Rektor Uniwersytetu Warszawskiego prof. dr Zygmunt Rybicki zakłada purpurową togę z aksamitu z pelerynką z gronostajów. Gronostajem obszyte są także rękawy i poły togi. Purpurowy biret. Tego samego koloru rękawiczki. Na szyi łańcuch ze srebrnych ogniw zdobionych pośrodku zielonymi agatami. Złoty pierścień z wyrytym w krwawniku orłem uniwersyteckim na prawej dłoni. Berło – srebrne, sześciokątna głowa zdobiona kamieniami osadzona na długim trzonie587.

Przywrócenie tradycyjnego decorum uroczystości rozpoczęcia roku akademickiego było jesienią 1956 r. manifestacją autonomii Uniwersytetu. Dziesięć lat później, gdy nadzieje i złudzenia Października należały do przeszłości, przedstawiciele Izby Rzemieślniczej wręczyli rektorowi Turskiemu nowe insygnia, wykonane jako sztuka mistrzowska przez warszawską spółdzielnię rękodzielniczą588. Rozporządzenie rządu z 1966 r. określało zaś sposób, w jaki odbywać się miały promocje doktorskie: z orszakiem, w togach i biretach, z palcami kładzionymi na berle. Togi, berło, łacińskie inskrypcje były powrotem tradycji, symbolicznym nawiązaniem do zachodniego rodowodu polskich uniwersytetów. Jednak, jak często w świecie symboli, nabrać mogły przewrotnego znaczenia, przesłaniać istotę rzeczy. Rok akademicki 1967/1968 był pierwszym na UW, który odmierzany był dźwiękiem kuranta, wygrywającego Gaudeamus na zegarze biblioteki589. Był to kolejny symbol tradycji uniwersyteckiej, żyjącej w murach przy Krakowskim Przedmieściu. Gdy w tymże roku została ona najbrutalniej zdeptana, Gaudeamus wciąż brzmiało. Jesienią 1968 r. Karol Estreicher notował w Krakowie: „W stalinowskich czasach tóg używać nie wolno było, obecnie należy. Wszyscy przypinają do tóg ordery, wstęgi, odznaki”590.

11. Rektor Stanisław Turski przyjmuje wiceprezydenta USA Richarda Nixona – Nixon ogląda berło rektorskie, sierpień 1959 r.

Nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym z grudnia 1968 r. odebrała uczelniom tę formalną autonomię, jaką dotąd posiadały. Zniesiono wybieralność władz akademickich. Rektorzy stawali się znów nominatami ministerstwa, czyli władz politycznych. Mogli nimi zostawać pracownicy bez habilitacji. Minister zyskał także inne uprawnienia, przypominające te z lat stalinizmu. Mógł wpisywać na listy studentów osoby bez matury. Mianował dyrektorów administracyjnych. Przekształcał struktury uczelni. Mógł przenosić pracowników między jednostkami bez ich zgody. Kwalifikacje moralne i ideowe stały się pierwszą przesłanką dla zatrudnienia nauczyciela akademickiego. Ułatwiono awans na docenta bez habilitacji, a nawet bez doktoratu. Minister (lub rektor) mógł relegować studenta bez żadnego postępowania. Przedstawicieli organizacji politycznych uczyniono pełnoprawnymi członkami ciał kolegialnych591.

Ustawa była ramą formalną dla praktyk, które od wielu miesięcy określały rzeczywistość Uniwersytetu. Minister usunął był przecież ze studiów szereg osób, depcząc zasady postępowań dyscyplinarnych. Rozwiązano wydziały, na których dochodziło do najaktywniejszych protestów. Wyrzucano z pracy naukowców. W roku 1968/1969 rozszerzono na wszystkie kierunki studiów „peenpe” (PNP – Podstawy Nauk Politycznych), przedmiot funkcjonujący od połowy lat 60. Student przyswoić sobie musiał zwykle 60 godzin czegoś, co miało być wykładem, ale z braku odpowiednich kadr przybierało nierzadko charakter „prasówki”. Do powszechnie obowiązujących przedmiotów „ideologicznych” należały też ekonomia polityczna i filozofia (120 godzin), których obsada była zresztą równie trudna, co nie przyczyniało się do utrwalenia prestiżu zajęć592. Uruchomiono mechanizm rywalizacji personalnych i awansów, które miały zwiększyć konformizm środowisk uniwersyteckich i dyspozycyjność władz uczelni. Czytelnym znakiem tej polityki było mianowanie rektorem w 1969 r. człowieka, który był „znany z nadzwyczajnej gorliwości w spełnianiu życzeń partii i bezpieki”593. Atmosfera na UW nie przypominała w tym czasie choćby tej panującej około 1966 r., gdy zarówno elity naukowe, jak studenckie miały poczucie pewnej autonomii, „bycia u siebie”, pozwalającego na względną śmiałość wystąpień. Pod koniec dekady w życiu uczelni objawiały się dwie zasadnicze tendencje: pragnienie przetrwania złych czasów i ochrony, ile się da, z potencjału naukowego UW, oraz pragnienie wybicia się dzięki nowym możliwościom awansu zawodowego i oparciu w zewnętrznym aparacie władzy. Tendencje te wpływały na podziały w środowiskach uczelnianych, które objawiły się z nową siłą w drugiej połowie lat 70. Skutki pacyfikacji UW w 1968 r. odbijały się znacznie dłużej na funkcjonowaniu poszczególnych wydziałów, ich potencjale intelektualnym, niewątpliwie także – choć to trudno wymierne – na efektach kształcenia. Był to przecież uniwersytet bez Baumana, Brusa, Hirszowicz, Kołakowskiego, Kotta, Morawskiego. Mimo rozwoju kadry i przemian pokoleniowych były to stale puste miejsca.

Gdy broniłam doktoratu późną jesienią roku 1969 – wspomina Ewa Bieńkowska – ten uniwersytet nie był moim uniwersytetem. [...] Lampka wina w kawiarni uniwersyteckiej, przyjęcie w domu dla przyjaciół i po wszystkim. Trzeba było czasu, bym bez uczucia niewygody stwierdzała: „ukończyłam Uniwersytet Warszawski”594.

„My w UW takich nie potrzebujemy”

„Marcowe” zwolnienia trwały miesiącami i latami. Grupy młodszych z reguły pracowników, asystentów i adiunktów pozbyto się, nie przedłużając umów, szukając pretekstów dyscyplinarnych, albo też przesuwając do nowo powstałej Filii UW w Białymstoku (co stawało się praktyką w stosunku do osób sprawiających kłopoty). Warianty postępowania były rozmaite, ale wiązało je kilka zjawisk: 1) postawa rektora, który reprezentował w tych wypadkach interesy aparatu władzy; 2) niejasne, zakulisowe poczynania w samym środowisku, odbierane jako podgryzanie osób politycznie niepewnych; 3) objawy solidarności i interwencje na rzecz zagrożonych zwolnieniem, wpisujące się zresztą w schemat niejawnego, gabinetowego załatwiania spraw na uczelni. Wszystko to współtworzyło zatrutą atmosferę na Uniwersytecie, pozbawionym forum otwartego wyrażania opinii. Nie musiało się to przekładać na sytuację w poszczególnych jednostkach, kierowanych przecież często przez osoby obdarzone autorytetem i potrafiące stworzyć nisze, w których życie akademickie układało się na zasadach koleżeństwa i zaufania. Jednak pion uczelnianej władzy, skupionej w kolegium rektorskim i komitecie PZPR, które sterowały administracją centralną i dziekanatami, był raczej odwzorowaniem praktyk systemu PRL-owskiego niż europejskich tradycji akademickich.

Oto latem 1968 r. adiunktowi filologii polskiej bez żadnych wyjaśnień nie przedłużono umowy o pracę. Adiunkt „zapisał się” na rozmowę z prorektorem. Rybicki nie krył, że chodzi o sprawy polityczne, jednak niezbyt jasne – mowa była o jakichś „intrygach” zainteresowanego. Ten stanowczo przeczył, prorektor zapowiedział więc konsultację z Wydziałem Nauki KC PZPR. Tam żadnych zarzutów nie potwierdzono. W tym czasie dziekan polonistyki proponował w liście do prorektora przedłużenie umowy adiunktowi, ale zaznaczał chwiejność jego postawy politycznej. Jemu samemu powiedział: „Kłopoty twoje zawdzięczasz swym kolegom, nowo mianowanym docentom”. Dawał zarazem do zrozumienia, że sprawa zakończy się pozytywnie. Gdy jednak u progu semestru zimowego adiunkt zjawił się w swej katedrze, dowiedział się od sekretarki, że już nie pracuje. Nie nastąpiło żadne wyjaśnienie. Przez następne trzy lata nie mógł znaleźć stałego zatrudnienia, wykonując tylko prace dorywcze. Dopiero w 1971 r. udało mu się zatrudnić w PAN. Cała sprawa, w formie, w jakiej opisał ją po dekadzie bohater zdarzeń, wydaje się charakterystyczna dla klimatu niejasności i niepewności, panującego na „pomarcowej” uczelni595.

Pani adiunkt z Wydziału Ekonomii Politycznej znalazła się na nieformalnej czarnej liście zapewne wtedy, gdy złożyła legitymację PZPR pod wpływem zajść marcowych. Została wówczas pozbawiona funkcji opiekuna roku, lecz nie było mowy o wypowiedzeniu. Wydział został jednak rozwiązany, a pracownicy utrzymywani byli w niepewności. Do zainteresowanej dotarły słowa rektora, wedle którego „my w UW takich nie potrzebujemy”. Przez kilka miesięcy nie mogła znaleźć żadnej pracy, ale w tym czasie kilka osób, w tym istotni działacze partyjni UW, starało się wpłynąć na rektora – skutecznie o tyle, że umowę przedłużono, lecz w Filii białostockiej UW.

Zwolnienia polityczne nie musiały mieć w tym okresie „marcowego” kontekstu, ale były w każdym wypadku miernikiem spolegliwości władz uczelnianych wobec (ustnych często) dyspozycji centrum władzy. Oto pewien adiunkt z Wydziału Filologii Polskiej i Słowiańskiej pełnił funkcję dyrektora polskiej placówki kulturalnej w NRD. Został z nagła odwołany wskutek donosu stypendystki z ZSRR, która poinformowała ambasadę o niewłaściwych treściach jednego z jego wykładów (chodziło „najprawdopodobniej o pewne sformułowania dotyczące wzorów osobowych w literaturze radzieckiej” i „zróżnicowania pojęcia socjalizmu w dobie obecnej”). Po powrocie do Warszawy zwolniony dyrektor dowiedział się od dziekana swego wydziału, że także na Uniwersytecie nie ma dla niego miejsca. Latem 1970 r. nie przedłużono mu zatrudnienia. Przez ponad rok zarabiał jako taksówkarz.

Los zwalnianych pracowników UW nie był porównywalny z ponurymi doświadczeniami czeskich i słowackich inteligentów ery „normalizacji”, niemniej był dotkliwy. Trzydziestolatkowie z dziećmi na utrzymaniu znajdowali się w próżni, opatrzeni nieformalnym wilczym biletem, zamykającym drzwi wszelkich instytucji. Sytuacja uległa poprawie w 1971 r., gdy zmieniły się odgórne „nastawienia” i przyjmować zaczęły „marcowych” bezrobotnych instytuty PAN, wydawnictwa czy archiwa, jednak często na stanowiska niezgodne z ich kwalifikacjami. W dokumentach PZPR pozostały ślady interwencji z lat 70. w podobnych sprawach i rozstrzygnięć kierownictwa Wydziału Nauki KC596.

Miejscem pracy dla wielu z tych, których władze UW nie chciały widzieć na miejscu, stała się wspomniana Filia w Białymstoku, utworzona latem 1968 r. Jej powstanie związane było z ówczesną „deglomeracją” Warszawy, czyli pewnym rozproszeniem skupionych w niej funkcji na rzecz regionów słabiej rozwiniętych, lecz przede wszystkim z polityką ministerialną, polegającą na tworzeniu Wyższych Szkół Nauczycielskich (WSN), powiązanych organizacyjnie z uniwersytetami597. Polityka ministerstwa dość szybko się zresztą zmieniła, już w 1969 r. powołano kilka samodzielnych WSN-ów i odtąd stawiano pod znakiem zapytania także powiązanie szkoły białostockiej z UW. Ten znak zapytania utrzymywać się będzie przez ćwierćwiecze.

Filia UW pomyślana była także jako rezerwuar etatów dla młodej kadry uniwersyteckiej, dla której nie było miejsca w Warszawie598. Nabrało to swoistego znaczenia. W 1974 r. pracę w Filii otrzymał historyk Stefan Meller, który od czasów „marcowych” nie miał szans na wartościowe zatrudnienie w stolicy. Ucieszył się z tej możliwości, ponieważ słyszał, „że tam zjeżdża się fajne towarzystwo”. Byli to w dużej części „ludzie po przejściach”, tworzący coś, co Meller określił po latach jako „potężny ośrodek intelektualnej opozycji”. Podkreślał też satysfakcję, jaką dawało współtworzenie od podstaw poważnej placówki, ściągającej niemało ambitnej młodzieży z regionu. Jak dla wielu, praca w Białymstoku wiązała się dla Mellera z koniecznością ciągłych dojazdów z Warszawy, umilonych jednak przez naukowe „klany towarzyskie”, grające w pociągach w karty i w szachy, a także przez „bardzo malownicze” aspekty lokalnego życia. Podróżni wyciągali jajka na twardo, częstowali nalewkami, wciągali w rozmowy o sytuacji w kraju599. Meller opisywał te doświadczenia jako wartościowy skutek politycznej banicji, jakiej podlegał w Warszawie; jako zbliżenie do polskich realiów ułatwione przez praktyki reżimu.

12. Inauguracja roku akademickiego 1977/1978 w filii UW w Białymstoku

Zbliżenie do realiów

Dość ciekawa i zróżnicowana była reakcja przechodniów na nasz widok; jedni użalali się nad nami mówiąc, nie męczcie się, byle tylko było zaliczenie, inni dodawali, że [...] doszliśmy do tego, że studenci muszą iść do łopaty jak u Mao Tse-Tunga. [...] W większości jednak podchodzono do nas życzliwie, pytano, jak tam praca, jak studia. Taka dyskusja dodawała ochoty. Utkwił mi w pamięci jeden incydent: podczas kopania rowu podszedł do mnie jakiś mężczyzna i powiedział: „Te synek, co tak galopujesz z tą łopatą, biednym dałbyś zarobić, a nie sam łapał forsę”. Nie odezwałem się, ale przez dłuższą chwilę czułem się, jakbym zrobił coś złego600.

