi, wyrażając satysfakcję, że skład społeczny DA jest już w 72% robotniczo-chłopski. Obowiązująca norma zagęszczenia (4,5 m2 na osobę) mogła tylko wywołać śmiech. W domu przy pl. Narutowicza, przeznaczonym dla 1800 osób, mieszkały w 1950 r. 3 tysiące ludzi. Studenci spali w Sali Balowej. Do jednego z pokojów o powierzchni 49 m2, w którym stało 19 łóżek, skierowano kolejnego lokatora i wtedy nastąpił kryzys: dwudzieste łóżko nie mieściło się354.

Ogromny ten akademik, wybudowany w dwudziestoleciu, nie ucierpiał w latach wojny i pozostał obleganym skupiskiem studenckim. Jego rozbudowany samorząd zostawił po sobie sprawozdanie za 1950 r., przygotowane zgodnie z regułami nowomowy. Pierwszym z deklarowanych celów samorządu była „walka o jak najlepsze wyniki nauki”, następnie troska o warunki bytowe i wreszcie prowadzenie „pracy polityczno-wyjaśniającej i wychowawczej”. Samorząd mobilizował, rozwijał współzawodnictwo, ukazywał wzory osobowe. Prowadził konkurs czystości pokojów (z przechodnią nagrodą w postaci radia), chór, zespoły recytatorski i muzyczny. Organizował akademie i wieczorki. Dbał o „propagandę wzrokową” – gazetki, hasła i afisze. Zawiesił „oślą deskę” z nazwiskami i karykaturami winowajców („stały się postrachem dla tych, którzy nie szanują mienia społecznego”). Zdolny był także do samokrytyki: praca propagandowa była niewystarczająca, nie „dobijano się” o pomoc partii; zaniedbywano uświadomienie. Warunki jednak nie były łatwe: „Wrogowi naszemu zależy, abyśmy osiągali jak najgorsze wyniki w nauce, dlatego stara się rozpowszechnić wśród mieszkańców karty, szerzyć pijaństwo, popychać do kradzieży i odciągać od nauki, a tym samym osłabiać wśród studentów realizację Planu 6-letniego”. Autor sprawozdania trzymał się konwencji, lecz wysoko postawiony czytelnik z ZMP naniósł na nie bezlitosne uwagi: „truizm”, „banały”, „więź wzmacnia się robotą, a nie zebraniami”, „bzdura, to niewiele pomaga” (o mieszaniu w pokojach „niezorganizowanych ze zorganizowanymi”), „obiektywna bzdurność” (o twierdzeniu, że brak świetlicy utrudnia pracę), „co z nimi zrobiono?” (o aktywiście, który „przetrzymywał w swym pokoju do godz. 23.00 koleżankę” oraz o innym, który „skumał się z kierowniczką stołówki, bronił jej interesów, a nie mieszkańców”), „tylko tak się bije chuliganów?” (o usunięciu z akademika awanturników), a wreszcie: „to jest śmieszne, jak na USP” (o samorządzie, który „ograniczył dowolne chodzenie po piętrze w tym czasie, kiedy wszyscy się uczą”)355. Ostatni dopisek ujawniał opinię o studiach przygotowawczych, odległą od oficjalnej.

Notatki partyjne z 1952 r. ukazywały chaos w gmachu przy pl. Narutowicza. Oto ZOA starał się usunąć z akademika grupę emigrantów z Jugosławii, jakąś Chinkę i pracowników Urzędu Bezpieczeństwa. Wskutek protestów UB i ambasady Chin cofnięto odnośne decyzje, ale Jugosłowianie musieli się wynieść. Do „dzikich” zaliczano grupę pracowników UW (10 rodzin), którzy odrzucili wspomniane przydziały mieszkań w odległych częściach Warszawy, oraz dawnych pracowników FDA czy Palmy, którzy zamieszkali tu zaraz po wojnie. Nie potrafiono pozbyć się „dzikich”, nie chciano usuwać „swoich”. Sami pracownicy ZOA zajmowali przy pl. Narutowicza 33 pokoje356. Wątpliwe jednak, by obecność obcych lokatorów naznaczała życie w tym ogromnym DA w tym stopniu, w jakim naznaczała je w akademiku żeńskim przy Tamce. Panować tam musiała atmosfera ula. „Dzicy lokatorzy” okupowali 46 pokojów przeciętnej wielkości 20 m2. Gnieździły się w nich wielodzietne rodziny robotnicze, pracownicy oczyszczania miasta, szpitala i radia, milicji i prywatnej inicjatywy. Niemowlęta i emeryci, urzędnicy, wartownik, bieliźniarka i kucharz. W notatkach dotyczących akademików brak jednak śladów antagonizmu między studentami a „dzikimi lokatorami”. Znajduje się natomiast sugestie, że napięcia budziły praktyki Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, które zagarniało przestrzeń na swe biura i mieszkania dla pracowników357.

Życie w akademikach odbijało cechy epoki. Rozgrywało się niejako na odrębnych scenach. W sprawozdaniach ukazywano wielki spektakl ideologiczny, formujący świadomy kolektyw z amorficznej masy przybyszów. Był to spektakl zebrań, na które zwoływali „piętrowi” i „piętrowe” (odpowiedniki radzieckich etażnych), spektakl zobowiązań, krytyk i samokrytyk. Część aktorów na tej scenie niewątpliwie przyjmowała swe role z zaangażowaniem, przeżywała też autentyczne rozczarowania, gdy stykała się z cynikami, wykorzystującymi funkcje dla własnych interesów. W wizji ideologicznej spoza kotar wychylał się „wróg”, odpowiedzialny za zło akademikowej egzystencji. Było to w istocie karykaturalne wyobrażenie drugiej, a może głównej jej sceny. Objawiała się na niej społeczność DA ze swymi nawykami i pragnieniami.

Za drzwiami pokojów, otwartymi przez kontrolerkę ZMP wysłaną do żeńskiego domu przy ul. Górnośląskiej, odbywały się imprezy. „Kiedy w dniu 19 I [1951 r.] zainteresowałam się kilkoma takimi pokojami, do których weszli koledzy o godz. 13.00 (a była godz. 22.00) okazało się, że obchodzili tam jakieś imieniny. Wprawdzie alkoholu nie mogliśmy znaleźć, ale goście byli podchmieleni”358. W żeńskim domu przy Tamce odnotowano inne zjawiska: niektóre pokoje „obwieszone są różnego rodzaju dewocjonałami”(!)359. Po akademikach krążyły także komisje interesujące się czystością podłóg i umywalek, i ogłaszające numery „brudnych” pokojów. Studentki z Tamki skarżyły się, że tak właśnie zakwalifikowano ich pokój, mimo wszelkich starań. Komisji nie spodobał się nieporządek wśród garnków. A gdzież mogły je schować, skoro mają jedną tylko szafę, pełną ubrań i zapasów?360 Oto problemy, jakimi żyły mikrospołeczności akademikowe.

