„Sprawa jest niemal anegdotyczna”, powiadał w Sejmie Julian Hochfeld wiosną 1956 r. Profesor UW, poseł, dawny działacz socjalistyczny, przyjął ton nieznany do niedawna na tej sali. Parlament był fikcyjny, lecz teraz można w nim było mówić swobodniej i o rzeczach ważnych. Anegdotyczna była zaś dla Hochfelda sprawa odbudowy Uniwersytetu, którą nazwał też „wielkim skandalem”: niedokończone gmachy, złe warunki pracy, wstyd wobec gości, których prowadza się „brudnymi zakamarkami, wśród śmietników i gruzów, po błocie i prowizorycznych schodach drewnianych”. Przeciwstawiał niestarannie i ospale odbudowywany kompleks UW luksusowym budynkom Rady Państwa404. Było to charakterystyczne dla odwilży. Ogromne niezadowolenie społeczne skupiało się na przywilejach aparatu władzy. Około 1955 r. dopuszczano publiczną krytykę apanaży administracji, zwłaszcza służbowych limuzyn, zestawianych z przepełnionymi tramwajami, oraz okazałych siedzib instytucji – „biurowców”, jak je zaczynano nazywać – tworzących kontrast z opłakanymi warunkami mieszkaniowymi.
Chociaż rzeczywiste centrum władzy znajdowało się w Domu Partii, w dopuszczalnych granicach mieściła się raczej krytyka biurokracji państwowej. O niej więc, a nie o ideologicznym i partyjnym dyktacie, wspominał poseł Hochfeld. Surowo ocenił stan szkolnictwa wyższego, poddanego dyspozycjom ministerstwa, które zresztą też nie miało wpływu na decyzje centrum gospodarczego: PKPG, komisji płac i etatów. Wszechmocne te instytucje odpowiadać miały za spadek poziomu życia tzw. pomocniczych pracowników nauki. Wskaźnik ich płacy wynosił w stosunku do 1949 r. 170, lecz wskaźnik cen żywności osiągnął 213, co utrwalało niedostatek, mierzony dochodzącym do 75% udziałem wydatków na żywność w budżecie domowym młodego naukowca.
Przyjrzyjmy się – mówił Hochfeld – temu budżetowi; wkalkulowano weń koszt wyżywienia raczej marnego, głównie stołówkowego, koszt miesięcznego biletu tramwajowego, koszt mieszkania w wysokości 30 zł (gdy – nawiasem mówiąc – są osoby, które za prywatnie podnajmowany kąt muszą płacić po 250 zł), koszt prania, bielizny, papierosów i zapałek, składek, drobnych zakupów i reperacji, koszt zniżkowego biletu do kina i teatru, koszt prasy. I to wszystko – oczywiście na jedną samotną osobę. A razem wynosi to 1053 zł 60 gr, podczas gdy uposażenie asystenta wynosi 880 zł. Uposażenie zatem nie pokrywa najbardziej skromnego budżetu wydatków, który właściwie nie przewiduje ani potrzeby ubrania się, drogiej potrzeby – ani zakupu książek, czy – mój Boże! – wypicia raz na tydzień filiżanki czarnej kawy, ani żadnych innych ekstrawagancji. Jeśli zaś młodemu człowiekowi przyszedłby do głowy niewczesny pomysł ożenku i na przykład spłodzenia potomstwa, wówczas biada mu!405.
W ten sposób można było publicznie mówić o sprawach nauki wiosną 1956 r., nie wskazując wszakże innych odpowiedzialnych niż anonimowa „biurokracja”. Pisano coraz ostrzej w „Po Prostu” czy „Trybunie Uniwersyteckiej”. Ożywiały się gabloty z informacjami, jakie dostrzegał po lewej stronie wchodzący przez główną bramę UW. Po prawej, w cieniu drzew tak starych, że „korzeniami swymi rozsadzają płyty chodników”406, widział oznakę kryzysu, o jakim opowiadał Hochfeld: ślepy mur, odgradzający martwy dziedziniec Domu Studenta ze skorupami oficyn pozbawionych dachów. Niemal dekadę wcześniej Bratniak rozpoczął odbudowę dawnego szpitala św. Rocha. Następnie jego ufundowaną w dużej mierze ze składek gotową część frontową przejęły organizacje studenckie „nowej rzeczywistości”. Działacze ZMP i ZSP oglądali z okien zrujnowane oficyny. W głębi, pomiędzy nimi a Gmachem Pomuzealnym, mieściła się w parterowym budyneczku inna emblematyczna instytucja: stołówka studencka. Prowadzona przez „Społem”, kojarzyła się z lichymi obiadami, wyszczerbioną zastawą i ogromnymi kolejkami. Podobnie jak w przypadku sąsiednich ruin, i tutaj „nikt nic nie mógł”. Działanie zależało od zewnętrznych dyspozycji ministerstw i sieci dystrybucji, kredytów i „mocy przerobowych”. To, że 11 lat wcześniej studenci jedli pierwsze posiłki wśród ruin, trzymając talerze w rękach, przestawało być punktem odniesienia. Pozostawała nim raczej względna samorządność pierwszych lat powojennych i ówczesne nadzieje, w ogromnej mierze zaprzepaszczone. Przywoływanie doświadczeń pionierów odbudowy, chroniących się zimą 1945 r. w gmachu BUW, nie mogło zastąpić analizy obecnego stanu Biblioteki. Za jej szlachetną, porośniętą dzikim winem fasadą kryły się ogromne problemy z pomieszczeniem księgozbioru i fatalne warunki pracy. Spoza sąsiednich gmachów wyzierały nieotynkowane kształty odbudowywanego Auditorium Maximum. Obok znajdowało się pustkowie, czekające na budowę Pedagogiki, symetrycznego wobec już istniejącego, stylizowanego na klasycyzm budynku Polonistyki. W róg dziedzińca wkomponowano domek stołówki pracowniczej podparty szkarpami, o wysokim, czerwonym dachu.
W owym czasie teren uniwersytecki zwrócony był w sensie społecznym na zachód (Krakowskie Przedmieście) i południe (ulice Sewerynów i Bartoszewicza, mieszkania profesorskie). Jeśli studenci zapuszczali się na stronę wschodnią, pod skarpę, na której wznosiły się gmachy uczelniane, to nie w celach ściśle naukowych. Do muru otaczającego ogród uniwersytecki były tam poprzylepiane „jaskółcze gniazda”, jak nazwał Stanisław Niewiadomski bieda-domki, które cechowały
blaszane rury kominów i różnokolorowe drzwi poznoszone tu z całego Powiśla. Z krzywych, wybrzuszonych ścian zerkały na intruzów dziesiątki okienek o dziwacznych kształtach i najrozmaitszych rozmiarach. Te autentyczne ludzkie mieszkania [...] połatane były i ogacone od zewnątrz czym się dało: deskami, papą, workami, posklejane gliną, wapnem, kitem407.
8. Wydział Neofilologii UW przy ul. Browarnej
Skupiska podobnych siedzib ciągnęły się, pośród gęstych chwastów, ku ulicom Browarnej i Lipowej. Posiadacze gołębi „bujali” tu swoje stada. Na łączkach biwakowano i pito. „Wymykałem się [...] z co bardziej nudnych ćwiczeń czy wykładów i szedłem na skarpę za Pałacem Kazimierzowskim. Patrzyłem stamtąd na ulice i domy Powiśla” – napisze Marek Nowakowski, wspominając stalinizm na UW, gdy świadomość duchowego „zaplecza”, jakim była dlań autentyczna, ludowa Warszawa, pozwalała mu znosić obmierzłe rygory publicznego życia408. Na początku lat 60. wzniesione zostanie osiedle przy ul. Browarnej, w którym mieszkania otrzyma wielu pracowników UW, zaś w miejscu dzikiej osady powstanie park z betonowym oczkiem wodnym409. Kilka lat później na rogu ul. Lipowej zostanie zbudowany gmach Neofilologii. Zarysuje się stała trasa studentów i pracowników w dół i w górę skarpy.
Z Krakowskiego Przedmieścia można było dotrzeć komunikacją publiczną do innych obiektów uniwersyteckich: do Pałacu Kultury, na ul. Hożą, w Aleje Ujazdowskie, na Pole Mokotowskie. W tym ostatnim miejscu powstać miał „mokotowski trójkąt nauki”, rodzaj miasteczka uczelnianego, rozłożonego wokół budowanego gmachu Geologii, pomiędzy ulicami Grójecką, Żwirki i Wigury, Wawelską i Nowoopaczewską (dziś Bitwy Warszawskiej). Znaleźć się tam miały wydziały matematyczno-przyrodnicze i filia BUW. Kompleks naszkicowano w duchu umiarkowanego socrealizmu: kamieniem obłożone gmachy o wewnętrznych dziedzińcach, tarasy ze schodami, wysokie kandelabry. Wizja nie ziściła się. Z „trójkąta nauki” władze urbanistyczne zrezygnowały w 1958 r. Powstać miały do połowy następnej dekady funkcjonalne budynki Chemii Jądrowej i Fizyki, pozostałe plany były niejasne, ku wyczuwalnej irytacji rektoratu410. Do końca lat 50. udało się natomiast w pełni ukształtować staroświecki zespół przy Krakowskim Przedmieściu. Znikły z niego ostatnie ruiny. Paradoks polegał na tym, że dramatyczna i trudna dekada, pełna zagrożeń dla samej istoty Uniwersytetu, była dekadą przywrócenia do życia tego właśnie zespołu, którego ozdobą był Pałac Kazimierzowski o stylizowanych salach, ozdobionych portretami rektorów; zespołu symbolizującego uczelnianą tradycję i autonomię. Chodząc wśród tych gmachów, kanadyjska dziennikarka uległa w 1961 r. wrażeniu, że tu właśnie odbija się cywilizacja kraju. Nasunęło jej się zdanie: „Polska, ostatni bastion Zachodu”411.
„Bardzo żałuję, że moje studia przypadły na taki martwy i bezpłodny okres w historii UW” – pisała wiosną 1956 r. uczestniczka ankiety dla studentów ostatniego roku Wydziału Filologicznego. Większość surowo oceniła poziom zajęć oraz ich upolitycznienie. Zrobili to, choć ankieta nie była anonimowa: do arkusza odpowiedzi załączano opinie o studencie, przygotowane przez organizatora grupy i opiekuna roku. Były na ogół krótkie i pozytywne. Powtarzało się w nich stwierdzenie o wyłączeniu się studenta się z „działalności społecznej” na wyższych latach, czyli w okresie osłabienia naporu ideologicznego. W tej atmosferze mogły się manifestować stanowcze oceny. „Obecne studia w znikomym stopniu przyczyniają się do rozwoju intelektualnego” – oceniała studentka. „Naprawdę źle przemyślane”, pisał jej kolega. Inna osoba twierdziła (w języku prasy), że cechowało je „szkodliwe szkolarstwo”. Krytykowano dyscyplinę studiów, zmuszającą do „ogromnych, a mało efektywnych wysiłków” i sprzyjającą wybiciu się „średniactwa”. Jeden ze studentów pisał, że pierwsze dwa lata studiów były „koszmarne”, a cechowało je
staranne niszczenie wszelkich indywidualnych zainteresowań, przedmioty tzw. ideologiczne na poziomie więcej niż prymitywnym, instytucja opiekunów roku i grup działająca na zasadzie „dam klasowych” (w podwójnym znaczeniu tego przymiotnika) itd. itd., rzeczy powszechnie znane412.
Podobne rzeczy głoszono publicznie, zatem wpisy w ankiecie nie były już aktem wielkiej odwagi. Wiosną 1956 r. można było czytać w „Trybunie Uniwersyteckiej” o „antyinteligenckim systemie studiów”, małej wiarygodności ZMP, braku publikacji zagranicznych, złym systemie stypendialnym, ogólnym ubóstwie413. W pochodzie pierwszomajowym grupa studentów UW niosła „nieuzgodniony” transparent „Precz z dyscypliną wykładów”, zaś przed trybuną honorową skandować zaczęła: „Czy wyniknie coś dobrego z mianowania Żółkiewskiego?”414. Fala krytyki narastała od 1954 r., częściowo wskutek odgórnie reżyserowanej liberalizacji, częściowo spontanicznie, dzięki postępującej dekompozycji systemu władzy.
Momentem przełomowym był na UW 25 III 1956 r., gdy „tajny referat” Chruszczowa omówiony został na zebraniu aktywu zetempowskiego. „Na sali kompletna cisza” – zapisał Andrzej Krzysztof Wróblewski, przewodniczący koła ZMP polonistyki. Potem nastąpiła chaotyczna i ostra dyskusja. Aktywiści mieli bowiem „informować młodzież” o treści referatu, którego tekstu nie otrzymali. Sala wyłoniła delegację, która miała się udać do KC z żądaniem pełnego ujawnienia referatu. Ten sposób postępowania był charakterystyczny dla odwilży jako wyraz nieufności wobec struktur pośrednich między „masami” a centrum władzy. Centrum należało bezpośrednio informować i wywierać na nie nacisk. Sama procedura wyłaniania delegacji świadczyła zaś o łaknieniu „autentycznych wyborów”, przez co rozumiano wybory niekontrolowane. Spontaniczne wskazanie kandydatów i głosowanie dawało poczucie autonomii. „Jak swobodnie się oddycha! Jak inne jest to zebranie od czytanego z kartki!” – entuzjazmował się Wróblewski, sam wybrany do delegacji, obok wiceprzewodniczącego ZMP Bonawentury Chojnackiego i studenta romanistyki Jacquesa Birnberga. Następnego dnia w KU PZPR próbowano ich tonizować, ale poczucie posiadania mandatu społecznego dodawało „wybrańcom” pewności siebie. Po południu przyjęci zostali w Domu Partii przez sekretarza KC Władysława Matwina, który, wyczerpany przyjmowaniem wielu podobnych delegacji, paląc wawele pod portretem Stalina, stawiał czoła oczekiwaniom, by „wszystko było jawne”. Kilkanaście dni później, 12 IV, odpowiadać na nie musiał w murach UW. Na spotkaniu stawić się mieli aktywiści PZPR i ZMP, ale termin był publiczną tajemnicą i zebrał się tłum. Przez wiele godzin żądano „praworządności” i atakowano centralny aparat władzy. Matwin tracił panowanie nad sobą, co tylko zagrzewało publiczność, „kopiącą” sekretarza do północy415.
Tego rodzaju zdarzenia wywracały porządek rzeczy. Dawały poczucie podmiotowości, zwłaszcza aktywnej grupie, która określała się jako „młodzież rewolucyjna”. Byli to przeważnie działacze ZMP, dążący do budowy na jego gruzach nowej organizacji, nie traktowanej jako agent władz centralnych, lecz siła autentyczna, przywracająca sens ideowemu zaangażowaniu na rzecz przemiany świata. W maju 1956 r. tego rodzaju grupa zdominowała ZMP-owską reprezentację UW, wybraną na krajową naradę aktywu studenckiego, która zdecydować miała o przyszłości organizacji. Dynamika zdarzeń wymykała się jednak planowaniu.
Uniwersyteccy delegaci – wspomina jeden z nich, Karol Modzelewski – okazali się grupą zwartą, złożoną z ludzi zbuntowanych i zdeterminowanych, którzy bez trudu przejęli lokal, pieczątkę i firmę rozpadającego się Zarządu Uczelnianego ZMP. Zyskaliśmy w ten sposób oficjalną platformę dla prowadzenia działalności w naszym własnym mniemaniu rewolucyjnej416.
Jej celem było budowanie niezakłamanej postaci socjalizmu, rozumianego przede wszystkim jako samorządność załóg zakładów pracy. Zgodnie z marksistowskimi założeniami, „rewolucjoniści” przywiązywali kluczowe znaczenie do świadomości i aktywności klasy robotniczej, z którą starali się nawiązać kontakty, zwłaszcza po doświadczeniu czerwcowej rewolty poznańskiej. Przedstawiciele uczelnianego ZMP (Krzysztof Pomian, Andrzej Garlicki, Jacek Kuroń i Bogdan Jankowski) spotkali się latem z Lechosławem Goździkiem, wybranym wbrew woli zwierzchnich władz partyjnych szefem organizacji PZPR fabryki samochodów na Żeraniu. Następnie Modzelewski został stałym emisariuszem, aby na co dzień „animować dyskusje z młodzieżą robotniczą”. Temperatura tych dyskusji rosła.
„Rewolucjoniści” określali stalinowską część aparatu mianem „prawicy” i przygotowywali się do politycznej konfrontacji. Jej narzędzia należały do znanego arsenału ZMP, lecz zyskiwały walor autentyczności. Podstawowym było wielkie zebranie, na którym ujawniały się zasadnicze stanowiska, „rewolucjoniści” zaś liczyć mieli swe siły i prowadzić do przełomu ideowego wśród „mas”. Zebrania takie przyjmowały w październiku 1956 r. postać wieców, na których objawiali się liderzy, szukający kontaktu z tłumem. Dla trenowanych przez lata na oficjalnych masówkach uczestników były to zjawiska niebywałe. Zdawały się otwierać epokę wolności. Oto na zetempowskim wiecu studenckim 9 X obecni byli przedstawiciele warszawskich załóg robotniczych, w tym Goździk. Żądano jawności w życiu publicznym, zmian w kodeksie karnym, ograniczenia cenzury. Zapowiadano powołanie Uniwersytetu Robotniczego, który tworzyłby więź inteligencji z masami pracującymi417. Równocześnie swą rolę odgrywały gazetki ścienne, już nie osławione „błyskawice”, lecz pełne bieżących komentarzy gabloty, które gromadziły tłumy – jak te u bramy UW. Pojawiały się w nich wezwania do solidarności z Węgrami. Studenci masowo uczestniczyli w zbiórkach pieniędzy, darów i krwi dla powstańców. Wyrażać się w tym miała solidarność ludów walczących o wyzwolenie narodowe i społeczne. Wpajane przez lata hasła zdawały się nagle ożywać i kierować przeciw obracającej nimi dotąd „prawicy”.
„Rewolucjoniści” zdawali się nie przyjmować do wiadomości istnienia autentycznej prawicy, lub może postrzegali ją, jak dotychczas, w kategoriach przeżytków dawnego świata. W każdym razie najważniejszym wrogiem byli dla nich staliniści, gdy dotychczasowy propagandowy „wróg” nie wydawał się bardzo istotny. Nastąpiły jednak pamiętne publiczne spory Jacka Kuronia ze studentem prawa Przemysławem Górnym, który owego „wroga” reprezentował z wielką odwagą. „Nigdy nie miał knebla na ustach i walił bez ogródek, co myślał, wszystkim bez wyjątku” – wspominał Marek Nowakowski, dodając, że Górny „miał pewnego rodzaju wariackie papiery” i „najbardziej zatwardziali politrucy pierzchali jak zające, żeby nie słuchać obrazoburcy”418. Reprezentował on tradycję, która miała być na zawsze starta z powierzchni życia: tradycję endecką. Pewien odłam studentów był z nią emocjonalnie związany, zaś pojawienie się kierowanego przez Górnego Związku Młodzieży Demokratycznej, który miał koło na UW, ułatwiło krystalizację poglądów. Związek, jak sama nazwa wskazywała, poszukiwał modus vivendi, nie mogąc wyrażać ostro antykomunistycznych nastawień, i musiał przyjąć parasol Stronnictwa Demokratycznego. Historia ZMD trwała jednak tylko kilkanaście tygodni, do wymuszonego rozwiązania na początku 1957 r. Część działaczy podjęła decyzję o zejściu do podziemia, tworząc Ligę Narodowo-Demokratyczną (ta nazwa lepiej już przylegała do treści ideowej), która prowadziła pracę intelektualną, opartą zwłaszcza na interpretacji pism Konecznego, do początku lat 60., gdy została rozbita przez policję polityczną, a jej przywódcy skazani w niejawnym procesie pośród ciszy „małej stabilizacji”419.
Rewolucyjny Związek Młodzieży, ugrupowanie „rewolucjonistów”, miał żywot dłuższy niż ZMD, jednak nie tak bardzo, jak by to mogła sugerować jego ideologia, bliska oficjalnie wyznawanej wizji świata, oraz wielkość, zupełnie nieporównywalna z ZMD. Rozrósł się on do ogólnokrajowej organizacji, grupującej około 20 000 osób. Jego emanacja uczelniana, Polityczny Ośrodek Lewicy Akademickiej, została zlikwidowana wiosną 1957 r., zaś z całym RZM władze poradziły sobie, wtapiając go w nowo powstały Związek Młodzieży Socjalistycznej (ZMS), wewnątrz którego szybko stracił kontury420.
* * *
Nim wszystko to nastąpiło, odbyła się 1 X 1956 r. inauguracja roku akademickiego, niezwykła na tle wcześniejszych. Nie dlatego, że miała miejsce w oddanym niedawno do użytku Auditorium Maximum. Wbrew rewolucyjnym nastrojom przybrała postać nader konserwatywną, ale konserwatyzm ten był znakiem emancypacji. Była pierwszą po wojnie, którą otwierał rektor odziany w gronostaje, wkraczając do sali za pedlem dzierżącym złote berło, w orszaku złożonym z dziekanów w togach z kołnierzami o tradycyjnych barwach wydziałowych. W sali zawieszono, jak przed wojną, napis: Quod felix faustum fortunatum – que sit. Temat inauguracyjnego wykładu Stanisława Śliwińskiego „Praworządność i zabezpieczenie praw obywateli w polskim procesie karnym” miał specyficzne znaczenie, trwały bowiem procesy uczestników Poznańskiego Czerwca421.
Tradycyjny ceremoniał wyrażał autonomię uniwersytecką, odzyskaną właśnie częściowo dzięki zmianie ustawy o szkolnictwie wyższym. Nowelizacja z 10 IX 1956 r. rozbiła stalinowski model zarządzania uczelniami. Przywrócono wybieralność i kadencyjność rektorów. Statut nadawał minister, ale na wniosek Senatu, który – jak rady wydziałów – stawał się ciałem współrządzącym. Zmian organizacyjnych mógł dokonywać minister tylko po zaopiniowaniu przez Radę Główną, a niektóre mógł wprowadzać rektor. Stał się on przełożonym dyrektora administracyjnego: powoływał go i odwoływał. Stracił natomiast prawo przyjmowania na uczelnię osób bez matury. Jednocześnie zreformowano system przyjęć na studia, wyzwalając egzaminy spod ścisłego nadzoru ministerialnego: poszczególne wydziały przygotowywały tematy egzaminacyjne, co natychmiast ograniczyło ich upolitycznienie.
Studia na UW rozpoczęło 1596 studentów pierwszego roku (865 kobiet i 731 mężczyzn). Wśród nich 1371 dostało się w ramach egzaminu wstępnego (na 3404 kandydatów). Wśród przyjętych dominowała grupa o pochodzeniu inteligenckim (66,5%), pochodzenie robotnicze deklarowało 20,2%, chłopskie – 12,4%, „inne” – 0,9%. Niewielka część tych ludzi mogła zachować z najwcześniejszego dzieciństwa jakieś obrazy międzywojennej Polski (234 osoby urodziły się w 1935 r. lub wcześniej), większość sięgała świadomą pamięcią lat wojny (944 osoby z roczników 1936–1938 i 418 z rocznika 1939 i późniejszych)422. Były to ostatnie roczniki naznaczone zarówno piętnem wojennym, jak aktywnym przeżyciem stalinizmu; pierwsze zaś, które wchodziły na Uniwersytet uwolniony od radzieckiego modelu nadzoru i sterowania. Na Uniwersytet, który intensywnie przeżywał odzyskaną swobodę, starając się reorganizować, przywracać ciągłość zduszonych kierunków (socjologię uruchomiono w 1957 r.), weryfikować hierarchię autorytetów. Jak się zdaje, właśnie bogate doświadczenie osobiste kadry i studentów oraz poczucie gwałtownie powiększających się możliwości wyzwoliły energię zbiorową, jaka przez kilka lat jeszcze miała procentować i nadawać oblicze uczelni.