W uchwałach piątego zjazdu PZPR, który odbył się latem 1968 r., znalazł się zapis o „uczestnictwie w pracy fizycznej” jako warunku prawidłowego wychowania młodzieży studenckiej. Była to reakcja na bunt Marca, choć nie całkiem zgodna z propagowanym wówczas hasłem „Studenci do nauki!”. Mieli oni bowiem uczestniczyć w praktykach robotniczych, które stały się – mocą zarządzenia ministra z marca 1969 r. – częścią programu studiów i wymagały zaliczenia jak inne przedmioty. Poświęcić musieli na nie łącznie co najmniej osiem tygodni. W zarządzeniu pisano o zbliżeniu studentów do realiów życia, wkładzie w rozwój gospodarczy kraju i przygotowaniu do własnej pracy zawodowej. W ślad za decyzjami administracyjnymi odbyła się kampania prasowa. Praca w charakterze robotnika niewykwalifikowanego miała nauczyć dyscypliny, empatii i odpowiedzialności601.

Tak zrodziły się „espeery”, czyli Studenckie Praktyki Robotnicze (SPR). W pierwszym cyklu, latem 1969 r., wzięło w nich udział w skali kraju 47 tys. studentów, zaszeregowanych w hufcach. To zbiorowe doświadczenie badali socjologowie z Międzyuczelnianego Zakładu Badań nad Szkolnictwem Wyższym.

Do najczęściej powtarzających się zajęć należały: w rolnictwie – pomoc przy zbieraniu zboża z pola, pielenie chwastów, selekcja warzyw, zbieranie ziół; w leśnictwie – korowanie drzew, pielenie szkółek, zbieranie runa leśnego; w przemyśle spożywczym – selekcja owoców i ich czyszczenie, mycie owoców i warzyw, mycie naczyń, napełnianie słoików, pasteryzowanie słoików z wyrobami owocowymi; w budownictwie i innych gałęziach gospodarki – kopanie rowów, wykopy pod instalacje, oczyszczanie placów ze złomu, układanie drogi, betonowanie, zwożenie i układanie surowych cegieł, składanie prefabrykatów, malowanie przeciwkorozyjne czy sprzątanie po malarzach.

Studenci zapoznawali się głównie z takimi narzędziami pracy jak widły, łopata, motyka czy kilof. W rzadkich przypadkach stawiano ich przy prasie do produkcji cegieł, automacie do zszywania kartonów czy sadzano na traktorze. Prace były na ogół monotonne, ale zdarzały się także bardzo ciężkie. Studentom kazano dźwigać ogromne worki czy pchać ciężkie wózki. Większość nie wiedziała zresztą, co ich czeka, a następnie wyrażała „rozczarowanie i rozgoryczenie”, podobnie jak dyrekcje niektórych przedsiębiorstw, które nie miały żadnego pożytku z przydzielonych ludzi. Inne jeszcze problemy wiązały się z działaniem samych hufców. Ich kadrą zostać mieli pracownicy naukowi. Ci na ogół nie palili się do nowych obowiązków, w różny sposób się od nich uwalniali i komendantami hufców zostawali studenci starszych lat. W sierpniu 1969 r. na przebadanych przez socjologów 68 obozów tylko 34 miały pełną obsadę (opiekuna i komendanta). W połowie kierownictwo było jednoosobowe („w dwóch hufcach funkcję komendanta pełniły osoby wybierane przez studentów, gdyż wyznaczeni przez uczelnię nie przybyli”). Komendantami byli z reguły mężczyźni, także w hufcach żeńskich: „Mieli więc zupełnie dodatkowe kłopoty, związane z przestrzeganiem dyscypliny i utrzymywaniem odpowiedniej atmosfery na obozie”. Wynikało to niewątpliwie z niechętnego nastawienia części uczestników wobec praktyk, które zabierały wakacje. Ci z rodzin wiejskich sądzili zaś, że „espeery” winny obowiązywać tylko ich kolegów z miasta. Ogółem jednej czwartej studentów, objętych obowiązkiem praktyk, udało się od nich w różny sposób wymigać602. Z drugiej strony, o czym socjologiczne materiały i protokoły wizytacji mówią najmniej, praktyki były przygodą, a zgrupowani umieli sobie radzić z monotonią pracy, nawiązując relacje towarzyskie i emocjonalne, bawiąc się (nierzadko w lokalnych knajpach czy na organizowanych potańcówkach) i zdobywając rozmaite, nie zawsze zgodne z intencjami organizatorów akcji, doświadczenia.

Udział w praktykach miał bowiem znaczenie formacyjne. Jedna trzecia uczestników, którzy nigdy nie pracowali fizycznie, deklarowała, że praktyka zbliżyła ich do „poznania klasy robotniczej lub chłopstwa”603. Wśród elementów owego poznania trzy miały wymiar szczególny. Oto studenci przekonywali się o stereotypach, jakie wśród pracowników fizycznych dotyczą inteligencji. Uczestnik praktyk 1970 r. w warszawskim Przedsiębiorstwie Instalacji Elektrycznych słuchał robotników, którzy rozzłoszczeni trudnościami w pracy narzekali na tych, którzy „narozrabiali w marcu”604. Drugim elementem były właśnie owe trudności: wady organizacji, marnotrawstwo, fatalne warunki higieniczne, braki narzędzi, materiałów, transportu, przekreślające sens wysiłku robotniczego. Trzecim, będącym w dużym stopniu pochodną poprzedniego, było morale załóg – temat najbardziej chyba dojmujący dla części praktykantów. Doświadczenie pracy na budowie rozwiewało złudzenia: „Można tam poznać smak angielskiej soboty i szewskiego poniedziałku, dni bez majstrów, robotników i kierowców”.

Praktyki wprowadzają w czyn powiedzenie „czy się stoi, czy się leży, tysiąc złotych się należy”, a więc kompletne dno. Robotnicy obijali się, czy więc my mamy robić inaczej? Zresztą robota była bezsensowna, np. posprzątałam jedno piętro, a w następnym dniu przyszli robotnicy poprawić usterki i od nowa trzeba było iść sprzątać. Tak więc chodziłyśmy z piętra na piętro i po pięć razy sprzątałyśmy te same pomieszczenia. [...] Organizacja i bezpieczeństwo pracy były bardzo złe. Nieraz musiałyśmy czekać, ażeby dostać proszek do prania, nieraz trzeba było czekać pół dnia, ażeby otrzymać kwas (myłyśmy posadzki kwasem). Brak było na początku rękawic gumowych, nie miałyśmy butów ochronnych, tylko kuse fartuchy.

Socjologowie odnotowali też następujące wrażenia: „Poznajemy [robotnice] od najgorszej strony i to w pełni”. „Mam o tym wszystkim najgorszą opinię. Przy okazji nauczyłem się nowego języka – «łaciny»”. „Nigdy nie byłem w takim środowisku. Pracują, gdy wiedzą, że można na tym zarobić, gdy jednak stawka jest niska, starają się jak najmniej pracować”. „Można poznać sposób bycia ludu, wyrażania się, metody okradania Ludowej Ojczyzny przez klasę robotniczą”605.

Praktyki bywały więc szkołą życia. Studenci prawa UW, pracujący w leśnictwie Regity pod Poznaniem, mieli, na 42 osoby obojga płci, 3 miski do mycia się i 2 wiadra do noszenia wody z odległej studni. Do rąk dostali siekiery i tępe maczety, którymi karczowali las. Atmosfera w hufcu była zła. Komendantowi – donosił wizytator z uczelni – brakowało „autorytetu, taktu, kultury osobistej oraz zdolności do organizowania praktycznego życia”. Było to zapewne obiektywnie trudne, zważywszy na warunki. W wyniku interwencji obiecano zwiększenie ilości misek i wiader oraz znalezienie ostrych maczet. Studenci pracujący w Dwikozach pod Sandomierzem mieli niezłe kwatery, lecz wykonywali ciężkie prace, którym nie zawsze byli w stanie sprostać, co odbijało się na dniówkach. Pracująca w skwarze lub na deszczu grupa naprawiała drewniane skrzynie. W tejże miejscowości hufiec żeński pracował w Zakładach Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego. Studentki ulokowano w kilkunastoosobowych salach, przydzielając po jednej miednicy do mycia na salę. Pracowały na dwie zmiany, wykonując czynności bardzo monotonne, przy taśmie, jak prześwietlanie butelek z winem dla sprawdzenia ich czystości. Budujący drogę wokół powstającej bazy PKS w Sandomierzu zmagali się natomiast z jedyną zdezelowaną betoniarką, która psuła się codziennie. W czasie jej przestojów nudzili się na zalanym słońcem pustkowiu, pozbawieni „napojów chłodzących”. Kierownik budowy uważał jednak, że rozprzężeniu winni są sami studenci, niewykazujący zapału do pracy. Z kolei na budowie fabryki płyt pilśniowych w Karlinie studenci stanowić mieli, jak oceniał wizytator, grupę aktywną, „która ciągle domagała się pracy, ostro krytykowała braki organizacyjne i dostrzeżone przejawy marnotrawstwa”, przy czym jej stosunki z robotnikami „układały się jak najlepiej, o czym może świadczyć ich udział w imprezach sportowo-rozrywkowych, organizowanych przez hufiec”. Studenci mogli się przekonać, jak wyglądają realia przedsiębiorstwa: rwący się front robót, braki urządzeń, trzydniowe oczekiwania na dostawy elementarnych materiałów (piasku i trylinki), dowiedzieli się, co to „angielska sobota” i „szewski poniedziałek”606. Wielu uczestników „espeerów” rzeczywiście zbliżyło się do życia i poznało codzienność klasy robotniczej schyłku rządów Gomułki. „Nigdy nie podejrzewaliśmy – pisał jeden z nich – że są u nas takie zakłady i takie warunki w nich panują, że ludzie muszą się tak męczyć, aby zarobić na swoje utrzymanie”607.

Doza optymizmu

Koniec lat 60. był nie tylko okresem głębokiego kryzysu moralnego, lecz i gospodarczego PRL. Napięcia materialne odczuwane były w gospodarstwach domowych, fabrykach, usługach publicznych i na uczelniach. Bunt robotniczy grudnia 1970 r. spowodował przełom polityczny i korektę projektu rozwojowego. Pojawiła się doza optymizmu, podtrzymywana przez kilka lat w atmosferze widocznej poprawy materialnej.

W 1971 r. sprawą „warszawskiego ośrodka szkolnictwa wyższego i nauki” zajmowano się na poziomie rządowym. Premier powołał komisję, mającą przygotować program rozwoju stołecznych uczelni i instytutów do 1975 r. Na jej czele stanął wicepremier Wincenty Kraśko, a w składzie znaleźli się rektorzy szkół wyższych608. W tym samym czasie powołano na UW komisję dla przygotowania programu rozwoju Uniwersytetu do 1980 r., złożoną z prorektorów ostatnich kadencji. Nastroje na zebraniu 10 XII 1971 r. oddaje brudnopis protokołu, w którym pojawiają się stwierdzenia o „złym stanie rzeczy” i braku „ludzkich warunków pracy” (Witold Czachórski), o „rozpaczliwej” sytuacji (Teodor Kopcewicz), obawy przed „zwycięstwem nauk technicznych” w rywalizacji o środki, ale i nadzieje pokładane w programie VI Zjazdu PZPR609. Z zebranych wówczas dezyderatów poszczególnych jednostek wyzierają podstawowe oczekiwania środowisk uniwersyteckich. Podzielić je można w zasadzie na dwie grupy. Pierwszą były sprawy finansowania, wyposażenia i sytuacji lokalowej. Tylko dyrektor Instytutu Filozofii deklarował, że dotychczasowe środki materialne są wystarczające. Inni pisali o braku miejsca, kadr i urządzeń. Dziekan Chemii uważał, że konieczne są w nadchodzącym dziesięcioleciu nakłady rzędu miliona dolarów na rozwój wydziału. Prawo i Administracja sugerowało, że porzucić należy widoczną „od szeregu lat” praktykę zaspokajania przede wszystkim potrzeb nauk eksperymentalnych610. Druga grupa problemów, stawianych w pismach wydziałów dość stanowczo, odnosiła się do zewnętrznych kontaktów Uniwersytetu, czyli jego izolacji od nauki światowej. Prawnicy podkreślali konieczność „popierania wyjazdów za granicę”, filologowie obcy domagali się uznania za zasadę długich staży zagranicznych, filologowie klasyczni zwracali uwagę na konieczność „troski” o uczestnictwo w zagranicznych imprezach naukowych, fizycy oczekiwali „jak najściślejszych kontaktów z fizyką światową”, opisując bieżącą sytuację jako „niezwykle dokuczliwą”. Instytut Socjologii natomiast postulował nawiązanie stałej współpracy z zagranicznym odpowiednikiem (ale spośród uczelni krajów socjalistycznych)611.

Dokumentacja komisji uczelnianej obrazowała rzeczywiście „rozpaczliwy” w wielu dziedzinach stan rzeczy. Pod koniec lat 60. UW otrzymywał budżet pokrywający 17% deklarowanych potrzeb, zaś przydział dewiz nie przekraczał 3% potrzeb (co odbijało się na kontaktach ze światem boleśniej niż ograniczenia polityczne). Opracowane przez teoretyków wskaźniki zagęszczenia w budynkach uczelnianych nie miały nic wspólnego z rzeczywistością UW. Oto uznawano, że na wydziałach eksperymentalnych „powierzchnia dydaktyczno-naukowa oraz laboratoryjna na jednego studenta i pracownika naukowego” wynosić powinna 18 m2, a na humanistycznych 9 m2. Tymczasem wskaźnik ten wynosił w 1970 r. na Wydziale Fizyki 1,15 m2, na Wydziale Biologii 4,85 m2, na Wydziale Prawa 1,9 m2, zaś średnia na UW 4,5 m2. Nawet jeśli postulowane wskaźniki były nieosiągalne w polskich warunkach, te realne uznawano za dowód ogromnego zaniedbania. Oceniano zarazem, że niespełna 30% budynków UW, przede wszystkim te zbudowane po wojnie, odpowiada funkcjom. Około 40% gmachów miało charakter zabytkowy i znajdowało się w większości w bardzo złym stanie, podobnie jak budynki pozyskane w latach 60. od różnych instytucji. Wbrew planom konsolidacji, rozwijanym od epoki międzywojennej, siedziby uniwersyteckie były coraz bardziej rozproszone612. Jedna z najnowszych lokalizacji, część Wydziału Biologii przy ul. Smyczkowej na południowym skraju miasta, odległa była od innych pomieszczeń Biologii (na Ochocie) o 9 km, a od rektoratu o 18 km w linii prostej613. Tymczasem do głównych postulatów kadry naukowej należało skupianie zabudowy.