Interesujący wgląd w tę egzystencję dają wspomnienia Anny Chałubińskiej-Szurczak, studentki polonistyki. Wraz z koleżanką wywalczyła ona w 1952 r. miejsce przy ul. Górnośląskiej: dawne pomieszczenie gospodarcze („i byłyśmy szczęśliwe”). Wkrótce uformował się krąg przyjaciółek pochodzących z małych miasteczek, którym udawało się w następnych latach zyskiwać wspólne zakwaterowanie przy Tamce, w Dziekance i przy ul. Karolkowej.

Miałyśmy podobne pochodzenie, nie najlepsze, bo „inteligencja pracująca”, zbliżoną sytuację materialną, podobne światoodczucie, wrażliwość, zasady moralne [...]. Mając potrzebę bycia razem, realizowałyśmy w praktyce lansowaną wówczas ideę kolektywu. Przez dwa lata składałyśmy się na jedzenie i kolejna dyżurna ze wspólnej kasy coś tam kupowała, gotowała i sprzątała. Posiłki nie były skomplikowane: chleb, masło, herbata. Jajecznica robiona przez dyżurną na cztery, pięć osób w akademickiej kuchence robiła na pozostałych koleżankach spore wrażenie. [...] Po świętach przywoziłyśmy z domu wędliny i ciasta, każda dla wszystkich. Zapasy te kładło się do tekturowego kartonu i wieszało na sznurku za oknem. [...] Ideę wspólnoty rozwinęłyśmy do tego stopnia, że zakupiłyśmy kreton w wyraziste kwiatki, uszyłyśmy sobie osobiście identyczne sukienki i nawet usiłowałyśmy je nosić.

Aby zrealizować zasadę sprawiedliwości, koleżanki zamieniały się też co miesiąc miejscami na swych piętrowych łóżkach, „na przemian: góra-dół, przy oknie – przy drzwiach”. Nie chadzały do lokali („wystarczały nam bary mleczne”) ani na zabawy, nie bywały zapraszane do domów warszawian ani wprowadzane w ich życie towarzyskie (wyjątki – koleżanka z Wawra i student „bardzo serdeczny, ciepły, koleżeński”, który zaprosił je na domową zabawę). Chłopcy bywali rzadko w ich pokoju. „Gdyby któryś przyszedł do jednej, miałby do czynienia z czterema. Chłopcy także tę surowość obyczajów akceptowali. Gdy Teresa umalowała sobie kiedyś usta, byli wstrząśnięci i zniesmaczeni”361.

Relacja ta wskazuje, że świat wykreowany w propagandzie nie musiał być sprzeczny ze spontanicznymi dążeniami do życia we wspólnocie. Wyrastały one niewątpliwie z doświadczenia „utraty świata”, jak Pierre Bourdieu nazwał rozbicie dawnego habitusu. Skala tego zjawiska była w społeczeństwie polskim ogromna. Dodać można, że samo doświadczenie studenta, trafiającego do obcego miasta i anonimowego DA, ma w sobie wiele z „utraty świata”. Wspólnotowy model wymuszały w pewnym stopniu warunki egzystencji, przede wszystkim ścisk, który zresztą nie zawsze różnił się od realiów „cywilnego” życia w przepełnionych mieszkaniach. Akademiki, podobnie jak mieszkania, stanowiły zarazem sferę propagandowej obietnicy lepszego świata.

Budowie nowych akademików starano się, także z powodu szczupłych środków z budżetu, nadać charakter akcji społecznej. ZSP zorganizowało ochotnicze brygady studenckie. Nie był to ruch imponujący. Na pierwszy turnus w lipcu 1951 r. zgłosiło się 150 osób (w tym 24 kobiety); wyłoniono dwa zespoły murarskie i jeden ciesielski, resztę skierowano do prostych prac. Zapewne części uczestników zależało głównie na łóżku i wikcie w okresie wakacyjnym. Napotkali jednak typowe dla epoki elementarne braki. Nie wszyscy dostali obiady, śpiący przykrywali się własnymi ubraniami, gdyż nie wydano im koców. Grupa 23 osób porzuciła pracę, co ZMP nazwało złowróżbnie „zorganizowaną akcją”, wysuwając (zapewne słuszne) przypuszczenie, że studenci znaleźli sobie gdzieś lepszą pracę. Problem stanowiły też nienajlepsze stosunki między studentami a robotnikami. Aktywiści ZMP starali się je ocieplić we właściwy sobie sposób. Zorganizowali „prasówki”, które stały się okazją do „dyskutowania z robotnikami na tematy bieżące”362. Ogólnie biorąc, udział studentów przy budowie akademików był raczej niewielki.

Co znamienne, mimo okropnej sytuacji kwaterunkowej władze zdecydowały się w 1954 r. na odebranie instytucjom religijnym prawa do prowadzenia akademików. W sierpniu wojsko i milicja wtargnęły do Szarego Domu Urszulanek na Powiślu, w którym mieszkało kilkadziesiąt studentek. Kierowniczkę wywieziono na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich, sale przeszukano, wymuszono decyzję o zamknięciu akademika. Szary Dom, wzniesiony w latach 30., a odbudowany w 1945 r., był w latach stalinizmu silnie związaną społecznością, bardzo żywą organizacyjnie i kulturalnie. Na prelekcje zapraszano katolickich intelektualistów (w latach 1951–1952 m.in. Antoniego Gołubiewa, Jerzego Zawieyskiego, Jerzego Turowicza), organizowano bale i ostatki, na rekolekcje przybywał sam prymas Wyszyński. W czerwcu 1952 r. żegnano 75 absolwentek, w tym 49 z Uniwersytetu, największą grupę z polonistyki, ale także z dziennikarstwa i prawa – osobliwy musiał być kontrast życia w Szarym Domu z atmosferą tych „czerwonych” wydziałów363.

Gdy dotychczasowe mieszkanki domu Urszulanek wciskano do zatłoczonych już pokojów innych akademików, męska społeczność studencka UW odczuwała pewną ulgę: w 1954 r. oddano wreszcie do użytku nowe obiekty – dwa akademiki przy ul. Kickiego na Grochowie. W roku następnym studenci obu płci wprowadzali się zaś do drewnianych domów na Jelonkach, opuszczonych przez budowniczych Pałacu Kultury i Nauki.

Słynne akademiki „na Kicu” dla 1300 studentów szorstko witały swych pierwszych mieszkańców. Jak wspomina Krzysztof Wrocławski, przyjęty na geologię,

ściany budynku były jeszcze wilgotne, a w pierwszym tygodniu po zasiedleniu toalety nie były czynne i korzystaliśmy z latryn ekipy budowlanej. [...] Dzielnica Grochów, część Pragi, nie była do studentów nastawiona nadto życzliwie, co także odczuliśmy na własnej skórze, kiedy głęboką nocą obudził nas krzyk jednego z współmieszkańców bitego pod oknami przez chłopaków z Grochowa. Wylegliśmy przed domy i odbyła się wtedy regularna wojna na kamienie, zakończona oblężeniem pobliskiej świetlicy, do której schronili się grochowiacy364.