Rewolucyjna atmosfera Października była w istocie spełnieniem się zetempowskiej wizji zaangażowania na rzecz przemiany świata. Od chwili, gdy Gomułka rzucił tłumowi pod Pałacem Kultury: „Dość wiecowania!”, temperatura akcji politycznej obniżała się, a nadzieje aktywistów październikowych rozwiewały. Korzystano natomiast w pełni z „wolności od”. Już na początku 1957 r. niektórzy obawiali się, że skupienie na jazzie, balach i „szałowych klipsach” jest niepokojącą oznaką zastoju423. Studenci zaznaczali jednak swą obecność w przestrzeni publicznej nie tylko w taki sposób. Ambasador Francji obserwował ich zachowania w pochodzie pierwszomajowym 1957 r., rozpoczętym poranną szarpaniną milicji ze studentami, którym nie pozwolono nieść hasła: „Nie chcemy być absolwentami bez pracy”. Udało się natomiast ponieść, wśród oficjalnych sloganów, inne niepokorne żądania, m.in. „tablicę z napisem przeciwko cenzurze”. Świąteczny dzień kończył się jednak w atmosferze odprężenia: rodzinnych spacerów i picia kawy pod parasolami424.
Jesienią 1957 r. oczywisty zdawał się już kres nadziei na emancypację polityczną. Zamknięcie „Po Prostu” wywołało bardzo gwałtowne zamieszki 2–5 X, z takimi epizodami jak wybijanie okien w gmachu KC PZPR, budowanie barykady na ul. Marszałkowskiej, próby linczu, a nawet strzelaniny. Zginęło dwóch demonstrantów, 79 trafiło na pogotowie; rannych zostało 95 milicjantów. Zatrzymano ponad pół tysiąca osób425. W pobliżu obiektów UW nie notowano jednak incydentów, a ministerstwo nie oczekiwało wprowadzenia żadnych rygorów w sytuacji „absolutnego spokoju w Uczelni”. Natomiast uniwersytecka PZPR wystosowała odezwę, w której uznała, że „pożałowania godnych zajść można było uniknąć poprzez szczerą rozmowę i dyskusję polityczną ze studentami, bez zastosowania wobec nich przemocy”. Odezwa miała charakter łagodzący, bez śladu nowomowy426. Uczelnie poinformowano tylko o garstce aresztowanych studentów: 23 z Politechniki, 3 z SGGW i 12 z UW. Ta ostatnia grupka składała się z czterech studentów prawa, po dwóch z historii, filologii i geologii, po jednym z matematyki-fizyki i pedagogiki. Tylko wobec dwóch z nich sformułowano akt oskarżenia (napaść na funkcjonariusza), a skazano (na 3 lata więzienia) jednego, z filologii, który miał nogą od krzesła uderzać w hełm milicjanta. Grupa skazanych studentów warszawskich liczyła 7 osób427. Jak na gwałtowność zajść oraz cechy systemu politycznego PRL były to konsekwencje niezwykle łagodne. Kontekst wydarzeń zdawał się jednak poważny. Oznaczały one kres nadziei na emancypację polityczną.
Korzystano jednak w środowiskach studenckich z realnej emancypacji kulturowej. Otworzył się kilkuletni okres rozwoju klubów, teatrów i kabaretów. Stanowiły one enklawę oddziałującą na szersze grupy społeczne, a świadczącą o witalności młodszych pokoleń, w okresie stalinizmu kanalizowanej przez opresyjny system. Wysyp talentów, jaki nastąpił w studenckim życiu kulturalnym, był spektakularny. Wymienić wystarczy osobowości związane z klubem Hybrydy: Wojciecha Młynarskiego, Jonasza Koftę, Edwarda Stachurę, Michała Urbaniaka czy Tomasza Stańkę. Młoda kultura Polski popaździernikowej miała kilka ważnych znamion. Jej twórcami byli w dużej mierze ludzie, jak wyżej wymienieni, urodzeni po 1939 r. Cechowało ją sprzężenie z Zachodem, chłonięcie jego filozofii, muzyki, literatury, kinematografii, połączone z rodzajem ironicznego dystansu wobec rzeczywistości, właściwego pokoleniu, które wychowało się w cieniu wojny i stalinizmu. Odkrywając Sagankę i Bardotkę, neorealizm i egzystencjalizm, pokolenie to korzystało z liberalizacji polityki kulturalnej. W 1957 r. „wszyscy” czytali Witaj smutku. Powieść była „największym bestsellerem. Niemal literaturą polityczną. Sprawdzianem ideologicznej ewolucji czytelnika”428. Wiązał się z tym ogromny snobizm na przesiadywanie w kawiarniach i bywanie w klubach. Na mapie studenckiej Warszawy pojawiła się sieć znaczących punktów, określających wieczorne „trasy”. Hybrydy przy Mokotowskiej, Stodoła pod Pałacem Kultury, Manekin i Fukier przy Rynku Starego Miasta, pałacyk Zuga przy ul. Świerczewskiego, w którym działał STS. „Dziewczyny modnie uczesane, chłopcy w czarnych golfach. Pełno dymu od papierosów” – opisywał to ostatnie miejsce Budrewicz429.
Czy był to obraz typowych aspiracji studenckich? Z pewnością nie. Raczej tych elitarnych, nierzadko trudnych do zaspokojenia z powodów materialnych (kluby), jednak publicznie widocznych i kształtujących wyobrażenia o dostępnym zakresie swobody. Miały one wzbudzić zresztą pewne resentymenty, wygrywane przez aparat władzy dekadę później, w epoce stygmatyzacji „bananowej młodzieży”. Egzystencjalne mody i wtajemniczenia klubowo-prywatkowe, kształtujące rozmaite kręgi studenckie, były zarazem odbiciem powszechniejszego wśród młodego pokolenia marzenia o większej wolności – przede wszystkim kulturowej i ekonomicznej – której reprezentacją był mityczny Zachód. Z wielkim zainteresowaniem czytano relacje z podróży, którymi w latach 1956–1957 wypełniła się prasa. Czytelnik mógł się przekonać, że i wśród młodych są tacy, którym udało się sięgnąć mitycznego Paryża. „Po drodze była Norymberga i Stuttgart” . neony, banany itd.” – pisał autor studenckiego reportażyku. Sam zaś Paryż? Na bulwarze Saint-Michel
studenci i studentki zawzięcie flirtują i – co jest charakterystyczne dla Francji – całują się długo i namiętnie, nie zwracając uwagi na tłumy przechodniów (ci zresztą również odnoszą się obojętnie do takich zjawisk, a wyjątek stanowią tylko niektórzy cudzoziemcy z zazdrością niekiedy obserwujący takie pary).
Wokół placu Pigalle są natomiast strip-teasy, które można także „bezpłatnie oglądać na zdjęciach w witrynach kabaretów”430. Redakcja pisma studenckiego wiedziała, czym przyciągnąć czytelników.
Pojawiły się także możliwości zobaczenia tamtego świata naprawdę. Wiosną 1957 r. ZSP informowało o akcji „wymiany z zagranicą”. Selekcjonowano kandydatów, którzy musieli być członkami Zrzeszenia, mieć dobre stopnie, znać język obcy oraz cieszyć się „zaufaniem i sympatią koleżanek i kolegów”. Malkontenci twierdzili, że przesądza zaufanie i sympatia w konkretnym kręgu. Tym niemniej oferta wydawała się znaczna, zwłaszcza w zakresie wyjazdów do państw bloku (do NRD pojechać mogło 500 osób, do Francji 10 razy mniej431), choć dla przeciętnego studenta dość kosztowna (wyjazd do państw bloku wschodniego odpowiadał wartości najwyższego stypendium miesięcznego, 500–750 zł, zaś na Zachód zbliżał się do średniej pensji, ok. 1200 zł). Zdeterminowani byliby jednak skłonni zapożyczyć się, by odbyć mityczną podróż. Już kilka miesięcy później władze, obserwując „masowy pęd studentów do wyjazdów zagranicznych”, zarządziły surowszy dobór kandydatów, tzn. uzyskanie (wedle logiki nowomowy) ich „reprezentatywności” naukowej i moralnej. Odtąd wyjeżdżać mogli studenci figurujący na listach uzgadnianych między ZSP a ministerstwami szkolnictwa wyższego i spraw zagranicznych, zaś składane na 2 miesiące przed wyjazdem dokumenty zawierać musiały m.in. szczegółowe plany zużycia paliwa i żywności oraz dewiz432. Wciąż jeszcze zdawało się jednak, że otwarcie na świat jest trwałą „zdobyczą”.
Uczelnia otwierała się. W 1957 r. przyjęto pożyczki i dotacje z Zachodu, co dwa lata wcześniej trudno byłoby sobie wyobrazić. Fundacja Forda przekazała 80 tys. dolarów na książki, czasopisma i drobną aparaturę. Taż fundacja, obok British Council, Fundacji Rockefellera, uniwersytetów amerykańskich, rządu francuskiego czy Rady Miejskiej Paryża, wystąpiła jako dawca stypendiów dla pracowników UW. Sama ufundowała 14 stypendiów do USA, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Francji433. Były to w świecie nauki fakty o wielkim znaczeniu, pozwalające na odnowienie i nawiązanie kontaktów, dostęp do laboratoriów i książek, lecz także zobaczenie po latach Paryża czy też ujrzenie po raz pierwszy mitycznego Zachodu. W latach 1957–1958 panowała gorączka wyjazdowa, a nawiązane wtedy kontakty procentowały w następnych dziesięcioleciach, gdy pobyty humanistów w paryskiej École Pratique czy fizyków w CERN nabrały cech powtarzalności.
Uniwersytet zdawał się wracać do świata europejskich uczelni. Manifestacyjnym tego potwierdzeniem były uroczystości jego 150-lecia wiosną 1958 r. Pół roku wcześniej rektor zwrócił się do profesury, aby zaopatrzyła się w togi, w których wystąpi na jubileuszu. Szyć je miała doświadczona spółdzielnia krakowska, która wykonała już była togi dziekańskie i rektorskie dla UW. Zamówienia należało składać w organizacji związkowej, wpłacając zaliczkę 600 zł (pełen koszt 1850 zł) i podając swe wymiary i typ togi. Rękawiczki w odpowiednich kolorach rekomendowano zamawiać w pracowni Terlikowskiego przy ul. Hożej434. W czasie uroczystości największe wrażenie zrobiły wszakże szaty przedstawicieli uczelni zagranicznych.
Rewia średniowiecznych i XVI-wiecznych strojów. Niektóre togi i birety fantastycznie piękne. [...] Przepyszne twarze profesorów zagranicznych. Najpiękniejsze stroje przedstawiały uniwersytety: Hamburg, Praga, Genewa, Wiedeń. Wielu rektorów cudzoziemskich. Rektor z Istambułu był w todze białej ze złotowzorzystymi szlakami. Helsinki – plisowany cylinder i opończa purpurowa w rodzaju płaszcza kawalerów maltańskich. [...] Z państw „obozu socjalistycznego” tylko Polska, Niemcy (NRD – Berlin, Jena, Lipsk, Halle, Getynga) i Czesi byli w togach. Rosja, Bułgaria, Rumunia, Jugosławia, Chiny i Mongolia wystąpiły w marynarkach
notowała Maria Dąbrowska435. Jedną z „przepysznych twarzy” był John Kenneth Galbraith, ekonomista z Uniwersytetu Harvarda. Opisał on orszak rektorski, prowadzony oczywiście przez reprezentanta Sorbony – ceremoniał wywodzi się z tradycji paryskiego fakultetu medycyny – podkreślając wspaniałość uroczystości. Zauważył jednak, że nie wszyscy czuli się w niej na miejscu. Przedstawiciel uczelni mongolskiej wyraźnie speszył się, idąc obok Galbraitha i szybko odsunął: nie chciał być sfotografowany obok uczonego z Ameryki436. Scena była symboliczna; oddawała w pewnym stopniu niezmazane różnice dwóch światów i przypominać mogła, że – wbrew dekoracjom – Uniwersytet Warszawski znajduje się na wschód od Żelaznej Kurtyny.
Trwały jednak prace nad projektem nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, pisanej „w duchu Października”. Przyjęta 5 XI 1958 r., już w okresie „odchodzenia od zdobyczy”, była próbą pogodzenia dążeń środowisk naukowych do autonomii i dążeń aparatu władzy do omnipotencji. Zniosła system kandydacki. Na nowo określiła priorytety szkolnictwa: na pierwszym miejscu badania naukowe, na drugim kształcenie pracowników nauki, na trzecim dopiero „kształcenie i wychowywanie kadr”. Wzmocniła Radę Główną, której większość miała odtąd pochodzić z wyboru. Statut uczelni uchwalał Senat. Zachowano wybieralność rektorów, aczkolwiek minister zyskał prawo sprzeciwu, mógł także odwołać rektora, jeśli ten nie wywiązywał się z obowiązków (należało do nich zapewnienie uczelni „socjalistycznego ducha”) oraz uchylać decyzje władz uczelnianych, jeśli „naruszały interes publiczny”. Zniesiono wzorowany na radzieckim system stopni, przywracając doktorat i habilitację, nadawane przez rady wydziałów. Zarazem akcentowano funkcję wychowawczą szkół wyższych oraz ich aktywne uczestnictwo w budowie socjalizmu437.
Czy przepisy te, jak uznaje Karol Modzelewski, „zagwarantowały polskim uczelniom wyższym autonomię”?438 Dawały raczej jej przesłanki. Normy prawne niewiele przecież w PRL gwarantowały, a ich przestrzeganie zależało od praktyki sprawowania władzy. Mowy nie było o wycofaniu się partii z nadzorowania życia uczelnianego, choć nadzór ten oddano w ręce ludzi Uniwersytetu. Przez kilka lat po 1956 r. napięcie pomiędzy lojalnością wobec środowiska a realizacją dyrektyw aparatu było niewielkie. Za Jerzym Holzerem napisać można o „swoistej partyjnej autonomii” UW w tym okresie439. Samo pojęcie autonomii szkolnictwa z trudem mieściło się w oficjalnym dyskursie. Już w okresie debaty nad ustawą w 1957 r. przestrzegano przed składaniem autonomii „nadmiernego hołdu” i sugerowano eufemistycznie, że spowoduje ona „nieracjonalny rozwój kontaktów z nauką obcą”, czyli z Zachodem (Kazimierz Kąkol), oraz że broniąc autonomii, „łatwo można popaść w atmosferę prywatnych interesów, a może i cechów wytwórczej uczoności hierarchii feudalizmu akademickiego” (Jan Legowicz)440. Były to poglądy zbieżne z tendencją przeważającą w centrum władzy. Już w momencie uchwalania ustawy było widoczne, że dalekie jest ono od uznania niezależnej roli inteligencji w życiu społecznym.
W kawiarniach mawiano, że „wraca nowe”. Wracało między innymi w wypowiedziach minister Krassowskiej. Głosiła ona w 1958 r., że uczelnie czynić winny ze studentów „chętnych budowniczych” socjalizmu i zalecała (a nie nakazywała, ponieważ uniemożliwiała to nowa ustawa) wprowadzanie dyscypliny studiów, dzielenie studentów na grupy, przywracanie – tam, gdzie zostały zniesione – funkcji opiekunów grup i lat, wszelako „wypełniając je odpowiednio nową treścią”. Tworząc grupy należy mieszać studentów, by zapobiegać „jednostronności klasowej”, nie rozbijając jednak „istniejących więzów, wynikłych z łączności terenowej, zażyłości towarzyskiej itd.”441 Porównanie tych stwierdzeń z wypowiedziami Krassowskiej sprzed dekady ukazuje ogromną różnicę tonu i stylu, lecz zasadniczą ciągłość sposobu myślenia. W roku następnym władze partyjne zaleciły wprowadzenie na wszystkich kierunkach studiów kursu filozofii marksistowskiej i ekonomii politycznej. Znamienne, że proces ten jednak bardzo się przeciągał, wśród oporów środowiska, wspominającego „złe doświadczenia”, i dopełnił się dopiero w 1963 r.442 Nie oznacza to, aby te zajęcia przypominały kursy ideologiczne z okresu stalinizmu, podobnie jak cała atmosfera studenckiego życia odległa była od mobilizacji i kolektywizmu „okresu minionego”. Oto w 1963 r., z powodu niedoboru podręczników, „studenci często pracowali kolektywnie, przygotowywali się do ćwiczeń grupowo, co nie zawsze sprzyja przyswajaniu sobie rzetelnej wiedzy” – donosił opiekun roku z rusycystyki443. Niczego podobnego nie napisałby za dawnych lat, gdy grupowość i kolektywizm były fetyszami. Sama jednak funkcja opiekuna roku, należąca do wynalazków z lat stalinizmu, porzuconych w 1956 r., po kilku latach była przywracana pod presją ministerstwa. Rady wydziałów, powołujące opiekunów lat i grup, robiły to jednak z oporami lub dość formalnie, argumentując, że nie chcą studentów „prowadzić za rękę”. Wynikało to zapewne także z niezadowolenia opiekunów, którym nie wliczano nowych obowiązków do pensum. Uniwersytet sugerował przy okazji ministerstwu, że skutecznym „środkiem wychowawczym” są raczej wycieczki studentów i kadry, połączone z seminariami, zatem pożądane byłoby zwiększenie kredytów na taką działalność444. W ten sposób odbywał się swoisty przetarg między UW a zewnętrzną administracją.
Równolegle jednak usztywniały się relacje polityczne. Komitet Warszawski piętnował w 1960 r. rewizjonizm objawiający się na Uniwersytecie, zwłaszcza na Wydziale Filozofii445. Dwa lata później omawiano na plenum KC „niesłuszne tendencje” w środowiskach naukowych, polegające na uchylaniu się od bojowej marksistowskiej polemiki, a nawet – zwłaszcza w naukach społecznych – uleganie „burżuazyjnej socjologii”. Przykładem miały być badania Stefana Nowaka nad studentami warszawskimi. Wywołało to publiczną debatę na temat domniemanej „ankietomanii”, czyli przywiązania socjologów do badań empirycznych. Powrócono do krytyki „uniwersytetu liberalnego”, kojarzonego ze zbyt ogólnym nauczaniem i wybujałym indywidualizmem profesorów. W referacie programowym na wspomnianym Plenum powrócono także do teorii Stalina (pomijając nazwisko jej twórcy): „Walka ideologiczna między kapitalizmem i socjalizmem nie słabnie i nie zanika, lecz zaostrza się i przyjmuje nowe formy”. Mogły jednak zabrzmieć na tym forum także inne głosy. Rektor UW protestował przeciw uogólnieniom na temat bezideowości studentów, podważał przekonania o zasadniczej roli „grup, opiekunów i rygorów w domach studenckich. Nie dowiemy się nic o młodzieży w ten sposób”. Tadeusz Kotarbiński wyjaśniał w pięknym językowo wystąpieniu, że ludzie nauki ulegają rzeczowej perswazji, nie lubią natomiast presji, co podchwycił Adam Schaff, robiąc aluzję do „spraw, któreśmy przeżyli”. Schaff sugerował jednak, że środowisko naukowe nie jest wzorem dbałości o swobodę dyskusji oraz że istnieją w nim „najrozmaitsze kliki i ugrupowania, które – gdyby ich nie trzymać na uwięzi – zadusiłyby jedne drugie”446. W tym czasie orkiestrowano kampanię prasową przeciwko „feudałom w nauce” oraz krytykowano domniemane pięknoduchostwo kadr uczelnianych i wynikającą z niego słabą sprawność kształcenia. „Opluto nas więc z dołu i z góry, od góry do dołu, moralnie i zawodowo” – notował Witold Kula447.
W marcu 1959 r. komórka związkowa na Wydziale Prawa wystąpiła z propozycją urządzenia na zapleczu Pałacu Kazimierzowskiego kawiarni na wolnym powietrzu. Działałaby ona wiosną i wczesną jesienią, wyposażona w mebelki kupione ze środków UW, funduszu Klubu Pracowników i pozyskane z uczelnianej „graciarni”, w instalację głośnikową, saturator, maszynki do lodów. Byłaby, jak pisano, miejscem pracowniczych garden party, muzyki i tańców. ZNP nie wykluczał obecności studentów. Każdy klient byłby ważny: urządzenie kawiarenki powiększałoby wpływy do kasy związkowej448. Nic nie wskazuje na to, by projekt został zrealizowany, ale sam fakt jego zaistnienia świadczył o zasadniczej różnicy atmosfery na Uniwersytecie w stosunku do nieodległych czasów, w których zabraniano pracownikom „przesiadywania w stołówce”.
Warszawska „kawomania” rzucała się w oczy przybyszom, którzy mogli dostrzec w niej oznakę ciągłości tradycji miasta. W 1956 r. kawiarnie były ośrodkami debat politycznych (zwłaszcza nieodległy od UW Nowy Świat), a pozostały areną życia towarzyskiego inteligencji, czy też „namiastką sfery publicznej”, jak o kawiarniach w NRD pisze Stefan Wolle. W Warszawie kawa zawierała wszakże więcej kofeiny449. Podawaną w Klubie Pracowników UW zachwalano jeszcze przed Październikiem jako najlepszą w mieście. W każdym razie była jedyną publicznie dostępną na terenie UW, na którym – poza stołówkami dla studentów i pracowników – nie było żadnych bufetów ani kawiarenek. Klub Pracowników przyciągał w okresie odwilży także coraz swobodniejszymi debatami. Tworzył scenę codziennych kontaktów w niezobowiązującej atmosferze. „Stoły przykryte szkłem, miękkie foteliki, najnowsze czasopisma, dyskretna muzyka. Pod oknem olbrzymi aparat telewizyjny, radio i adapter”. Formalnie dostępny był dla pracowników, lecz w informatorze uniwersyteckim dawano do zrozumienia, że studenci nie zostaną wyproszeni450.
Klub był miejscem integracji społeczności naukowej UW, ale dla ogółu zatrudnionych znaczenie życiowo istotne miała stołówka pracownicza. Manewry wokół cen wydawanych w niej obiadów obrazują problemy socjalne zbiorowości. Pewna jej część żyła w głębokim niedostatku. Gdy jesienią 1958 r. zdecydowano się, wskutek ogólnego wzrostu kosztów, podnieść cenę obiadu z 6 do 8,50 zł, osoby najniżej uposażone zachowały prawo do zakupu po dawnej cenie. Chodziło głównie o woźne i sprzątaczki, zarabiające poniżej 600 zł miesięcznie. Była to mniej niż połowa średniej krajowej, uchodzącej za bardzo skromną. Cztery lata później doszło do kolejnej podwyżki. Obiad kosztował odtąd 10 zł, czyli równowartość dwóch kaw w Klubie Profesorskim. Cena ta stanowiła problem dla nisko szeregowanych pracowników, z których wielu nie zbliżało się do „tych polskich dwu tysięcy”, mających być w utworze Osieckiej symbolem szarego życia. W połowie lat 60. młodsi pracownicy naukowi znali ten właśnie los. Typowe wynagrodzenie kierowniczki sekretariatu wydziałowego zbliżało się do 3 tys. zł, wyższe kadry naukowe czerpały (często z 2 etatów) dochody przekraczające 5 tys. zł. Pedel albo sprzątaczka na UW zarabiali około 900 zł i te głodowe stawki utrzymywały się do końca dekady451. Komórki związkowe starały się interweniować na rzecz biedujących pracowników, na ogół z niewielkim skutkiem, nie miały bowiem wpływu na siatki płac.
Organizacja ZNP, w okresie stalinizmu przede wszystkim „pas transmisyjny” polityki PZPR, odciążona została po 1956 r. od obowiązku mobilizowania pracowników, w większym zaś stopniu zajmować się mogła ich problemami socjalnymi, organizowaniem wypoczynku i turystyki, rozwiązywaniem konfliktów. W 1957 r. otworzyła kurs samochodowy i kino związkowe, które co tydzień wyświetlało w Sali im. Mickiewicza (stare na ogół) filmy fabularne452. Rozdzielała też miejsca wczasowe w Domu Młodego Naukowca w Maciejowcu, w ośrodkach ZNP i Funduszu Wczasów Pracowniczych. Na lato 1957 r. można było się ubiegać o miejsca w akademiku Politechniki Gdańskiej we Wrzeszczu (z niską opłatą 10 zł za dobę, ale bez wyżywienia), domek campingowy lub pokój w schronisku na Mazurach, albo wziąć udział w trzydniowej wycieczce szlakiem jezior mazurskich (Ruciane, stanica Kamień, statkiem po Śniardwach, Mikołajki – plaża, kajaki i dancing). ZNP organizował też wycieczki piesze, m.in. po Polach Grunwaldzkich, wokół Spały, Kazimierza, Nieborowa i Łowicza, Łańcuta i Rzeszowa453.