Zatwierdzone przez rząd w 1971 r. limity inwestycyjne dla UW zdawały się rysować pomyślniejszą perspektywę, czyli rozpoczęcie inwestycji od lat spadających z planów. W pierwszej połowie dekady rozrosnąć się miało skupisko nauk ścisłych na Polu Mokotowskim i powstać miał dom studencki na Powiślu. Uczelnia liczyła na dopisanie do planu drugiego akademika (mieściłyby razem 1200 studentów) i dużej stołówki, co by pozwoliło pozbyć się DS-ów przy ul. Kickiego (których funkcjonowanie uznawano już za „niemożliwe”), a także na rozbudowę filologii przy ul. Browarnej i wzniesienie plombowego budynku przy ul. Karowej dla Wydziału Nauk Społecznych. Przymierzano się także do kosztownej i trudnej budowy cyklotronu. W drugiej połowie lat 70. powstać miała wreszcie nowa Biblioteka UW (wciąż zakładano, że przy ul. Niecałej)614. W najczarniejszych wizjach elit uczelnianych nie mieściło się wyobrażenie, że niemal żadne z tych zamierzeń nie zostanie zrealizowane w ciągu następnego ćwierćwiecza615.

* * *

Uniwersytet przeżywał w pierwszej połowie lat 70. szybki przyrost kadr i studentów. Zatrudnienie zwiększyło się o połowę, w tym nauczycieli akademickich o 38%, naukowo-technicznych o 69%, bibliotecznych o 47%. W 1975 r. UW skupiał niemal jedną czwartą polskich nauczycieli akademickich i około 40% profesorów zwyczajnych. Zatrudniał 726 adiunktów, 279 docentów i 219 profesorów. Warto odnotować, że 82 adiunktów urodziło się w 1945 r. i później, najmłodszy w 1950 r., był zatem rówieśnikiem asystenta Kruszewskiego z Barw ochronnych Zanussiego (1976), który – jak podkreśla jego mentor-przeciwnik, cyniczny docent Szelestowski – nie ma pojęcia o zaszłościach stalinizmu. Pięciu najmłodszych profesorów urodziło się po 1935 r., natomiast 40 osób z tego grona (i 9 docentów) przed 1910 r. Spotykali się zatem w społeczności pracowniczej ludzie, którzy wykształcili się i rozpoczęli pracę w II Rzeczypospolitej, z takimi, którzy maturę zdali w okresie małej stabilizacji. Tworzyło to nadzwyczajną rozpiętość doświadczeń i aspiracji. Uczelnia skupiała 18% studentów PRL. Planowaną ilość przyjętych znacznie przekraczano. W 1975 r. zamiast planowanych 4,7 tys. przyjęto na pierwszy rok 6,7 tys. ludzi – cały uniwersytet lat 50.! Znaczna część przyjętych należała do rocznika 1956. Pewna studentka historii urodziła się w Warszawie w dniu wielkiego wiecu na Placu Defilad, 24 X 1956 r.616

W nowym projekcie rozwojowym PRL, który współtworzyli naukowcy spoza politycznego establishmentu, przywiązywano znaczenie do zmiany modelu awansu społecznego. Dążono do ustanowienia pewnej merytokracji, oczywiście odpowiadającej założeniom systemu, o którego reformie nie było mowy. W uchwałach VI Zjazdu PZPR znalazły się, obok typowego passusu na temat konieczności zwiększenia procentu młodzieży robotniczej i chłopskiej na uczelniach617, zapowiedzi promowania „najzdolniejszych ze wszystkich środowisk”. W ślad za tym szły rozporządzenia z lat 1972–1973, dotyczące typowania przez szkoły prymusów i kierowania ich do najbliższych uczelni bez egzaminów wstępnych. Prymusami byliby ci, którzy – prócz bardzo dobrych wyników – prezentowali „właściwą postawę ideową i moralną” i byli „aktywni społecznie”. Gdyby zdarzyło się tak, że o miejsca ubiegałoby się wielu kandydatów, pierwszeństwo mieliby ci z rodzin robotniczych i chłopskich. Wydaje się jednak, że tak się nie zdarzało. Projekt napotkał na trudności, przede wszystkim w samych szkołach (w 1972 r. mniej niż połowa wytypowała prymusów), a dyrektorzy twierdzili, że rady pedagogiczne nie znajdowały kandydatów. Można się domyślić, że nieskuteczność akcji wynikała z rozmaitych konfliktów i nacisków. Zapewne z tego wynikało także promowanie pewnej ilości uczniów o średnich ocen poniżej dobrej (w 1972 r. 3,1%). Selekcja społeczna prymusów była rzeczywiście bardziej „demokratyczna” niż przyjęcia na studia (więcej młodzieży robotniczej i chłopskiej)618. W odczuciu społecznym pozostawała jednak bardzo niedemokratyczna, gdyż „właściwa postawa ideowa” okazywała się nader często głównym przymiotem domniemanych prymusów. Dlatego zniesienie tych rozporządzeń będzie jednym z żądań studenckich w epoce „Solidarności”, podobnie jak likwidacja tzw. puli rektorskiej.

Rektorzy uczelni posiadali prawo przyjmowania własną decyzją pewnej puli kandydatów. Pule powstawały w gąszczu interesów i prywatnych interwencji, wśród których popychano różne osoby, odwołując się zwykle do zasług osobistych rodziców. Do rektoratu UW i Wydziału Nauki KC PZPR płynęły listy, w których członkowie partii podawali numery legitymacji i obrazowali swą ofiarną pracę dla kraju. Profesorowie pisali do rektora w imieniu znajomych, którzy pozostawali „na odpowiedzialnych odcinkach pracy” i dawali powody do „pełnego zaufania politycznego”, co miało uzasadniać włączenie ich dzieci do puli. Zastępca prokuratora generalnego zwracał się do Rybickiego, aby przyjął córkę wysokiego urzędnika, oddanego pracownika prokuratury wojskowej w pierwszej połowie lat 50. Stary komunista pisał do „Towarzysza Jaremy” (Maciszewskiego, zastępcy szefa Wydziału Nauki), że bardzo mu zależy, by córka znajomych komunistów, wywodzących się z „robociarzy warszawskich”, została przyjęta na romanistykę619. Zbadanie dróg tego rodzaju interwencji i ich skuteczności mogłoby się stać tematem ciekawego projektu badawczego z historii społecznej PRL. Tu skomentować wypadnie, że masa interwencji była niewątpliwie jedną z przyczyn rokrocznego przekraczania limitów przyjęć na studia: w pierwszej połowie lat 70. decydowano się na to dość łatwo, panował bowiem optymizm rozwojowy.

13. Nadanie doktoratu honoris causa prof. Lwu Andriejewiczowi Arcymowiczowi, sekretarzowi Wydziału Fizyki Ogólnej i Astronomii Akademii Nauk ZSRR, kierownikowi Katedry Fizyki Atomowej na Uniwersytecie Moskiewskim. Doktorat wręcza rektor UW prof. Zygmunt Rybicki, obok niego prof. Jerzy Pniewski, 1972 r.

Perspektywy UW zdawały się wówczas niezłe, przynajmniej pod względem materialnym. Wiosną 1972 r. wprowadzono pierwszą podwyżkę płac dla nauczycieli akademickich, a w ciągu czterech lat uposażenia wzrosnąć miały o 40%620. W pierwszej połowie dekady nastąpił w PRL ponad pięciokrotny wzrost nakładów na badania naukowe. W 1975 r. UW otrzymał na aparaturę 2,5 raza więcej środków niż w 1971 r.621 Nie dawało to zresztą możliwości zbudowania imponującego wyposażenia622, tak jak tzw. pula dewizowa na import książek i czasopism nie stwarzała szansy na zaspokojenie aspiracji. Pula ta była w 1975 r. dwukrotnie wyższa niż w 1970 r., osiągając 100 tys. złotych dewizowych, co oznaczało nominalnie powrót do poziomu 1965 r., lecz realnie – regres, ponieważ ceny publikacji na świecie znacznie wzrosły, podobnie jak potrzeby UW, mierzone chociażby wielkością kadry623.

Atmosfera otwarcia na świat w kontaktach gospodarczych, umowach kooperacyjnych, imporcie urządzeń z Zachodu, tworzyła tyleż nadziei, ile frustracji. Widoczne było marnotrawstwo i znaczenie nieformalnych układów. Raził utrzymujący się dystans technologiczny. Latem 1975 r., w dobie ekspansji informatycznej na Zachodzie, UW był nader skromnie wyposażony w „maszyny matematyczne”, jak nazywano komputery624. Baza ta została zbudowana wysiłkiem ambitnych naukowców i konstruktorów, ale trudno było ją rozwijać w ramach dostępnych środków i ograniczeń międzynarodowych transferów technologii (system COCOM). Pewne szanse dawała kooperacja z instytutami badawczymi PAN, które zdobywały znacznie lepsze wyposażenie, niekiedy imponujące. Zmienił się także sposób podziału środków na badania. Pochodziły już nie tylko z dotacji, lecz także z nowego systemu finansowania nauki, który miał sprząc ją z rozwojem gospodarczym i zracjonalizować. Wprowadzono tzw. programy rządowe, węzłowe i międzyresortowe, do których angażowano uczelnie na zasadach ofert. W połowie dekady UW koordynował prace nad 4 programami międzyresortowymi z zakresu fizyki teoretycznej i doświadczalnej, socjologii i zarządzania625.

14. Wydział Matematyki, Informatyki i Mechaniki UW: minikomputer PDP 11 stanowiący wyposażenie nowej końcówki SA CYFRONET eksploatowanej w Ośrodku Obliczeniowym Instytutu Informatyki

* * *

Lata détente sprzyjały międzynarodowym projektom, kongresom i wymianom naukowym, w których uczestniczył także Uniwersytet Warszawski. Rektorat prowadził rozległą, wielojęzyczną korespondencję, organizował lampki wina i kawy, przyjęcia w Bazyliszku czy podwarszawskiej Szczerbówce dla zachodnich i wschodnich uczonych. Rosła mobilność pracowników, którzy uczestniczyli w konferencjach, projektach badawczych czy stażach zagranicznych, co miewało jednak i taki skutek, że naukowcy „wybierali wolność”: w latach 1973–1974 nie wrócił z Kanady pewien profesor chemii UW, a ze Zjednoczonej Republiki Arabskiej pewien filolog626. Nie były to jednak wypadki na tyle częste, by prowokować władze polityczne do ograniczenia wyjazdów. Kontakty z naukowcami czy placówkami dyplomatycznymi państw kapitalistycznych, dość gęste i kordialne, bywały jednak kwalifikowane przez policję polityczną jako „działalność dywersyjna”. W ten sposób opisywano projekcje filmowe w placówkach państw NATO, na które zapraszano studentów, wypożyczanie płyt czy taśm uczelniom i klubom młodzieżowym, czy też finansowanie przez ambasadę RFN wyposażenia laboratorium językowego na UW627.

15. Zajęcia z języka polskiego dla cudzoziemców prowadzone w Instytucie Języka i Kultury Polskiej dla Cudzoziemców „Polonicum”

Na kontaktach zagranicznych bardziej niż inwigilacja i nieufność stale ciążyły rozpaczliwe braki twardej waluty, sprawiające, że UW skupiać się musiał na wymianie bezdewizowej, zwężającej sieć kontaktów. Nie ułatwiała ich także baza materialna UW. W połowie lat 70. brak miejsc zakwaterowania ograniczał napływ zagranicznych doktorantów i stażystów: przebywało ich na miejscu około 250, a zainteresowanie było podobno większe. W tej sferze dekada gierkowska przyniosła zresztą poważny wzrost, gdyż owych stażystów i doktorantów było u schyłku poprzedniego dziesięciolecia o połowę mniej. Świadectwem rozwoju kontaktów ze światem było też rosnące zainteresowanie zajęciami „Polonicum”, inaugurowanymi w 1956 r., które rozrosły się w ciągu 20 lat do całego zespołu kursów letnich języka polskiego dla zagranicznych studentów i wykładowców (200 osób w 1975 r.), osobno dla Włochów i Kanadyjczyków, a w ciągu roku akademickiego dla polonistów z NRD i dla stażystów628.

Otwarcie na świat nie przyniosło natomiast wzrostu ilości studentów cudzoziemskich. Pod koniec rządów Gomułki studiowało ich w Warszawie 778, a w połowie lat 70. – 692. Na UW zapisanych było w grudniu 1969 r. 243, a pięć lat później – 219. Struktura tej grupy nieco się zmieniła. W obu okresach studiowało na UW po 136 przybyszów z krajów socjalistycznych (najwięcej z Wietnamu, ZSRR i Bułgarii), lecz zmalała ilość studentów z tzw. krajów rozwijających się (było ich 74 w 1969 r. i 27 w 1974 r.), natomiast wzrosła – Polonusów (odpowiednio 16 i 48), co akurat mogło być oznaką otwarcia politycznego. Mała grupka reprezentowała w 1974 r. „kraje inne” (dwie osoby z Francji, pięć z Japonii i jedna z Izraela); pięć lat wcześniej była dwukrotnie większa629. W skali kraju liczba studentów-cudzoziemców była stabilna w latach 70. (około 3 tys. osób). Mniej więcej połowa przyjeżdżała z krajów socjalistycznych, pozostali z tzw. rozwijających się. Przybysze z „rozwiniętych krajów kapitalistycznych”, niebędący Polonusami, stanowili nikłą garstkę: 48 osób w kraju w 1974 r. i tylko 29 w 1978 r.630.

16. Wizyta delegacji ze Stanów Zjednoczonych na UW – spotkanie w Pałacu Kazimierzowskim z udziałem prorektora Stanisława Orłowskiego i dr. Włodzimierza Cimoszewicza, 23 XI 1978 r.