W roku następnym warunki się poprawiły: zainstalowano gaz, otwarto kiosk i sklepik, inaugurowano radiowęzeł i tzw. pokoje cichej nauki. Jeden z akademików przeznaczono wówczas dla studentek, przeniesionych z Dziekanki. „Narzeczeńskie pary będą miały do siebie dwa kroki, wystarczy wyjrzeć przez okno” – zapowiadała „Trybuna Uniwersytecka”365. Sprawy nie ograniczyły się, rzecz jasna, do wyglądania przez okno. Obyczaje przy ul. Kickiego stały się przedmiotem troski wychowawców młodzieży. Natomiast z punktu widzenia mieszkańców prawdziwy problem stanowiły dojazdy do obiektów UW po drugiej stronie Wisły. Autobus 102 i tramwaje były zatłoczone ponad wszelkie wyobrażenie. Pojawiły się nawet propozycje, aby – jak tuż po wojnie – puścić w ruch ciężarówki, które by woziły studentów na zajęcia366.

Na przeciwległym krańcu stolicy organizowano jesienią 1955 r. życie na Jelonkach. Pokazowe osiedle robotnicze stać się miało wzorowym osiedlem akademickim Przyjaźń. Mieszkańcy mogli ulec urokowi drewnianych domów z gankami i opowieści o planowanych atrakcjach. Pierwsza zima była jednak surową lekcją. Dwa tysiące studentów marzło w niedogrzanych z powodu wadliwej kotłowni budynkach wśród zasypanych śniegiem pustkowi. Życie urozmaicać miał radiowęzeł, lecz jedynie koncert życzeń i transmisje sportowe cieszyły się zainteresowaniem. Zebrania Dyskusyjnego Klubu Filmowego przeistoczyły się – znak odwilży – w seanse krytyk osiedlowej władzy, stosującej „dryl” i wtrącającej się w prywatne życie. Ingerencje te związane były z koedukacyjnym charakterem osiedla i pewnymi swobodnymi zachowaniami. Innym problemem były też spięcia z młodzieżą dzielnicy Górce367. Niewątpliwie Przyjaźń załagodziła jednak sytuację w domach studenckich, a także poprawiła warunki życia pracowników UW, który otrzymali tam mieszkania. Uniwersytet skorzystał również bardziej bezpośrednio z „daru ZSRR”, zajmując pomieszczenia w Pałacu Kultury i Nauki: przez wiele lat piętra VI–IX wynajęte były dla Matematyki, Dziennikarstwa i Muzykologii.

Kuracje, objazdy i brygady żniwne

Jesienną i zimową Warszawę roku 1951/1952 sportretował Kazimierz Brandys w swej socrealistycznej powieści Obywatele. Droga jej bohaterów jest, oczywiście, drogą ku światłu i słońcu, którą pokonać muszą wśród przeciwności, aby wiosną i latem ujrzeć swe osiągnięcia w błyszczącym pejzażu nowego miasta i nowego świata. Brandys potrafił jednak, nie naruszając konwencji, oddać atmosferę błotnistych ulic i obwieszonych tramwajów ponurej Warszawy. Większość roku akademickiego studenci spędzali w takim właśnie mieście, pełnym wciąż ruin, słabo izolującym od przykrego klimatu, w przepełnionych i zarazem niedogrzanych akademikach i salach uczelni. Przewlekłe choroby były w tych warunkach częste, a niedojadanie i złe ubranie sprzyjały szerzeniu się tej, której najbardziej się bano: gruźlicy. W 1953 r. badania kontrolne w akademikach warszawskich ujawniły około 250 osób w różnym stopniu dotkniętych gruźlicą. Nie było mowy o odizolowaniu ich wszystkich: półprewentorium na Bielanach, przeznaczone dla mieszkańców akademików, pomieścić mogło najwyżej 60 osób, zapewniając im, oprócz czystszego powietrza i lepszych warunków lokalowych, bezpłatne wyżywienie368. Władze zdawały sobie sprawę, m.in. dzięki raportom ZMP, że w akademikach mieszkają prątkujący i że stan zdrowia śpiących tam bez zezwolenia (oceniano ich liczbę w Warszawie na pół tysiąca) jest nieznany369. Zaangażowanie lekarzy, którzy w tych latach, pracując ponad siły, próbowali opanowywać sytuację pozostało w dobrej pamięci. Jednak środki, jakimi dysponowali, były niewspółmierne do potrzeb.

Oto w jakich warunkach działała uniwersytecka przychodnia dla studentów, której opieką objętych było dziesięć tysięcy osób (prócz studentów UW, ci z ASP, część z Akademii Medycznej i mieszkańcy dwóch akademików). Zajmowała ona w 1952 r. dwa „zawilgotniałe w wysokim stopniu” pokoje na parterze Domu Studenta – bez instalacji gazowej i wodociągowej! – w których działał gabinet internistyczny, dentystyczny i zabiegowy. „Pokój zabiegowy mieści się w gabinecie dentystycznym, zabiegi wykonuje pielęgniarka w kącie za szafą z lekami, albo na stole rejestracyjnym. W czasie nieobecności internisty przenosi się do gabinetu lekarskiego”. Internista przyjmował dziennie ponad pół setki pacjentów, dentyści przeprowadzali tyleż zabiegów. Pomoc dentystyczna pracowała dwanaście godzin na dobę. Dwie pielęgniarki wykonywały do stu zabiegów dziennie. Wyposażenie było elementarne. Internistki miały do dyspozycji dwa stoły i krzesła; dentyści – fotel, maszynę elektryczną, stolik metalowy i stołek, sterylizator i drobne instrumentarium370. Można sobie tylko wyobrazić atmosferę w tych pokoikach. Trzeba zarazem wziąć pod uwagę, że był to okres niewygasłej wiary w moralne powołanie oraz w etos pracy, wiary rozbudzonej pod wpływem strasznych doświadczeń, a swoiście podtrzymywanej w propagandowym świecie przedstawień, który wywierał pewien wpływ na bieżące życie. W sferze materialnej było to życie trudne. Warunki w przychodni uniwersyteckiej tylko to potwierdzały.

Chorych wysyłano na kuracje do górskich sanatoriów, wyrywając ich z niezdrowego powietrza sal akademikowych. Zdawało się to jednym z osiągnięć „nowej rzeczywistości”. Zdrowi zabiegali zaś o miejsca na zimowych wczasach studenckich w Czarniawie Zdroju czy obozach narciarskich w Karpaczu. Nic nie wiadomo o społeczno-politycznej selekcji wśród chorych; zdrowi podlegali jej niewątpliwie. Złożone podania były rozpatrywane pod tym względem, pierwszeństwo przyznawano młodzieży o robotniczym i chłopskim pochodzeniu, za błąd polityczny uznając wysłanie na wczasy „syna pułkownika policji państwowej”. Syn winien był odpowiadać za niewłaściwą przynależność ojca. Kwalifikacji dokonywało uniwersyteckie ZSP, decyzje zaś miały charakter warunkowy: o możliwości wyjazdu rozstrzygało pomyślne zakończenie przez studenta sesji. Przyjęci przechodzili badania lekarskie, dostawali skierowanie na wczasy i zwrot kosztów podróży koleją. Wczasy były darmowe, należało jedynie wnieść opłatę manipulacyjną 15 zł. Zrzeszenie pomagać miało w wypożyczeniach sprzętu narciarskiego. Sugerowało też uczestnikom zabranie instrumentów muzycznych. Czekała ich wielka przygoda: Zakopane, Szklarska Poręba, Karpacz. Choć skierowaniami do atrakcyjnych miejsc rządziły, prócz oficjalnych wymogów, różne wpływy i protekcje, wczasowy aspekt „rewolucji” zdawał się zyskiwać szeroką aprobatę. Latem, po dobrze zakończonej sesji, studenci mogli mieć nadzieję na Łagów, Warmię i Mazury, nadmorskie plaże371.