Tematem elektryzującym pozostawały przede wszystkim podróże zagraniczne. Możliwości otwarte w 1957 r. napotykały na „ograniczenia dewizowe”. O wycieczki stale pytano, zabiegano o miejsca na listach, choć ceny nie były niskie. Latem 1962 r. za dwutygodniową wycieczkę autokarem na Węgry płacono od osoby 2400 zł, równowartość miesięcznego zarobku adiunkta, a wziąć trzeba pod uwagę, że adiunkt rzadko miewał oszczędności. Podobne były ceny organizowanych we współpracy z Orbisem turnusów w Rumunii. Aby poradzić sobie z problemem dewiz, podpisywano umowy z uczelniami państw bloku; dzięki wymianie z Uniwersytetem im. Humboldta można było pojechać nad jezioro w Egsdorf, a współpraca z uniwersytetem w Budapeszcie pozwalała na spędzenie wakacji nad Balatonem. Ilość miejsc była jednak niewielka, po kilkanaście w danym ośrodku454.
Znamieniem czasów popaździernikowych było rozwijanie się zupełnie nowych aspiracji, zwłaszcza wśród kadry naukowej. Otworzył się przed nią „świat” znacznie szerszy niż nadbalatońskie ośrodki wczasowe. „Niemal każdy młody fizyk-teoretyk po doktoracie ma okazję odbycia rocznego lub dwuletniego stażu w dobrym ośrodku zagranicznym, a i wyjazdy na szkoły letnie i kursy, na które wysyła się zwykle doktorantów, nie należą do rzadkości” – pisali w 1965 r. fizycy Andrzej Trautman (UW) i Ryszard Gajewski (Politechnika) w ankiecie tygodnika „Polityka”455. Podróż zagraniczna straciła wiele ze swego czarodziejskiego wymiaru. W 1960 r. wyjechało na badania 1219 pracowników nauki PRL, w tym 754 do państw socjalistycznych. Jednocześnie około 300 osób pozostawało w obcych krajach, kontynuując prace, około 700 przebywało na szkoleniach, a 166 lektorów na kursach językowych. Celem około 40% wyjazdów były ZSRR i NRD. Ważnym zjawiskiem były też porozumienia z nowymi państwami Azji i Afryki: kilku wykładowców pojechało na Uniwersytet w Bagdadzie, nauczyciele do szkół w Ghanie i Mali456.
Staże zagraniczne i stypendia wyjazdowe otwierały nowe perspektywy intelektualne i towarzyskie, procentujące kolejnymi zaproszeniami, przyjaźniami i, co nie mniej ważne, zmianą stylu życia. Jak wspomina Marcin Kula, samochody osobowe pojawiły się najwcześniej w rodzinach socjologów z UW, tych, którzy otrzymali stypendium Forda i pojechali do USA. Wyjazd kształtował aspiracje, lecz także możliwości, gdyż ze stypendium można było wiele odłożyć, w czym Polacy zyskiwali wymuszoną wprawę. Nieco później auta kupili sobie historycy, jeżdżący raczej do Francji i RFN. Na początku lat 60. apetyt motoryzacyjny był na UW wyraźny. Wspomniany kurs samochodowy ukończyły w 1962 r. 22 osoby457. Niektórzy pracownicy poruszali się po Warszawie lat 60. autami budzącymi zazdrość: Bogdan Suchodolski „pięknym oplem”, Adam Schaff peugeotem, Jerzy Holzer volkswagenem, którego kupił na stypendium w Moguncji. W alejkach uniwersyteckich miłośnik kierownicy Andrzej Jezierski ćwiczył Marcina Kulę w prowadzeniu. Samochód nie tylko uwalniał od wiecznie zatłoczonej komunikacji publicznej i pozwalał kształtować sobie czas wolny czy wakacje, lecz mógł także stać się atrybutem związków towarzysko-intelektualnych, jak w wypadku Ossowskich, których auto prowadzili uczniowie458. Był przedłużeniem świata domowego, który łączył się nierzadko ściśle z życiem naukowym. Należało to do tradycji, wzmocnionej w latach tuż powojennych, gdy wiele osób mieszkało w miejscu pracy i wiele użyczało swoje mieszkanie dla potrzeb zakładu, i w latach stalinizmu, gdy, jak u Ossowskich właśnie, seminaria odbywały się prywatnie, ponieważ nie było dla nich miejsca publicznego.
Wspominając zaś o Ossowskich i ich mieszkaniu żoliborskim, wspomnieć należy o spółdzielczości. Odrodziła się ona po 1956 r., co oznaczało też ożywienie spółdzielni profesorskiej UW, której udało się przystąpić do odbudowy domu przy ul. Brzozowej. Powstała także potężna Nauczycielska Spółdzielnia Mieszkaniowa, w której pracownicy UW otrzymywali lokale w atrakcyjnych osiedlach, jak Radna pod skarpą uniwersytecką. Od końca lat 60. Uniwersytet pozyskiwał pule mieszkań z wielkiej spółdzielni Energetyka. Dysponował też stale własną bazą lokalową, umieszczając pracowników w Domu Młodego Doktoranta przy ul. Polnej, w kamienicach przy ul. Wilczej i Hożej (i w administrowanych przez Politechnikę przy ul. Rakowieckiej i Nowowiejskiej) oraz w domu w Milanówku. Znaczna pula pojawiła się na osiedlu Przyjaźń. Tam, niczym na odległej wyspie, mieszkało wielu młodych pracowników UW. W porównaniu z okresem stalinizmu, gdy przydziały mieszkań były nikłe, początek lat 60. zdawał się pomyślny. Stworzono Zakładowy Fundusz Mieszkaniowy o puli 600 tys. zł (w 1962 r.), który udzielał pożyczek pracownikom ubiegającym się o mieszkania spółdzielcze.
Rysowały się rejony zamieszkiwania, odzwierciedlające podziały społeczne na uczelni oraz zaszłości pierwszej powojennej dekady. W latach „małej stabilizacji” elita UW osadzona była w niewielkiej na ogół odległości od budynków uniwersyteckich, w kamienicach Śródmieścia. W 1964 r. rektor mieszkał pod skarpą, przy ul. Konopczyńskiego, w odległości spaceru od Pałacu Kazimierzowskiego, podobnie jak dwoje prorektorów (ulice Kredytowa i Foksal), trzeci zaś przy ul. Wilczej 13 (w kamienicy przyznanej UW po wojnie). Liczne adresy były w środowisku profesorskim pamiątkami tego właśnie okresu (ulice Hoża, Wilcza, Wiejska), jeśli nie starszym dziedzictwem rodzin inteligenckich. Skupiskiem profesury był dom spółdzielczy przy ul. Sewerynów 6, pojawił się odtworzony przy ul. Brzozowej 12, znikła zaś z list pracowników uczelni większość adresów z ul. Bartoszewicza. Domy profesorskie stanowiły enklawy dawnego typu społeczności uczelnianej, związanej w większości od czasów międzywojennych. Nie wszyscy byli entuzjastami tak silnego osadzenia w światku uniwersyteckim, a opowieści o toksycznych relacjach sąsiedzkich przy ul. Brzozowej stały się środowiskowymi anegdotami459.
Wielu pracowników zajmowało wciąż mieszkania w zespole gmachów UW, od okropnych suteren Szkoły Głównej (zamieszkiwanych do 1964 r.) po przyzwoite lokale w skrzydłach pałaców Czetwertyńskich i Potockich. Mieszkania znajdowały się także m.in. w budynkach Obserwatorium i Ogrodu Botanicznego w Al. Ujazdowskich. Żyli tam lokatorzy chciani i niechciani. W Obserwatorium mieszkał wybitny astronom Włodzimierz Zonn, ale także rodzina niezwiązanego z UW inżyniera, który skomplikowanymi kolejami losu urządził się i następnie rozszerzał mieszkanie, uszczuplając domenę UW. Trwał proces sądowy. Podobny konflikt rozgrywał się w sąsiednim Ogrodzie Botanicznym, którego kierowniczka walczyła o odzyskanie pomieszczeń nasieniarni460. Innego rodzaju aura otaczała pobliską elegancką dzielnicę, która częściowo ocalała z wojny i rozbudowana została w latach 50. Rewiry alej Róż i Wyzwolenia, al. I Armii Wojska Polskiego (Szucha) i al. Przyjaciół zasiedlili w dużej mierze przedstawiciele establishmentu epoki stalinizmu, w tym pracownicy naukowi, jak były rektor UW, dziekan Wydziału Filozofii, niedawni ideolodzy diamatu czy „nowego literaturoznawstwa”. Przemiany ideowe i pokoleniowe uczyniły jednak z tej dzielnicy także zbiór adresów ludzi dotkniętych „rewizjonistyczną gruźlicą”.
Przybywało stale pracowników zajmujących niewielkie, ale zapewniające pewien komfort mieszkania w nowych osiedlach, tworzących archipelagi wokół śródmieścia. Miało to swoje złe strony, gdyż Warszawa była miastem o wyjątkowo niewydolnej komunikacji i sieci zaopatrzenia. Ludziom, którzy w wielu wypadkach pierwszy raz w życiu zyskiwali własne, suche i jasne lokum, dawało ono jednak więcej niż „małą stabilizację”. Zarazem tego rodzaju pozytywne zmiany wiązały się z nowymi napięciami. Pule mieszkań nie wystarczały, by zaspokoić potrzeby. Organizacja związkowa i władze UW były adresatami skarg na wieloletnie oczekiwania w ruderach lub izbach dzielonych z dokuczliwymi współlokatorami. W sferze przydziałów mieszkań istniała „szara strefa” osobistych powiązań i wpływów, która podgrzewała resentymenty. Młodsi i mniej ustosunkowani liczyć mogli na ciasne i odległe mieszkania pracownicze na Osiedlu Przyjaźń czy w budynkach akademików przy ul. Kickiego. Ten ostatni adres należał zresztą do wyjątków na mapie zamieszkiwania pracowników naukowych: trudno na niej znaleźć inne prawobrzeżne lokalizacje. Po „tamtej” stronie Wisły mieszkali raczej pracownicy fizyczni; przy ul. Brzeskiej na przykład – woźne uniwersyteckie.
Warto wspomnieć jeszcze o sprawie Osiedla Przyjaźń, gdyż ukazuje ona pewne problemy mieszkaniowe tzw. młodej kadry. Otóż wraz z inauguracją akademików w 1955 r. w każdym z urokliwych domów przeznaczono frontowe pokoje o oknach wychodzących na ganek dla asystentów. Mieli pełnić „rolę wychowawczą” wobec studentów. Sąsiedztwo okazało się nieznośne. Dwa lata później grupa asystentów pisała w liście do ministra, że wszelka „wychowawcza rola” jest fikcją, że młodzież nie uznaje autorytetów, że
ma tu zbyt dużą swobodę i pozbawiona jest jakiejkolwiek skutecznej kontroli. Skutki tego widać na każdym kroku. Rośnie rozprzężenie i chuligaństwo, kwitnie pijaństwo, rozwydrzenie seksualnie, nierząd, a może nawet i prostytucja. [...] Tłumaczenie, że przyczyną tych wypadków są chuligani z Woli, jest bezpodstawne, gdyż w większości ujawnionych wypadków brali udział studenci. Ponadto chuligani z Woli są zbratani z częścią naszej młodzieży461.
Asystenci oceniali, że studenci wykazują „zadziwiającą solidarność i poczucie wspólnoty” w ukrywania przewinień, wśród których do błahych należą nocne łomoty i śpiewy. Miało to wzmóc się w roku 1956/1957, z pewnością nie bez związku z „październikową” emancypacją. Asystenci czuli się upokorzeni. Twierdzili, że ich rola sprowadza się do otwierania drzwi wejściowych studentom wracającym w nocy. Dochodziło do konfliktów, jednego z asystentów pobito. Żądali więc przeniesienia ich z domów studenckich, motywując to także rozmiarami pokoików, w których „nie ma miejsca nawet na zwykłą szafę”. Założenie rodziny było w tych warunkach trudne; nieliczni zdecydowali się wprowadzić małżonków do swych klitek, co wywołało zresztą „zły wpływ wychowawczy na młodzież, która chcąc naśladować asystentów sprowadza sobie do pokojów osoby płci innej”462. W następnych latach asystentów i innych pracowników naukowych lokowano więc w osobnych domkach. Można to uznać za sygnał „małej stabilizacji”. Małej niewątpliwie także dlatego, że te mieszkania służbowe, tworzące atmosferę tymczasowości, służyły swym lokatorom przez długie lata.
„Naszym sojusznikiem w pracy ze studentami jest postępująca stabilizacja życia politycznego i gospodarczego kraju” – głosił partyjny referat w 1960 r.463 W tymże roku na UW przyjęto 2,7 tys. studentów. Połowa z nich urodziła się po wybuchu II wojny światowej (22 we wrześniu 1939 r., a 6 w Warszawie pod bombami, przed poddaniem miasta). Wśród immatrykulowanych znalazło się także kilkoro urodzonych w XIX w. Czworo najmłodszych reprezentowało rocznik 1944464. Dwa-trzy lata później rocznik ten stał się typowy wśród wstępujących na studia. Ci ludzie wojny nie pamiętali. W latach stalinizmu byli małymi dziećmi. Październik spędzili w podstawówkach. Byli jednak pokoleniem wojny w tym sensie, że naznaczyła ona los ich rodziców. Gdy dorastali, stawała się także przedmiotem rozgrywek politycznych. Po 1956 r. patriotyzm był na nowo definiowany w świecie publicznym, dając poczucie wyzwolenia z klatki dogmatów stalinowskich, lecz stając się zarazem narzędziem legitymizacji reżimu.
„Jak trwałą rzeczą jest zakłamanie młodzieży”, rozważał Witold Kula pod wrażeniem przebiegu egzaminów wstępnych AD 1960, podczas których ujawnił się zakres konformizmu kandydatów, recytujących poprawne politycznie formułki465. A przecież ci młodzi ludzie nie otrzymywali już zadań wymagających znajomości politgramoty, lecz raczej stawiani byli w sytuacji gombrowiczowskiej dziatwy: „Jan Kochanowski jako najwybitniejszy poeta polskiego Odrodzenia”, „Ideowoartystyczne wartości wybranego utworu Adama Mickiewicza”, „Problemy społeczne w twórczości Stefana Żeromskiego” – tego rodzaju tematy wybierali kandydaci na filologię polską. Egzaminy na historię także dotyczyły z reguły dziejów ojczystych. Inaczej sprawy przedstawiały się w przypadku socjologii, filozofii czy psychologii, zatem kierunków, które nie były przedmiotem edukacji szkolnej: tam stawiano także pytania wymagające pewnego samookreślenia („Dlaczego wybieram te studia?”). Narodowo-patriotyczna tematyka była niewątpliwie elementem odreagowania stalinizmu, ale miała też związek z tendencjami życia politycznego. „Chwała polskiego oręża” stała się przecież tematem rozległej publicystyki, uwikłanej w propagandową wizję zmagań polsko-niemieckich i walkę z „prześmiewcami”, wykorzystującymi tematykę wojenną dla krytycznej rozprawy z „losem polskim”. Wstępujący na studia u progu lat 60. mieli zwykle za sobą seans kinowy superprodukcji Krzyżacy, będącej odpowiedzią na obrazoburcze filmy Wajdy i Munka. Zaznali edukacji politycznej, która łączyła idealizację polskiej przeszłości z afirmacją socjalizmu jako systemu spełniającego aspiracje narodu.
Widmo wojny nie zanikło także w innym sensie. Gdy rocznik 1944 szedł na studia, lękano się – w okresie kryzysu kubańskiego – konfliktu nuklearnego. W miastach wykupywano żywność. Możliwości rozwoju, ale i zniszczenia, jakie ukazywały loty w kosmos i próby z nowymi rodzajami broni, zdawały się tworzyć ponad głowami pokolenia zarysy nieznanego świata. Ów rozziew między banalną codziennością, wypełnioną drobnymi staraniami i marzeniami, a rysującymi się perspektywami przekraczania znanych ludzkości granic rysował się w dialogach Pelagii i Bazylego, bohaterów Niewinnych czarodziejów Wajdy (1960). Zaś bohaterowie dramatu Tadeusza Różewicza Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja (1962) rozważali: „Jakoś się wreszcie ułożyło... Chyba mamy prawo wiedzieć, co nas czeka”.
Poczucie stabilizacji odnotowywane było, nim jeszcze Różewicz nadał mu nośność. Bez wątpienia nie wszyscy odbierali ją równie pozytywnie, jak cytowani działacze PZPR. Stabilizacja uznawana bywała za znamię apatii, zwłaszcza wśród ludzi, którzy aktywnie przeżywali Październik. Dziennikarz „Polityki” Andrzej Krzysztof Wróblewski postrzegał „mieszkanko z kapciami” jako symbol bierności: horyzont się zawęził, „trzeba zarabiać”466. Z satysfakcją zjawisko to opisywał natomiast płk Zbigniew Załuski, porte-parole partyjnych nacjonalistów. „Pokolenie wielkiej kpiny przestało szydzić. Porobili dyplomy i poszli do pracy, pożenili się i zajęli dziećmi. Pokolenie dojrzało, zajęło się codziennością. Zbiera pieniądze na skuter i spółdzielcze mieszkanie”467. Opinie te sugerowały przesunięcie się zainteresowań ze spraw obywatelskich na prywatne. O czym pułkownik nie wspomniał: atmosfera ta wynikała także z kostnienia systemu politycznego. Jednak pewne uspokojenie się powierzchni życia było jedną z potrzeb społecznych. Po dwudziestoleciu, na które złożyła się wojna i okupacja, terror i odbudowa, stalinizacja i destalinizacja – skuter i mieszkanie oznaczały uśmiech losu. Zarazem pojawiały się charakterystyczne napięcia, związane z płytkością rynku pracy, poczuciem ograniczonych szans, kontrastowanym z błyskawicznymi karierami studentów sprzed dekady.
Kanadyjska reporterka polskiego pochodzenia, przyjechawszy do Warszawy w grudniu 1961 r., poznała w kawiarni studentkę prawa, która umówiła ją z grupką znajomych. Studenci początkowo z rezerwą przyjęli pomysł wywiadu dla zachodniego pisma, a na pytania polityczne odpowiadali w kawiarni zdawkowo. Rozruszał ich temat studiowania. Postrzegali je jako drogę do lepszej pracy i przeciwstawiali „łatwiejszy” pod tym względem okres sprzed kilku lat obecnym wymaganiom: „Teraz trzeba pracować dużo, aby uzyskać lepsze posady”. Narzekali na niskie stypendia, ale podkreślali, że domy akademickie są tanie, podobnie jak (niedobre) stołówkowe posiłki. Wakacje można spędzić w górach lub nad morzem. Sądzili (nie mając osobistych doświadczeń), że poziom studiów podniósł się w porównaniu z okresem sprzed 1956 r. Chłopcy byli admiratorami Oskara Langego. Reporterka miała wrażenie, że ich kontakty z wykładowcami są bliższe niż znane jej z Sorbony. Przeszkadzała im zarazem tendencyjność zajęć, zwłaszcza z socjologii i nauk politycznych. Większość robiła wrażenie wierzących. Gdy ktoś stwierdził, że religie są przeżytkami, dziewczyny protestowały, uważając, że upadek dobrych obyczajów wynika z nieobecności duchownych w edukacji (w tym czasie usuwano religię ze szkół). Lekceważenie norm i chuligaństwo jawiły się im jako ważny problem. Ogólne wrażenie przyjezdnej: ci studenci przypominali jednak swych kolegów z Zachodu. Jej dawny znajomy z Sorbony, przekonany komunista, który w 1952 r. przyjechał do Warszawy i podjął pracę na którejś uczelni, skomentował:
Studenci, których pani spotkała, sądzą, że wszystko im się należy: bezpłatne studia, rozmaite ułatwienia, możliwość awansu zawodowego, teraz i w przyszłości. Nie mają pojęcia, jak trudno było kiedyś synowi chłopskiemu zdać maturę i otrzymać dyplom uniwersytecki” . Zamiast dziękować, krytykują wszystko z zupełną, nieraz irytującą beztroską468.
Były to, jak się zdaje, osądy dość typowe dla ówczesnego establishmentu.
Na kongresie ZSP w marcu 1960 r. wypowiedział się na ten temat Gomułka w sposób, który brzmieć będzie ponuro osiem lat później. Mówił o „moralnym długu”, zaciągniętym przez studentów kształconych na koszt (odpowiednie sumy wyliczał) „klasy robotniczej i narodu”. Uświadomienie sobie tego faktu winno wynikać z zaznajomienia się na studiach z podstawami marksizmu-leninizmu. Szef partii wątpił w sensowność spontanicznego kształtowania się zainteresowań młodych ludzi. Należy „zmienić” ich zapatrywania, zrobić z nich uczestników rewolucji naukowo-technicznej, wysuwającej na czoło nauki ścisłe. Jedną z przyczyn zacofania Polski był przecież „kult dla humanistyki, dla sztuki, dla zawodów niezwiązanych bezpośrednio z produkcją”. Tymczasem szkolnictwo wyższe wciąż jest od niej oddalone i cechuje się niską sprawnością. Dojrzała konieczność reformy469. Dwa lata później na plenum KC PZPR krytykowano w podobnym duchu postawy studentów. Wielu nie umie lub nie chce włączyć się w nurt budownictwa socjalizmu. Witold Jarosiński powiadał, że wciąż spotyka się na uczelniach typ „smutnych brodaczy”, pozujących na egzystencjalistów470.
Politycy PRL nie mieli zamiaru prowadzić walki z brodami, jaką podejmą ich rumuńscy towarzysze, jednak niewątpliwie ten symbol nonkonformizmu pasował do kreślonej przez nich sylwetki przeciwnika. Nie był to „wróg”, jakim straszono dekadę wcześniej, lecz raczej młody człowiek, któremu przewróciło się w głowie w warunkach względnego dostatku i pod wpływem miazmatów kultury zachodniej. Tego rodzaju wypowiedzi oddawały zarówno potrzeby polityczne, jak ogólniejsze niezrozumienie międzypokoleniowe: „wojnę domową”. Studentom zarzucano zarazem bierność i „apolityczność”, jak czynił to na łamach „Itd” Jerzy Putrament. Oznaczało to jednak nie apel o nonkonformizm, lecz o udział w oficjalnych strukturach. Pisarz uznawał za fakt pozytywny, że studenci nie znają przedwojennych emocji walki politycznej (z pewnych względów nie wspomniał o własnym w niej udziale), lecz potępiał właściwy im „snobizm na swobodę obyczajów”. Hałaśliwi mieszkańcy sąsiedniego domu studenckiego zakłócali sen autorowi Rzeczywistości471.
* * *
Uniwersytet lat 60. to arena wystąpień „komandosów”, to środowisko Kuronia i Modzelewskiego, to forum krytyki politycznej, formułowanej przez Kołakowskiego czy Pomiana. Uniwersytet kojarzy się z masowym udziałem studentów w zajściach marca 1968 r. Wydarzenia te i zjawiska, szczegółowo analizowane przez Andrzeja Friszkego, sytuują uczelnię na mentalnej mapie historii PRL472. Zarazem wiele źródeł obrazuje inny charakter uczelnianego życia w okresie rządów Gomułki, naznaczonego raczej przez „małą stabilizację”, jeśli przez to rozumieć zanurzenie w codzienności, obojętność wobec polityki, unikanie życia publicznego innego niż seanse kinowe czy potańcówki. Niewątpliwie taka dwoistość obrazu jest immanentną cechą życia społecznego, a może zwłaszcza studenckiego. Wydaje się zarazem, że w latach 60. była ona szczególnie wyraźna. Po dwóch dekadach wielkiego zamętu egzystencjalnego lata te przyniosły mieszkańcom Polski uspokojenie, widoczne także w aspiracjach studentów, układających się we wspomniany prywatno-kameralny wzór. Ci młodzi ludzie żyli w przeważającej większości lepiej niż ich rodzice; nie zaznali ani ich strachów, ani materialnej nędzy. Zarazem nie byli podatni na zapał ideologiczny i tym różnili się od swych nieco starszych kolegów.