O ile najważniejszym kręgiem aspiracji naukowych i materialnych polskiej społeczności akademickiej był Zachód, o tyle PRL zajmowała całkowicie peryferyjne miejsce w świadomości młodych elit Zachodu. Miała natomiast znaczenie jako miejsce kształcenia przybyszów z krajów „bratnich” i z Trzeciego Świata, w tym przyszłych elit krajów postkolonialnych. Grupa tych ostatnich, jak wynika z danych cytowanych wyżej, znacznie zmalała na UW, jednak to właśnie wokół niej rodziły się pewne napięcia. Przybysze z państw arabskich przynosili ze swych ojczyzn ostre konflikty polityczne. Syryjczycy czy Irakijczycy podzieleni byli na „postępowych” (na ogół komunistów) i tych popieranych przez ambasady własnych państw. W Polsce działała podziemna iracka partia komunistyczna, której kierownictwo znajdowało się w Pradze czeskiej. Część studentów arabskich sympatyzowała z ekstremistami palestyńskimi. Władze polskie, tłumiące objawy różnic politycznych we własnym społeczeństwie, musiały tolerować tego typu zróżnicowania wśród studentów obcych. Musiały się też liczyć z innymi zjawiskami: na wpół fikcyjnym, przedłużanym w nieskończoność studiowaniem, z przemytem i handlem, oraz znacznymi niekiedy, jak na polskie warunki, zasobami twardych walut wśród młodych ludzi, którzy – jak donoszono w partyjnym raporcie z 1973 r. – prowadzili „hulaszczy tryb życia”631. Można przypuszczać, że z biegiem lat tego rodzaju zjawiska zyskiwały na znaczeniu, w rytm pogarszania się warunków życia i narastania chaosu gospodarczego w PRL.

17. Spotkanie polsko-libijskie na temat Zielonej Książeczki na UW, lata 70. XX w.

Pogłębiający się kryzys schyłku dekady powodował spadek atrakcyjności Polski jako miejsca do studiowania. Warunki bytowe stypendystów stawały się „przedmiotem uwag” ze strony placówek dyplomatycznych. Nie chodziło najpewniej o wysokość stypendiów (w 1978 r. 1600 zł dla studentów i do 3200 zł dla studiów podyplomowych), lecz organizację i aprowizację. Zarazem władze projektowały pospiesznie rozwój płatnych w dewizach studiów dla cudzoziemców, co przynieść by miało w latach 80. po kilka milionów dolarów rocznie. Nie przewidywano jednak prowadzenia zajęć w językach kongresowych632. Zapewne nie tylko trudności z wyuczeniem przybyszów polszczyzny były powodem fiaska tego projektu, kreślonego w atmosferze gorączkowego szukania dewiz do pustoszejącej kasy państwa.

Studenci: świadomość i byt

Studentki w spodniach, z nieodłącznymi papierosami i swobodnym słownictwem, drażniły mieszkańców wsi i miasteczek, w których odbywały się „espeery”. Długie włosy i kwieciste koszule młodych mężczyzn wydawały się u progu lat 70. równie uderzające jak szerokie nogawki i bardzo długie płaszcze, tworzące modę maksi. Starsze pokolenia skłonne były widzieć w tym oznaki złego obyczaju i przesadnej fascynacji „światem”, który niepokojąco się emancypował. W prasie straszono narkotyzującymi się „dziećmi-kwiatami”, czy też „dziećmi-chwastami”, jak chciał jeden z publicystów. Także zamieszki na uczelniach polskich w 1968 r. miały ukazywać rozwydrzenie „części młodzieży”. W istocie emancypacja à la PRL była ograniczona, przejawiała się raczej w zewnętrznych formach bycia niż głębszych zmianach postaw. Wynikało to z charakteru podłoża społecznego w kraju na dorobku, dopiero urbanizującym się, czy z nieporównanie mniejszego w porównaniu ze światem Zachodu rozwoju mass mediów. Opór polityczno-kulturowy, jaki objawił się w Marcu, został przez władze zduszony, co tylko utrwaliło skłonności do eskapizmu. Pod koniec lat 60. większość studentów szukała spełnienia w kręgu rodzinnym i przyjacielskim, a nie na arenie publicznej; wykazywała nikłe zainteresowanie polityką; łaknęła raczej związków emocjonalnych niż sukcesu; raczej bezpieczeństwa niż konkurencji.

Model „człowieka kulturalnego” wydawał się wciąż przemożny, model „człowieka zaangażowanego” – marginalny. Wiązał się z tym rodzaj bierności, który tyleż służył interesom reżimu („studenci do nauki!”), ile im szkodził, ponieważ młoda generacja pozostawała dość obojętna na jego propagandę i wysiłki organizacyjne. Wedle badań ogólnopolskich z 1970 r. studenci czytali „Przekrój” (stałą lekturę deklarowała jedna trzecia pytanych), „Kulturę” (25%), „Itd” (21,3%), „Dookoła Świata” (13,9%) i „Politykę” (12%). Wyraźnie nie pociągała ich „Trybuna Ludu” (codzienną lekturę deklarowało 5,6% respondentów), znacznie bardziej „Życie Warszawy” (niemal 40%), a także „Express Wieczorny” (13%) i „Sztandar Młodych” (11%). Trudno zrozumieć, dlaczego na sporządzonej przez socjologów liście nie było „Przeglądu Sportowego”. Niemal połowa pytanych nie udzieliła zresztą odpowiedzi. Wśród studentów UW grupa deklarująca w 1970 r. désinteressement wobec spraw politycznych była niewielka (7,4%), ale około 20% nie potrafiło dobrze rozwinąć skrótu nazwy państwa (oddając ją przeważnie jako „Polska Republika Ludowa”). Dla tych, których polityka obchodziła, na czoło wśród jej zagadnień wysuwały się sprawy niemieckie (60,2%), statystycznie dwukrotnie bardziej absorbujące niż wewnętrzne. Działalność Sejmu nie interesowała w zasadzie nikogo (mniej niż 1% odpowiedzi). Prawie 40% wiedziało, na czym polega „intensywny i selektywny rozwój gospodarki” (rozważania na ten temat wypełniały dzienniki telewizyjne), ale tylko jedna piąta potrafiła coś powiedzieć o polityce PZPR wobec nauki, ogłoszonej na niedawnym Plenum KC. Jedna trzecia badanych na UW interesowała się polityką mieszkaniową (co łatwo wyjaśnić), podobna część – tzw. modelem konsumpcyjnym, czyli dylematem „inwestować czy spożywać?”, który miał pod koniec epoki gomułkowskiej ważkie znaczenie polityczne. Inne wyniki badań nie wskazywały na to, aby studentów pociągał „konsumpcyjny styl życia”, tak piętnowany w propagandzie. Myśleli raczej o materialnym zabezpieczeniu przyszłej rodziny, pozyskaniu i urządzeniu mieszkania, zapewnieniu sobie elementarnego komfortu i tzw. dostępu do kultury633.

18. Mecz piłkarski archeologia śródziemnomorska – archeologia pradziejowa, na zdjęciu drużyna archeologii śródziemnomorskiej

W 1974 r. przeprowadzono badania studenckiego „uczestnictwa w kulturze”, z których wynikało, że studenci myśleli na ogół o przyszłości w kategoriach małej grupy (szczęście rodzinne, grono przyjaciół, zdobycie szacunku), z czym wiązali poczucie własnej użyteczności. Przewaga tej orientacji szczególnie wyraźna była wśród studentek. Mężczyźni skłonni byli podkreślać także znaczenie „fachowości”, a wśród najwyżej cenionych wartości wskazywali niezależność poglądów, gdy kobiety raczej „zainteresowania kulturalne”, które ogólnie przeważały wśród deklaracji własnych zainteresowań. Nikła grupa wskazała tu sprawy społeczne i polityczne (2,9%). Wymieniano: hobby (5,5%), turystykę (7,4%), sztuki plastyczne (7,8%), teatr (13,4%), muzykę (16,4%), kino i filmy (17%), literaturę (18,6%). Zdecydowanie dominował sport – 27,9% wskazań – było to jednak na ogół zainteresowanie bierne, oznaczające śledzenie wyników w gazetach i skupianie się przy telewizorze. W 1974 r. oglądanie meczów polskiej reprezentacji piłkarskiej nie było zresztą stratą czasu. Gdy pytano studentów, na co by przeznaczyli dodatkowy czas wolny, częściej deklarowali spacer (19,6%) niż uprawianie sportu (16,8%). Większość przeznaczyłaby ten czas na czytanie książek, kino czy teatr oraz na życie towarzyskie634.

Socjolożka Irena Majchrzak komentowała w połowie lat 70., że studentów polskich cechuje dążenie do „małej stabilizacji, do przeciętności, do umiarkowanej konsumpcji”. Odpowiadał temu pewien immobilizm: wielką rzadkością była zmiana kierunku studiów, a tym bardziej uczelni. Ponad 97% badanych studentów III roku w Warszawie i Łodzi trwało w 1975/1976 r. w tej samej jednostce, w której zaczynali studia. Przeważająca większość (90%) była zadowolona z wybranego kierunku, ale tylko połowę pytanych pasjonowała dziedzina, którą studiowali. Większość deklarowała także, że nie chciałaby w przyszłości zmieniać ani miejsca i rodzaju pracy, ani miejsca zamieszkania, ani też grona przyjaciół. Inaczej mówiąc, pragnęli bezpieczeństwa i bliskich relacji. Chcieli, aby ludzie byli „przede wszystkim autentyczni”. Deklarowali niechęć do póz i masek. Cenili wyżej walory moralne niż intelektualne. Poszukiwali szczerości i życzliwości. Jak pisała Majchrzak, idealna wizja ładu społecznego, jaka wyłaniała się z tych opinii, to wspólnota będąca rozszerzeniem rodziny635.

Ład realny rządził się, oczywiście, innymi regułami, co odbijało się na wynikach badań dotyczących wzorów osobowych. Studenci wskazywali przeważnie na inteligencję, patriotyzm, odwagę, pracowitość i silny charakter, bardzo rzadko na takie przymioty jak tolerancja i szacunek wobec innych636. Wynikałoby z tego, że wzorcem była raczej osoba torująca sobie drogę w nieprzyjaznym świecie niż żyjąca w harmonii z innymi. W tym okresie Stefan Nowak konkretyzował swą ogólną diagnozę społeczną, wedle której w życiu polskim między małymi grupami solidarności (kręgami bliskich) a symboliczną wspólnotą narodową otwierała się „próżnia społeczna”. Objawiała się ona w znacznej nieufności międzyludzkiej, słabości więzi typu stowarzyszeniowego i wyobcowaniu oficjalnych instytucji. Z badań przeprowadzonych w 1977 r. wynikało, że wśród studentów małe było zainteresowanie aktywnością zorganizowaną, znaczny zaś dystans wobec działań i instytucji formalnych oraz skupienie na kręgu koleżeńskim. Jak się zdaje, w świecie studenckim wzajemna nieufność, tak charakterystyczna dla zewnętrznej rzeczywistości, przezwyciężana była dzięki solidarności koleżeńskiej. Solidarność ta miewała zresztą dwuznaczny charakter, skoro aż 60% badanych uznało, że odmówienie koledze ściągawki na egzaminie zasługuje na potępienie (6% było zdecydowanie przeciwnego zdania), motywując to właśnie względami koleżeńskimi. Studenci bardzo rzadko (1%) rozważali tę sprawę w kategoriach etycznych (uczciwości-nieuczciwości), a 6% deklarowało, że „wszystkie chwyty dozwolone”637. Było to, oczywiście, refleksem odwiecznego uczniowskiego nastawienia wobec obowiązków, lecz chyba także efektem oceny warunków studiowania. Te same badania wykazały bowiem znaczne niezadowolenie ze sztywnych i przeciążonych programów oraz mało partnerskiego nastawienia kadry. Można było w nich dostrzec także gorycz obserwacji brutalnego życia powszedniego i zawodowego, które czekało absolwentów638. Wątki te znalazły się w kręgu obrazowania ówczesnego reportażu, powieści czy kinematografii, by wskazać film Kung-fu Janusza Kijowskiego (1979).

Wiosną 1977 r. odbyły się ogólnopolskie badania ankietowe „Student 1977”. Dały one dość znamienne wyniki. Studenci, proszeni o ocenę różnych aspektów swego doświadczenia (w szkolnej skali ocen), najwyższą notę wystawili stosunkom towarzyskim (3,8), zbliżoną – poziomowi wykładów (3,7), niższe – stosunkowi kadry do studentów (3,5), programowi studiów i dostępności literatury (3,3). Najgorzej ocenili działalność Socjalistycznego Związku Studentów Polskich (SZSP) i stosunek administracji do studentów (3,2). Potwierdzało to diagnozy, wskazujące na atrofię sfery publicznej i wycofywanie się w krąg spraw prywatnych. Badanie ukazywało także znaczny pesymizm, związany z perspektywami zawodowymi. Wśród studentów warszawskich ponad połowa poczuwała się do związku z przyszłą grupą zawodową, choć 60% uważało, że oprócz specjalności, powinno się posiadać „szeroką kulturę humanistyczną”. Raczej niepochlebnie oceniali jednak studia ze względu na przygotowanie zawodowe. Tylko 27% uważało swój kierunek za dający dobre perspektywy, a 12% sądziło, że łatwo znajdzie interesującą pracę. Warto też podkreślić, że kobiety częściej uważały swe studia za atrakcyjne, one też miały wyniki nieco lepsze niż mężczyźni639.

Jako główne wady „procesu dydaktycznego” studenci wskazywali szkolny sposób prowadzenia zajęć, polegających często na odczytywaniu skryptów (w badaniach ogólnopolskich studenci przypisywali tę cechę jednej trzeciej wykładów) i pozbawionych dyskusji. Młodszą kadrę dydaktyczną oceniali jako eksponującą zbyt często swą pozycję, oschłą czy arogancką. Główny problem związany był jednak nie z kadrą, a z programami studiów. Na przesadne obciążenia studentów wskazywali zarówno sami zainteresowani, jak rozmaite uczelniane czy pozauczelniane fora, oceniające jakość edukacji. Zdecydowana większość (73%) ankietowanych w połowie dekady polskich studentów uważała, że program jest przeciążony. Opinie te przeważały na wszystkich kierunkach i uczelniach. Wskazywano przy tym na obciążenie programów przedmiotami spoza kierunku, co oznaczało przede wszystkim niezadowolenie z „peenpe” i innych tzw. przedmiotów społeczno-politycznych640.