Na wczasy jeździli wybrani. Doświadczeniem powszechnym na wielu kierunkach studiów były natomiast praktyki terenowe, należące do stałego, bronionego przed oszczędnościami programu. Wiele czasu na kursach i praktykach terenowych spędzali geolodzy. Jak wspomina Krzysztof Wrocławski, trzytygodniowy obóz na pierwszym roku, służący także selekcji studentów, nazywany był potocznie „dożynkami”. W 1955 r. w Chęcinach studentki ulokowano w byłym klasztorze, studentów w byłym więzieniu, by za dnia zabierać ich w grupach na ćwiczenia terenowe i odkrywki, z których wracając na obiad, studenci śpiewali na ciężarówce: „Panie szofer gazu, panie szofer gazu, panie szofer gazu-gazu!”. Wieczorami, mimo zmęczenia, kwitło życie towarzyskie na spacerach, a także w lokalnej knajpie372. Historycy sztuki jeździli na instruktywne wycieczki szlakami fasad, sklepień i ołtarzy, jak w maju 1955 r., gdy prowadzeni przez adiunkta i asystentkę objechali Kielce, Chęciny, Jędrzejów, Pińczów, Chmielnik, Szydłów, Kurozwęki, Staszów, Bogoryję, Klimontów, Koprzywnicę, Sandomierz, Opatów, Łagów, Górno i Bodzentyn373. Podobnymi szlakami podążali historycy, uzasadniając tę potrzebę wobec rektoratu, który zapewne uznawał ją za zbyt kosztowną. Trasy były bowiem długie. Objazd drugiego roku historii rozciągał się w 1955 r. na 1700 kilometrów374. Były to ważne doświadczenia. Studenci wraz z profesorami i asystentami mieścili się na drewnianych ławach pod plandeką ciężarówki, razem z nimi lokowali się w zgrzebnych wnętrzach schronisk, wraz z nimi szukali posiłku w zapadłych miasteczkach. Był to rys atmosfery Uniwersytetu. Wbrew wstrząsom społecznym i politycznym kultywowano tradycyjny dystans między kadrą a studentami. Zarazem, nie usuwając tego dystansu, wspólne pokonywanie przeciwności materialnych ocieplało charakter relacji.

Prace terenowe geologów czy objazdy historyków sztuki były przeżyciami towarzyskimi, kształtując studenckie więzi i przyczyniając się do krystalizacji relacji męsko-damskich. Tę funkcję spełniały niewątpliwie także innego typu wyjazdy, charakterystyczne dla epoki, mianowicie „wyjazdy w teren” i „brygady żniwno-omłotowe”. W takich akcjach występował różny stopień przymusu; niekiedy szukano chętnych, często wyznaczano po prostu grupy i sadzano na ciężarówki. „W teren” pchały studentów ZSP i ZMP w ramach akcji łączności miasta ze wsią, których elementem musiała być pomoc przy zbiorach jabłek czy wykopkach w spółdzielniach i PGR-ach. Pomoc ta bywała uzupełniona misją indoktrynacji rolników indywidualnych. Grupy studenckie przekonywać ich miały o dobrodziejstwach kolektywizacji, krążąc od domu do domu. „Gospodyni przyjęła nas dyplomatycznie i przyjaźnie, udając, że nie wie, o co chodzi. Poczęstowała wodą, a może nawet mlekiem, wyraziła jakiś komplement, pogadaliśmy sobie na tematy bezpieczne i wyszliśmy, nawet słowem nie wspominając o jakichś spółdzielniach produkcyjnych” – zapamiętała uczestniczka akcji. Trudno ocenić, w jakiej mierze wspomnienie to jest reprezentatywne. Niewątpliwie takie wydaje się natomiast wspomnienie o wieczornych śpiewach przy gitarze375.

Do „brygad żniwno-omłotowych” formalnie szukano ochotników, choć znając ówczesne realia można wątpić w dobrowolność udziału. W 1953 r. oczekiwano na 10.000 uczestników; zebrano niespełna 8000, w tym 1500 z Warszawy. Niezadowalający wynik tłumaczono słabością agitacji, a także „dość silnym oporem wroga”. Wśród brygad pracujących w PGR w województwie szczecińskim przodowali studenci warszawskiej Akademii Medycznej, wykonując 250% normy i otrzymując w nagrodę „piękny wieniec z kłosów”, wyróżnili się także studenci SGGW i Politechniki. Natomiast ci z Wydziału Dziennikarskiego UW nie wykonali norm i „mówiono o nich w PGR, że «przybyli odpoczywać». W święta nie chcieli iść do pracy i były próby strajku, który został stłumiony przez aktyw ZMP z UW. Nie prowadzili oni żadnej pracy politycznej, nawet z okazji 22 lipca nie zorganizowali akademii”. Chodziło zaś przecież o to, aby studenci stali się „agitatorami w wyjaśnianiu polityki naszej Partii i Rządu”. Tymczasem nie wykazywali postulowanej „aktywności w całokształcie życia politycznego i kulturalnego wsi”. Zapewne ów całokształt jawił im się odmiennie niż to wynikało z przedwyjazdowych „nastawień”. Zresztą wielu nie dostało obiecanych roboczych ubrań i butów. Niekiedy studenckie brygady wydawały się po prostu zbędne i wykonywały nieistotne prace, a PGR-y próbowały się ich pozbyć. Organizatorzy z ZMP zwracali uwagę na brak gazet i radia („w szeregu gospodarstwach studenci 26 VII nie wiedzieli o tym, ze w Indochinach został zawarty rozejm”), a także apteczek i możliwości umycia się, oraz na marne jedzenie. Donoszono o braku jarzyn, chlebie z margaryną i marmoladą na śniadania i kolacje, niesmacznych potrawach i „antysanitarnych warunkach” ich przyrządzania. W gospodarstwie Mieszkowo podawano „cuchnące, stare mięso, oprócz tego dawano gorzką, czarną kawę na śniadanie, na kolację chleb z marmeladą”. Niekiedy studenci porzucali pracę w proteście przeciwko jakości wyżywienia376.