Zjawiska te objawiły się w szerokich badaniach socjologicznych, prowadzonych w 1958 r. wśród studentów warszawskich przez zespół pod kierunkiem Stefana Nowaka. Wprawdzie połowa pytanych deklarowała zainteresowanie działalnością społeczną, lecz traktowaną raczej w charakterze pracy organicznej niż jakiejś ideowej przebudowy. Za marksistów uznało siebie bez wahania 2%, „raczej” marksistami było 11%, nie potrafiło tego określić 17%, raczej nie było 34% i zdecydowanie nie także 34% (brakujący procent to brak odpowiedzi). Oto miara fiaska operacji ideologicznej, jaką próbowano przeprowadzić na młodym pokoleniu. Zaznaczmy, że na tym tle UW wydawał się stosunkowo mocnym zapleczem poglądów marksistowskich (22% pozytywnych odpowiedzi). Ogólnie biorąc, dla studentów marksizm stanowił pewien punkt odniesienia, ale o mniejszym znaczeniu niż tradycyjne kategorie tożsamości: rodzina i ojczyzna. Z nimi właśnie wiązano na ogół zadania tzw. działalności społecznej. Pytania o poparcie dla „jakiejś formy socjalizmu” musiały być traktowane jako wyraźniej polityczne, co zapewne wpłynęło na odpowiedzi, lecz nie w taki sposób, aby zamazać ich wymowę. Oto 68% studentów warszawskich deklarowało to poparcie, ale 19% przyznało, że nie ma zdania, zaś 11% wyrażało stanowisko negatywne. Za najbliższy socjalizmowi kraj uznawali studenci Jugosławię, na drugim miejscu ZSRR, ale z mniejszą o połowę ilością wskazań, następnie Polskę, Szwecję i Chiny. Sąsiednie kraje „bratnie” nie wydawały się inspirujące, ukazując cechy „okresu minionego”. Aż 71% pytanych studentów miało raczej negatywny stosunek do pierwszej dekady powojennej Polski. Państwo, sądzili, nie powinno ograniczać swobód obywatelskich, chyba że w sytuacjach wyjątkowych. Zarazem zmiany „październikowe” przyjmowane były dość letnio: nastąpiła wskutek nich „pewna poprawa” sytuacji społeczno-gospodarczej. Co znamienne, owa większość uznawała sensowność gospodarki uspołecznionej i nie chciała dopuścić do rynkowej rywalizacji, chyba że w handlu detalicznym. Popularnością cieszyła się nadal „październikowa” idea samorządu pracowniczego473.
Wszystko to zdaje się świadczyć, że większość warszawskiej młodzieży studenckiej chciała żyć niejako obok systemu, unikając zaangażowania i niespecjalnie wierząc w rozmaite publiczne obietnice. Pragnęła przede wszystkim zaspokojenia dość ograniczonych aspiracji osobistych. W badaniach przeprowadzonych w 1960 r. wśród studentów pierwszego roku różnych polskich uczelni mniej niż trzecia część pytanych wskazywała myśl o zawodzie jako pobudkę decyzji o kierunku studiów. Niski odsetek deklarujących zainteresowanie korzyściami materialnymi, jakie mogłyby wyniknąć z wykształcenia (poniżej 8%), świadczył zapewne tyleż o realiach gospodarczych, ile przeświadczeniu o niestosowności tego rodzaju deklaracji. Na zainteresowanie przedmiotem jako główną motywację wyboru studiów wskazywali zwłaszcza historycy, poloniści i matematycy, natomiast np. chemicy częściej na potrzeby rynku pracy. Większość podkreślała swe trudności materialne, ale niewielka część przyznawała, że podejmuje prace dorywcze (13,3%), zaś znikoma (około 1%), że pracuje stale. Warto odnotować także złą ocenę własnego stanu zdrowia: tylko 1 na 10 studentów uznawał, że jest w dobrej kondycji. Jedna czwarta twierdziła, że problemy ze zdrowiem nie pozwalają jej na lepsze wyniki w nauce. Zarazem jedna trzecia uważała, że główną przeszkodą są w tym zakresie „przebałaganienia”, czyli gadanie, karty, kawiarnia. Jedna czwarta deklarowała systematyczną pracę. Wśród rozrywek dominowały łatwe i tanie (dla 60% kino, telewizja i radio), ale deklarowano też chodzenie do teatru i lekturę. Natomiast nikły procent uznał za stosowne twierdzić, że w czasie wolnym realizuje się działając w organizacjach młodzieżowych (3%), a znacznie liczniejsi byli ci, którzy wyznali, że najchętniej wtedy śpią (7,5%) lub piją wódkę i grają w karty (5,6%)474. Większość studentów nie widziała więc potrzeby deklarowania aktywizmu politycznego czy ideowego.
Nie zauważyłam [...] tego, co w połowie lat sześćdziesiątych działo się w łonie PZPR. Nie dostrzegałam wewnętrznych podziałów, rozłamów i fermentów w tej partii. Owszem, obijały mi się o uszy nazwiska Michnika, Kuronia, Modzelewskiego, [...] ale nigdy nie próbowałam dociekać, o co im właściwie chodzi i na czym miałyby czy powinny polegać te pezetpeerowskie reformy
wspomina Jolanta Wachowicz-Makowska, od 1961 r. studentka socjologii UW475. Zapewne perspektywa tej absolwentki liceum Nazaretanek była specyficzna, lecz zarazem ujawniała pewne ogólne prawidłowości. Trudno sobie bowiem wyobrazić, aby dziesięć lat wcześniej udało się w tym stopniu odseparować od życia politycznego. Zjawisko było szersze, a obserwacje socjologów potwierdzały, że zwłaszcza wśród studentek zaszła znacząca zmiana. Przybywało ich na UW (odsetek kobiet wśród przyjętych zwiększył się z 54,2% w 1956 r. do 60,6% 6 lat później), ale cechowała je bierność polityczna i zainteresowanie nauką, a nie „działalnością”. Miały wyższe średnie ocen niż koledzy, natomiast bardzo rzadko robiły kariery w ZSP czy ZMS476. Wpisywało się to w szersze zjawisko powrotu do bardziej tradycyjnego wyboru ról społecznych, obserwowane w Polsce lat 60., a także znacznego pasywizmu politycznego młodego pokolenia.
Opiekun roku na Wydziale Ekonomii pisał w 1964 r., że choć formalnie ZSP obejmuje 90% roku, a ZMS około jednej trzeciej, nie wyczuwa się żadnego tętna, a postawa większości jest „biernie-pozytywna”. Co więcej, był zdania, że studentów cechuje brak „ciekawości życia” oraz „dynamizmu”, co przypisywał niedostatecznej stymulacji ze strony kadry nauczającej477. Wrażenie to mogło być przede wszystkim skutkiem bariery pomiędzy opiekunem a studentami, ale wydaje się znamienne, tym bardziej, że dotyczyło wydziału uchodzącego za dość aktywny politycznie.
W okresie popaździernikowym ZSP deklarował neutralność, uznając, że „nie może być areną tarć światopoglądowych”, a w jego szeregach łączą się „wierzący i ateiści, komuniści i niewyznający tej ideologii”. Skupił się na działalności pomocowej i kulturalnej. Patronował spółdzielni Plastuś, prowadził zespół taneczny, chór, kluby filmowy i literacki. Organizował własne biblioteki wydziałowe, które miały ułatwić korzystanie ze skryptów (mijała dekada od chwili, gdy odebrał księgozbiory kołom naukowym i utrudnił owo korzystanie). Przeważająca większość członków ZSP zachowywała się pasywnie. Dotyczyło to, wbrew nazwie, także aktywu. Prezydium wymieniało wśród swych sukcesów liczne narady i zebrania, przyznając, że na ogół słaby był ich „element dyskusyjny”. Jesienią 1964 r. na plenum Rady Uczelnianej nie uzyskano quorum, a zebranym nie chciało się dyskutować o działalności prezydium. Rada narzekała na bierność, na istnienie „jakiejś próżni” (antycypując tezę Stefana Nowaka o próżni społecznej!), na to, że ludzi trzeba „za kołnierz ciągać” na spotkania, a interesują ich głównie sprawy materialne. „Moje kontakty z ZSP zawsze łączą się z pieniędzmi. Ja płacę składki, oni dają mi pracę w Plastusiu” – potwierdzał w 1965 r. student III roku478.
Zrzeszenie skupiało w 1966 r. 11 tys. członków, przy czym od i960 r. podwoiło swe zastępy. Wynikało to z mechanicznie prowadzonej rekrutacji: nowy student niemal automatycznie otrzymywał legitymację ZSP. Znacznie mniej liczny był Związek Młodzieży Socjalistycznej (około 2200 studentów), lecz rósł szybciej: miał ponad 4 razy więcej członków niż w 1960 r. Warto przypomnieć, że w apogeum stalinizmu ZMP liczyło około 3400 członków (44% studentów). Jak twierdzono w tygodniku „Itd” w 1961 r., w odróżnieniu od masowego ZMP, obecny związek jest organizacją „indywidualistów”479. Było to mało przekonujące i nie odzwierciedlało aspiracji władz, które dążyły do umasowienia organizacji. Równie dynamicznie rozwijały się, choć najpewniej z innych powodów, Akademickie Zespoły Sportowe: 415 zapisanych w 1960 r. i 1648 sześć lat później. Przyrósł także zastęp członków PTTK, z 320 do 510. Trudno było to powiedzieć o pozostałych organizacjach. Związek Młodzieży Wiejskiej skurczył się z 200 do 170 członków. Liczba zapisanych do Towarzystwa Rozwoju Ziem Zachodnich oscylowała między 20 a 25, Stowarzyszenia Przyjaciół ONZ wzrosła z 34 do 55, Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej wahała się między 25 a 50, podobnie jak Koła Kielczan i Dyskusyjnego Klubu Filmowego (nic ponadto nie wiązało chyba tych organizacji). Towarzystwo Przyjaźni Polsko Radzieckiej miało w 1966 r. 70 członków, co świadczyło przede wszystkim o braku presji (w 1950 r. na samym Wydziale Weterynarii było o 100 więcej)480. Nie było już, istniejących w 1957 r., Katolickiego Klubu Akademików i Akademickiego Klubu Ateistów. Od tamtego czasu zmieniło się znacznie więcej. Z jednej strony wystygło studenckie życie polityczne, z drugiej – władze starały się odzyskać kontrolę nad młodzieżą. Skutkiem był właśnie wzrost bazy członkowskiej organizacji młodzieżowych, który nie oznaczał wzrostu aktywizmu. Jego wzorem mogły być raczej działania Komandosów.
Wybory do organizacji wydziałowych ZSP wnosiły nieco ożywienia, gdy pojawiały się hasła w rodzaju „Bufet pełen z masłem bułek zapewni ci Antek Sułek” (Filozofia) lub „Co tam spór radziecko-chiński, kiedy w radzie jest Baczyński” (Ekonomia)481. Właśnie na poziomie mniejszych struktur społecznych organizacje dawały poczucie pewnego autentyzmu, głównie dzięki zaangażowaniu konkretnych osób, cenionych w środowisku, czy też potrafiących różne sprawy „załatwić”. Wśród studentów powszechne było jednak przekonanie, że organizacje nie wyrażają ich interesów, opanowane przez wąską grupę działaczy, niekiedy „wiecznych studentów”; że użyteczne bywają jako rozdawcy zapomóg, skierowań na wczasy czy prac w Plastusiu. We wszystkich tych dziedzinach dostrzegano zresztą objawy klientelizmu. „Ja nie lubiłem tego ZSP” – wspomina Marcin Kula, student historii od 1960 r. Organizacja była pożyteczna, dawała bowiem „czapkę” różnym inicjatywom, które w innym wypadku byłoby trudniej zrealizować. Miała jednak „kumplowski” charakter, pełna działaczy zainteresowanych zrobieniem kariery, a dysponujących niemałymi możliwościami, np. w zakresie studenckich wyjazdów zagranicznych. Atrakcyjne wycieczki organizowano na zasadzie „dobierania”.
Robili jakąś wycieczkę, w której ja też miałem brać jednak udział, i poszedłem do takiego szefa chyba wydziałowego (ominę jego nazwisko), i mówię mu, że tak nie można dobierać uczestników, że to nie wolno tak, że się po cichu dobiera w ramach organizacji, która jest jednak dla wszystkich. Jaka była jego reakcja? – „Słuchaj, kogo chcesz wsadzić?”482.
W połowie lat 60. na UW działała znaczna ilość organizacji i kół, ale był to cień aktywności, jaką znał Uniwersytet lat 40. i czasów Października. W 1964 r. aktywnych było 18 kół naukowych, o 5 mniej niż w 1948 r., a wielokrotnie mniej pod względem ilości członków. Wystarczy wspomnieć, że samo Koło Medyków skupiało pod koniec lat 40. ponad 1000 osób, gdy wszystkie koła AD 1964 około 800. Największe z nich, Koło Młodych Prawników, miało 83 członków (w 1948 r. – 723), a np. koło Penitencjarne (uznawane za bardzo aktywne) – 80, Polonistów – 77 (w 1948 r. – 300), Anglistów – 60 (w 1948 r. – 146), Historyków – 50 (w 1948 r. – 241), Historyków Sztuki – 48, Geologów – 56 i Geografów – 46 (Koło Geografów i Geologów miało w 1948 r. 150 członków) 483. Rola kół i stowarzyszeń studenckich była zupełnie inna niż kilkanaście lat wcześniej. Nie stanowiły one dla swych członków tak istotnego oparcia, przede wszystkim z powodu utraty funkcji samopomocowej. Miały natomiast znaczenie dla rozwijania zainteresowań, niejednokrotnie dawały możliwość wyjazdu krajoznawczego, a nawet zagranicznego. Ten ostatni aspekt był niewątpliwie kluczowy w działaniu ogólnokrajowego Studenckiego Stowarzyszenia Przyjaciół ONZ. W latach 1967–1969 wstrząsały nim konflikty, związane z wymuszoną reorganizacją, spowodowaną ucieczką za granicę szefa stowarzyszenia i sprawą tzw. przekroczeń dewizowych jednego z działaczy na UW. Kołu uniwersyteckiemu zarzucano „elitaryzm”, czyli – czytając między wierszami – powstanie układu, który miał korzystać z możliwości stworzonych stowarzyszeniu484. Nihil novi sub sole, lecz sprawa wydaje się dość znamienna dla atmosfery społecznej lat 60. Ukazuje chyba próby torowania sobie drogi do sukcesu w rzeczywistości, która niewiele obiecywała.
* * *
Symbolem studenckich aspiracji był „człowiek kulturalny”, korzystający z możliwości, jakie daje wielkie miasto, zaś negatywnym punktem odniesienia „półinteligent”. Studentka historii na UW pochodzenia robotniczego przyznawała, że sam fakt pójścia na uczelnię służy poznaniu własnych możliwości oraz stołecznego życia. Nie miała wyobrażeń o przyszłej pracy, nie chciała być pedagogiem ani naukowcem. Pragnęła „pozostać w Warszawie, albo mieszkać w innym większym mieście”. Nie było to podejście odpowiadające intencjom władz, które obwarowały stolicę surowymi przepisami meldunkowymi i oczekiwały konkretnych efektów kształcenia. Jednostkowe aspiracje miały charakter mniej określony, naznaczone przeważnie przez wzorzec „kulturalnego życia”. Wśród ankietowanych studentów znajdowali się jednak również rygoryści, dokładnie wiedzący, czego chcą, i przekonani o zbyt miękkim stosunku uczelni do ich kolegów: „Na ćwiczeniach asystenci powinni dawać prace domowe i egzekwować je. Studenci mają przeważnie naturę leniwą, należy ich zmuszać do nauki” – pisał student matematyki485.
Ten autorytarny punkt widzenia odpowiadał często studentom pochodzenia chłopskiego, którzy podchodzili do studiowania z ponadprzeciętną motywacją i osiągali niezłe wyniki, nadreprezentowani wśród studenckiej elity486. Studia postrzegali jako drogę do awansu społecznego, czy to wspierani przez rodziców, czy chcący o nich zapomnieć. Był to typ studenta skłonnego do uporczywego „rycia” w czterech ścianach akademika, nielubiącego, aby przeszkadzali mu rozrywkowi koledzy, i nierzadko ściągającego na siebie drwinę, podszytą lekceważeniem dla wiejskiego pochodzenia487. Bywało to doświadczeniem bolesnym.
Rani mnie w niczym nieusprawiedliwiony i nieuzasadniony, barbarzyński wprost stosunek środowiska miejskiego do studentów pochodzących ze wsi. Mam na myśli oczywiście stosunek studentów pochodzących z miast, którzy wprost na miarę hitlerowskiego rasizmu odnoszą się do tych, których rodzice żywią i bronią tych głupkowatych „inteligentów” miejskich. [...] Najlepsza propozycja to co najmniej dwuletni staż pracy na roli, dla tych, którzy ludzi pochodzących ze wsi uważają za coś gorszego od siebie
mówił student w 1960 r.488 Na różnych zebraniach formułowano żądania, by chłopów, żyjących rzekomo kosztem miasta, zmusić do wydajniejszej pracy. Rozmaite niedobory, dręczące ludność zurbanizowaną – począwszy od braków mięsa, a skończywszy na brakach miejsc w akademikach – wiązano z domniemaną chytrością chłopów i ich dążeniami do osadzenia dzieci w mieście. To drugie było prawdą, aczkolwiek nie musiało oznaczać aspiracji związanych ze studiami. Odsetek młodzieży wiejskiego pochodzenia wśród studentów spadał, co wynikało z pewnością nie tylko z ogólnych zmian demograficznych (około 1965 r. zaludnienie miast i wsi PRL zrównało się). W 1953 r. odsetek ten wynosił na uczelniach podlegających Ministerstwu Szkolnictwa Wyższego 25,4%, a 3 lata później 22,1%, co tłumaczono zmianą kryteriów przyjmowania na studia: osłabło znaczenie pochodzenia społecznego, a wzrosło – egzaminu. Wśród studentów przyjętych na UW w 1956 r. 14,6% pochodziło z rodzin chłopskich, znacznie poniżej średniej. W 1962 r. odsetek wynosił 10,8%, a 5 lat później (mimo preferencji, zwanych „punktami za pochodzenie”) – 8,8%. Nie było ani jednego studenta pochodzenia chłopskiego na pierwszym roku historii sztuki czy muzykologii; na geografii wskaźnik wyniósł 3,8%, na historii, socjologii i filologiach około 7%, ale na naukach politycznych 19,3%. Inny rodzaj danych obrazował, być może, przyczyny stygmatyzacji, na jaką skarżył się cytowany wyżej student. W latach 1959–1960 tylko około 2% kandydatów na UW skończyło średnie szkoły wiejskie, co było wskaźnikiem znacznie niższym od notowanego na UMCS (6,7%) czy KUL (4,6%), ale wyższym niż na UJ (1,6%), Uniwersytecie Wrocławskim (1,1%) i UAM (0,4%). Zarazem jednak UW miał najwyższy w Polsce wskaźnik kandydatów, którzy skończyli licea wielkomiejskie (ponad 60%, gdy na UJ 44%, na UAM 37,3%). Można przypuszczać, że dystynkcje społeczne w środowisku studentów warszawskich występowały silniej niż gdzie indziej489.
9. Egzamin wstępny Mirosława Wierzchowskiego na studia magisterskie w Instytucie Historycznym UW, lata 60. XX w. Wśród egzaminatorów: Juliusz Łukasiewicz, Aleksander Gieysztor, Ludwik Bazylow, Antoni Mączak
Jak obserwował w 1964 r. opiekun drugiego roku ekonomii Andrzej Jezierski, warunki materialne studentów były bardzo zróżnicowane.
Istnieje grupa osób, która dzięki sytuacji materialnej rodziców posiada bardzo wysoki standard konsumpcji. Wyjazdy zagraniczne, oddzielny pokój, a nawet użytkowany samochód rodziców są w tym środowisku rzeczą normalną, w kontraście do tej grupy wcale licznej pozostaje młodzież z prowincji, mieszkająca w domach akademickich po 5 osób w pokojach obliczanych i przeznaczonych dla trzech mieszkańców. Trudno na drugim roku poznać, czy ktoś jest dzieckiem chłopa, robotnika, czy inteligenta, ale łatwo poznać, czy ktoś ma rodziców zamożnych, czy ubogich. Jedynaczka majstra fabrycznego z Warszawy ma dużo wyższy standard życia niż syn średniej „rangi” urzędnika z prowincji. Przy tych wszystkich różnicach trzeba podkreślić, że poziom materialny nie znajduje odbicia w stosunkach koleżeńskich. Fakt lepszych czy gorszych warunków nauki odbija się za to wyraźnie na wynikach nauczania. Sieroty i półsieroty, dzieci rencistów, utrzymujące się jedynie lub prawie jedynie ze środków pomocy udzielanych studentowi przez państwo, dorabiają sobie korepetycjami, pracą w spółdzielniach studenckich i pracą w lecie490.
* * *
System stypendiów, niskich, lecz masowo przyznawanych, dających już na pierwszym roku oparcie masie studentów-migrantów, zreformowano w 1956 r. Zmniejszono zakres pomocy. Ilość stypendystów spadła w skali kraju do 54% studentów (na UW było ich 3827 na 6044 studiujących w czerwcu 1958 r.). Przysługiwały począwszy od drugiego roku studiów (340–440 zł). W 1959 r. wrócono do stypendiowania I roku, choć najniższą stawką (300 zł), na wyższych latach otrzymywało się 450–550 zł, naukowego – 850 zł, zasiłki – 500 zł, a także bony stołówkowe i mieszkaniowe (90–575 zł). Największą zmianą było pojawienie się w latach 1959–1960 stypendiów fundowanych. Wypłacały je Rady Narodowe, przedsiębiorstwa i inne instytucje, podpisując ze studentami indywidualne umowy i zobowiązując się do ich zatrudnienia. Zwane wśród studentów „fundami”, były one efektem inicjatywy społecznej z okresu dyskusji popaździernikowych. Cieszyły się znacznym zainteresowaniem i wkrótce stanowiły niemal połowę wszystkich stypendiów. Wydawały się rozsądnym systemem nawiązywania relacji pomiędzy studentami a pracodawcami; pierwszym zabezpieczały byt na studiach i dawały jasną perspektywę pracy, drugim pozwalały w większym stopniu kształtować sobie kadrę. „Fundy” były nieco wyższe od stypendiów państwowych i wypłacane przez okrągły rok, bez przerwy wakacyjnej. Stopniowo zyskiwały sobie jednak gorszą sławę. Więź z pracodawcą była teoretyczna, pośrednikiem zostawał przeciążony sekretariat. Krążyły formularze, a nie istotne wiadomości. Dlatego warunki pracy lub profil absolwentów często nie odpowiadały oczekiwaniom. Prasa studencka wypełniła się opowieściami o losie ludzi rzuconych w miejsca obce i nieprzyjazne, do pracy odległej od wyobrażeń, bez obiecanego mieszkania. Niektóre wydziały dość bezceremonialnie rozdzielały „fundy”, ignorując preferencje studentów, co przypominało praktyki dawniejszych nakazów pracy. Komitet Uczelniany ZMS wydał nawet w 1961 r. odezwę, w której występował o „stworzenie gwarancji zabezpieczających przestrzeganie zasady dobrowolności przy rozdziale stypendiów fundowanych”. Sprawa wywołała też interwencję „Trybuny Ludu”. Jednocześnie władze uznawać zaczęły system stypendium fundowanych za zbyt mało operatywny, gdy nadchodziły roczniki wyżu, niepokojące w bilansach siły roboczej. Dlatego powrócono do idei nakazów pracy. Był to kolejny syndrom usztywniania się polityki reżimu Gomułki, która zdawała się osuwać w koleiny „okresu minionego”, czy też była po prostu, jak żartowano, „okresem neominionym”. W 1964 r. wprowadzono ustawowo tzw. planowe zatrudnianie i „skierowania do pracy” dla absolwentów prawa, matematyki, fizyki, geografii, chemii, ekonomii politycznej, anglistyki i rusycystyki. Oznaczało to ograniczenie znaczenia „fund”, które ratować zaczęły przede wszystkim studentów w szczególnie trudnej sytuacji materialnej491.