Jak się zdaje, w tej sferze ścierały się przez całą dekadę dwie tendencje. Pierwsza była pochodną ustroju szkolnictwa wyższego po 1968 r. i polegała na odgórnym sterowaniu i zostawianiu jednostkom minimum samodzielności. Ministerstwo narzucało kolejnym wydziałom programy studiów, jedynie „mniejsze kierunki” opracowywały je same, przesyłając do akceptacji. Przeładowanie i sztywność tych programów wyjaśniano więc na uczelni znikomym jej wpływem na decyzje ministerialne, jakkolwiek rektorat przyznawał, że UW nie wykorzystuje tych niewielkich możliwości, jakie ma, aby modernizować swój program. Przesuwano najwyżej niektóre zajęcia między semestrami lub wykład zamieniano na seminarium641. Druga tendencja, oddolna i przeciwstawna, polegała na rosnącej presji na bardziej partnerski, otwarty i interdyscyplinarny charakter nauczania. Tendencja ta, będąca najpewniej pochodną ogólnych zmian społecznych i chłonięcia pewnych wzorów ze świata, objawiała się także w SZSP. Przeprowadził on w 1979 r. „powszechny przegląd stanu dydaktyki na UW”, który przyniósł wnioski bardzo krytyczne. Ankietowani studenci uznawali program niektórych kierunków za niemożliwy do przyswojenia (na chemii, socjologii, prawie, polonistyce, bibliotekoznawstwie), wytykając zarazem braki w programach (np. na pedagogice mało współczesnej socjologii, na polonistyce mało filozofii czy literatury współczesnej). Jak widać, nie odpowiadało im zamknięcie w wąskich granicach specjalności. Zainteresowaniem cieszył się indywidualny tok kształcenia. Zarazem jednak odczuwali niedostatek zajęć specjalizacyjnych. Jedna czwarta negatywnie oceniała praktyki zawodowe. Uznawali wiele zajęć za stereotypowe, porównując je do lekcji w szkole. Narzekali na brak wolnego wyboru i rzadką możliwość podejmowania dyskusji642. Aby wskazać dobre wzory SZSP zorganizował plebiscyt studencki na najlepszego dydaktyka 1978/1979 r. w kilku kategoriach643.

* * *

W reportażach ze schyłku lat 70. powracały obrazy „bananowej młodzieży”. Samego określenia raczej nie używano, kontekst był jednak podobny jak dekadę wcześniej: kryzys i niezadowolenie z objawów rozwarstwienia. Niewątpliwie ogólny wzrost możliwości zarobkowych w dekadzie przekładał się także na „biznes”, „boki” i „lewiznę”, jak nazywali studenci swoje doraźne zarobkowanie. Ci, o których mawiano, że są „na szpanie”, czyli mają ponadprzeciętne możliwości, nie żyli jednak z korepetycji. Wielu utrzymywanych było przez rodziców, inni zdobywali „cekiny” i „forsajty” (czyli „szmal”) w sposoby, których poznanie wymagałoby dłuższych badań. W każdym razie autentyczne spodnie czy kurtki Levi’s, włoskie kożuszki, żółte lub czerwone sztyblety z zakładów prywatnych (najlepiej od Śliwki przy ul. Marszałkowskiej), elektroniczne zegarki, papierosy Gauloises – były materialnym wyrazem pozycji, podobnie jak bywanie w pierwszych warszawskich pizzeriach i w klubach, wśród których szczególne znaczenie miał Maksim644. W 1977 r. na miejscu tego lokalu przy ul. Kniewskiego (dziś Złotej), znanego jako miejsce związane z półświatkiem, otwarto nową wersję klubu Hybrydy, prowadzonego przez uniwersytecki SZSP. Mimo zapowiedzi zasadniczej zmiany genius loci, duch Maksima był jednak stale obecny.

„Moralny niepokój” tego okresu wiązał się między innymi z niejasną a kojarzoną ze znacznymi przepływami środków sferą tzw. działalności organizacyjnej w życiu studenckim. Sfera ta była tym bardziej drażniąca (i zapewne diabolizowana), że przeciętne realia bytowania warszawskich studentów były zgrzebne. Do akademików nie zaglądała „druga Polska”. Po staremu żyło się „na Kicu”, do którego upodobniły się już akademiki wzniesione „na Żwirkach”. Na Jelonkach, mimo pewnych inwestycji (w 1977 r. zamontowano kuchenki gazowe zamiast węglowych i założono natryski), warunki egzystencji były tak złe (przede wszystkim w zimnych porach roku), że w 1978 r. doszło do spotkania mieszkańców z szefem Komitetu Warszawskiego PZPR Karkoszką i prezydentem stolicy Majewskim. Prosili oni studentów, aby „przetrwali” jeszcze dwie zimy, obiecując całkowitą przebudowę osiedla. Przyszła jednak „zima stulecia”, której przetrwanie było trudniejsze niż wszystkich dotychczasowych, a w wielkie inwestycje raczej nie wierzono645.

Zamieszkanie w akademiku było jednak marzeniem bardzo wielu studentów, dla których brakowało miejsc i którzy zdani byli na „waletowanie” lub drogie kwatery prywatne. Podobne deficyty dotyczyły bonów stołówkowych. „Przelotowość” uniwersyteckiej stołówki poprawiła się dzięki postawieniu pod koniec lat 70. dużego pawilonu na Powiślu, lecz był on dostępny w zasadzie dla osób odbywających zajęcia przy Krakowskim Przedmieściu. Poza zatłoczonymi barami mlecznymi nie było właściwie dostępnej dla studentów alternatywy, wyjąwszy nieliczne bufety, w których można było zjeść kanapkę czy wypić herbatę646. Między innymi dlatego znaczna część żywiła się marnie: wedle rozpoznań z 1977 r. czwarta część studentów w PRL na ogół nie jadała trzech posiłków dziennie, co oczywiście mogło być równie dobrze efektem stylu życia647.

U progu lat 70. oceniano, że rodzina z dochodem na głowę poniżej 1200 zł z trudem może utrzymać jedno studiujące dziecko, i to jeśli uczelnia jest w mieście rodzinnym. Tymczasem jedna piąta studentów w PRL pochodziła z rodzin, w których dochód nie przekraczał 600 zł (i tylko 4,5% z takich o dochodzie powyżej 2000 zł)648. Zasadnicze znaczenie miały więc stypendia. Studenci z najbiedniejszych rodzin mieli prawo do pełnego zakresu pomocy, czyli stypendium (zwykle 600 zł649) wraz z bonem mieszkaniowym i stołówkowym, co stanowiło razem około 1100 zł miesięcznie i pozwalało na samodzielne przetrwanie. Scenerią takiego życia były brudnawe, pociągnięte farbą olejną wnętrza akademików i dusznych stołówek, ubarwione jednak rozmaitością kontaktów międzyludzkich, stanowiących dla większości studentów podstawową wartość. W 1971 r. system stypendialny obejmował około 43% ogółu polskich studentów, czyli zakres pomocy zmniejszał się (10 lat wcześniej wskaźnik wynosił 50%, 20 lat wcześniej ponad 70%), co powodowało niezadowolenie, widoczne w badaniach opinii studenckiej. Oczekiwano rozszerzenia systemu i wzrostu świadczeń. Wiązało się to z doświadczeniem drożyzny, czyli utrzymującej się od kilku lat stagnacji płac i wzrostów cen. W 1974 r. podniesiono świadczenia (przeciętne stypendium zwyczajne wynosiło około 800 zł) i ustanowiono dopłaty do kwater studenckich (do 300 zł). Wprowadzono również system motywacyjny, różnicując nieco stypendia w zależności od średniej ocen i ustanawiając premie rektorskie dla najlepszych. Wpisane to było w szerszy program społeczny, znany publiczności pod hasłem „Polak potrafi!”, a na uczelniach także pod postacią nagród dla najlepszych „Primus inter pares”.

W epoce wielkiej ekspansji i propagandy sukcesu traciły wciąż znaczenie stypendia fundowane, które, choć wysokie, uznawane były za najgorsze i brane z konieczności (co stanowiło element nierówności socjalnej), gdyż przesądzały o miejscu pracy650. Młodzi ludzie widzieli przed sobą bogatsze niż dawniej możliwości. Zmieniało się to dość szybko u schyłku dekady, znaczonego drastycznymi już objawami kryzysu, wśród których nominalnym wzrostom płac towarzyszyły zjawiska inflacyjne i ukryte podwyżki cen. W 1978 r. przeciętne stypendium sięgnęło już 1300 zł. Dwa lata później do świadczenia miał prawo tylko student, w którego rodzinie dochód na osobę nie przekraczał 2800 zł. Wysokość dochodów miała jednak coraz mniej wspólnego z realną siłą nabywczą. Tymczasem stypendia coraz bardziej różnicowano, najniższe były symboliczne (200 zł), władze szkół wyższych zyskały też prawo obniżenia świadczeń, jeśli dochód rodziny nie odpowiadał „rzeczywistej sytuacji materialnej studenta”651. Nominalne płace rosły, więc zakres pomocy spadał; w skali kraju mniej niż 40% studentów pobierało stypendia, na uniwersytetach niewiele ponad jedna trzecia. W tej atmosferze coraz wyraźniej rysowała się wspomniana grupa lepiej ustawionych życiowo, którzy epatowali dżinsami i japońskimi zegarkami.

Warszawa stanowiła największy w Polsce rynek usług, zatem i na UW możliwości „korkowania”, czyli korepetycji lub przygotowywania do matury były stosunkowo duże, umykając zresztą statystykom; można jednak je rozpoznać np. na podstawie rubryk drobnych ogłoszeń. Na początku lat 70. jedna trzecia polskich studentów deklarowała podejmowanie prac zarobkowych, głównie dorywczych, o dochodzie nieprzekraczającym zwykle 400 zł miesięcznie. Jednocześnie tylko jedna piąta pracujących twierdziła, że praca nie przeszkadza im w studiowaniu. Jedna czwarta ogółu studentów dysponowała miesięcznie sumą do 200 zł na swobodne wydatki, ale niespełna 3% wydać mogło ponad 1600 zł. Ta wąska grupa najlepiej sytuowanych bardzo się wyróżniała na tle przeciętnej i pozwalała na demagogiczne opinie, „spotykane nawet w wypowiedziach publicznych, iż studentom «za dobrze się powodzi»” – komentowały socjolożki. Zarazem, ku ich zdziwieniu, większość studentów (55%) uznawała swą sytuację materialną za dobrą (5% za bardzo dobrą), choć 33% za złą i 7% bardzo złą652.

Głównym legalnym sposobem zarobkowania studenckiego w Warszawie pozostawało pobieranie prac w związanej z ZSP (potem SZSP) spółdzielni Universitas, pod koniec lat 60. prowadzącej 16 punktów i zakładów usługowych653. Warto przytoczyć garść opublikowanych wówczas opinii studentów, którzy korzystali z tej formy zatrudnienia. Studentka prawa, która pracowała przez pół roku przy pakowaniu i liczeniu formularzy, powiadała, że nauczyła się robić paczki, „co bardzo się w życiu przydaje”. Pieniądze wydawała na osobiste rzeczy, głównie ubranie.

Dla nikogo nie jest tajemnicą – komentowała – że najlepszą pracę można dostać po znajomości. Ja borykam się zawsze z trudnościami w otrzymaniu jakiegoś zajęcia, być może dlatego, że jestem dziewczyną. Kierownictwo mojego punktu nie idzie mi na rękę. Wręcz przeciwnie, spotykam się z lekceważącym traktowaniem. Teraz nareszcie po raz pierwszy od dwóch tygodni udało mi się dostać pracę – będę myła okna.

Jej kolega z wydziału przyznawał, że praca bywa ciekawa, ponieważ daje kontakty z ludźmi, ale w zasadzie nie można jej wybrać. „Jestem studentem Prawa, a więc co najwyżej mogę zetknąć się z przyszłym miejscem pracy myjąc np. okna w sądzie”. Student drugiego roku socjologii założył już rodzinę i musiał dorobić w Plastusiu, bez satysfakcji, bo były to głównie zajęcia tragarskie (raz tylko trafiła mu się ankieta, prowadzona przez władze miejskie). Bez tych dochodów nie mógłby jednak studiować. Studentka polonistyki mówiła, że pracę trzeba „wystać”, dziewczyny dostają znacznie mniej ofert, chyba że po znajomości. Podobnego zdania była jej koleżanka. Zarobione pieniądze wydawała „na ubranie, na wino, na jedzenie”. Student czwartego roku prawa, gdy chciał pozyskać pracę, wstawał o 5 rano i czekał zwykle około trzech godzin. Narzekał, że członkowie spółdzielni dostają od ręki lepsze zajęcia654.

* * *

„Brak mi zaufania do organizacji”, „Nie chcę wkręcać się do kliki”, „Nie mam możliwości dostać się do elitarnego kręgu działaczy”, „Brak przekonania o celowości działania”, „Nie znoszę bałaganu”, „Biurokracja”, „Każdy kto pracuje społecznie robi to dla korzyści” – tego rodzaju negatywne motywacje związane z organizacjami studenckimi przedstawiali ankietowani w 1972 r.655 W tymże roku podobny obraz ukazał sondaż wśród studentów prawa UW. „Dlaczego preferuje się na siłę tzw. studentów-działaczy, np. sprawa stypendiów naukowych. Czy to są stypendia dla przeciętnych studentów, ale działaczy, czy dla b. dobrych studentów? Niewątpliwie sytuacja jest nienormalna” – pisał student pochodzenia chłopskiego. Inny, z warszawskiej rodziny inteligenckiej (członek ZSP i ZMS), także wspominał o przywilejach dla „działaczy”. Student pochodzenia robotniczego opisywał ZMS jako organizację „zamkniętą”, posługującą się „teorią i sloganami”656.

Tymczasem trwały przygotowania do zarządzonego przez władze partyjne tzw. zjednoczenia ruchu młodzieżowego. Powiadano, że „obecny etap” rozwoju kraju stawia przed młodzieżą „zadanie pełnej mobilizacji” i twórczego wykorzystania potencjału. Należy tworzyć wzorzec „ludowego inteligenta”, czemu służyć ma wyższa sprawność kształcenia, lepsze przygotowanie do zawodu, wzrost świadomości i „dyscypliny społecznej”. Efekty działań akademickiego ruchu młodzieżowego uznawano za niedostateczne. Znaczna część studentów „przejawia postawę niezaangażowaną i nikłą wiedzę polityczną”. Istnienie trzech organizacji młodzieżowych służy niekorzystnej rywalizacji, a co gorsza – działaniu „różnych sił politycznych, nie zawsze zainteresowanych w rozwoju budownictwa socjalistycznego w Polsce”. Należy stworzyć jedną organizację, której celem byłoby „socjalistyczne wychowanie”, działającą pod kierownictwem PZPR657. Dyskurs, jaki towarzyszył akcji zjednoczeniowej, wyraźnie nawiązywał do schematów myślowych z okresu stalinizmu. Odbierany był też przez część studentów jako zamach na resztki ich niezależności. Opór pojawił się na VIII Kongresie ZSP wiosną 1973 r. Był nieskuteczny, ale stanowił – jak się miało okazać – dość istotny etap formowania się studenckiej myśli samorządowej658. Policja polityczna określała inicjatorów oporu jako „elementy pomarcowe”, a za największe ich skupisko uznała Wydział Matematyki i Mechaniki UW. Wskutek „nastrojów antyzjednoczeniowych” na UW wstąpiło do nowej organizacji 40% studentów (gdy średnio w Polsce 75%). Wedle tego samego źródła w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich, jaki powstał w efekcie zjednoczenia, działacze dotychczasowego ZSP majoryzowali tych z ZMS i ZMW, co miało się przekładać na mało ideologiczny, raczej „socjalno-bytowy” charakter nowej organizacji, do której studenci mieli „coraz bardziej konsumpcyjny stosunek”659.