Nieplanowanym dzieckiem brygady żniwnej, pracującej we wrześniu 1953 r. w Gawliku koło Rucianego, był Studencki Teatr Satyryków. Jak wspominał Henryk Malecha:

Zjawiliśmy się: studenci z polonistyki, muzykologii i psychologii. Wieczorami rej wodził Henio [Olesiak] zwany „gitarą” – śpiewał piosenki, akompaniując sobie na tym instrumencie, a my wykonywaliśmy refreny. Podczas tego wieczoru wyłoniła się zdecydowana grupa towarzyska, która po zakończeniu turnusu postanowiła spędzić jeszcze kilka dni na jeziorach. Wystąpiliśmy też na wieczorze pożegnalnym jednego z turnusów wypoczynkowych PTTK w Rucianem. Przedstawiliśmy się jako grupa studentów wracających ze Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w Bukareszcie. Wczasowicze przyjęli nas dobrze.

Po powrocie do Warszawy zawiązano dalsze kontakty. Grupa się powiększała, zyskując patronat ZSP. Wiosną 1954 r. w świetlicy Domu Studenta ćwiczono pierwszą składankę To idzie młodość. Ukształtowała się grupa twórców, w większości urodzonych w latach 1930–1933 (Andrzej Jarecki, Witold Dąbrowski, Jarosław Abramow-Newerly, Andrzej Drawicz, Jerzy Markuszewski), która zostawić miała trwały ślad w kulturze polskiej377.

Nakazy i opinie

„Wszyscy praktykanci stwierdzali, że nie posiadają zamiłowań pedagogicznych, jednak praktykę potraktowali poważnie, licząc się z możliwością otrzymania przydziału pracy do szkoły” – zapisano w jednym ze sprawozdań ze studenckich praktyk zawodowych378. Uwaga była znamienna: chciany czy niechciany, zawód nauczyciela przeznaczony był absolwentom większości kierunków uniwersyteckich. Przeznaczony przez państwo.

Nim wprowadzono w 1950 r. planowy przydział pracy, absolwenci sami się o nią starali. Mogli korzystać z pośrednictwa Bratniaka lub tablic ogłoszeń na UW. Można było się z nich dowiedzieć wiosną 1946 r., że Krajowa Rada Narodowa poszukuje absolwentów prawa lub ekonomii. W 1947 r. gimnazjum i liceum w Zawierciu zapytywało, „czy Obywatele nie byliby skłonni podać do wiadomości kandydatów do zawodu nauczycielskiego” wiadomości o etatach z pensjami 10 tys. zł miesięcznie. Liceum pedagogiczne w Bytowie zachęcało tzw. dodatkiem zachodnim do uposażenia, dobrymi mieszkaniami, możliwością „uzyskania mebli poniemieckich”. W 1948 r. inne liceum zapewniało, że „Kozienice są miejscowością o zdrowym klimacie, położoną wśród lasów sosnowych i jezior”379. Ten rodzaj zabiegów, współtworzących powojenny rynek pracy, ustać miał dzięki planowej działalności aparatu państwa, eliminującej przypadkowość, dającej absolwentom poczucie bezpieczeństwa, ale oznaczającej oddanie ich do dyspozycji administracji.

Od wiosny 1950 r., gdy przyjęto ustawę o planowym zatrudnieniu, student zyskać miał pewność, że czeka na niego miejsce pracy. Natomiast podejmowanie pracy w czasie studiów zostało uzależnione od zgody władz uczelnianych. Tworzyło to tendencję do wyłuskiwania przez uczelnie wybitnych studentów i chronienia ich przed wysłaniem w nieznane. Było też elementem kontroli politycznej. Gdy redakcje czasopism ZMP-owskich zwracały się o zgodę na zatrudnienie studentów, wątpliwe, aby robiono trudności. Zatrudnienie się w czasie studiów zmniejszało obawę przed apodyktyczną decyzją Komisji Przydziału Pracy, w ręce której dostawał się absolwent. Określała ona jego los wedle rozdzielnika, przysłanego z Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego (PKPG), kierując go do pracy nauczycielskiej, przemysłu, administracji terenowej. Komisja podzielona była na sekcje wydziałowe, skupiające przedstawicieli kadry UW, delegatów ministerstw i instytucji, PZPR i organizacji młodzieżowych. Krótko rozmawiali oni z absolwentem i wypuszczali go w świat z druczkiem „Nakaz pracy nr...”, który określać miał jego najbliższe lata, lub – jak się nieraz okazywało – dalsze życie. „Czułam się jak niewolnica na targu”, wspominała zetknięcie z komisją w 1955 r. absolwentka polonistyki. Zamierzano ją skierować do izolowanej wioski, w ostatniej jednak chwili urzędniczka z Ministerstwa Finansów oświadczyła: „Ja biorę tę panią”. Trafiła do Technikum Finansów w obcym jej Kaliszu. Pracowała w nim do emerytury380.

Po pięcioletnim zasiadaniu w komisji przydziału pracy profesor prawa podkreślał w czasach odwilży niechęć absolwentów do nakazów pracy. Nie doceniają dzisiejszych czasów – oceniał, przywołując „wręcz tragiczną” sytuację absolwentów przed wojną. Proponowano im zwykle dwuletnią aplikację bezpłatną. „A obecnie? Absolwent wchodzi na salę, gdzie odbywa się przydział pracy, i zaraz otrzymuje ofertę pracy płatnej (po przesłuchaniu co do stosunków osobistych i życzeń co do rodzaju pracy). Chyba trudno powiedzieć, że jest gorzej, a nie lepiej”. Nastroje pod salą są jednak jak najgorsze. Dominuje „korytarzowe szeptanie”381. Na polonistyce czy historii lękano się zwłaszcza „zsyłki” do szkoły czy wiejskiej biblioteki. „Prowadzono – wspomina Głowiński – spotęgowaną agitację, by samemu zgłaszać się do pracy w miejscach odległych i zabitych deskami”. Bywało w tym zresztą niemało hipokryzji. Zasłynął przewodniczący polonistycznego koła ZMP, który nawoływał w 1955 r. do przyjmowania etatów nauczycieli wiejskich, po czym wyjechał do Chin jako kierownik polskiego lektoratu na uniwersytecie pekińskim382.

W komisji Wydziału Historycznego „wytworzył się nastrój «giełdy pracy», zarówno studenci, jak i przedstawiciele resortów uważali komisję za zło konieczne i jedni szukali najlepiej płatnych posad w Warszawie, drudzy odrzucali sobie absolwentów «jak piłki»” – oceniały władze partyjne w 1951 r. Komisje skarżyły się zaś na absolwentów przeświadczonych „o wszechpotędze wpływów ubocznych” i uznających protekcję za „argument jedyny i decydujący”. Gdy komisja „nie godziła się na ustępstwa”, absolwenci odwoływali się do prasy, ściągając nawet na obrady korespondentkę „Trybuny Ludu”. Komisje narzekały też na swą zewnątrzuniwersytecką obsadę. Na zebraniach zjawiali się coraz to inni przedstawiciele ministerstwa, a składane przez nich obietnice (zwłaszcza przydziału mieszkań) okazywały się nierzadko bez pokrycia. Ze swej strony Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego widziało problemy przede wszystkim w postawach komisji, skłonnych do kierowania się „osobistymi życzeniami” studentów, oraz do „autonomizmu” wobec władz uczelni383.