Temat biedowania studenckiego trafił, jak wiele podobnych, na szpalty prasy w latach 1956–1957. Pisano o bolesnym oczekiwaniu na wypłatę stypendium; gotowaniu w akademiku zup chlebowych z kostką maggi, lęku przed gruźlicą, zapominaniu o problemach przy „sikaczu” i brydżu492. Jak liczne ówczesne reportaże, układające się w „czarne serie”, także te oddawały tyleż stan rzeczy, ile stan ducha. Zarazem prowadzono analizy i sondy społeczne, które zdawały się potwierdzać ich pesymistyczną wymowę.
Metodą sumowania koniecznych wydatków miesięcznych ZSP oceniło w 1956 r. minimalny budżet studencki na 456,50 zł, w tym 305 zł na żywność. Całe życie towarzyskie studenta odpowiadało w tym zestawieniu cenie 2 słoików dżemu. W minimum nie wliczano zakupu ubrań i innych dóbr trwałych (poza przyborami papierniczymi), podręczników i książek. Wbrew założeniom, stypendia nie zaspokajały minimum i większość studentów musiała polegać na pomocy rodziny lub dorabiać. Tylko dzięki temu średnie dochody studenckie odpowiadały w 1957 r. szacowanemu wówczas minimum (510 zł). Przeciętnie 62% wydatków przeznaczano na żywność, a 4% na pomoce naukowe. Egzystencję studencką, pisano, „charakteryzuje ustawiczne łatanie dziur, niedojadanie, odmawianie sobie pieniędzy nawet na najkonieczniejsze potrzeby”493. Trudno się dziwić, że 60% chorych studentów warszawskich nie wykupywało lekarstw, że w stołówkach znano kategorię „sępów”, starających się wieczorem zdobyć niewykorzystane porcje, że istniał proceder podrabiania bonów obiadowych. Deklarowane rozchody studenckie na UW (526 zł) tylko nieznacznie przewyższały jesienią 1957 r. wspomniany minimalny budżet; najniższe w Warszawie deklarowali studenci SGGW (473 zł), a najwyższe AWF (574 zł). Około 70% studentów przyznawało, że korzysta z pomocy rodziny, otrzymując średnio około 50 zł miesięcznie i 2 razy tyle w naturze. Przeciętny dochód z prac dorywczych oceniano na 33 zł, co odpowiadało miesięcznym wydatkom palaczy na tytoń494. Niewątpliwie rzeczywiste znaczenie tych dochodów było większe, a możliwość ich legalnego organizowania zdawała się pozytywną nowością.
W styczniu 1957 r. zawiązano na UW Studencką Spółdzielnię Usługową, która podzieliła się na sekcje: Plastuś, Tragarz i Korepetycje (4 lata później stanie się, pod nazwą Plastuś, częścią podporządkowanej ZSP spółdzielni Universitas). Natychmiast pojawiła się masa zgłoszeń. Prace przy malowaniu pokojowym, sprzątaniu czy przenoszeniu mebli były odtąd doświadczeniem dość powszechnym, zwłaszcza wśród studentów pozbawionych rodzinnego wsparcia. Bardziej popłatne były korepetycje, przynoszące około 320 zł miesięcznie, niemal równowartość stypendium495. Była to jednak praca bardziej wymagająca i trudniejsza do uzyskania. W latach 60. działalność Plastusia między innymi z tego powodu podlegała krytyce. Student narzekał, że spółdzielnia potrąca mu 35% zarobku, nie dając poczucia przejrzystości działania. „Jak tylko znajdą się korepetycje, to dostają je znajomi. Ja na ogół wiórkuję podłogi i myję okna. Co się dzieje z ponad 1/3 moich zarobków – nie wiem”496. Dorabiający woleli kontrolować swe dochody, poszukiwali więc sami klientów do korepetycji lub zakładali nieformalne spółdzielnie. W prasie pojawiały się ogłoszenia: „Korepetycji udzielają studenci. Wszystkie przedmioty ogólnokształcące. Młodzież, dorośli”; „Studenci udzielają korepetycji, zakres szkoły średniej”497.
Istniały inne nieformalne metody zarobkowania. Były to wciąż karty: „Jeden [...] dorobił się na kartach ubrania, co zresztą z dumą podkreśla”498. Znajdowano „jeleni”, których – pisał świadek – wytrawni gracze
najpierw uczą [...], potem ogrywają. Część adeptów po przedbiegach odpada, przegrywając, jak na przykład mój przyjaciel Jurek S. garnitur i zegarek, który otrzymał od dziadka po ukończeniu szkoły podstawowej. Pozostałych zabawa porywa. Stają się oni w przyszłości tymi, którzy naciągają pierwszorocznych. [...] W 1963 roku jeden ze studentów bardzo się zdenerwował i poszedł do dziekana swojego wydziału. Przegrał bowiem z kolegami garnitur oraz 1000 zł. Odbyło się posiedzenie Komisji Dyscyplinarnej. Garnitur wrócił do właściciela.
Ten jednak spłacał następnie w ratach jego równowartość: inaczej
podlegałby moralnemu i fizycznemu naciskowi ze strony otoczenia. Co więcej, musiałby kupić żelazny kuferek zamykany na szyfrową kłódkę, ażeby uniemożliwić kolegom odebranie przedmiotów wartości przegranego garnituru. Rzadkie są wypadki niewypłacalności. Kazimierz B. – dziś doktor filozofii – spłacał swemu koledze 24 tysiące złotych. Już spłacił499.
Datą znaczącą był piąty każdego miesiąca, gdy studenci ściągali do podziemi Auditorium Maximum, aby po odstaniu paru kwadransów w kolejce otrzymać z kasy „górnika” i kilka „Kościuszków” (banknot 500 zł i monety 10-złotowe). Otwierał się wtedy krótki okres lepszego życia, którego atrybutami mogły być papierosy caro, kiełbasa szynkowa, kawa w Harendzie, bilety do teatru. Stypendium rozchodziło się szybko. Za posiłki na przyszły miesiąc trzeba było oddać trzy „czerwońce” (300 zł). Następowały starania o prace dorywcze w rodzaju wiórkowania podłóg czy noszenia mebli. Koniec miesiąca kojarzył się już z paleniem sportów i pożyczaniem pieniędzy, a także typowym uzupełnianiem stołówkowych posiłków: chlebem, dżemem i herbatą500.
Sytuacja „na odcinku stołówek” nie poprawiła się tak, jak na to liczono w 1957 r., gdy odwracano częściowo stalinowską „reorganizację”, polegającą na odebraniu stołówek Bratniakowi i przekazaniu ich WSS „Społem”. Teraz ponownie związano je z uczelniami, powołując do życia przedsiębiorstwo Stołówki i Bufety Studenckie (jako Gospodarstwo Pomocnicze przy SGPiS). Gotowano jednak wciąż tak, jak na to pozwalały sztywne stawki żywieniowe i prowizoryczne lokalizacje w suterenach akademików. W 1959 r. uniwersyteccy lustratorzy pisali, że w stołówce przy ul. Kickiego „żywność jest nikła i gatunkowo niedobra”; przy ul. Anielewicza w pomieszczeniu o „lichym oświetleniu dziennym, z betonową posadzką, bez wentylacji” obiera się ręcznie góry ziemniaków, przy ul. Madalińskiego należy przynajmniej wyposażyć stołówkę w noże, „aby młode pokolenie inteligencji polskiej nie rozdzielało mięsa za pomocą widelców i palców”. W tym czasie dostateczna była tylko liczba bonów stołówkowych. Starczało ich do 1964 r., gdy nastąpił napływ „wyżu” na studia501.
Uniwersytet prowadził wówczas pięć stołówek. Największa, „Stołówka nr 1” przy Krakowskim Przedmieściu (od końca lat 50. działająca na piętrze tylnej części dawnego Szpitala św. Rocha) wydawała dziennie około 1,5 tys. obiadów. Kojarzyła się z kolejkami na schodach, rozkradaniem noży (na ich odkupienie ogłoszono nieskuteczną zbiórkę wśród studentów), oraz fałszowaniem numerków obiadowych. Przerabiano „czwórki” (symbol stołówki przy ul. Kickiego) na „jedynki”, aby oszczędzić sobie podróży na Grochów. Student był bowiem przypisany do określonej stołówki. Ta przy ul. Kickiego obsługiwała mieszkańców akademików; była obciążona przy śniadaniach i kolacjach (około 800 zestawów dziennie), choć na ogół wolna od kolejek. Kradzieże miały w niej jednak szczególne rozmiary: „wyniesiono” niemal wszystkie widelce. Na Jelonkach kilkadziesiąt stołów, przy których spożywano 1800 obiadów dziennie, sprzątała jedna osoba. Łatwo wyobrazić sobie efekty. Stołówka jednak funkcjonowała. Tę w akademiku przy ul. Anielewicza zamknął w 1965 r. sanepid z powodu niedostosowania pomieszczeń. Przy ul. Madalińskiego problem ginięcia zastawy próbowano zmniejszyć, wprowadzając karę 10 zł za każde znalezione w pokoju akademikowym naczynie ze stołówki; zaczęto je więc znajdować w łazienkach i na korytarzach. Solniczek nie odnajdowano wcale.
Stawka dziennego wyżywienia studenta, określona administracyjnie, wynosiła w 1960 r. 16,5 zł, a w 1966 r. – 18,5 zł. Student płacił 8–10 zł, resztę pokrywało ministerstwo i uczelnie. Stawki nie można było przekroczyć, miała odpowiadać budżetom studenckim i możliwościom ministerstwa, dopłacającego do wyżywienia połowy studentów PRL. Obiady uchodziły za „cienkie”, nie tylko z powodu niskiej stawki. Nawet gdyby została ona znacznie podniesiona, nie spowodowałoby to poprawy zaopatrzenia. Kierowniczka stołówki (niemal zawsze była to kobieta) nie miała prawa dokonywać zakupów na rynku i zdana była na to, co przywieziono z centralnych magazynów. Zwłaszcza mięso, wędliny i mleko bywały w niedostatecznej ilości i jakości, lecz kierowniczce nie zależało na konflikcie z zaopatrzeniowcem. Na ogół się „dogadywali”, zapewniając jaki taki towar. Praktyki dostaw były ilustracją działania systemu gospodarczego PRL, podobnie jak metody zwalczania jego patologii: kontrole, komisje, narady, książki skarg i zażaleń502.
Problem stołówek wiązał się z nader ograniczoną ofertą publiczną. Na UW nie istniał, poza Klubem Profesorskim, żaden bufet. Studenci chodzili do barów mlecznych, na śledzia z chlebem do Harendy (3 zł w 1965 r.), do baru garmażeryjnego przy ul. Świętokrzyskiej, do Dziekanki, w której wydawano obiady abonamentowe: „Duża przestronna sala, przy stolikach brodate postacie, dziewczyny w stylu «mini-jupe» [...]” (1966). Po wypłatach stypendium wydawano więcej na kawę, ciastka, alkohol: ożywiały się studenckie „trasy” miejskie. W pobliżu bramy uniwersyteckiej znajdował się „Staropol”, czyli bar Staropolski, w którym panował – jak relacjonował Emil Morgiewicz – „zapach gotowanej golonki, przemieszany z pijackim odorem, którym zieją wychodzący wozacy”. Przesiadywali tam także aktorzy z Teatru Polskiego. Działała czarna giełda. Wśród bywalców byli studenci, dla których lokal ten był jednym z punktów na szlaku Krakowskiego Przedmieścia. Inne ważne punkty to sąsiedni sklep, w którym można było wypić piwo (zwany potocznie „Pod Chrystuskiem” i „Pod Palcem”, bo na jego wejście zdawała się wskazywać figura spod kościoła św. Krzyża), budka z piwem na skwerze obok pomnika Kopernika (zwana „przy Uczonym”; wiedziano, że piwo bywa wzmacniane nielegalnie dolewaną wódką), a dalej w stronę pl. Zamkowego – Dziekanka, zaś przy Rynku Starego Miasta – zadymiona winiarnia Fukier oraz Manekin w wymalowanej fantazyjnie piwnicy503. Bezalkoholowe trasy wiodły między barami mlecznymi (zwłaszcza Uniwersyteckim w pobliżu bramy głównej i dwoma przy Nowym Świecie) i cukierniami (od Pomianowskiego do Bliklego) ku kawiarni Alhambra w Al. Ujazdowskich, w której podawano słodką, parzoną w piasku kawę, i atrakcyjnej herbaciarni Gong przy tejże ulicy504. Inne jeszcze trasy związane były ze studenckimi klubami, które od 1956 r. były znakami kulturalnej emancypacji studentów.
„Myśmy zrobili Październik, a wy kręcicie nogą w Hybrydach” – taką uwagę zapamiętała z jednego ze spotkań towarzyskich u schyłku lat 60. Anda Rottenberg505. Wypowiedź symboliczna, oddająca zarówno głębokie rozczarowanie nieco starszego pokolenia, jak pomyślny, mimo wszystko, los nieco młodszego.
Klub Hybrydy otwarto 1 II 1957 r. w neorenesansowym domu przy ul. Mokotowskiej 48, który 100 lat wcześniej należał do Józefa I. Kraszewskiego. Nazwa nawiązywała do tytułu jednej z jego niezliczonych powieści. Pomysłodawcami byli działacze studenccy Andrzej Pniewski i Józef Waczków. W maju otwarto muzyczny Hot Club, do którego Jan Borkowski ściągał zespoły jazzowe, promując całą serię wybitnych muzyków. Ekipa Hybryd współorganizowała międzynarodowy festiwal Jazz 1958, który przybrał formę cykliczną jako Jazz Jamboree, czyniąc z Warszawy istotny punkt na mapie jazzowej Europy. Obok znakomitości muzycznych, w Hybrydach rozwinęła się plejada twórców kabaretowych, piosenkarzy, tekściarzy i poetów506. Wytworzyły się kręgi bywalców, niektóre z nich wyraźnie elitarne. Krzysztof Mroziewicz wspomina o nocnym „klubie klubu” dla wybranych. „Szklaneczka czy kieliszek w dobrym towarzystwie – tak wyglądało to «pijaństwo» studenckie” – dodaje507. Nie wszyscy są tego zdania. „Wprawdzie pijanych i awanturujących się studentów wyrzucano za drzwi, ale podchmieleni zostawali i nadawali ton imprezom” – wspomina dawna studentka socjologii atmosferę Hybryd508. Klub zajmował trzy kondygnacje budynku drogiego w utrzymaniu, więc szukał dochodów, intensyfikując działalność rozrywkową. Powstała sala bilardowa, sprowadzono szafy grające, trzy razy w tygodniu odbywały się imprezy taneczne, oblegane przez publiczność, która gromadziła się na chodniku i dobijała do wejścia. Studentów wpuszczano za okazaniem legitymacji, ale od bywalców i piękności nie żądano dokumentów. Wokół Hybryd kształtować się zaczęła aura ekskluzywizmu i lepszego życia. Najatrakcyjniejsze dziewczyny „wyjęte”, jak mawiali studenci, z potańcówek w akademikach pokazywały się tam u boku młodzieńców dysponujących gotówką i obcokrajowców. W prasie pojawiały się nieprzychylne teksty o skupisku złotej młodzieży. „We wszystkich warszawskich sklepach z obuwiem nie widziałam tylu długich «kozaków» co tutaj jednego wieczoru” – opisywała reporterka „Sztandaru Młodych”. Przed Hybrydami w dni imprez trudno było zaparkować, co w Warszawie stanowiło wciąż wydarzenie. Równie duże wrażenie robił na publiczności zarówno widok podjeżdżających (i zawsze wpuszczanych) cudzoziemców, jak fakt, że autami dysponowali także studenci. „Są w stolicy synowie takich tatusiów, którzy fundują kluczyki na karnawałowe popołudnie, niech tam chłopak zada szyku” – pisała reporterka w 1967 r.509 Rok później tego rodzaju opisy wejdą do repertuaru „marcowej” propagandy.
Instytucji o statusie Hybryd, czyli tzw. klubów środowiskowych podlegających radom okręgowym ZSP, było w Polsce 6 (także gdański Żak, Odnowa w Poznaniu, Pałacyk we Wrocławiu, Kontrasty w Szczecinie, Pod Jaszczurami w Krakowie). Istniała także sieć 77 klubów uczelnianych, z tego 23 w Warszawie. Były to w pustoszejącej wieczorami stolicy ogniska życia, mające swe elity i rój ciekawych, cisnących się do wejść, co pokazał Andrzej Wajda w filmie Polowanie na muchy (1969). Uniwersytet prowadził klub w Domu Studenta przy Krakowskim Przedmieściu, Ubab w żeńskim domu przy ul. Kickiego, kluby w akademikach przy ulicach Anielewicza i Madalińskiego. Nie mogły one rywalizować z politechnicznymi klubami Stodoła i Architekci. Wszystkie one działały pod patronatem ZSP, który tyleż chronił względną swobodę zabawy i twórczości, ile podporządkowywał kluby kadrze działaczy coraz mniej mających wspólnego z żywiołowym, „popaździernikowym” życiem studenckim. Kluby wywoływały raczej kontrowersje obyczajowe niż polityczne. Sposób tańczenia i rodzaj muzyki nie prowokowały już ataków ideologicznych, jakie pamiętano z pierwszej połowy lat 50.
Złą sławę zyskał pierwszy klub prowadzony przez UW (zapewne od 1956 r.) przy Krakowskim Przedmieściu 8. W lokalu dawnej kawiarni Teatralnej utworzono stołówkę studencką, która wieczorami przekształcała się w miejsce klubowe, zwane „Kawiarnią”. ZSP organizował tam spotkania okolicznościowe, regularnie odbywały się tańce. W 1957 r. wpuszczano wszystkich, należało tylko zapłacić 10 zł, i ten brak selekcji prowadzić miał do opisywanych w prasie incydentów510. „Kawiarnia” dała się we znaki mieszkańcom kamienicy, którzy w grudniu 1958 r. napisali skargę do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, zapewne z przesadą, właściwą tego typu interwencjom. Twierdzili, że „dalsze zamieszkiwanie na posesji [...] stało się zupełnie niemożliwe”, ponieważ lokal studencki jest wieczorami skupiskiem pijanych,
którzy dopuszczają się jak najbardziej jaskrawych i niemoralnych ekscesów. Publiczne załatwianie czynności fizjologicznych i to wobec przechodzących lokatorek domu, niemoralne sceny na oświetlonym podwóreczku i klatce schodowej są na porządku dziennym. Na całej posesji rozlegają się ustawiczne wrzaski i wyzwiska, a cała nieruchomość, tj. podwórko, klatka schodowa i korytarze pełne są ekskrementów, śladów wymiotów i innych nieczystości. [...] Na skutek używania klubu do późnych godzin nocnych brama wejściowa w ogóle nie jest zamykana, tak że lokatorzy nie tylko zmuszeni są do znoszenia ustawicznych awantur i antysanitarnych warunków, ale pozbawieni są najelementarniejszego bezpieczeństwa. Przed kilkoma dniami dokonane zostało włamanie do firmy „Roman Pomianowski – Pracownia Wyrobów Cukierniczych”, mieszczącej się w głębi posesji [...]. Ten gorszący stan rzeczy trwa już od szeregu miesięcy i mimo że Klub studencki znajduje się tuż obok Uniwersytetu, żadna organizacja studencka ani władze uniwersyteckie nie interesują się organizacją i działalnością klubu, która jest tak rażąca [i] demoralizująca, że budzi powszechne zgorszenie i potępienie511.
Lokal zniknął wkrótce z Krakowskiego Przedmieścia; pojawił się w tym miejscu wspomniany już „Staropol” (ciekawe, czy ulżył lokatorom). W pobliskim gmachu Szpitala św. Rocha otwarto natomiast 8 X 1961 r. Klub Studencki UW.
Klub stał się terenem działalności bardzo intensywnej, sądząc przynajmniej ze sprawozdań: wieczorów muzycznych, występów Teatru Poezji, Teatrzyku 2x1 i Kabaretu z Jamnikiem, spotkań z reżyserami, działaczami i publicystami, dyskusji o „bardziej awangardowych sztukach teatralnych”, kursów tańca i zabaw. Zorganizowano Salon Debiutów, czyli galerię, w której prezentowali swe prace młodzi plastycy (Ministerstwo Kultury kupowało niektóre dla dekoracji akademików). Jedenaście wystaw (od marca 1962 r. do lutego 1963 r.) obejrzało około 4 tys. osób, co wskazywało na ruch umiarkowany, a łączna publiczność stu wieczorków w Klubie liczyła około 15 tys. Trudno ocenić, jakie było wzięcie poszczególnych imprez. Wiadomo, że zrezygnowano po pierwszym spotkaniu z debat o sztuce, „ponieważ studenci UW nie wykazali najmniejszego zainteresowania tego typu dyskusją”512. Tysięczny tłum przyciągnęła natomiast debata o moralności, zorganizowana przez studentów dziennikarstwa, a związana z wiadomością o gwałcie zbiorowym podczas prywatki. Spotkanie trzeba było przenieść do wielkiej sali Auditorium Maximum. W piśmie studenckim skrytykowano „atmosferę wiecu”, jaka się wytworzyła, oraz nieprawomyślne wypowiedzi polityczne niektórych oratorów513. Był początek 1961 r.: mnożyły się sygnały zaostrzenia kursu politycznego. Ten proces, a także zapewne przemiany strukturalne wśród młodzieży akademickiej, wpływały hamująco na tak ożywiony do niedawna ruch półzależnej kultury studenckiej.
W połowie dekady Jerzy Działek, opisując w paryskiej „Kulturze” realia PRL, twierdził, że studenckie kluby i kabarety
straciły na barwach, na żywiołowości, na ostrości politycznej. Pojawili się organizatorzy z urzędu, a za nimi niezbędna biurokracja, cenzura i drętwa mowa. Kabaretowe premiery przestały być wydarzeniem i stały się jeszcze jednym miejscem „gdzie się bywa”
natomiast do klubów przychodzi się „potańczyć, pograć w bilard, w szachy czy brydża, pójść do baru na wino – i to prawie wszystko”514. Wciąż niemało, dodajmy, w zestawieniu z realiami większości „bratnich stolic”, na tle których Warszawa wyróżniać się miała – twierdzili niemal jednomyślnie bywalcy z Zachodu – spontanicznym i otwartym życiem studenckim. O kryzysie klubów pisano jednak nie tylko w organie Jerzego Giedroycia, ale i w prasie warszawskiej. Narzekano na ich „zrównanie w szarzyźnie” lub staczanie się w kierunku „tancbud”, oferujących „parę godzin twista, cienką kawę i niskiej klasy napoje wyskokowe”, czyli tanie wino („alpagę”) i piwo. „Potem ktoś kogoś zgarnie na chatę, gdzie czeka jeszcze dwóch kolesiów – i w porządku”. Sugerowanymi przyczynami kryzysu miała być bezideowość młodzieży, brak pomysłu i problemy materialne. Te były niewątpliwe, skoro jeden z najprężniejszych klubów, przy ul. Anielewicza, posiadał tylko stary fortepian, podarunek od szkoły muzycznej515. Swoje znaczenie miała też naturalna wymiana pokoleń. „To przecież stypa. Hybryd już nie ma. Jedni zostali zawodowcami, inni założyli rodziny, pokończyli studia, rozproszyli się” – stwierdził Wojciech Młynarski, gdy klub obchodził dziesięciolecie516. W 1968 r. Hybrydy przeszły pod zarząd Rady Uczelnianej ZSP UW, stając się klubem uniwersyteckim, co zresztą nie przywróciło im dawnej sławy.