Można to uznać za składnik atmosfery epoki. SZSP próbował powiązać atrakcyjność towarzyską i materialną z przekazem ideologicznym, co objawiało się wyraźnie w postaci licznych obozów i szkoleń dla aktywistów. „Rola młodzieży w świetle VII Zjazdu PZPR”, „Praca ideowo-polityczna w środowisku akademickim Warszawy”, „Rola SZSP w kształtowaniu socjalistycznych wzorców osobowych” – oto tematy obozów Rady Uczelnianej SZSP w Augustowie, Ząbie czy Dusznikach Zdroju660. Niewątpliwie referaty nie były największą atrakcją tych wielodniowych wyjazdów. Ich uczestników postrzegano raczej jako dobrze odżywionych beneficjentów niż walczących o lepszy świat idealistów. Tacy jednak znajdowali się niewątpliwie wśród młodych marksistów na UW, na co dowodem fenomen Chaty Socjologa w bieszczadzkim Otrycie, gdzie odbywały się także SZSP-owskie obozy. Założył ją asystent socjologii Henryk Kliszko pod hasłem powrotu do korzeni myśli marksistowskiej i sprzeciwu wobec oportunizmu tzw. działaczy. Chata zbudowana została w 1973 r.

W sali kominkowej stało metalowe popiersie Lenina, a na maszcie nad Chatą powiewał czerwony sztandar (który wciągaliśmy śpiewając latynoską pieśń rewolucyjną) – wspomina Wojciech Sady. – W tamtych czasach większość młodych Poszukiwaczy Wartości i Zmieniaczy Świata dała się zaliczyć do trzech grup. Pierwszą stanowili katolicy, zwykle z duszpasterstw akademickich (nikt jeszcze nie słyszał wtedy o Ruchu Odnowy w Duchu Świętym). Drugą – szybko zanikający – komuniści. Trzecią niedobitki ruchów kontrkultury, wśród których rodził się wówczas quasi-religijny ruch Nowej Ery. Osobliwością Chaty Socjologa było to, że żyli tam razem komuniści i niedobitki hipisów, adeptów jogi czy parateatralnych praktyk Teatru Laboratorium. Katolicy, którzy pojawiali się w Chacie, natychmiast stamtąd uciekali. A nam – tym od Nowej Ery i od komunizmu – jakoś dobrze było razem661.

Znamienne, że to środowisko młodych marksistów funkcjonowało już w sposób zbliżony do subkultury.

* * *

Do 1977 r. (gdy przywrócono do życia Hybrydy) uczelniany SZSP prowadził cztery kluby: Proximę, Ubab, Zaśmaks w akademiku przy ul. Zamenhofa (potem jako Fux) i Sigmę przy Krakowskim Przedmieściu. Wszystkie razem mogły pomieścić 700 osób (na 20 tys. studentów UW), były ulokowane w prowizorycznie adaptowanych pomieszczeniach i miały szczątkowe wyposażenie, zwłaszcza w zakresie sprzętu muzycznego, nagłaśniającego i barowego (dobrem rzadkim był ekspres do kawy czy lodówka). W klubie Zaśmaks – pisano w 1976 r. – „poza meblami nie ma nic”662. Dość kosztownie wyposażone Hybrydy miały zmienić ten obraz. Inaugurowano tam kluby: literacki i filmowy, galerię fotograficzną, afiliowano kilka zespołów jazzowych, organizowano „wydziałowe imprezy open”. Jednak zasadnicza aktywność klubu kojarzyła się raczej z podejrzaną tradycją Maksima. „Działalność dyskotekowa” ściągała śródmiejskie towarzystwo (studenci nie stanowili większości bywalców), zaś morale pracowników i służby porządkowej budziło wątpliwości. W Hybrydach, podobnie jak w innych klubach, uczelniany SZSP nie dostrzegał natomiast „przykładów wnikania ludzi o odmiennych poglądach politycznych” (tzn. związanych z coraz jawniejszą opozycją). Wiązało się to z ogólną apolitycznością klubowej rozrywki. Aktywiści uniwersyteccy nie mogli przyznać, że to stan pożądany (jakkolwiek takim w dużej mierze był), sugerowali więc objęcie części imprez patronatem Sigmy. Klub ten, mieszczący się w ciasnych piwnicach Domu Studenta, miał szczególny charakter. Odbywały się w nim imprezy za zaproszeniami, w tym Bale Aktywu Uczelnianego, i spotkania uniwersyteckiej „awangardy politycznej”, której poglądy kształtować miał powstały w 1978 r. Ośrodek Pracy Politycznej Sigma, który odegra pewną rolę w latach 1980–1981. Działał tam także „teatr polityczny” (przygotowano m.in. rekonstrukcję historyczną jednego ze zjazdów partii bolszewickiej), organizowano seminaria i wykłady663. Jak w innych klubach, tak w Sigmie skupiały się grupki zapaleńców-amatorów, działały sekcje plastyczna i filmowa, ćwiczono śpiewanie piosenek i prezentowano fragmenty młodej prozy. Nie powstało jednak nic, co by wytworzyło wokół któregoś z tych klubów aurę podobną do tej, jaką pamiętano sprzed lat. Hybrydy zaś łączyła z dawnym klubem jedynie nazwa. Niewątpliwie wpływał na to klimat społeczny i polityczny, sprzyjający pozbawionym skrupułów „działaczom”.

Polonez 2000

W latach 70. na środku dziedzińca UW przy Krakowskim Przedmieściu uformował się parking, obrazujący wzrost możliwości materialnych kadry uniwersyteckiej, a także relacje władzy na uczelni. Jeszcze bardziej wyraźne stało się to w 1979 r., gdy z powodu narastającej uciążliwości motoryzacji ograniczono prawo wjazdu na teren UW. Do przepustek zostali uprawnieni, prócz członków Senatu, dziekanów, dyrektorów i kierowników oraz najwyższej administracji, także „członkowie kierownictwa uczelnianych organizacji politycznych i społecznych”664. W tym czasie z rektoratu wychodziły pisma do Polmozbytu z prośbami o sprzedanie profesorowi A czy docentowi B, członkom partyjnych elit uczelni, samochodów na talon „poza ustaloną kolejnością”665. Był to okres wydłużających się kolejek i rozwijających się strategii rywalizacji o dobra. Rozpychano się łokciami w kolejkach po mieszkanie, samochód, miejsce w przedszkolu. Siłą rzeczy interes indywidualny coraz wyraźniej przeważał nad zbiorowym, co wiązało się z postępującą erozją ideologii reżimu. Rzeczywistość naznaczona była przez działania pragmatyczne, zaś sfera symboliczna – przez poszukiwania legitymizacji, raczej już tradycyjnej niż rewolucyjnej.

Establishment partyjny UW miał profesorski charakter, odtwarzając wewnątrz swych struktur tradycyjną hierarchię instytucjonalną. W 1979 r. wśród 17 członków KU PZPR było dwoje profesorów, dwóch docentów, dwoje doktorów, dwóch magistrów i dwóch studentów. W gronie tym były dwie kobiety. Wszystkie funkcje organizacyjne sprawowali pracownicy naukowi. W uczelnianej korespondencji, także pomiędzy wysoko postawionymi partyjnymi, królowały stare formuły grzecznościowe i statusowe. W 1979 r. partyjny dziekan Wydziału Nauk Społecznych zwracał się w pismach do swego towarzysza, rektora Rybickiego, per „Wasza Magnificencjo”. Rektorat dbał o podkreślanie własnej pozycji, ignorując PRL-owską tytulaturę, która pojawiała się w pismach napływających z zewnątrz. Gdy wicedyrektor departamentu ministerialnego napisał do Rybickiego jako do „Towarzysza”, by informować się o sprawach „Waszej uczelni”, sekretarz rektora odpowiedział mu w imieniu „Jego Magnificencji” jako „Obywatelowi Magistrowi”666. W cieplejszych pismach do pracowników Rybicki używał formuły „Pan/Pani”, w dyscyplinujących „Obywatel” („nie dopełnił Obywatel ciążących na nim obowiązków...”)667. Miał skłonność do ostrego traktowania pracowników, choć Joanna Mantel-Niećko napisze, że w swoisty sposób „lubił tych nielicznych sprzeciwiających się jego fantazyjnym niekiedy zarządzeniom udzielnego władcy”668.

Rektor kierował uczelnią w sposób autorytarny, opierając się na kolegium rektorskim, złożonym (w 1979 r.) z 12 osób, w tym 4 funkcyjnych PZPR, przewodniczącego RU SZSP i szefowej uczelnianego ZNP. Rybicki zdawał się uznawać dyspozycyjność wobec zewnętrznych władz politycznych za gwarancję swej pozycji na UW i zarazem rozwoju Uniwersytetu. Sytuacja komplikowała się jednak od połowy lat 70. Uczelnia stawała się znów jednym z ośrodków antysystemowego ruchu intelektualnego, zaś jej materialny rozwój stanął pod znakiem zapytania.

19. Rektor Zygmunt Rybicki podejmuje delegację kolumbijską w Pałacu Kazimierzowskim, 27 X 1978 r.

Od 1975 r. nękały UW „ograniczenia budżetowe”, objaw problemów gospodarczych, których zakres ukrywany był przed opinią publiczną. Formalnie obowiązywały wciąż śmiałe plany: Uniwersytet rozbudowywać się miał w obrębie stref: 1) śródmiejskiej, skupiającej nauki „podejmujące problematykę człowieka w społeczeństwie”, 2) ochockiej, skupiającej nauki przyrodnicze, i 3) nowej, na Siekierkach, grupującej nauki „podejmujące problem człowieka w procesie produkcji” (organizacja i kierowanie, informatyka, numeryka, mechanika)669. Zgrupowanie naukowe na Siekierkach było ambitnym zamierzeniem, którego w odniesieniu do UW nie zrealizowano. Zbudowano wśród rozległych pól, gospodarstw i bieda-domków znakomite centrum astronomiczne PAN, otwarte w 1978 r. O projektach rozwoju zgrupowania wciąż informowano, ale należało to już raczej do propagandy sukcesu. Odsuwały się przecież inwestycje uznawane za niezbędne od dziesięcioleci.

Budynki uniwersyteckie, coraz bardziej zatłoczone, upodabniały się do siebie w zewnętrznej szarości i wewnętrznym bałaganie. „Szafy, szafy, szafy...” – pisano w protokole lustracji z 1977 r. o korytarzach, zmieniających się w składowisko starych mebli i zapomnianych skrzyń. Do typowych widoków należały wyrwane gniazdka elektryczne, sterczące kable i naderwane zasłony w oknach. W toaletach rzadko spotykało się papier higieniczny i mydło. O hallu Instytutu Geograficznego napisano: „Wielkie i zakurzone popiersie [Wacława] Nałkowskiego, stojące w rzędzie zakurzonych i obskurnych szaf, na tle brudnych okien”670. Był to tylko wizualny sztafaż warunków pracy, które pogarszały się stale w istotniejszym sensie.

20. Wydział Geografii UW – studenci przed salą im. W. Nałkowskiego

Nawet w stosunkowo tłustych latach 1971–1975 zrealizowano tylko trzecią część planowanego przyrostu tzw. powierzchni dydaktyczno-naukowej Uniwersytetu (9,5 tys. m2 zamiast 27 tys. m2), a choć władze miejskie przyznały dodatkowo 6,5 tys. m2 powierzchni, ogólny jej przyrost był niższy niż w ostatniej, kryzysowej pięciolatce Gomułki (22,5 tys. m2). Następował zaś bardzo szybki przyrost ilości studentów i kadry. W 1975 r. na studenta przypadało 8,7 m2, gdy pięć lat wcześniej 9,1 m2. W filii białostockiej sytuacja była znacznie trudniejsza i nie przewidywano poprawy (na koniec dekady planowano 4,8 m2). Szczególnie złe były tam warunki w akademikach, które i w Warszawie się nie polepszyły. Nie było nadziei na rozpoczęcie odkładanej od lat budowy domów studenckich na Powiślu. Udało się tam ustawić tylko prowizoryczny pawilon stołówki. W sprawie BUW podjęto decyzje na papierze, przenosząc lokalizację na Powiśle, nie zyskując jednak żadnych wiążących deklaracji władz. W Bibliotece na jedno miejsce przypadało 112 studentów (w Jagiellońskiej 19, w bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego 37, na UMCS 49), części zbiorów nie można było udostępniać z powodu warunków składowania, a przyrost zasobu był najniższy wśród bibliotek uniwersyteckich w Polsce. BUW trzeszczał w szwach, podobnie jak cała uczelnia. Wpłynęło to na decyzję o ograniczeniu od 1977 r. przyjęć na studia, także podyplomowe i doktoranckie671.