Odstępstw od scenariusza nie można było uniknąć. Bardzo sztywny system przydziałów pracy, tworzony w murach „mincówki”, pompatycznego gmachu PKPG przy pl. Trzech Krzyży, pękał bowiem pod własnym ciężarem. Słane stamtąd rozdzielniki etatów, podstawa decyzji komisji, bywały nieadekwatne, spóźnione lub zbyt skąpe, co powodowało nawet zezwalanie grupom studentów na samodzielne szukanie pracy. Niekiedy instytucje zrzekały się przydziałów, zostawiając kandydatów na lodzie. Ten bałagan pomagał w wymykaniu się systemowi. Część absolwentów zwalniana była z obowiązku pracy (ostateczną decyzję podejmował minister) lub zyskiwała miejsce, na jakim jej zależało. Kilku młodych dziennikarzy mógł wziąć pod swe skrzydła warszawski periodyk sportowy (podpisali deklaracje, że nie oczekują na mieszkanie). Koleżanka mogła załatwić w Wałbrzychu atrakcyjne miejsca dla kilku osób. Gdy absolwentowi komisja dała pracę w Żarach, po „wielu prośbach, różnych argumentach i targach” udało mu się wywalczyć pozostanie w stolicy; pomogła specjalizacja – dziennikarstwo radiowe384. Komisje musiały brać pod uwagę stan zdrowia lub „stan poważny” (ciąża), a także małżeństwo. Pospieszna decyzja o ślubie lub zorganizowanie sobie ponurych zaświadczeń lekarskich bywały więc metodą uniknięcia „zsyłki”. W 1955 r. na 33 skierowania z Wydziału Historycznego tylko dwa były zgodne z rozdzielnikiem: reszta absolwentów miała już małżonka w Warszawie lub dzieci. Ponadto kierowniczka komisji zwracała uwagę na zły stan zdrowia młodzieży („gruźlica, choroby serca, żołądka, nerwów, wady wymowy itp.”), który sprawił, że czwartą część absolwentów skierowano do prac „mniej wyczerpujących nerwowo niż szkoła”, udzielono też odroczeń i zwolnień385. Na względy mogli również liczyć w latach odwilży wybitnie uzdolnieni studenci.

Dotyczyło to przede wszystkim młodzieży czynnej w ruchu młodych literatów, zwłaszcza członków zespołu Teatru Satyryków, dalej młodych poetów i dziennikarzy związanych z redakcjami niektórych pism, paru zamiłowanych dialektologów, kilku dziewcząt zwerbowanych do pracy nad książką dziecięcą w [...] wydawnictwach.

Ta wartościowa, jak podkreślała przewodnicząca komisji Wydziału Filologicznego, młodzież „jeśli nie na Komisji, to w wyższej instancji uzyskiwała [...] spełnienie swych życzeń, ale działo się to poza rozdzielnikiem”386.

Komisje wykazywały, ku niezadowoleniu ministerstwa, pewną spolegliwość, zwracając uwagę na „zamiłowania” absolwentów czy ich związki z Warszawą. Bywały jednak bezwzględne, przekreślając realizowane już plany zawodowe. Wobec osób już zatrudnionych mogły zastosować formułę „pozostawienia w miejscu pracy”, ale równie dobrze spowodować zwolnienie387. Dochodziło do sytuacji dramatycznych. Oto zatrudniona w Bibliotece Narodowej kobieta otrzymała nakaz pracy w szkole na Kielecczyźnie. Komisja Wydziału Historycznego uznała, że zainteresowanie pracą biblioteczną „nie znalazło praktycznego wyrazu w toku jej studiów, a wielkie zapotrzebowanie w szkolnictwie poza Warszawą wymaga skierowania absolwentów w pełni dyspozycyjnych do resortu Oświaty”. Długa dyskusja z zainteresowaną, której przedstawiano „społeczne obowiązki, jakie ciążą na każdym absolwencie Uniwersytetu, nie dała rezultatu”. Absolwentka zwróciła się do Komisji Odwoławczej. Przekonywała ją 5 IV 1952 r., że musi pozostać w Warszawie, aby pracować nad magisterium. Zostało jednak „wyjaśnione”, że praca jest nieznacznie zaawansowana (co zainteresowana tłumaczyła koniecznością zarobkowania), że absolwentki nic z Warszawą nie wiąże (mimo zatrudnienia i obiecanego mieszkania); że Kielce mają dobre połączenia ze stolicą i Krakowem, że trzyletni przydział „pozwoli w praktyce sprawdzić jej zamiłowania”, że zaletą nauczycielskiego zawodu są długie wakacje, a stosunek państwa do nauczycieli dokształcających się jest życzliwy. Choć argumenty „odwołujące się do rozsądku i poczucia społecznego” nie dotarły do świadomości absolwentki, komisja podtrzymała poprzednią decyzję i powiadomiła o tym Bibliotekę Narodową, a nieszczęsną pouczyła o niemożności dalszego odwoływania się i skutkach karnych nieprzyjęcia nakazu388.

Komisje stawały się także forum typowego dla stalinizmu opresyjnego „omawiania osób”, analizowania ich postaw i uwikłań rodzinnych. Korzystne oceny – „aktywny w pracy społecznej, dobry student” i osoba „pracowita (lojalna), raczej pozytywna” – kwalifikowały do pracy nauczycielskiej. Bywało, że przedstawiano wątpliwości co do „szczerości obecnej postawy” lub obserwowano, że absolwent „przeżywa okres przestawiania się ideologicznego”. Przeciwwskazaniem do pracy w szkole mógł być „słaby system nerwowy” i cechy osobowości, ale też obciążenia polityczne. W przypadku kobiety, której mąż został aresztowany, podkreślano, że „z mężem nie żyje od 1947”, co miało uwalniać ją od podejrzeń. Jedna z absolwentek historii sztuki wzbudziła czujność przedstawiciela Ministerstwa Kultury i Sztuki, który wyciągał różne „szczegóły biograficzne jej rodziny”, m.in. współpracę brata z ONR Falanga. Wypisano jednak nakaz pracy do Państwowego Instytutu Sztuki. Inny absolwent był niegdyś członkiem Konfederacji Narodu i pracował w „Tygodniku Powszechnym”, ale podkreślano, że przeszedł ewolucję polityczną, co uzasadnia przydzielenie go do resortu Kultury i Sztuki. Przedstawiciel tego ministerstwa uznał jednak, że absolwent nie nadaje się „ze względu na obcość ideol[ogiczną]” i zrezygnował z przydziału. Wobec człowieka opisanego jako „klerykał, publicysta katolicki” komisja wystąpiła o zwolnienie z nakazu pracy. Wielu marzyło o takim rozstrzygnięciu, jednak w tym wypadku oznaczało ono, że absolwent ma pozostać w enklawie katolickiej publicystyki, pozbawiony szans na pracę w instytucjach publicznych, co mogło się skończyć bezrobociem politycznym. „Obecnie obciążone konto polityczne daje często lepszą posadę, bo człowieka niepewnego nie chce się wysyłać na wieś, więc dostaje on lepiej płatną pracę w Warszawie” – konstatowano wszakże w apogeum stalinizmu387.