W kulturze studenckiej duże znaczenia miały, obok klubów, radiowęzły. Był to fenomen: w 1964 r. istniało w Polsce 116 studenckich studiów radiowych i ośrodków retransmisji, w których pracowały 2 tys. osób. Program docierał do 60 tys. mieszkańców akademików. Rozwinęły się spektakularnie w drugiej połowie lat 50., zyskując niekiedy poważną aparaturę i – w epoce raczkowania telewizji – poważne znaczenie wśród mieszkańców domów studenckich. W związku z tym około 1960 r. kontrolę nad radiowęzłami obejmował ZSP, co stawało się w wielu wypadkach wygodną „czapką”, pozwalającą na działanie ambitnych zespołów, lecz wywoływało też konflikty. Na Politechnice Krakowskiej rozwiązano radiowęzeł „Nowinki” pod zarzutem niewłaściwej postawy politycznej. W akademikach UW przy ul. Kickiego ograniczono zaś swobodę emisji za krytykę wyboru delegacji ZSP do Francji517. Nie był to jedyny tego rodzaju spór, związany z działaniem „Kickiego Radia”. W 1963 r. w jego audycji ostro oceniono nocne naloty Rady Mieszkanek na pokoje żeńskiego akademika, w których – szukając waletujących – zapalano światło, budzono studentki, żądano legitymacji. Rada Uczelniana ZSP uznała to za niedopuszczalną krytykę, co także zostało odpowiednio skomentowane w programie. Tego rodzaju odgryzanie się sprowokowało „działaczy wyższych szczebli” ZSP do groźby zamknięcia „Kickiego Radia”. W realiach 1963 r. cały ten spór można było wciąż opisać w studenckim tygodniku w duchu zrozumienia dla prowadzących rozgłośnię, a także skomentować w znamienny dla „małej stabilizacji” sposób. Wszystko bowiem rozeszło się po kościach: „Rewolta umarła naturalnie – zobojętniała”518.
Po Październiku uczelnie zyskały swobodę zarządzania akademikami, kwaterując studentów we własnym zakresie. Nie było to zadanie wdzięczne. W rozbudowie akademików zarysowała się stagnacja, zaś ich powierzchnia była stale uszczuplana przez „dzikich lokatorów”, którzy w skali kraju okupowali 700 pokojów. Innym problemem było fizyczne zaniedbanie budynków, w znacznej mierze wynikające z symbolicznych stawek opłat. Do 1960 r. wynosiły one około 10 zł miesięcznie, gdy szacowany koszt utrzymania był dwudziestokrotnie wyższy. Następnie stawki podniesiono radykalnie (choć nadal nie równoważyły kosztów eksploatacji), do 120–180 zł w zależności od standardu pokoju, przy czym w 1961 r. około 95% mieszkańców akademików korzystało z bonu (stypendium) w wysokości 120 zł. Sądzono, że zmiana stawek uświadomi studentom rzeczywiste koszty utrzymania i wpłynie na ich stosunek do mienia społecznego519. Były to chyba mało realistyczne oczekiwania, zwłaszcza z powodu warunków życia w DS-ach. Przyjmowana „wzorcowa” powierzchnia 6 m2 na studenta należała do teorii, nie była respektowana także „minimalna” 4,5 m2, definiowana jako miejsce do spania, ale nie do nauki (lecz przecież uczono się w łóżkach). Pod koniec lat 50. uniwersytety zapewniały przeciętnie 4,3 m2. Czy dla mieszkańca akademika było istotne, że dysponował powierzchnią dwukrotnie większą niż jego kolega dekadę wcześniej?
Co jednak znamienne, we wspomnieniach z życia akademikowego jego materialne trudności są tematem marginalnym. Niewątpliwie młodzi ludzie żyli sprawami bardziej ekscytującymi. Niemała część mieszkańców wyszła zresztą z domów, w których ciasnota czy brak ciepłej wody były oczywistością. Mimo akademikowego ścisku studenci przygarniali wciąż „waletów”, których wyłowić usiłowały różne komisje. Mimo ciasnoty zabiegali o prawo przyjmowania gości w pokojach, a nie tylko w hallach. Mimo ciasnoty spędzali znaczną część życia w domu studenckim, przygotowując się do zajęć, lub też dlatego, że działy się tam ciekawsze rzeczy.
Oto męski akademik przy ul. Kickiego w pierwszej połowie lat 60., zwany „Domem Chłopa”, na zewnątrz i w środku zgrzebny, wypełniony ludźmi ubranymi w podobne swetry i kraciaste koszule, dzielącymi się na tych, którzy otrzymują lub nie otrzymują paczek z domu, dorabiają lub nie, mają dziewczynę lub nie. Gromadzą się na co dzień w stołówce, w soboty na wieczorkach tanecznych, na których gra czasem orkiestra New Orleans Stompers, a rządki studentów podpierają ściany. W pokojach bez końca się gada i uczy. I gra w karty – w niektórych grupkach jest to stały rytm życia („wchodzę!”, „filuję...”), a karciarze stanowią rozpoznawalną społeczność. Inną tworzą esperantyści. Inną kulturyści. Inną jeszcze członkowie neopogańskiego Klanu Ausran, z których jeden, student filologii klasycznej, popisuje się w stołówce znajomością języka praindoeuropejskiego. Wśród masy mieszkańców są ci rozpoznawalni, o których się gada – młodzi poeci, wieczni studenci, „waletujący” i wciąż zmieniający pokoje, pojedynczy cudzoziemcy, czarnoskóry z Afryki, bumelujący repatriant z ZSRR, nazywany „Azjatą”. I gada się oczywiście o mieszkankach przeciwległego domu akademickiego, o sporcie, o japońskich ciężarowcach, którzy przyjechali do Warszawy. Natomiast bardzo rzadko o sprawach politycznych520. „Nie pamiętam jakichś szczególnych sporów światopoglądowych, raczej tańce i romanse. Chodziło się do kina, teatru i kabaretów”, powiada Anda Rottenberg z perspektywy żeńskiego „Kica”521.
Uniwersytet prowadził w 1965 r. pięć akademików, skupiających niespełna trzecią część studentów UW, około 2400, zajmujących 1876 normowanych miejsc. Korzystał ponadto z pul w domach SGPiS i Politechniki oraz 420 miejsc męskich na Jelonkach. Były to więc skupiska dość rozrzucone i może także dlatego nie stały się ogniskami i symbolami działań zbiorowych. Poza epizodami z jesieni 1957 r. wokół politechnicznego Domu Akademickiego, żadne wystąpienia studenckie nie brały w nich swego początku. Ich mieszkańcy byli w stanie rozwijać niepokorną aktywność kulturalną, której symbolem było przez pewien czas „Kickie Radio”, a także tworzyć mikrośrodowiska, trafiające w zakres zainteresowania policji politycznej. Jednak akademiki warszawskie nie zapisały się w historii lat 60. w sposób porównywalny nie tylko z francuskimi, lecz praskimi czy bukareszteńskimi.
Gdy mieszkańcy warszawskich domów studenckich z rzadka mobilizowali się, to przede wszystkim w obronie swych uprawnień. Próby ograniczenia odwiedzin wywołały jesienią 1962 r. protest w „Kicu”; argumentowano w liście zbiorowym do rektora, że wizyty przyczyniają się do poprawy atmosfery i wyników naukowych. Dodać należy, że przyjmowanie gości płci odmiennej możliwe było tylko w hallu, pod surowymi spojrzeniami woźnych, które wypraszały wszystkich o 23.00. Było to przedmiotem zgryźliwych komentarzy prasy studenckiej522. Tematem częściej powracającym niż dokuczliwość nadzoru (która nie mogła wywołać fermentów porównywalnych z tymi, jakie przeżywały akademiki francuskie; nikt w Warszawie nie wspominał o możliwości zniesienia segregacji płciowej), był brak miejsc.
Przez dekadę po 1956 r. zasób akademików UW nie powiększał się. Życie płynęło w nich pod znakiem niedoborów i prowizorek. Świadczył o nich już wygląd zewnętrzny budynków. Te przy ul. Kickiego, Anielewicza i Madalińskiego, oddane do użytku w latach 1952–1956, w połowie następnej dekady wciąż nie miały elewacji i straszyły gołą cegłą. Nie było to jednak ani sytuacją w Warszawie rzadką, ani największym zmartwieniem mieszkańców. Nie była nim także zła, „zbierana ze wszystkich możliwych budów” armatura łazienkowa, ani wady instalacji, sprawiające, że studenci wyższych pięter „rano prawie nigdy nie oglądają wody bieżącej”523. Głównym problemem pozostawało przeludnienie. We wszystkich akademikach przekraczano normy, a mimo to rokrocznie odprawiano znaczną część wnioskujących o zakwaterowanie. W 1962 r. brakowało pół tysiąca miejsc. ZMS wystosował apel do mieszkańców Warszawy o przyjmowanie studentów na kwatery524.
Akademik zapewniał stabilizację w okresie studiów. Wielu nie mogło jej zaznać, nie zyskawszy miejsca i musząc radzić sobie na płytkim rynku mieszkaniowym Warszawy. Na początku roku 1964/1965, który przyniósł szczególne trudności, w prasie pojawiały się drobne ogłoszenia w rodzaju: „Studentka poszukuje pokoju u kulturalnych osób. Możliwość udzielania korepetycji”; „Studentka za mieszkanie w Warszawie zajmie się dzieckiem przez 8 godzin dziennie od rana”; „Student poszukuje pokoju płatnego miesięcznie”; „Studentka pracująca poszukuje pilnie pokoiku przy kulturalnej rodzinie”525. Studenci tłoczyli się także wokół książki ofert kwaterunkowych, dostępnej w pokoiku ZSP przy Krakowskim Przedmieściu. Większość ofert obejmowała okolice podwarszawskie, znacznie tańsze niż pokoje w mieście. Te ostatnie, choć drogie, oferowały zresztą często spartańskie warunki. W 1966 r. o odrapany pokój na Solcu ze starym tapczanem i bez szafy rywalizowało kilkoro studentów, podbijając cenę do 800 zł za miesiąc. Za lokum w przerobionej łazience żądano 500 zł526.
Wszystko, co zostanie poniżej napisane o trudnościach życia akademikowego, należy umieścić w tej właśnie perspektywie. Jaki by nie był, DS stanowił upragniony port dla studenta spoza Warszawy, choć prymitywizm warunków w domach UW wywoływał pewne napięcia, w tym poczucie deprywacji wobec studentów Politechniki, dla których wznoszono w pierwszej połowie lat 60. „superkomfortowy” akademik Riviera527. Tymczasem w akademiku męskim przy ul. Kickiego, w którym zgodnie z normą należałoby lokować najwyżej 512 osób, w 1964 r. mieszkały 634. Połowę z ośmiu pokojów cichej nauki zamieniono na pokoje studenckie, ale zarazem dziewięć pokojów zajmowanych było przez dzikich lokatorów. Budynek wykonano byle jak; codziennością były awarie elektryczne, zapychanie się rur, zaciekanie sufitów i brak ciepłej wody. Niektóre prysznice nieczynne były od lat. Sytuacja ta wynikała nie tylko z nieudolności obsługi. W 1970 r. podawano, że armatura jest stale niszczona „na skutek stawania nogami na deskach sedesowych i na pokrywach” i wnioskowano o przebudowę ustępów na „kucane”528.
W grudniu 1963 r. mieszkańcy Jelonek529 zgłaszali na zebraniu swe doléances, z których wyłaniał się obraz wszechobecnych braków. Niektóre w nikłym stopniu zależały od administracji i samorządu, jak kursy miejskiego autobusu. Na przystanku ustawiały się długie kolejki. Z czekaniem kojarzyła się jednak także stołówka i klub telewizyjny (szukano kluczy, a trwał mecz!). Administracji brakowało „ludzkiego podejścia”, umiała musztrować studentów, ale nie opieszałe ekipy remontowe. Łazienki były w opłakanym stanie, okna nieszczelne, odśnieżanie złe, oświetlenie słabe, śmietniki przepełnione i cuchnące. Administracja z kolei wskazywała na wandalizm studentów. W listopadzie 1964 r. radiowęzeł transmitował do późnej nocy zebranie sprawozdawczo-wyborcze, pełne wzajemnych oskarżeń530. Należało ono do namiastek demokracji, jakie znali obywatele PRL z życia spółdzielni czy komitetów osiedlowych, a jakie sportretuje Marek Piwowski w filmie Rejs.
Życie akademikowe zdawało się skupiać jak w kropli wody problemy społeczeństwa polskiego, nazwane po latach przez Stefana Nowaka „próżnią społeczną”. Był to rozziew między poczuciem przynależności do wspólnoty wielkiej (narodu) i do kręgu rodzinno-towarzyskiego, przy niezwykłej słabości wszelkich pośrednich instytucji (społeczności lokalnych, stowarzyszeń, zrzeszeń)531. Analogiczny charakter miała rzeczywistość DS-ów, oglądana w zwierciadle raportów uniwersyteckich komisji lustracyjnych z 1959 r. Własność publiczna była w domach przy ul. Kickiego „natychmiast zabierana”: sztućce ze stołówki, krzesła i tygodniki trafiały do pokojów. Pokoje cichej nauki przedstawiały „opłakany widok: stół, krzesło lub dwa, papiery na podłodze. W jednym pokoju zastaliśmy materace, na których studentki siedziały ucząc się, zawinięte w koce. Wrażenie ogólne bardzo przykre”. Inne przestrzenie wspólne miały podobną aurę: mroczne korytarze (kradziono żarówki), umywalnie z wiecznie stojącą wodą, toalety w stanie permanentnej awarii. Ogrzewanie było słabe, okna nieszczelne, temperatura wody na ogół „tak niska, że nie można mówić o dokładnym myciu”. Grzano wodę na palnikach kuchennych, stojąc w kolejkach z przyniesionymi z pokojów naczyniami. Poza takimi momentami życie zdawało się uciekać z przestrzeni wspólnych w świat pokojów. Były one nadmiernie zaludnione i przesycone dymem tytoniowym (tym bardziej, że zakładano kocami szpary w oknach), ale tworzyły „maleńkie kółeczka towarzyskie”, które cechowało „duże zżycie” i zarazem małe zainteresowanie światem zewnętrznym, zarówno akademikowym, jak „wielkim”. Studentki pierwszego roku, obserwowała komisja,
czas wolny od wykładów i ćwiczeń spędzają w swych pokojach. Trochę czytają, rozmawiają. I to wszystko. Rzadko bywają w teatrze czy kinie. Nie zwiedzają wystaw. Nie zapoznają się z Warszawą. Gazet i czasopism nie czytają. Zainteresowanie sprawami społecznymi, kulturalnymi czy politycznymi nikłe. [...] Jakiś ubogi poziom życia. Monotonia godzin wolnych od zajęć.
Obserwacje takie pochodziły zwłaszcza z domu żeńskiego, lecz i w męskim zauważono, obok niskiego poziomu higieny, „bierność studentów w sprawach społecznych i kulturalnych”. Na ogół nie mieli pojęcia o działaniach Rad Mieszkańców, a jeśli coś ich interesowało, to przywileje ich członków: „Mają osobne fory w stołówce. Nie podlegają regulaminowi domu studenta co do pory odwiedzin, patrzy się na nich przez palce na mieszkanie w domu studenta mimo niezdanych egzaminów”. Wnioski komisji były autorytarne: zreorganizować rady, zredukować odwiedziny jako czynnik chaosu, żądać od nowych mieszkańców „odpowiedniej wyprawki (serwetka, talerz, nóż, widelec, łyżka itp.)”, zamknąć klub mieszczący się w akademiku żeńskim. Można było napić się w nim kawy i lemoniady (podobno wnoszono wódkę), pograć w brydża, z rzadka wysłuchać odczytu. Członkowie komisji, którzy do niego zajrzeli, zobaczyli zadymione pomieszczenie, w którym grano w karty i robiono gorsze rzeczy, „np. studentka siedziała na kolanach studenta”532.
„Jestem daleki od tzw. pruderii”, zastrzegał opiekun studentek z ramienia Wydziału Pedagogicznego, ale twierdził, że dom żeński nastręcza wiele problemów z powodu „zbyt mocno się objawiającego pociągu [mieszkanek] do kolegów lub innych chłopców”533. Zdarzać się miało „nocowanie” kolegów, powodujące nieraz konflikty w pokojach. Odnotowano też znacznie bardziej bulwersujące, choć marginalne zjawiska. Oto akademik przyciągał panów w pewnym wieku, niekiedy oczekujących wieczorami w samochodach. Komisja odnotowała, że jedna z mieszkanek DS „przechwala się przed koleżankami, że otrzymuje za noc 500 zł”. Portierki opowiadały, że inna zastrzega, „aby po 10-ym nie wpuszczały do niej gości, bo już wtedy nie mają pieniędzy”534. Podobne wątki pojawiały się w reportażach prasowych, kształtujących publiczny obraz akademików. Elementem tego obrazu było także pijaństwo. Jego zakres mogli ocenić harcerze, zbierający butelki na Fundusz Odbudowy Szkół, którzy regularnie odwiedzali ul. Kickiego i nie bywali rozczarowani535.
Obserwacje komisji uczelnianych, zapewne przede wszystkim z powodu ich instytucjonalnego i społecznego usytuowania, różniły się od rozpoznań Stanisława Wąsowicza, który w latach 1960–1962 przygotowywał pracę magisterską o męskim akademiku przy ul. Kickiego. Nie nasuwa ona porównań z teorią próżni społecznej. Przeciwnie, autor określił dom studencki jako „monolit społeczny”, zbudowany na solidarności typu egalitarnego, cechującej się ukrywaniem różnic (przede wszystkim materialnych) i stygmatyzacją odmienności. Studenci powtarzali, że „portkami dziewczyny nie kupisz” i pogardzali „ciułactwem”. Staranniej ubrany mógł usłyszeć, że „oddziabnął się jak dozorca” lub „wystroił się jak ułan”. Deklarowano zainteresowanie raczej sposobem tańczenia partnerki niż jej modnymi pantoflami. Na sobotnie potańcówki większość przychodziła „w swetrach, farmerkach, zdarza się, że nawet w trampkach”. Tego rodzaju styl wynikał niewątpliwie z problemów materialnych, ale mógł mieć cechy etosu plebejskiego, właściwego męskiej społeczności pozostającej na obrzeżu miasta. Cechowała ją standardowość warunków egzystencji: żelazne łóżka, po dwie półki i fragment stołu do dyspozycji, telewizor „w zadymionym podziemiu”. Istniała wszakże grupa studentów lepiej sytuowanych, silniej związanych z miastem, do którego lokali i teatrów chadzali, niewyróżniających się na co dzień, ale w niedziele i na imprezy zakładających garnitury536.
W połowie lat 60. pokolenie wyżu demograficznego napierało na zakłady pracy, fundusze socjalne i mieszkaniowe, na studia i akademiki. Względna stabilizacja materialna uczelni, osiągnięta około 1960 r., załamywała się. Objawy ostrego niedoboru występować zaczęły w roku akademickim 1962/1963, a spodziewano się większych kłopotów. Kurczyła się przestrzeń życiowa statystycznego mieszkańca akademika. W Olsztynie sięgnęła jesienią 1962 r. 1,8 m2, na niektórych uczelniach Krakowa poniżej 3 m2, na UW 3,1 m2. Likwidowano pokoje cichej nauki, świetlice, izolatki, pokoje sanitarne, wypełniając je łóżkami. Mimo to dla studentów UW brakowało pół tysiąca miejsc. Z kraju płynęły złe wiadomości. Niektóre pokoje akademików krakowskich zamieszkiwało ponad 20 osób. W Katowicach, Poznaniu i Krakowie milicja informowała o studentach nocujących na dworcach. Starano się organizować kwatery prywatne, w Gliwicach i Szczecinie przysposobić budynki hoteli robotniczych, w Toruniu szwalnię, w Warszawie reaktywować akademiki przy Tamce i Elekcyjnej. Równie poważna sytuacja zapanowała w sferze żywienia. W Polsce istniało 107 stołówek studenckich, w większości przeciążonych i prowizorycznie ulokowanych (zwykle w suterenach). W zasadzie nie otwierano nowych (w 1962 r. jedną). Studentów zaś przybywało, dotacje nie zmieniały się, ceny żywności rosły. Znikły „dostawy zagraniczne”, które poprawiały sytuację po Październiku: mleko w proszku, ryż, kakao, konserwy mięsne. Szacowano, że na początku lat 60. w posiłkach stołówkowych niedobory mleka, warzyw, owoców i tłuszczów sięgały połowy normy dietetycznej. Nawet jednak na takie posiłki brakowało bonów538.
Od 1963 r. władze PRL starały się opanować „małą destabilizację”: zwiększyć inwestycje przemysłowe, chłonące siłę roboczą, i budownictwo mieszkaniowe, głównie sposobem jego potanienia, a także pohamować napływ na uczelnie. W 1964 r. liczba kandydatów na studia wzrosła w porównaniu do roku poprzedniego o 40%. Napór zwiększał się szybciej niż limity przyjęć. Szkoły wyższe zabiegały w ministerstwie o ich podnoszenie. W 1960 r. o przyjęcie na UW starało się 4371 kandydatów, 4 lata później 8000, przyjęto odpowiednio 2029 i 2438, współczynnik przyjętych spadł więc z 46% do 31%. Wzrost masy odrzuconych wywoływał niezadowolenie, sprzyjał szukaniu „dojść” i zarazem oskarżeniom o nieuczciwość komisji539.
Aby ułatwić utrzymanie limitów, zaostrzyć selekcję, a zarazem dostosować ją do przesłanek ideologicznych, wprowadzono w 1965 r. system punktowy, budzący emocje zwłaszcza z powodu osławionych „punktów za pochodzenie”. Oceny z egzaminu wstępnego były przeliczane na punkty (piątce odpowiadało 5 pkt., ocenie dobrej 4, dostatecznej 3, dostatecznej z minusem 1,5; za plusy 0,5), przy czym doliczano punkty kandydatom o pochodzeniu robotniczym i chłopskim (1–3 pkt.) oraz takim, którzy uzyskali dobre wyniki w nauce w ostatnich dwóch klasach szkoły średniej (do 3 pkt.), i takim, którzy konsekwentnie ubiegali się o przyjęcie i mieli udokumentowany staż pracy (2 pkt.)540. Zdolny uczeń szkoły średniej pochodzenia inteligenckiego miał więc szansę zyskania takiej samej liczby punktów dodatkowych, jak jego kolega z rodziny robotniczej; miał zaś większe szanse zyskać wysoką ocenę z egzaminu wstępnego. System punktowy nie powodował więc takiej dyskryminacji, o jakiej mawiano, i lekko tylko pohamował tendencję spadkową w zakresie przyjmowania na studia dzieci robotników i chłopów. W 1965 r. przyjęto ich na różnych uczelniach od 2 do 7% więcej niż rok wcześniej (na UW o 7%). System punktowy był bardziej przejrzysty i mniej dyskryminujący niż stosowany w pierwszej połowie lat 50. Jego promotorom zależało także na „uspokojeniu opinii publicznej”, która wysuwała „szereg zarzutów pod adresem komisji przyjęć i egzaminatorów na wyższych uczelniach, winiąc ich – nie zawsze bezpodstawnie – o uleganie naciskom różnorakiej protekcji”541. Naciski niewątpliwie występowały, świadcząc nie tylko o rozwiniętym duchu klientelizmu, ale i o względnej autonomii uczelni. Jeśli nie mylił się w 1965 r. Jan Szczepański, wysocy dostojnicy nie mieli pewności, że ich dzieci zostaną przyjęte:
Córka wicepremiera Jaroszewicza zdaje na UW na socjologię. Jaroszewicz prosił [Zygmunta] Ratuszniaka, Ratuszniak mnie, a ja Rudzińską Annę, która siedziała w więzieniu za współpracę z „Kulturą”, żeby ją przyjąć. Przy czym, jak mówił Ratuszniak, Jaroszewicz gorzko się użalał na to, że ich dzieci są najbardziej pokrzywdzone. Żaden z sowietologów, których spotkałem w Anglii, nie uwierzyłby w to542.