21. Program rozwoju UW „Perspektywa rok 2000” – rozmieszczenie obiektów

Wdrożone inwestycje przewlekały się zaś wśród konfliktów z wykonawcami i problemów finansowych. Uniwersytet, zdany od 1974 r. na biuro Bepron, obciążone wszelkimi dużymi budowami szkół wyższych w PRL, próbował wyzwolić się z tej współpracy, naznaczonej opóźnieniami i brakami dokumentacji, lecz ministerstwo nie zgadzało się na powierzenie inwestycji innym biurom. Znamienna była sprawa cyklotronu ciężkich jonów (ośrodka eksperymentalnych badań atomowych), wznoszonego przy ul. Banacha w atmosferze przestojów i nieporozumień z Bepronem. Uczelnia poszukiwała zewnętrznego finansowania, ciągnąc prace (ze środków na kapitalne remonty) do załamania się inwestycji pod koniec dekady672. Znacznie łatwiejsza budowa prefabrykowanych budynków typu Lipsk także przewlekała się. Ich zespół powstawał od 1975 r. przy ul. Smyczkowej, na odległym i marnie skomunikowanym terenie, co oznaczało dalsze rozproszenie Uniwersytetu. Dla współczesnych nie stanowiły problemu azbestowe izolacje, lecz raczej biurowy charakter tych budynków, niesprzyjający pracy dydaktycznej. Miały one jeden niezaprzeczalny walor: znaczną powierzchnię użytkową. Nie wystarczył on jednak, aby przekonać pracowników Prawa, którzy protestowali przeciw rektorskiej decyzji przeniesienia ich na ul. Smyczkową. W czasie obrad Rady Wydziału jesienią 1978 r. podkreślano negatywne stanowisko organizacji partyjnej. Profesorowie argumentowali, że choć ciasnota w obecnym budynku jest wielka, „łatwo stracić, a trudno odzyskać lokalizację centralną”, cała sprawa zaś „na tyle obrosła emocjami, że niemożliwa jest dyskusja rzeczowa”. W głosowaniu na 50 obecnych tylko dwie osoby poparły przenosiny (osiem się wstrzymało). Rektor zignorował to stanowisko i ogłosił, że przeprowadzka nastąpi, ale że projekty budynków „zostały ulepszone”. O sposobie sprawowania władzy na UW i stosunkach rektoratu z profesurą świadczyć mogą rozważania na zebraniu tejże Rady Wydziału w styczniu 1979 r. o „pominięciu dróg formalnych” i (w razie nieskutecznej interwencji w ministerstwie) odwołaniu się do samego Edwarda Gierka673.

W tym wypadku pracownicy starali się wywalczyć korzystną dla siebie decyzję ponad głową rektora. Na co dzień jednak rektorat był raczej pośrednikiem w rozlicznych – i mnożących się wśród galopującego kryzysu – zabiegach indywidualnych i zbiorowych. Z Pałacu Kazimierzowskiego płynęła rzeka próśb do ministrów, prezesów spółdzielni i dyrektorów telekomunikacji o przyspieszenie przydziału mieszkań, „ułatwienie” wyjazdu, podłączenie telefonów. Rybicki pisał do przedsiębiorstwa Transbud o pomoc przy transporcie dla inwestycji uniwersyteckich, obiecując talony na benzynę, które otrzymać miał w CPN; do Ministerstwa Finansów, prosząc o kwotę tysiąca dolarów na opłacenie autokaru PKS, mającego zabrać uniwersytecki chór na tournée po Włoszech; do szefów związków spółdzielni budownictwa mieszkaniowego zwracał się ze specjalną rewerencją, dziękując „Wielce Szanownym Obywatelom” za „pomoc okazaną staraniom” i prosił o przyjęcie wyrazów „wysokiego szacunku”674. Wszystkie te sprawy, począwszy od służących interesom poszczególnych osób po kwestie niewątpliwie mające cel publiczny, legitymizowały w pewien sposób działalność rektoratu, wiązały z nim rzeszę pracowników, a były to przecież lata zaostrzania się podziałów środowiskowych na uczelni.

Narastający kryzys gospodarczy wzmacniał, wśród rozbudzonych wcześniej aspiracji i rozpoczętych inwestycji, skłonności do szukania „pleców”, „chodów”, „dojść”. Dostęp do osób pełniących istotne funkcje partyjne czy rządowe rozstrzygał niejednokrotnie o zagranicznych wyjazdach czy dotacjach675. Była to rzeczywistość rozczarowująca, ale podsuwająca też sugestywne obrazy możliwej kariery i powodzenia materialnego. Krążyły pogłoski i podejrzenia, niekiedy wypływające w postaci interwencyjnych tekstów prasowych. Latem 1979 r. poruszenie wzbudził artykuł o egzaminach wstępnych, zamieszczony w „Itd”. Podawano w nim, jakoby sekretarz jednej z komisji rekrutacyjnych Filii UW w Białymstoku przyznawał, że każdy w komisji ma swego protegowanego, i opisywał kulisy egzaminu, czyli dostarczanie ściąg przez przedstawicieli SZSP czy wręczanie łapówek. Redakcja, monitowana przez rektorat, wyjaśniała, że doszło do nieporozumienia i przypisano członkowi komisji opinie innej osoby, nieodnoszące się do konkretnej uczelni. Rektor UW przekazał tę deklarację ministrowi676. Rewelacje „Itd” były jednak potwierdzeniem prawdy znanej każdemu, czyli przemożnego znaczenia „dojść”. Nie musiały one mieć charakteru wprost korupcyjnego. Oddawały przede wszystkim rzeczywistość powszechnej kolejki do różnych dóbr i związanego z nią klientelizmu677.

Gdy nie było nadziei na budowę BUW i akademików, liczyły się gesty. Jesienią 1979 r. wicepremier Tadeusz Wrzaszczyk przyznał uczelni poloneza 2000, najbardziej imponujący wyrób krajowego przemysłu motoryzacyjnego. Samochód wozić miał rektora. Ten zaznaczał w podziękowaniu, że decyzja jest „jeszcze jednym przejawem niezwykłej życzliwości Towarzysza Premiera wobec naszej Uczelni”678. Pół roku później, wśród pogarszających się stale nastrojów, Rybicki pojawił się na spotkaniu integracyjnym w Górach Świętokrzyskich dla stażystów zatrudnionych na UW. Wspomniał tam o polonezie jako „największym luksusie” na Uniwersytecie: elity nie żyją bowiem tak wygodnie, jak to sobie mogą wyobrażać stażyści679.

* * *

Pracuję w UW już szósty rok, obecnie na stanowisku adiunkta. Przez pięć lat jako stażysta, doktorant, a następnie zatrudniony na rok [jako] pracownik inżynieryjno-techniczny nie miałem prawa do ubiegania się o zastępcze mieszkanie na „Jelonkach” lub o mieszkanie spółdzielcze przez UW. Od czterech lat jestem członkiem własnościowej spółdzielni mieszkaniowej w Bydgoszczy, ale nie mogę przenieść wkładu do Warszawy, bo nie mam stałego zameldowania. Moje podanie w sprawie zameldowania stałego w Warszawie było dwukrotnie odrzucane przez DRN Mokotów. [...] Ożeniłem się w rok po zakończeniu studiów. Ja zarabiałem 2200 zł miesięcznie, a żona dopiero zaczynała pracę. Wynajęcie pokoju w Warszawie kosztuje ponad tysiąc złotych, poza tym musieliśmy uzbierać na wkład mieszkaniowy, a nasi rodzice nie mogli nam pomóc. Wobec tego żona przez 1,5 roku mieszkała u swoich rodziców pod Toruniem, a ja w hotelu doktoranta. Potem wynajęliśmy pokój w Warszawie. Po opłaceniu z góry okazało się, że nie będziemy tam mogli być zameldowani nawet okresowo z uwagi na brak „metrażu”. Żona musiała zameldować się fikcyjnie w innym miejscu, żeby móc podjąć pracę w Warszawie. Po sześciu miesiącach odwiedził nas dzielnicowy i nałożył na nas mandat za mieszkanie bez zameldowania, po czym musieliśmy szukać nowego mieszkania. Właściciele niechętnie zgadzają się na zameldowanie okresowe sublokatorów z obawy przed ingerencją urzędu finansowego. Sublokator czuje więc skrępowanie mieszkaniem u obcych ludzi, czuje się jak przestępca, bo nie jest zameldowany i nie jest pewny, czy za kilka miesięcy będzie mieszkał jeszcze w tym samym miejscu. W następnym wynajętym pokoju mieszkaliśmy już dłużej, ale kiedy żona po trzech latach małżeństwa zaszła w ciążę, musieliśmy się oczywiście wyprowadzić. Nie stać nas było na wynajęcie kawalerki za 2,5 tys., więc przed porodem żona wróciła do rodziców. Liczyliśmy, że po obronie pracy doktorskiej i ustabilizowaniu się mojej pozycji zawodowej sprawy mieszkaniowe ułożą się lepiej. Kiedy zostałem pracownikiem etatowym i nabyłem prawo do starania się o pokój na „Jelonkach”, złożyłem oczywiście odpowiednie podanie w komisji mieszkaniowej, a także podanie o mieszkanie spółdzielcze. Po półrocznym czekaniu i zorientowaniu się w sytuacji, widzę, że na pokój lub jakieś mieszkanie zastępcze będę musiał poczekać jeszcze około półtora roku. Okres czekania na mieszkanie spółdzielcze jest na razie trudny do ustalenia. W grudniu 1975 r. ukazało się w „Życiu Warszawy” moje ogłoszenie w sprawie wynajęcia kawalerki. Najtańsza oferta wynosiła 2,5 tys. na miesiąc. Z braku zameldowania nie możemy liczyć na żłobek, a więc żona nie mogłaby na razie pracować. Zostawić dziecka u rodziców nie możemy i nie chcemy. W tej sytuacji byłoby mi trudno utrzymać rodzinę. Na razie więc żona z dzieckiem mieszka u swoich rodziców, a ja w wynajętym pokoju 7 m2680.

Połowa lat 70. była statystycznie najlepszym okresem budownictwa mieszkaniowego w PRL, zaś absolutny rekord ilości oddanych mieszkań odnotowano w 1978 r. Rekordowe zdawały się zarazem frustracje mieszkaniowe. Wynikało to w ogromnej mierze z załamywania się nadziei, rozbudzonych w latach poprzednich681. Na UW przyjmowało to postać skarg i interwencji w sprawach odwlekających się terminów przyznawania mieszkań. Spółdzielnie miały ogromne zaległości, a mieszkania były stale przejmowane przez różne instytucje. Lektorka języka angielskiego opisywała, że pierwsze obiecane jej mieszkanie spółdzielcze zostało przejęte przez MO, a następne, przy Stawkach, także nie zostało przydzielone, ponieważ pulę przekazano w 1975 r. innym zakładom pracy. W tymże roku uczelnia otrzymała o jedną trzecią mniej mieszkań, niż zakładano, nie mając żadnych rotacyjnych – a kadra, jak wspomniano, szybko się rozwijała. Oczekiwanie zaś, że zakład pracy tak znaczny jak Uniwersytet zapewni mieszkanie z puli spółdzielczej lub choćby rotacyjnej, należało do oczywistości. Miało zresztą podstawę formalną. W 1973 r., czyli w okresie wiary ekipy gierkowskiej w sukces, rząd przyjął uchwałę, nakładającą na pracodawców obowiązek przydzielenia nowemu pracownikowi mieszkania w przeciągu roku, jeśli ukończył studia z wyróżnieniem. UW zatrudniał głównie takie osoby, ale nie mógł wypełnić tych zobowiązań682.

Znaczną część aktywności władz uczelni pochłaniały zabiegi w zarządach spółdzielni, u władz miejskich i dzielnicowych. Pomiędzy pracownikami UW, rektoratem i instytucjami sektora budownictwa krążyły w 1978 r. pisma ze skargami na opóźnienia i mglistymi obietnicami wpisania danych pracowników „do rejestru spraw przewidzianych do załatwienia w 1980 r.” Przyrastały kolejki. W sferze formalnej kluczowe znaczenie miało w uniwersyteckiej kolejce mieszkaniowej „spunktowanie”, jak mawiano, czyli obliczenie ilości punktów wyznaczającej miejsce. Na ilość tę składał się staż w spółdzielni, obecne warunki rodzinne i mieszkaniowe, staż i osiągnięcia w pracy. Punktowała organizacja związkowa, która na pytania rektoratu w odnośnych sprawach udzielała informacji w rodzaju:

[...] dr *** ma obecnie 51,5 punktów, co plasuje go w okolicach 50-go miejsca na wykazie osób ubiegających się o M-4. Sytuacja jego, aczkolwiek bardzo trudna, jest podobna do sytuacji bardzo wielu innych starających się o mieszkanie. Dr *** jest również na liście mieszkań na Jelonkach w okolicach 10-go miejsca (co oznacza, że praktycznie może liczyć na otrzymanie pokoju w końcu bieżącego roku)681.

Były to reakcje na zabiegi pracowników, rektor miał bowiem prawo przyznawania punktów dodatkowych i zasięgał wiadomości o poszczególnych osobach. Argumentami podawanymi we wnioskach do rektora były zwykle „działalność społeczna” na uczelni i pełnienie „funkcji”. Oto młody asystent nauk politycznych powoływał się na odznakę „Primus inter pares”, otrzymaną na studiach, na swoje średnie ocen oraz na członkostwo w egzekutywie KU PZPR. Zakres pojęć „działalność społeczna” i „funkcja” bywał zresztą przedmiotem sporów.

Wyczekiwanie na przydział było jednym z zasadniczych doświadczeń młodszych pracowników, którzy gnieździli się wciąż z małżonkami i dziećmi u rodziców lub wynajmowali mieszkania, co pożerało zwykle całe miesięczne wynagrodzenie jednej z osób. Wynajęcie mieszkania z wygodami w Warszawie kosztowało w połowie dekady 3000 zł miesięcznie, czyli pełną pensję młodszego pracownika naukowego. Pewna pracownica UW wynajmowała lokum bez ciepłej wody, łazienki i centralnego ogrzewania za 1500 zł plus świadczenia i opał. Uniwersytet, jak i inne duże zakłady pracy, wyszarpywał co pewien czas pule mieszkań od władz miejskich, a także budynki osiedlowe w stanie surowym (dwa na Ursynowie), które miały być wykańczane przy udziale lokatorów684. Od 1977 r. przydzielano także pracownikom UW domki jednorodzinne na Zaciszu, które wydawać się mogły bardzo atrakcyjne zarówno na tle mieszkań w degradującym się szybko śródmieściu, jak archipelagów blokowisk. Alternatywą dla życia wśród „stęchłych śródmiejskich murów” („smród ohydnego zsypu i zaszczanej klatki schodowej z ciemną żarówką i windą bez żarówki, bo stale ktoś ją wykręca”685), pozwalającego jednak na stosunkowo łatwy dostęp do usług, były bowiem głównie peryferyjne osiedla spółdzielni Energetyka i Nauczycielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, połączone z centrum rwącymi się nitkami publicznej komunikacji i bardzo źle zaopatrzone. Pracownicy uczelni zasiedlali ogromne bloki o nieotynkowanych ścianach z szarych pustaków. Młodzi adiunkci pchali wózki dziecięce i nosili siatki z zakupami wśród wertepów ulic Bernardyńskiej czy Gwiaździstej, walczyli o poprawki w mieszkaniach, w których odklejał się lenteks i nie domykały „szwedzkie okna”.