„Omawianie osób” opierało się przede wszystkim na przygotowanych przez ZMP czy opiekunów roku charakterystykach. Uniwersytecki obieg dokumentów obciążony był opiniami personalnymi. Należały one do kluczowych dokumentów reżimu stalinowskiego; torowały drogę jednostce pnącej się w górę lub podążały za nią i ściągały w dół. Uczelnia, wielki ich wytwórca, ponosiła więc współodpowiedzialność za dalszy los absolwenta. Jeśli zmieniał on pracę, zobowiązany był złożyć ankietę, którą dział kadr starał się potwierdzić, wysyłając zapytania do jego Alma Mater. Standardowe zapytanie było poufnym pisemkiem, w którym zaznaczano, że chodzi o opinię „pod względem zawodowym, społeczno-politycznym i moralno-etycznym”. Mimo klauzul pilności uniwersyteckie młyny mieliły powoli i czas oczekiwania mierzyło się nieraz w miesiącach390.

Przeważająca większość opinii tego rodzaju (wśród przejrzanych z lat 1954–1955, okresu spadającego napięcia ideologicznego) miała charakter formalny i dość zdawkowy. Jak się zdaje, autorom – zwłaszcza dziekanom lub kierownikom katedr – przyświecała zwykle zasada primum non nocere. Pisali o pilności w nauce, wynikach, życzliwości wobec kolegów. Odnotowywali, czy student był „zorganizowany”, dodając formułki w rodzaju: „Na roku cieszyła się opinią uspołecznionej studentki”; „Pracował na odcinku łączności miasta ze wsią”; „Pracowała przy redagowaniu gazetek ściennych”. Pojawiały się jednak bardziej złożone oceny: „Stosunek do obecnej rzeczywistości jest pozytywny, światopogląd – niemarksistowski”; „pozytywna, ale jeszcze niedostatecznie wyrobiona”; „była raczej słabą studentką i ZMP-owcem, jednak dość koleżeńska i pracowita”391. Niektórzy dziekani unikali oceniania postaw politycznych czy moralnych, wyręczając się opinią ZMP lub sugerując zwrócenie się do partii. Witold Doroszewski, opisawszy pochlebnie postępy naukowe absolwenta polonistyki, zbył inne kwestie: „Co do postawy społeczno-politycznej ob. ***, to, o ile wiem, jest on członkiem PZPR”. Niektórzy skłonni byli trzymać się zasad prawdomówności, nie ukrywając, że absolwent był miernym studentem lub popełniał nadużycia. To w realiach epoki mogło mieć różne skutki. Słabe postępy lub „niezorganizowanie” tłumaczono złym stanem zdrowia, trudnymi warunkami życia lub zgoła wiekiem: „Niezorganizowany, w życiu społecznym grupy nie brał żywszego udziału, co spowodowane było prawdopodobnie tym, iż ob. *** był znacznie starszym od kolegów swego roku (urodzony w 1927 r.)”. Ta opinia potwierdzała zresztą wyrównanie wiekowe ogółu. Biografie polityczne zajmowały czasem w opiniach więcej miejsca niż naukowe. Gdy Politechnika prosiła o charakterystykę pewnego studenta matematyki, dziekan opisał go jako wykazującego „szczere zainteresowanie matematyką”, lecz nacisk położył na sprawy inne:

Członek organizacji ZMP od 1949 r., b. aktywnie pracuje politycznie i społecznie od początku swych studiów (praca na terenie Hoteli Robotniczych, w ekipie łączności miasta ze wsią, w kampanii przedwyborczej do Sejmu PRL, obecnie zaś na terenie Dzielnicowego Komitetu Frontu Narodowego na Grochowie)392.

Charakterystyki, które mogły zaszkodzić, wychodziły zwykle spod piór działaczy zetempowskich lub partyjnych. Oto opinia o absolwentce Prawa, przygotowana dla centralnego urzędu przez szefa wydziałowej PZPR. Scharakteryzował on osobę jako studentkę o dobrych wynikach, lecz „słabej opinii” w ZMP. Organizacja nie miała do niej zaufania. Mimo to absolwentka wystarała się o pracę w Instytucie Polsko-Radzieckim (który najwyraźniej nie wystąpił o opinię lub ją zlekceważył), gdzie także przyjęto ją w poczet kandydatów PZPR. „Zaznaczyć należy, że do Partii przyjmowali ją i rekomendowali ludzie nieznający jej z pracy uniwersyteckiej, oraz że nie zwrócono się po opinię na Uniwersytet Warszawski, która była bezwzględnie ujemna”. Dzięki jednak dobrej opinii z Instytutu kobieta podjęła studia drugiego stopnia na UW. Wtedy naruszanie dyscypliny studiów i lekceważenie pracy społecznej potwierdziło, że „do Partii przyjęta została znacznie przedwcześnie”. Był to rodzaj wewnątrzpartyjnej polemiki, wywołanej najpewniej rozdrażnieniem działaczy uczelnianych, z których opinią się nie liczono w IPR. Mogły tu mieć znaczenie także zatargi osobiste. Znamienne, że surową ocenę dopięto do zupełnie rzeczowej informacji dziekana393. Poważniejsze skutki mogła mieć opinia o byłym studencie historii sztuki, sporządzona dla szkoły aktorskiej w Krakowie, do której student ten starał się o przyjęcie. Szkołę interesowały zwłaszcza okoliczności usunięcia go z ZMP w 1953 r. Kierownik IHS donosił, że rzeczony „wykazywał wyjątkowo lekceważący stosunek do studiów”, a opiekun roku i koledzy „niejednokrotnie mieli okazję stwierdzić w rozmowach prywatnych i na zebraniach” jego „całkowicie niewłaściwą i aspołeczną postawę”. Przyczyną zaś usunięcia z ZMP było zatajenie faktu, „że ojciec przebywa za granicą”, oraz dwulicowość i zły wpływ na otoczenie394.

Opinie były nieznane zainteresowanym i tym bardziej niepokojące. Dlatego ważnym znakiem zmian politycznych, jakie zachodziły w 1956 r., była decyzja koła ZMP polonistyki o ujawnieniu opinii kończącym studia z możliwością ustosunkowania się. Sytuację opisał w dzienniku Andrzej Krzysztof Wróblewski, ukazując zarówno koleżeńskie układanie się relacji w kole, jak poważne znaczenie przywiązywane do opinii, nie tylko dlatego, że mogły określić przyszłość. Ukazywały obraz własny w opinii kolektywu395.