Trudno ocenić, czy wspomniane „uspokojenie” rzeczywiście nastąpiło. „Punkty za pochodzenie” zapamiętane zostały jako symbol instytucjonalnej nierówności. Stawały się także sprawą strategiczną dla znacznej liczby odrzuconych, którzy składali odwołania w poczuciu pokrzywdzenia względem kolegów o „właściwszym” pochodzeniu lub niesłusznego zaszeregowania. Wciąż szukali „różnorakiej protekcji”, zarówno żywych, jak umarłych: „Ojciec mój pochodzi z robotniczej rodziny, a jego przodkiem był znany rewolucjonista z roku 1905” – argumentowała odrzucona kandydatka na Studium Języków Obcych w 1968 r. Choć zdała egzamin, nie została przyjęta, zabrakło punktów „za pochodzenie”. Odwołanie było skuteczne, podobnie jak wielu innych, którzy powoływali się na zasługi rodzin, plebejski rodowód, trudności materialne. Inżynier, ojciec kandydatki na to samo Studium, pisał w odwołaniu:
Pozwalam sobie również zwrócić uwagę Jego Magnificencji na fakt, iż to, że mogę poświęcić się dziełu odbudowy Warszawy od momentu odzyskania Niepodległości – zawdzięczam memu ojcu i matce, którzy jako małorolni chłopi mnie jednemu z 4-ch rodzeństwa dali zawód (1 brat jest robotnikiem kolejowym, 2-gi monterem, siostra pracownicą fizyczną, druga pozostała na gospodarstwie małorolnym w powiecie rawskim).
Protestowano przeciwko zaliczeniu rodziców do inteligencji lub prywatnej inicjatywy. Kandydatka opisywała sytuację ojca, który dawniej pracował jako szewc w spółdzielni cholewkarzy. Po jej rozwiązaniu nie mógł znaleźć pracy, „bowiem miasteczko nie posiada żadnego zakładu przemysłowego”, i został skierowany na kurs czeladniczy, „dający uprawnienia do prowadzenia warsztatu usługowego naprawy obuwia. W warsztacie tym ojciec pracuje sam”. Oznaczało to utratę szans córki na dodatkowe punkty. System wywoływał szereg decyzji arbitralnych, nieliczących się z lokalnymi realiami, a postrzeganych jako krzywdzące543. Stał się tematem publicznych polemik, jak cykl artykułów i listów od czytelników w „Życiu Warszawy” z jesieni 1969 r. Surowo krytykowano dodatkowe punkty jako niesprawiedliwe. System przywilejów punktowych skrytykował m.in. Jan Szczepański, twierdząc, że zakłada on wyraźne podziały klasowe, „co przecież po uspołecznieniu środków produkcji nie jest już faktem”544.
* * *
Sławetne przemówienie Leszka Kołakowskiego, wygłoszone 21 X 1966 r. w sali nr 17 Instytutu Historycznego UW, które spowodowało szereg reperkusji politycznych, było ostatecznym pożegnaniem ze złudzeniami październikowymi. Atmosfera w życiu intelektualnym psuła się od lat, perspektywy gospodarcze pozostawały niepewne, praca naukowa były znaczona tyleż ingerencjami politycznymi, co zastojem materialnym. Skutkowało to wyhamowaniem rozwoju kadr naukowych i utrzymywaniem się niskiej sprawności kształcenia. Wydział Prawa UW informował rektora wiosną 1966 r., że sprawności tej nie może podnieść bez poprawy infrastruktury, druku skryptów, rozbudowy pomieszczeń, zmuszających teraz studentów do ciśnięcia się w okropnych warunkach, i rozwoju kadry. Na egzaminatora przypadało nawet 700 studentów rocznie. Studenci w większości umieszczeni na Jelonkach tracili ogromnie dużo czasu na dojazdy. Wielu dojeżdżało spod Warszawy. Bardzo wielu pracowało, omijając zresztą surowe rygory zezwoleń (w 1965/1966 r. żaden ze studentów pierwszego roku nie otrzymał zezwolenia, z pozostałych lat – 27 osób). Tymczasem wśród studentów trzeciego roku już około jednej piątej zawarło związki małżeńskie545. Los młodych ludzi, kończących uczelnie w drugiej połowie lat 60., był na ogół nieporównanie lepszy niż ich rodziców. Zarazem jednak był gorszy, niż mogli się spodziewać. Jak pisał w 1968 r. Jan Szczepański, „młodzież po studiach ma przed sobą tylko perspektywę ciężkiej pracy, ciężkiego i długiego dorabiania się mieszkania spółdzielczego, krótkich urlopów i niskich płac”546.
Zniesienie nakazów pracy w 1956 r., w połączeniu z mnożącymi się wiadomościami o bezrobociu, wytworzyło atmosferę niepewności, może w sposób naturalny towarzyszącą zwiększonej wówczas dozie wolności. Zarządzający gospodarką planową w sposób równie naturalny dążyli do wprowadzania usztywnień, które wiązałyby absolwentów „z produkcją” i przyszłym miejscem pracy. Służyć temu miały przepisy o wstępnych stażach pracy z 1958 r. i stypendia fundowane. Nowa sytuacja wymuszała aktywność uczelni i organizacji studenckich, które starały się ułatwiać absolwentom znalezienie ofert. W 1959 r. powołano na UW Biuro Pośrednictwa Pracy. Cztery lata później wprowadzono system skierowań do pracy, ale nie objął on takich kierunków jak polonistyka czy historia, związanych przede wszystkim ze szkolnictwem. Znaczna część absolwentów starać się więc musiała sama o etaty, w czym próbował pośredniczyć ZSP. W okresie naporu wyżu demograficznego utrzymywał się pesymizm, który wyraził opiekun piątego roku historii Andrzej Garlicki latem 1964 r., pisząc, że „rynek pracy jest właściwie nasycony”547.
Nie oznaczało to widma bezrobocia. Pracę udawało się znaleźć, ale nie była ona oceniana jako wartość sama w sobie, lecz w powiązaniu z warunkami mieszkaniowymi i otoczeniem społecznym. Do stałych tematów należała trudna sytuacja młodych nauczycieli w miasteczkach, „gdzie kliki, wódka, posądzenia, brak szans na przetrzymanie”. Oto rusycysta zatrudniony w szkole zetknął się jako magister z niechęcią. Grono pedagogiczne nie miało wyższego wykształcenia. Powierzono mu zajęcia z prac ręcznych i wychowania fizycznego, biorąc jego niezadowolenie za zadzieranie nosa. Reporter, który pojechał jego śladem, opisał ciemne ulice miasteczka i restaurację „w oparach alkoholu i dymu”548.
Najistotniejsze znaczenie miały dla absolwentów sprawy mieszkaniowe, drażliwy element rzeczywistości PRL. Nadzieja na mieszkanie determinowała często wybór miejsca pracy, nawet za cenę przeprowadzki o setki kilometrów. Młodym pracownikom oferowano na ogół pokoje służbowe, często dzielone z innymi osobami, utrudniające zawiązanie życia rodzinnego. Dlatego zasadnicze znaczenie miewał zakładowy fundusz budowlany. Absolwenci UW byli pod tym względem na ogół upośledzeni względem techników czy inżynierów, zatrudniających się w przedsiębiorstwach dysponujących pulą mieszkań. Dla wielu jedyną nadzieją było zapisanie się do spółdzielni, wymagające wpłaty co najmniej kilkutysięcznej kwoty – i oczekiwania na zbudowanie bloków549.
* * *
Ktoś mnie po powrocie zapytał jakie jest moje dominujące wrażenie z pobytu w Polsce – pisała emigrantka, która odwiedziła ojczyznę. – Odpowiedziałam jednym, świetnie tu pasującym słowem angielskim – Frustration. (Nasi rodacy upodobali sobie to słowo i przyjęli je do języka w spolonizowanej wersji – frustracja). [...] Wszystko trzeba zdobywać, wydreptywać, wypraszać, wystawać godzinami; trzeba wypełniać setki formularzy, podań i po raz nie wiem który odsłaniać wszystkie tajniki swojej przeszłości, i czekać, czekać... Jest to taka sama ekonomia wysiłku jak wbieganie pod górę ruchomymi schodami, które zjeżdżają w dół550.
Frustrację młodszej kadry naukowej i technicznej obrazowały badania socjologiczne. Pracownicy przemysłu narzekali na chaos w gospodarce i niekompetencję zwierzchników, zwłaszcza tych „wysuniętych” politycznie w poprzedniej dekadzie551. Młodzi pracownicy nauki nisko oceniali warunki w swych instytutach i katedrach. Połowa z nich wykonywała zawodowe czynności we własnym domu, co w przypadku humanistów mogło być skłonnością naturalną (jeśli mieli tam przestrzeń i spokój), ale na ogół wynikało z braku miejsca w pracy. Przeważająca większość miała tam do dyspozycji tylko szufladę lub półkę, co zresztą było losem także około 15% docentów. Połowa docentów i większość profesorów dysponowała jednak własnym pokojem. Ogółem cieszyła się nim jedna piąta pracowników naukowych uczelni PRL, natomiast warunki jednej trzeciej oceniano jako złe552. Były one niewątpliwie znacznie lepsze niż kilkanaście lat wcześniej, problem polegał jednak na bardzo ograniczonej perspektywie dalszej poprawy.
Dziesięć lat po sejmowym przemówieniu Hochfelda, który krytykował zastój w odbudowie UW, rozmiar nawarstwionych problemów zdawał się równie wielki. Wprawdzie na terenie uczelni nie widać już było ruin, lecz w jej murach panowały wszelkiego rodzaju niedobory. Zbudowano oficyny Domu Studenta, w których umieszczono stołówkę studencką i przychodnię, ale instytucje te były wciąż ponad miarę obciążone i niedoinwestowane. Podwórze tegoż gmachu (wtedy nie nazywane jeszcze Małym Dziedzińcem) jawiło się jako składowisko skrzyń, starych ławek, kubłów na śmieci i żelastwa (zalegały tam dwa wraki samochodów: czyżby dodge’a i chevroleta?). Parter części frontowej wypełniały stosy połamanych mebli, wśród których oczekujący na pracę w Plastusiu grali w karty553. Oto symboliczny obraz rozprzężenia. Jego praktyczne skutki odczuwał Uniwersytet jako całość. Wszelkie znaczące inwestycje uzależnione były od kredytów ministerialnych, niewystarczających, a nader często niepewnych. Ogromnie trudne było zrealizowanie takich przedsięwzięć jak budowa niewielkiego baraku magazynowego na dziedzińcu Pałacu Potockich. Uniwersytet zabiegał o to od 1962 r., lecz ministerstwo ignorowało pisma lub oddalało sprawę do następnego planu pięcioletniego554. Podobnie przedstawiała się sytuacja Studium Wojskowego. Umieszczone było w rozsypujących się barakach przy ul. Szwoleżerów, których nie warto było remontować, ponieważ Studium musiało opuścić teren przeznaczony pod zakład energetyczny. Nie miało jednak dokąd się wynieść – sprawa ciągnęła się latami555.
Jaki mógł być los inwestycji nieporównywalnie większych, takich jak nowy gmach BUW? W sędziwym budynku, przygotowanym na 800 tys. woluminów, zgromadzono ich już dwukrotnie więcej. Czytelnia profesorska, mająca służyć kilkuset osobom, oferowała 11 miejsc. Obsługa biblioteki była zaś dziesięciokrotnie większa od przewidywanej pod koniec XIX w. Adaptowano poddasza, podesty schodów, usytuowano miejsca pracy na żelaznym ruszcie, część magazynów i pracowni przeniesiono do budynków Seminaryjnego, Pomuzealnego i Pałacu Potockich. Lokalizację nowego gmachu planowano w rogu pl. Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego), przy ul. Niecałej, ale finansowanie nie było przesądzone. Sprawa budowy BUW powracała od ponad 30 lat. Nawet pesymiści nie mogli przypuszczać, że na rozpoczęcie prac, zresztą w innym miejscu, przyjdzie czekać kolejne 30556.
Udało się natomiast rozbudować zespół Chemii przy ul. Pasteura, wznieść dwa duże akademiki przy al. Żwirki i Wigury (do 1967 r.; każdy dla 870 osób), rozpocząć budowę Matematyki-Fizyki na Polu Mokotowskim oraz Neofilologii przy ul. Browarnej (oddanego do użytku w 1971 r.). Ten ostatni był przykładem inwestycji „okrojonej”, typowej dla epoki. Pierwotnie na sporej działce powstać miał także akademik, dom profesorski, stołówka i teren sportowy. Wszystkie te obiekty skreślono z planu, rezygnując tym samym z opuszczenia akademików przy ul. Kickiego, które UW zamierzał oddać miastu. Po dekadzie użytkowania były one w złym stanie, podobnie zresztą jak większość obiektów UW. Prowizoryczne lokalizacje, wadliwe instalacje, zepsute sanitariaty: do takich realiów przyzwyczajano się, ale też opłacano je codziennymi irytacjami i konfliktami z obsługą. Grupa Remontowo-Budowlana UW liczyła teoretycznie w 1963 r. sto etatów, lecz jej płynność była ogromna (od stycznia do sierpnia odeszło 45 pracowników, a pojawiło się 58), co odpowiadało zjawiskom znanym z całokształtu gospodarki PRL557. Brakowi sił ludzkich towarzyszył permanentny niedobór materiałów. Uniwersytet był dość znacznym graczem na mapie warszawskich instytucji, wydzierających sobie nawzajem deficytowe pule. Zarząd budowy akademików przy al. Żwirki i Wigury prosił więc rektorat o „wyjednanie przydziału” płytek podłogowych558. Nawet jeśli uczelnia wykazywała skuteczność w tego typu zabiegach, określały one bardzo niski pułap ogólnych możliwości, o tyle dotkliwszy dla znacznej części społeczności akademickiej, o ile większa była jej znajomość świata.
Otwarcie na świat okazało się znacznie skromniejsze niż spodziewano się w 1956 r. Przyczyniła się do tego tyleż sytuacja polityczna, ile ekonomiczna. W gospodarce PRL dewizy podlegały surowym dyspozycjom. Zakup biletu lotniczego do Kairu dla studentki arabistyki wymagał zgody ministerstwa559. Współpracę uczelni starano się kanalizować w ramach tzw. wymiany bezdewizowej, przede wszystkim z państwami bloku. Stała się ona podstawową formą studenckich wyjazdów zagranicznych. Grupy, np. po 10 studentów polskich i bułgarskich, zwiedzały oba kraje pod opieką docentów, lokując się w akademikach, żywiąc w stołówkach, otrzymując kieszonkowe. Miejsc było mało, wokół list kandydatów toczyły się rozmaite zabiegi. Równie atrakcyjne, a związane wyraźniej z profilem studiów, były kilkutygodniowe kursy językowe studentów neofilologii. Co roku kilkadziesiąt osób z UW (70 w 1967 r.) uczestniczyło w miesięcznych praktykach w placówkach naukowych, laboratoriach, przy odkrywkach. Geografowie bywali nad Balatonem, archeolodzy w Bułgarii, fizycy w Czechosłowacji. Śladem tego rodzaju pobytów pozostały sprawozdania, ukazujące pewne doświadczenia obywatela PRL rzuconego w atrakcyjną, ale i trudną rzeczywistość.
Student filologii romańskiej doświadczył w Dijon latem 1964 r. „uderzającej obojętności władz francuskich” wobec swych problemów materialnych. Jego kolega, który był na uniwersytecie w Poitiers, narzekał na trudy podróży koleją (dwie noce i dzień w przedziale drugiej klasy), które okupiły jednak warunki na miejscu, „pokoje l-osobowe z ciepłą wodą o każdej porze, na korytarzu telefon, prysznic na kilka pokojów, wspaniałe warunki. Kuchnia doskonała”. Podobne wrażenia z akademika spisała studentka romanistyki, która przebywała w Tours, dodając wszakże, że sama praktyka ją rozczarowała, zaś stosunek pracowników do niej był „zawodowo obojętny, podobnie jak w Polsce”. Inny student odnotował jednak, że w tym akademiku nie było żadnych „urządzeń kulturalnych” w rodzaju świetlicy, a jedynym miejscem zetknięć z młodzieżą francuską pozostawała stołówka. Kontakty takie najwyraźniej nie stanowiły problemu politycznego. Student czwartego roku ekonomii, który praktykował w Lublanie, podkreślał korzyści, jakie wyniósł z poznania zdecentralizowanego modelu gospodarczego Jugosławii560. To także miało swoją wymowę w realiach kostniejącego reżimu Gomułki. Praktyki pozwalały poznać codzienność obcych miast, uczestniczyć w wycieczkach, życiu kulturalnym i towarzyskim, co bywało ważniejsze niż efekty merytoryczne. Oto io studentów Katedry Bibliotekoznawstwa przebywało we wrześniu 1964 r. na praskim Uniwersytecie Karola. Zwiedzali i hospitowali biblioteki, wszakże nie włączono ich do pracy z powodu braku czasu i trudności językowych. Byli jednak na wycieczkach, przedstawieniach w Národním divadle, słuchali koncertów organowych. Podkreślali serdeczność gospodarzy i dobre warunki pobytu, choć niektórzy skarżyli się na „podstawowe braki wyposażenia” akademika, zaś kuchnia czeska „nie znajdowała wśród nas entuzjastów”. Studenci fizyki doceniali natomiast znaczenie kontaktu z rzadką aparaturą i nabieranie nowych umiejętności, a także serdeczność miejscowych kolegów, z którymi porozumiewali się w polsko-czeskim wolapiku, ale też po rosyjsku lub po angielsku, ponieważ „fizycy na ogół znają angielski, nawet w Czechosłowacji”561.
Fizycy bowiem należeli do pracowników naukowych, dla których kontakty ze światem były warunkiem sensowności prac. Oni też wyraziście artykułowali swoje niezadowolenie ze stanu rzeczy. A ponieważ należeli do najczęściej wyjeżdżających – na staże w CERN czy zagraniczne konferencje – odczuwali wyraźnie w połowie lat 6o. psucie się atmosfery otaczającej kontakty międzynarodowe. Opisywali to we wspomnianej ankiecie „Polityki” Trautman i Gajewski, zwracając uwagę, że powodem są nie tyle „trudności dewizowe”, ile zagadnienia kontroli i władzy. Wszelkie kontakty naukowe rządzący starali się kanalizować w ministerstwach i w ramach oficjalnych umów. Rezultatem były
niedorzeczności zbliżone do tych, które wynikają przy zabawie w głuchy telefon. Ludzie jeżdżą za granicę i tracą czas, bo nikt ich nie oczekiwał, nikt nie wie, czym się zajmują, nie zorganizowano żadnych spotkań, dyskusji itp. Podobnie i do nas przyjeżdżają fizycy zagraniczni – biedne ofiary oficjalnej wymiany. Ich wizyty zapowiadane są zwykle w dniu ich przyjazdu, nie ma mowy o zorganizowaniu rozsądnego programu spotkań, wykładów, seminariów.
Wynikało to z ograniczenia wpływu samych uczelni na grafiki wymiany zagranicznej. Sytuację ratowały zadzierzgnięte wcześniej znajomości i kontakty indywidualne, które jednak „od pewnego czasu [...] natrafiają na mur niechęci i podejrzliwości”. Wnioski wyjazdowe przepuszczano „przez sita niezliczonych komisji, mimo że chodzi tu o wyjazdy, do których strona polska nie dopłaca ani grosza w złotówkach i ani centa w dolarach”, a których organizowanie wymagało „wielu miesięcy szarpiących nerwy, nieraz wręcz upokarzających starań”. Trudno było nawet o urlopy bezpłatne, które naukowcy chcieli przeznaczyć na pobyty w ośrodkach zagranicznych: „Odmawia się im na to zgody, motywując tę decyzję tym, że ich obowiązkiem jest praca w kraju”. Coraz trudniej było też gościć zagranicznego naukowca. Dłuższe, praktykowane powszechnie na Zachodzie pobyty studyjne fizyków z obcych uczelni należały do sfery marzeń.
Nawet jednak zorganizowanie krótkiej, kilkudniowej wizyty zagranicznego fizyka w celu przeprowadzenia konsultacji może być gehenną. Przy pełnym budżecie wizyty rzędu, powiedzmy, 1500 zł, potrzebna jest akceptacja dosłownie najwyższych czynników państwowych. Wszystko to razem nie trwa nigdy krócej niż dwa miesiące, a nierzadko znacznie dłużej. [...] Warto podkreślić, że utrudnienia takie występują nie tylko przy kontaktach z Zachodem, ale również z naszymi najbliższymi sąsiadami562.
Wyjazdy zagraniczne pozwalały przynajmniej na zaopatrzenie się, w ramach skromnych środków, w nowszą literaturę naukową. Korzystano ze znajomości międzynarodowych i liczono na paczki. W ten sposób wzbogacano też księgozbiory UW, choć napływ ten nie mógł mieć decydującego znaczenia. W szufladkach katalogowych pojawiać się zaczęły w latach 1956–1957 publikacje zachodnie. W tamtym okresie mogło się zresztą wydawać, że oficjalne mechanizmy sprowadzania książek i czasopism, choć silnie scentralizowane, dają nadzieję na trwałe sprzężenie ze światem. Katedry uniwersyteckie otrzymywały „Biuletyn Nowości”, wydawany przez PAN-owski Ośrodek Rozpowszechniania Wydawnictw Naukowych (ORWN), i za pośrednictwem Akademii zamawiały wydawnictwa, płacąc w złotówkach563. System ten kruszyć się zaczął z powodu wspominanych niedoborów dewiz. Z punktu widzenia władz uczelnie zamawiały zbyt wiele, naruszając skąpe zasoby. Od 1963 r. książki sprowadzać mogły już tylko biblioteki główne, takie jak BUW, i tylko w dewizach, których niewielkie pule otrzymywały z ministerstwa. Dał się odczuć wyraźny spadek napływu obcej literatury, także dlatego, że ORWN nie wywiązywał się z zamówień. Nawoływano do decentralizacji, wspierając się argumentem, że wielkie trudności dotyczą nie tylko importu nowości zachodnich, ale też radzieckich564. Niewiele dało się w tej sprawie wskórać, podobnie jak w tylu innych: była to dominanta atmosfery społecznej lat 60.
* * *
„Historia w niewielkim dotąd stopniu została «zmechanizowana». Stąd postulat posiadania własnego kserografu czy też maszyn do liczenia nie jest na razie palący” – twierdził przedstawiciel tej dyscypliny. Uprawianie nauk eksperymentalnych wymagało natomiast aparatury często nieskończenie rzadszej i droższej niż kserografy. Także niedostatki powierzchni dydaktycznej były dla chemików czy fizyków bardziej dotkliwe niż dla humanistów. Tendencje autarkiczne w gospodarce utrudniały prowadzenie badań i wywoływały napięcia, chociaż impulsem tzw. wydarzeń marcowych nie był, jak wiadomo, niedostatek aparatury. W wielu dziedzinach, zwłaszcza politechnicznych i bezpośrednio związanych z przemysłem, na niedostatek ten zresztą się nie skarżono. Natomiast naukowcy uniwersyteccy mieli powody do frustracji. Pracownik jednej z katedr chemicznych podkreślał, że od 15 lat nie otrzymała ona aparatury wyprodukowanej w krajach kapitalistycznych. Ogólnie biorąc, zatrudnieni na uczelniach przekonani byli, że ich warunki pracy są znacznie gorsze niż w instytutach naukowych. Jednocześnie docent pracujący w Instytucie Nenckiego PAN oceniał, że „wiele niezwykle cennych aparatów stoi nieczynnych lub jest naprawiane, nie zawsze skutecznie, przez krajowych samouków”. Brak części zamiennych wyzwalał zasoby indywidualnej kreatywności, uruchamiał znajomości, sprzyjał współdziałaniu, lecz był bez wątpienia nieznośnym obciążeniem. Przy większości zamówień dotyczących aparatury zagranicznej naukowcy stykali się ze „ścianą” czy „murem” – te przenośnie należały do typowych. Placówki badawcze korzystać musiały z pośrednictwa wielkich central handlowych, Elektrimu czy Varimexu, dla których nie były najważniejszymi graczami. Nawet posiadając odpowiednie pule dewiz, miały trudności z pozyskaniem urządzeń. Pule te zresztą kurczyły się. Pozyskaną aparaturę zagraniczną trudno było z kolei utrzymywać w odpowiednim stanie z powodu braku serwisu. Niemożność zdobycia drobnych podzespołów sprawiała, że kosztowne urządzenia zasypiały długim snem w kątach pracowni. Oznaczało to marnotrawstwo, znane doskonale tzw. kierownikom gospodarki, którzy w tej sytuacji zmierzali do unikania importu. Powstawało błędne koło, którego skutkiem była rosnąca luka technologiczna; jej rozmiary oceniali ze smutkiem naukowcy, wizytujący zachodnie uczelnie565.
Rozwijały się natomiast kontakty międzyludzkie w środowiskach studenckich, ponieważ w latach 60. nastąpił wyraźny wzrost ilości cudzoziemców studiujących w Polsce. To względne otwarcie wiązało się przede wszystkim ze współpracą między państwami socjalistycznymi, a także ze skutkami dekolonizacji. Kraje bloku zaczęły przyjmować kontyngenty studentów z tzw. krajów rozwijających się. O ile więc wzrost ilości stypendystów w latach 50. nie był spektakularny (w 1952 r. przebywało ich w Polsce około 280, pod koniec dekady dwa razy więcej), to następne lata przyniosły skok: w 1965/1966 r. było około 1800 osób. Wtedy to aktywność stypendialna PRL wzbudziła pewne zainteresowanie dyplomacji francuskiej, zwłaszcza w związku z przyjazdami studentów z państw Maghrebu. W raporcie ambasady opisano niezłe warunki, jakie oferuje się stypendystom (m.in. darmowe miejsca w akademikach i bezpłatną pomoc medyczną) oraz podkreślono, że polskie władze odnoszą się z optymizmem do przyciągania cudzoziemców, nie spodziewając się aktów przemocy podobnych do rejestrowanych w Pradze, Sofii i Moskwie566.
W roku 1968/1969 w Polsce przebywało 2370 stypendystów zagranicznych, w tym 1124 z krajów rozwijających się (największa grupa z Syrii, 145 osób) i 1087 z państw bloku. Nikłą resztówkę stanowili przybysze z państw „innych” (największą grupę tworzyło tu 59 Greków) oraz 89 przedstawicieli Polonii. Polska pozostawała krajem słabo znanym na zachodzie Europy: przebywał w niej jeden student z Belgii, po trzech z Francji i Wielkiej Brytanii, czterech z Włoch. Stawała się natomiast jednym z miejsc formowania się przyszłych elit państw afrykańskich czy bliskowschodnich. Obecność cudzoziemców wpisała się w pejzaż dużych ośrodków akademickich. U progu 1969 r. w samej Warszawie przebywało 210 stypendystów z Afryki, znacznie więcej niż wszystkich studentów zagranicznych w Polsce AD 1950. Ogółem w stolicy schyłku epoki gomułkowskiej studiowały 322 osoby z krajów socjalistycznych, 362 z rozwijających się i 94 z „innych”. Nie było wcale Albańczyków ani Koreańczyków, którzy rzucali się w oczy kilkanaście lat wcześniej. Znaczną grupę stanowili stypendyści z Wietnamu, pojawili się także obywatele ZSRR. Na UW studiowało 136 przybyszów z krajów socjalistycznych (największe grupy: 46 z Wietnamu, 30 z ZSRR, 19 z Bułgarii), 74 z krajów rozwijających się (15 z Azji i 42 z Afryki), 17 z Ameryki Łacińskiej oraz 33 z „innych” krajów, w tym 16 Polonusów, cztery osoby z Japonii, po trzy z Grecji i Portugalii, po dwie z Hiszpanii i USA, po jednej z Finlandii, Włoch i Wielkiej Brytanii567.
10. Obchody wietnamskiego święta Tet przez studentów UW z Wietnamu
Większość stypendystów odbywała kurs językowy w łódzkim Studium Języka Polskiego dla Cudzoziemców, gdzie w połowie lat 60. stykało się kilkaset osób 50 narodowości, w przeważającej większości mężczyzn (kobiety stanowiły około 7%), wybierających się na politechniki568. Ten rodzaj kształcenia dominował wśród przybyszów, zwłaszcza z krajów rozwijających się. Następnie lokowali się darmowo w akademikach danych ośrodków, otrzymując stypendium tysiączłotowe, starczające na skromne utrzymanie (stażyści i doktoranci cieszyli się stypendium 2400 zł, odpowiadającym przeciętnej polskiej płacy). Były to warunki, które wielu przybyszom z młodych państw afrykańskich czy bliskowschodnich jawiły się jako szczęśliwa odmiana losu, mimo trudności przystosowawczych. Jak wynikało z postulatów Komitetu Studentów Zagranicznych UW, doskwierał im klimat, warunki w akademikach i jedzenie. Prosili w 1961 r. o kołdry i zorganizowanie im „specjalnej stołówki”569.
Wspomniany Komitet był reprezentacją cudzoziemskich studentów. Przewodniczył mu w 1961/1962 r. Chińczyk, jego zastępcami byli obywatel radziecki (ciekawe, czy narastający konflikt między ZSRR i Chinami wpływał na wzajemne stosunki) i Brazylijczyk; sekretarzem Wietnamczyk, członkami prezydium Irakijczyk, Rumun, Grek i student z Togo570. Widać tu pewien parytet polityczny i kulturowy, ale ograniczony: we władzach Komitetu zasiadali wyłącznie mężczyźni. Komitet deklarował ożywioną działalność; organizował wycieczki (na Wybrzeże czy w Góry Świętokrzyskie), do fabryk i państwowych gospodarstw rolnych. Urządzał wieczory taneczne i spotkania dyskusyjne, rozdzielał bilety na występy Śląska i Mazowsza, organizował akcję zapraszania studentów do polskich domów na święta (w grudniu 1963 r. zaproszono wszystkich; nie wspominano o problemach ideologicznych, jakie mogły z tego wyniknąć). „Mimo podejmowanych wysiłków – konstatował wszakże ZSP – nie potrafiliśmy osiągnąć trwałego wciągnięcia studentów zagranicznych w nurt naszego życia. Studenci ci pozostają w dalszym ciągu w różny sposób odizolowani”571. Trudno ocenić, czy uwaga ta dotyczyła życia codziennego, czy tzw. ram organizacyjnych, które interesowały Zrzeszenie.
Dla studentów polskich cudzoziemcy stanowili niewątpliwie wielką atrakcję, zwłaszcza ci nieliczni z Zachodu, a także z ciepłego Południa. Urok odległych krain, połączony z nadzieją na wyjazd czy korzyści materialne, wytwarzał wokół przybyszów niezwykłą aurę. Sugerowano, że w akademikach mają specjalny status, także erotyczny572. Z opiniami stypendystów z krajów kapitalistycznych szczególnie się liczono, publikując je od czasu do czasu w prasie, nieraz zresztą bez lukru. Studentka slawistyki z Clermont-Ferrand, indagowana w 1966 r., nie mogła znieść stołówkowego menu, jadała więc na mieście (także bez przyjemności). Bardziej podobał jej się Kraków niż Warszawa. Oceniała, że polskie kobiety są mniej eleganckie niż Francuzki. Studiuje się natomiast bardziej serio niż w jej ojczyźnie. Studentka z Finlandii uważała, że Warszawa jest brudna, ale tania i atrakcyjna w sferze teatrów, koncertów i kin. Ekwadorczykowi, studentowi psychologii, Polska wydała się szara. Zwracał uwagę na patriotyzm polskich znajomych, nie redukujący ich poczucia niższości względem Zachodu; zauważał też, że, choć akceptują socjalizm, zwracają wielką uwagę na pozycję społeczną. Podobne uwagi wygłaszała studentka z Anglii: dostrzegała kult samochodu i bogactwa, powiązany ze słabą znajomością świata. Zarazem uważała, że polska inteligencja ma szerszą wiedzę niż porównywalne grupy na Zachodzie. Stypendystka z Wenezueli, studiująca socjologię, ceniła dostęp do kultury w Warszawie, ale odpychała ją biurokracja, kolejki i obsługa w sklepach. Powiadała, że Polakom humor poprawia się, gdy sobie wypiją. Natomiast przybyszka z Kenii, jak wielu studentów z Trzeciego Świata, podkreślała egalitaryzm panujący w PRL i brak bezrobocia, lecz cierpiała z powodu nieprzyjemnego stosunku do ciemnoskórych. Ten motyw powtarzał się w relacjach Afrykańczyków, obok krytyki polskiej „nieświadomości” i „bezideowości”. Na ulicach słyszeli: „idzie brudas”, „idź się kąpać”573.
Przebieg tak zwanych wydarzeń marcowych został szczegółowo opisany w podstawowych pracach Jerzego Eislera i Andrzeja Friszkego574. Rozmaitym aspektom tych wydarzeń poświęcono niemałą literaturę naukową i wspomnieniową. Obrazuje ona między innymi rolę Uniwersytetu Warszawskiego jako instytucji i jako środowiska. Marzec stanowił dla niego moment przełomowy w powojennej historii.
W oświadczeniu złożonym na posiedzeniu Rady Wydziału Historycznego 2 IV 1968 r. Tadeusz Manteuffel stwierdził, że za dramatyczne wydarzenia „wielką odpowiedzialność ponosi Uniwersytet”. Reprezentant starej kadry, która przeprowadziła uczelnię przez odbudowę i stalinizm, uznawał fiasko jej starań o ochronę młodzieży przed brutalnością państwa. Uznawał zarazem, że odpowiedzialności za środowisko sprzeniewierzył się rektorat. Zwolnienie z pracy sześciorga profesorów – minister usunął 25 III Bronisława Baczkę, Zygmunta Baumana, Włodzimierza Brusa, Marię Hirszowicz, Leszka Kołakowskiego i Stefana Morawskiego – uznał za powrócenie do praktyk z czasów sanacji, ocenianych surowo na zajęciach z historii. „Nie wydaje mi się możliwe, aby to, co potępiało się w naszej przeszłości, mogło być przez nas aprobowane w milczeniu. Ocena moralna postępowania ludzkiego nie może być relatywna. Gdybyśmy ten relatywizm przyjmowali, wychowywalibyśmy cyników”575.
Ta i podobne wypowiedzi oraz oświadczenia Rady Wydziału Historycznego przeciw zastosowaniu „brutalnej siły” na terenie Uniwersytetu, dezinformacji i tworzeniu „nienaturalnych podziałów w społeczeństwie polskim”576, a także rad Wydziałów Filozoficznego i Historycznego przeciw zwolnieniu profesorów, były świadectwami solidarności. Inne jej świadectwa dawano prywatnie, w marcu i następnych miesiącach oraz latach, wobec usuwanych studentów i pracowników. Czy był to obraz dominujących postaw w społeczności uczelnianej? Niewątpliwie cechą atmosfery Marca było ogromne, niedoświadczane od kilkunastu lat zastraszenie. Zwłaszcza młode pokolenie, które nie pamiętało wojny i miało mgliste wspomnienie stalinizmu, a na Uniwersytecie czuło się w latach 60. „u siebie”, przeżyło niezapomnianą lekcję. Wśród kadry odrodzić się zaś musiały typowe, tyle razy przeżywane dylematy: moralny sprzeciw czy ratowanie substancji? Zasadnicze znaczenie miała w tym wypadku zwartość poszczególnych środowisk; wydaje się, że Marzec miał i taki wpływ na Uniwersytet, że uczynił go bardziej niż dotąd archipelagiem wydziałów, które przeszły przez wydarzenia w rozmaity sposób. Niemałe znaczenie miała grupa, która z satysfakcją przyjęła pogrążenie starszych doświadczeniem i stopniem kolegów, uznając je także za rodzaj sprawiedliwości dziejowej, ponieważ przyjmowała interpretację, w ramach której Marzec stanowił rozliczenie z dawnymi stalinistami. Tak czy owak publicznie brzmiący przekaz, jaki płynął w następnych miesiącach z Uniwersytetu, był przekazem jego władz, podkreślających lojalność wobec reżimu. Niektórzy ich przedstawiciele uderzali w wysokie tony. Przewodniczący uczelnianego ZNP, a wykładowca nauk politycznych, mówił na konferencji jesienią 1968 r. o „potężnym ruchu myśli i czynu, jaki ogarnął nasz kraj”, o manifestacji jedności oraz entuzjazmie. Rektor Turski zaś na tej konferencji, bardziej rzeczowo, głosił konieczność wzrostu wydajności pracy na UW, weryfikacji programów nauczania i akcentowania „wychowawczej” roli uczelni577.
Paternalistyczny ton należał do cech języka oficjalnego, w którym mnożyły się mocne twierdzenia o wychowaniu młodzieży. Zjawisko to, rozwijające się zresztą już wcześniej, było zapewne tym bardziej uderzające, że minęło niewiele lat od okresu, w którym rolę młodzieży, powołanej do zmieniania świata, eksponowano, powierzając jej, przynajmniej formalnie, współkierownictwo szkół. Ruch Października był także w dużej mierze oddolnym ruchem studenckim. Tymczasem w drugiej połowie lat 60. dominował język „wychowywania”. Odzwierciedlała to zjawisko także hierarchia instytucjonalna. Komitet Uczelniany PZPR w 1967 r. nie miał w swym składzie żadnego studenta. Szefem KU był docent, sekretarzami dwóch doktorów, w skład egzekutywy wchodził ponadto jeszcze jeden profesor, jeden doktor i dwóch magistrów. Było to więc siedmiu mężczyzn. Dwie kobiety, przypisane do Komitetu Uczelnianego, były etatowymi pracownicami obsługi. Wewnątrz uniwersyteckiej PZPR odtworzyły się więc dość tradycyjne relacje. Odpowiadało to, jak się zdaje, trendowi ogólnemu. W tej sytuacji Marzec wzmocnił tylko bardzo konserwatywne stanowisko wobec młodzieży, pełne zniecierpliwienia wobec jej emancypacji. „Autostopy! Bradiażenie, brud i zawszenie. Niech robią wycieczki piesze, na przykład z Krakowa do Zakopanego, to zdrowo” – rzucił Gomułka na zebraniu redaktorów prasy w kwietniu 1968 r.578 W następnych latach prowadzono kampanie wokół „niebieskich ptaków” oraz „urodzonych w niedzielę”, czyli młodych ludzi uchylających się od pracy i tzw. obowiązków społecznych. W prasie pojawiało się określenie „pasożyci”, analogiczne do używanego w podobnych kampaniach w ZSRR. Studentów pchnięto na przymusowe praktyki robotnicze. Jak się zdaje, ten autorytaryzm znajdował niemałą akceptację społeczną.
„Studenci szemrzą jak muchy w słoju, nie mogą dotrzeć do opinii publicznej”, zapisał Jan Szczepański w Marcu579. Izolacja ta polegała, jak się zdaje, nie tylko na braku dostępu do środków przekazu, ale też na wąskim stosunkowo społecznym kręgu, z jakim związani byli studenci, pomimo całego umasowienia studiów. Odsetek osób z wyższym wykształceniem był wciąż nikły, w 1968 r. wynosił 1,8% populacji, co oznaczało jednak niemal dwukrotny jego wzrost od 1955 r. Ogólna ilość studentów, która na początku lat 50. sięgnęła 100 tys., pod koniec następnej dekady przekroczyła 200 tys. W Warszawie i Krakowie koncentracja inteligencji była najznaczniejsza; udział osób z wyższym wykształceniem wśród ogółu zatrudnionych w sektorze „uspołecznionym” zbliżał się do 10%. Tu także, podobnie jak w innych dużych ośrodkach, akcje studenckie wywoływały wyraźne echa, przede wszystkim wśród inteligencji, lecz również o charakterze pokoleniowym. Wśród zatrzymanych w marcu i na początku kwietnia 1968 r. uczestników zamieszek ilość robotników była nieco większa niż studentów. Oczywiście, udział w protestach miał różne motywy i z pewnością wielu uczniów szkół zawodowych czy młodych robotników przyłączyło się do nich po prostu i tylko „dla draki” (jak w 1957 r., gdy protestowano na ulicach przeciwko zamknięciu „Po Prostu”). Niewątpliwie odgrywało jednak pewną rolę niezadowolenie ze sklerotycznego charakteru władzy, z autorytarnego stylu „starych”.
W tym kontekście można się zastanawiać, czy słuszność ma Jerzy Eisler, gdy pisze, że polskich czy czechosłowackich ruchów młodzieżowych 1968 r. nic nie łączyło z rewoltami studenckimi na Zachodzie580. Oczywiście, inny był układ odniesienia, zarówno instytucjonalny, jak gospodarczy, zupełnie inny zakres swobody słowa i zrzeszeń – lecz pewne pytania i problemy wydają się jednak zbliżone. Młodzież po obu stronach Żelaznej Kurtyny wzrastała bowiem w epoce, którą Tony Judt nazywa „powojniem”, ukształtowanej w znacznym stopniu przez zbiorowe przeżycia grozy i wyrzeczeń. Nieporównywalność stopnia tych doświadczeń nie musi oznaczać, że nie odciskały się równie silnie na różnych zbiorowościach. Urodzeni po 1945 r. wchodzili w rzeczywistość ukształtowaną przez rodziców i dziadków o zupełnie odmiennym doświadczeniu, pragnących ochronić młodsze pokolenie przed powtórką dramatu. W 1968 r. opuszczał uczelnie pierwszy rocznik urodzony już po wojnie, kształtowany w „małej stabilizacji”. W przeprowadzonej wówczas wśród studentów uczelni warszawskich ankiecie blisko 80% uznało, że ich życie jest łatwiejsze niż rodziców, przede wszystkim pod względem warunków materialnych i możliwości kształcenia. Mniej niż 5% uznało swój los za trudniejszy581. Tworzyło to charakterystyczną barierę doświadczeń i kształtowało nowe aspiracje, zwłaszcza w sferze konsumpcji i kultury, niezbyt zrozumiałe dla starszych, choć znajdujące pewną łączność z inteligenckimi oczekiwaniami wolnościowymi. Wszystko to mogło jednak raczej wywoływać zjawisko „much w słoju”.
Z drugiej strony, czy „muchami” nie byli wśród studentów ci, których władze uznały za inspiratorów i rozprawiły się z nimi, wsadzając do więzień, tam próbując zmiękczać na różne sposoby, a przed sądem natrafiając nierzadko na ich niezłomne zachowania? Uniwersyteckie teczki archiwalne puchną od podań o przywrócenie na studia, formułowanych w zgodzie z kanonem propagandy marcowej. W jakim stopniu to już skutek „wychowywania cyników”, o jakim mówił Manteuffel, lęku czy też autentycznych przemian postaw, trudno rozsądzić. Wydarzenia były wielkim wstrząsem, który wyzwolił z pewnością pokłady konformizmu.
Musiałbym być zaślepionym człowiekiem, by nie docenić szansy stworzonej dla mojego pokolenia przez władzę ludową, by nie rozumieć, jak wielki dług zaciągnąłem wobec społeczeństwa i własnych rodziców. [...] Dlatego właśnie zajmowałem jasne i wyraźne stanowisko potępiające agresję Izraela na kraje arabskie, dlatego nie podpisałem tzw. „protestu” w sprawie Dziadów, dlatego nie uczestniczyłem w ostatnich nielegalnych wiecach i manifestacjach, na co – na życzenie Jego Magnificencji – mogę przedstawić liczne dowody i świadectwa kompetentnych osób.
Na podaniu adnotacja czerwonym długopisem: „Przyjąć”582.
Wskutek przyjęcia chwiejnej postawy w wypadkach marcowych ubiegłego roku brałem udział w strajku i wiecach na Uniwersytecie. Udział ten był całkowicie i wyłącznie bierny. Stanowisko takie opóźniło wykrystalizowanie się właściwej postawy politycznej i prawidłowej oceny zagadnienia
– deklarował student proszący o przyjęcie na IV rok socjologii. Po rozwiązaniu wydziału pracował w Zakładach Transportowych Budownictwa Warszawa, był tam stażystą – badał fluktuację załogi. Przedłożył pozytywną opinię z miejsca pracy. Decyzją rektora i ministra przywrócony został na studia583. Były student Wydziału Ekonomii Politycznej, który spędził wiele miesięcy na budowie kopalni siarki Grzybów jako ekonomista, podkreślał w podaniu, że „blisko roczny bezpośredni kontakt ze środowiskiem robotniczym i produkcyjnym pozwolił mi głęboko przeanalizować moje miejsce i obowiązki w społeczeństwie”584. Były też pisma, których autorzy bezpośrednio odwoływali się do ówczesnej kampanii antysemickiej i nacjonalistycznej. „Rekapitulując, zapewniam Obywatela Redaktora, że będąc rdzennym Polakiem bez żadnej przymieszki obcej krwi, pragnę uczyć się nie tylko dla swojego pożytku, ale także dla spożytkowania wiedzy dla mojej Ojczyzny, tak zresztą, jak rozumieli to i robili moi przodkowie” – pisał wydalony student Matematyki-Fizyki585. „Nie ma również nic wspólnego ze Syonizmem, ponieważ jesteśmy rodziną czysto polską i nigdy nie stykaliśmy się z Żydami” – przekonywała rektora matka innego ubiegającego się o ponowne przyjęcie586.
* * *
Zarządzeniem ministerstwa szkolnictwa wyższego z 27 VI 1968 r. nastąpiła reorganizacja wewnętrzna Uniwersytetu. Uderzono w wydziały, które w okresie stalinizmu stanowić miały kuźnię kadr naukowych, a okazały się rozsadnikami niepokornych. Powołano Wydział Nauk Społecznych, mieszczący w sobie dotychczasowe wydziały Filozoficzny i Ekonomii Politycznej obok instytutów Nauk Politycznych i Dziennikarstwa, traktowanych jako przeciwwaga dla niepewnych politycznie środowisk socjologów i filozofów. Środowiska te zostały zresztą zdecymowane, a promocji doznali naukowcy, którzy pomyślnie zdali egzamin z partyjnej lojalności w Marcu. Zyskali oni przewagę w strukturze całego WNS. Dziekanem był wprawdzie Szaniawski, reprezentujący tradycję uniwersytecką, ale jednym z jego zastępców został szef organizacji partyjnej UW w Marcu Andrzej Jezierski, który nie dał się poznać jako obrońca społeczności przed represjami. Drugim zaś zastępcą – wynagrodzony za udział w „kampanii antysyjonistycznej” etatem na uczelni i kierownictwem Instytutu Dziennikarstwa – Kazimierz Kąkol.
Trudno zarazem ocenić, że Marzec miał porównywalny wpływ na działanie różnych jednostek i środowisk naukowych Uniwersytetu. Jedne naznaczył na dziesiątki lat, inne skonsolidował wobec zagrożenia. Uczelnia, która rozrosła się znacznie w ciągu poprzednich dwóch dekad, stanowiła przecież archipelag wydziałów i katedr, które często niewiele o sobie wiedziały i bardzo różniły się od siebie, zarówno w specyfice pracy, jak w układach personalnych. Z tego ostatniego powodu także wpływy władz zewnętrznych i administracji miały rozmaity zasięg. Dlatego wspomnienia z Marca, jak i innych kluczowych momentów w historii UW, często nie przystają do siebie, jak gdyby relacjonujący pracowali lub studiowali na zupełnie różnych uniwersytetach. Ogólnie biorąc, od schyłku lat 60. uczelnia żyła jednak pod wpływem trwałego doświadczenia Marca i trwałego (niezależnie od przełomu politycznego 1970 r.), „pomarcowego” układu sił na poziomie rektoratu.