Odwilż

„Stosunek niektórych Obywateli Dziekanów do przekroczeń dyscypliny studiów jest bardziej liberalny, niż w roku ubiegłym” – w lutym 1954 r. ministerstwo udzieliło pismem okólnym reprymendy szkołom wyższym, z których docierały sygnały „znacznego rozluźnienia”396. Można to uznać za jeden z pierwszych sygnałów uczelnianej odwilży avant la lettre. Wynikała ona w tym stadium z zacinania się nader sztywnego mechanizmu, narzuconego szkolnictwu, i prób reakcji na spadającą w warunkach nadmiernego przymusu jakość kształcenia. W następnych miesiącach pojawiały się kolejne sygnały zmian atmosfery. Latem „w księdze dezyderatów UW pojawiło się masę podpisanych głosów studenckich na temat zakazu udostępniania czasopism 20-lecia: że «nowe średniowiecze», «wiedza dla wybranych» etc.”397 Były to tylko początki procesu, który rozwinąć się miał w roku następnym, a był znamieniem częściowego fiaska ofensywy ideologicznej ZMP na uczelniach. Sam Związek zdradzał oznaki kryzysu, a wielu ambitniejszych studentów, w tym jego członków, nie mogło znaleźć już w sferze oficjalnej żadnych odpowiedzi na nurtujące ich problemy, przede wszystkim ogromny rozziew między propagandowymi obietnicami a rzeczywistością. Jednym z charakterystycznych odruchów było właśnie poszukiwanie wiedzy o niedawnej przeszłości. Jak wspominał po latach Jacek Kuroń, miejscem takich intensywnych starań była w 1955 r. Biblioteka UW. „W korytarzach, gdzie wychodziliśmy na papierosa, trwały nieustanne burzliwe dyskusje. Uzgadnialiśmy kierunki poszukiwań, relacjonowaliśmy lektury, wskazywaliśmy, gdzie, co można znaleźć”398.

Z podobnych potrzeb zapewne wynikło na początku roku spotkanie w klubie pracowniczym, na którym słuchano wspomnień przedwojennych studentów UW. W atmosferze początków odwilży charakterystyczne były próby publicznego wyodrębnienia się mniejszych grup i wspólnot z rzeczywistości, poddawanej dotąd rygorystycznemu ujednoliceniu. Terenem wyodrębniania się ich były między innymi coraz liczniejsze spotkania publiczne, na których poruszano, początkowo ostrożnie, różne tematy objęte tabu. Rolę taką odgrywał Studencki Klub Dyskusyjny, który zbierał się właśnie w klubie pracowniczym. Znaczne emocje wywołały na początku 1955 r. dwie dyskusje, poświęcone „miłości w życiu studenckim”. Trudność, ale i atrakcyjność tematu wynikała z podwójnej grubości zasłony, jaką był okryty: zasłony pruderii tradycyjnej i zarazem nowej, narzuconej przez system blokujący możliwości ekspresji. Teraz właśnie w imię „rewolucyjnej” otwartości obyczajowej decydowano się rozmawiać na temat studenckiej miłości, a najbardziej zaangażowani czynili to zarówno w imię walki z przeżytkami kultury mieszczańskiej, jak z oficjalnymi „biurokratami myśli”, których niedługo młodzi buntownicy nazywać będą „prawicą”. Sala klubowa była „wypełniona po brzegi”. Co więcej, panowała (zdaniem korespondenta pisma uczelnianego) „atmosfera szczerości, wzajemnego zrozumienia, dużego taktu”, w której ujawniły się dwa zasadnicze stanowiska: marksistowskie oraz katolickie399. Był to niejako powrót do późnych lat 40., gdy otwarte manifestowanie tych stanowisk było jeszcze możliwe. Powrót ten przynosił wielu uczestnikom poczucie ulgi, a innym – otwarcie nieznanych perspektyw. Dyskutujący spotykali się bowiem na placu wymiecionym przez kilka lat z większości publicznie dostrzegalnych cech zróżnicowania społecznego i politycznego. Przy braku szerokiego spektrum poglądów ta nowa krystalizacja opinii miała charakter dość kontrastowy. Długotrwała konfiskata publicznego języka opisu świata czyniła próby jego indywidualnego opisania raczej nieudolnymi, ale zarazem świeżymi. Był to okres poszukiwania odniesień i zapomnianych pojęć, co uwidaczniało się w przywołanych już lekturach przedwojennych gazet, ale i tworzenia nowych w wykreowanej niewątpliwie przez ZMP atmosferze „marszu młodości”. Dostępny przekaz gazetowy, choć coraz bardziej złożony, był wciąż ostrożny, operując przede wszystkim budującymi lub służącymi przestrodze opowiastkami. Oto w okresie klubowej debaty o miłości można było czytać uświadamiające historyjki w rodzaju tej o Lenie, która „chodziła” z Waldkiem i przytulała się do niego na parkowej ławeczce „ukrytej w cieniu”. Skutkiem była ciąża. Niestety, Waldek, który miał „utartą opinię cynika i lekkoducha”, ulotnił się. Dziewczyna rzuciła studia: „Nie chce widzieć nikogo spośród dawnych przyjaciół, nie chce wrócić do tych, wobec których miała się jakoby – «zhańbić»”400.

7. V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w Warszawie – pochód młodzieży na Marszałkowskiej, 1955 r.

Pod wpływem coraz większej śmiałości debat, a zwłaszcza publikacji tygodnika „Po Prostu”, rozszerzała się skłonność do naruszania tabu moralno-politycznego. Jej spontaniczną manifestacją było zachowanie młodzieży w Warszawie, ogarniętej latem 1955 r. zarazem wielką organizacją i wielkim rozprzężeniem Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów401. Zdarzenie, podobnie jak zrywająca z socrealizmem Ogólnopolska Wystawa Młodej Plastyki w Arsenale, pozostawiło ślad w świadomości. Sam przyjazd do Warszawy 30 tys. gości zagranicznych, których na stałe przebywała w mieście garstka, wywołał wielkie wrażenie i rozmaite konsekwencje społeczno-obyczajowe. W drugiej połowie 1955 r. klimat życia publicznego zdawał się zmieniać z miesiąca na miesiąc. „Trybuna Uniwersytecka” wydrukowała w grudniu 1955 r. wiersz studenta polonistyki Romualda Kłosiewicza Miłość, zawierający takie oto strofy:

Moja miłość jest socjalistyczna,

Historyczno-deterministyczna,

A jaka przy tym partyjna –

Partyjno-prostolinijna.

Dla mnie miłość nie ma tajemnic,

Znam tajniki miłosnego szału.

Coś niejasne? – wszystko rozciemni

Sto dwudziesty tom Kapitału!

Podobnych wierszy drukowano w tym okresie więcej. Niezależnie od ich wartości artystycznej i głębi przesłania, były one odbierane jako świadectwa postępujących zmian, naruszających symboliczną spójność przekazu ideologicznego. Uniwersytet Warszawski znajdował się w ich centrum, bowiem proces odwilży najintensywniej zachodził blisko centrum władzy – zbudowana w latach stalinizmu monocentryczna struktura państwa funkcjonowała nadal. W Warszawie znajdowało się „Po Prostu”, do którego pisano z całego kraju w nadziei, że periodyk ma potężne wpływy402; w Warszawie działał STS, którego występy przyciągały rosnącą uwagę. Także dlatego, jak wspomni Karol Modzelewski, Uniwersytet „odbierał sygnały zmieniającej się atmosfery jak czuły barometr”403.