Za kilka lat będzie się jednak zdawać, że ów schyłek lat 70. był jeszcze zupełnie znośny.

„Bez znieczulenia”

W stolicy deszcze i zimno, a wieczorami ciemno jak podczas nalotów: światła wygaszone, bo kryzys energetyczny, huta „Katowice” wysysa z kraju elektryczność, telewizja zapowiada częściowe wyłączanie prądu nawet w zakładach pracy(!) – ktoś się widać pomylił w układaniu „bilansu energii”. Przed sklepami ogony, w autobusach tłok, pijaków [...] słania się po ulicach zastęp, za to samochodów prywatnych coraz więcej, w sklepach pełno po najdroższe towary, w sklepach dewizowych i „komercyjnych” też [...]. W Warszawie i Warszawce pulsuje energiczna łapczywość konsumpcyjna, pieniądze są, nawet i spore, ale z towarem gorzej, zwłaszcza z jedzeniem [...]. Socjalizm umie rozbudzać masowe apetyty, to jego propagandowa specjalność, tyle że z zaspokajaniem gorzej, widać nie można mieć dwóch rzeczy naraz.

Tak opisywał atmosferę Warszawy jesieni 1978 r. Stefan Kisielewski686.

W kinach wyświetlano właśnie film Andrzeja Wajdy Bez znieczulenia, historię upadku błyskotliwego dziennikarza Jerzego Michałowskiego, którego małżeństwo się rozpada, a niejasne odwrócenie koniunktury polityczno-personalnej załamuje jego karierę zawodową. Jednym z wątków filmu były sprawy uniwersyteckie: Michałowski zostaje odsunięty od prowadzenia seminarium. Grupa studentów pragnie pisać petycję w jego obronie, lecz dziennikarz ich powstrzymuje („powinniście być ostrożniejsi”). Przeciwstawienie świeżej, niepokornej młodzieży skorumpowanym lub zniechęconym elitom było jednym z charakterystycznych obrazów tzw. kina moralnego niepokoju. Należało, być może, do jego neosocrealistycznej konwencji, o jakiej pisze Maria Kornatowska687. W Indeksie Janusza Kijowskiego (1977) młody buntownik Moneta – nie mogąc się pogodzić z nieuczciwością uczelnianych elit – popada w konflikty i zostaje wydalony ze studiów. Sugestywny wizerunek środowisk uniwersyteckich przedstawił Zanussi w Barwach ochronnych (1976), wykorzystując ten właśnie schemat: szczera młodzież (z symboliczną sceną kąpieli nago w rzece), „wahający się inteligent” w postaci młodego asystenta, który – niczym postaci socrealistyczne – rwie się ku światłu, ale ciągnięty jest w mrok przez cynicznego docenta. Tło stanowią konformistyczni i interesowni naukowcy średniego pokolenia, zawdzięczający awanse intrygom i układom, powtarzający frazesy, raczej kombinatorzy niż inteligenci. Najbardziej znaczącą postacią jest wśród nich opasły prorektor. Przyjeżdża na studencką konferencję służbową wołgą, gdyż – wyznaje żona – małym fiatem jakoś nie wypada. Dużego fiata musieli zaś zamienić na małego, ponieważ „budują się”. Tego rodzaju tematy przeważają przy obiedzie, do którego nakryto kadrze pod portykiem pałacyku, podczas gdy studenci jedzą w marnej stołówce. W tak zarysowanym świecie aspiracje materialne muszą mieć egoistyczny charakter, zastępując jakiekolwiek poczucie misji społecznej.

„Obecnie Polsce najbardziej potrzebni są ludzie, którzy nie będą kraść i będą robić to, co do nich należy” – pisała studentka biologii w ankiecie z 1977 r., przeprowadzonej przez Irenę Nowakową na UW, Politechnice i Akademii Medycznej. Niemal połowa z jej uczestników nie potrafiła wskazać żadnych wzorów osobowych; znaczna część (15%) twierdziła, że takie „nie istnieją”: „Jeżeli tacy ludzie byli, to w XIX wieku” – sądził student fizyki. Tendencja ta była najwyraźniejsza na kierunkach ścisłych. Część respondentów uznawała samo pojęcie wzoru osobowego za bezsensowne: „Czy chodzi o jakiś nowy kult jednostki?”; „Pytanie bez sensu. Tworzymy sami własne życie. Może mi odpowiadać pan X, ale nie jest on dla mnie wzorem. Tym bardziej nie mogę mówić o wzorach dla innych” – twierdzili studenci fizyki. „Dostarczanie wzorów społecznych jest czymś na wzór scholastycznego moralizatorstwa, jest zawsze zakamuflowanym fałszem” – pisała studentka polonistyki. Pewna część pytanych wyrażała ubolewanie, że we współczesnym świecie wzory osobowe zanikły czy straciły na znaczeniu, „zostały ośmieszone przez propagandę” (studentka biologii); „Wydaje mi się, że w okresie powojennym zatarły się prawdziwe ideały, a przedwojenne wzory są dla nas już odległe, nie mogą się zaadaptować w nowych warunkach” (studentka chemii) 688. Połowa uczestników ankiety (ponad 500 osób) podała wszakże nazwiska postaci, które uznawała za wzory osobowe. Socjologowie pogrupowali je wedle kategorii; największa tworzona była przez „naukowców” (26%), następnie „polityków, działaczy politycznych, dyplomatów” (22%), „artystów, literatów, ludzi sztuki” (16,9%), „wojskowych” (11,2%), „pedagogów” (4,3%), „duchownych” (4,1%), „robotników, przodowników pracy” (2,3%), „sportowców” (2,1%). Już w tym ogólnym zestawieniu dało się dostrzec dystans wobec propagandowych „wzorów osobowych socjalizmu”. Ciekawsza była jednak hierarchia wskazanych postaci. Oto wśród „polityków, działaczy politycznych, dyplomatów” jako wzór najczęściej wskazywany był Józef Piłsudski (65 głosów), następnie Władysław Sikorski (32), Edward Gierek (24), Stefan Starzyński (13), Gabriel Narutowicz (9), Ignacy Mościcki (5), Władysław Anders (3), Roman Dmowski (3), Janek Krasicki (3), Eugeniusz Kwiatkowski (3)689. Wśród 10 postaci 8 należało więc do epoki II RP i zachodniego obozu politycznego lat wojny. Dwie osoby wskazały zaś jako wzór osobowy Adama Michnika. Wśród wojskowych całkowicie dystansował pozostałych Karol Świerczewski (23)690. Wśród naukowców wskazywano najczęściej Tadeusza Kotarbińskiego i Marię Skłodowska-Curie oraz Władysława Tatarkiewicza. Pierwszą dziesiątkę w ogólnej hierarchii stanowili: Piłsudski (65), Janusz Korczak (32), Sikorski (32), Kotarbiński (26), Gierek (24), Tatarkiewicz (24), Świerczewski (23), Paderewski (20), Stefan Wyszyński (20) i Maksymilian Kolbe (19)691.

Wyniki tych badań zdawały się wskazywać na poważny kryzys legitymizacji systemu społeczno-politycznego PRL, mimo wysokiej pozycji Gierka692. Wśród elit władzy istniała świadomość tego problemu, ujawniająca się w nasilonej około 1978 r. (także w związku z sześćdziesięcioleciem odzyskania niepodległości) propagandzie historycznej, mającej włączać w krąg oficjalnej symboliki wiele postaci międzywojennej polityki. Poszukiwanie nowej legitymizacji zdawało się palące po zamieszkach robotniczych 1976 r. i pojawieniu się jawnego, opozycyjnego ruchu politycznego, którego oddziaływanie na młodzież studencką mogło być znaczne w warunkach coraz poważniejszego kryzysu.

Wyraźne pogarszanie się nastrojów w warszawskich środowiskach studenckich dostrzegały władze partyjne już na początku 1975 r. Wyrażać się ono miało zwłaszcza „w postaci pytań i wypowiedzi na zajęciach prowadzonych z nauk politycznych”. Na UW zjawisko narastało w lutym i marcu. „Na wielu wydziałach, a zwłaszcza na tych, które skupiają większość młodzieży pochodzącej z Warszawy, pojawiła się fala pytań i burzliwych dyskusji na tematy aktualnej sytuacji w kraju [...]”. Stawiano takie oto pytania: „Dlaczego obywatel przemawiający do przypadkowego tłumu na temat pokoju jest zabierany przez milicjanta? – Jak to się ma do wolności słowa?”; „Czym tłumaczyć wprowadzenie podatku majątkowego, który ma przecież charakter jednorazowej daniny i łączy się z sytuacjami wojennymi czy szczególnie kryzysowymi?”. „W związku z ograniczeniem wyjazdów do krajów Zachodnich raz na 3 lata studenci wyrażali opinię, że jest to krok niesłuszny, ograniczający możliwości podróży, które do tej pory były łatwo dostępne”. „Studenci określają nastroje w społeczeństwie jako pesymistyczne i frustracyjne. Twierdzą, że w kraju panuje inflacja, która w bieżącym roku ma sięgnąć 20%, a oficjalnie nic się o tym nie mówi w środkach masowego przekazu. Podwyżki cen – jawne i ukryte – wprowadzają nastrój zniechęcenia”693.

W następnych miesiącach na klimat społeczny UW wpływała sprawa zmian w Konstytucji PRL, a rok 1976 znaczony był narastającymi objawami wyżej opisanych nastrojów, z wyładowaniem w postaci tzw. wydarzeń czerwcowych i powstania Komitetu Obrony Robotników. Jesienią rektorat zaprosił czołowych publicystów politycznych do poprowadzenia na UW zajęć PNP, mających zgodnie z oficjalną wykładnią, lecz możliwie najinteligentniej prezentować bieżące zagadnienia. Wśród zaproszonych byli reprezentanci różnych opcji ideowych obozu władzy: Mieczysław Rakowski, Igor Łopatyński, Jan Główczyk, Edmund Męclewski, Ryszard Wojna, Bohdan Roliński. Szczególnie instruktywne miały się okazać zajęcia Rolińskiego na Wydziale Chemii, gdyż

umożliwiły słuchaczom zadawanie pytań na aktualne kwestie społeczno-polityczne, związane z sytuacją w kraju (pytano m.in. o postawę milicji wobec robotników w Radomiu, cenzurę prasy, dystrybucję sum otrzymanych z RFN tytułem odszkodowań, o problem inwestycji, manewru gospodarczego, zadłużenie PRL itd.)694.

Podobne pytania padały w czasie organizowanych w tym czasie spotkań Uczelnianej Szkoły Aktywu SZSP. Na spotkanie ze Stanisławem Rajkiewiczem 25 X przyszło 70 osób; pytano o bilans płatniczy PRL (w tym czasie Radio Wolna Europa informowało o groźnym rozmiarze długu). Stanisława Mikę indagowano 19 XI o propagandę i jej wpływ na jednostkę. Gdy 3 XII pojawił się Rakowski, czekało ponad sto osób i zadano tyle pytań, że zaproszono szefa „Polityki” jeszcze raz: 17 XII zebrało się 130 słuchaczy. Rakowski odnotował, że

ci młodzi ludzie są sfrustrowani i przede wszystkim stanowczo buntują się przeciwko modelowi wychowawczemu, który opiera się na kłamstwach i półprawdach. Dyskusja była bardzo gwałtowna i niezwykle ostra. Na sali był też jakiś członek KOR-u wraz ze swoją gwardią. [...] Byłem zmuszony odpowiadać dość obcesowo, ponieważ wiedziałem, że są na tej sali także panowie z bezpieki [...]695.

Uczelniany SZSP eufemistycznie powiadomił rektora, że z powodu „zróżnicowanej inspiracji pytań” i napływu rozmaitej publiczności decyduje „o zrezygnowaniu z wizualnego propagowania kolejnych spotkań”696.

* * *

Od połowy lat siedemdziesiątych Uniwersytet był znowu „czułym barometrem” sytuacji w kraju, by przywołać raz jeszcze określenie Karola Modzelewskiego. Objawiły się grupy aktywnie reagujące na bieżące wydarzenia. Za szczególnie „czułe” uchodziły środowiska matematyków i fizyków oraz socjologów i historyków, zwłaszcza odłamy studentów i młodej kadry dydaktycznej. Od jesieni 1976 r. pulsowały konflikty między różnego szczebla władzami uczelnianymi a poszczególnymi pracownikami i grupkami studentów. Nikt nie miał wielkich złudzeń co do autonomii uczelni, lecz niektórzy starali się na terenie UW działać w taki sposób, jak gdyby ta autonomia istniała. Już nie tylko próbowano nadawać swobodny ton dyskusjom na zajęciach PNP, lecz i organizować akcje petycyjne, przejmować inicjatywę w organizacjach SZSP (w Instytucie Historycznym697), występować publicznie w obronie szykanowanych pracowników. Szykan było zaś coraz więcej.

Znamienny konflikt trwał już od 1975 r. w Instytucie Problemów Społecznych i Resocjalizacji UW. Placówkę tę powołano dwa lata wcześniej, jeszcze na fali „odnowy” politycznej, dla rozwijania nowatorskiej diagnostyki społecznej, wymagającej integracji różnych nauk (socjologii, nauk ekonomicznych, kryminologii etc.) Ambicją zespołu kierowanego przez Adama Podgóreckiego było stworzenie grupy eksperckiej, współuczestniczącej w tworzeniu strategii rozwojowych Polski. Jednak w 1975 r. instytutowa organizacja partyjna podważyła program badań nad patologią instytucji w PRL i spowodowała zatrzymanie go przez kolegium rektorskie. Sprawa była pretekstem do pozbycia się grupy naukowców, których w ramach „reorganizacji” rektorat starał się rozsiać po różnych jednostkach uczelni i stopniowo usunąć z pracy. W tle znajdowała się także kampania przeciw zmianom w Konstytucji, w której aktywni byli pracownicy IPSiR-u. „Reorganizacji” opierała się Rada Naukowa oraz organizacja związkowa. Opór złamano w czerwcu 1976 r., „w atmosferze szykanowania i zastraszania”, jak pisać będą protagoniści konfliktu. Nie dopuszczono do zebrania pracowniczego lub związkowego i usunięto w trybie administracyjnym przewodniczącą Rady Oddziałowej ZNP, w atmosferze „publicznych napaści i szykan”. Dziewięć osób przesunięto do innych jednostek i zatrudniono na czas określony, co pozwalało na nieprzedłużenie umów w danym momencie. Klimat tych rozgrywek współtworzyły takie fakty jak otwieranie korespondencji przychodzącej na adres Instytutu do doktora Q i podsuwanie rektorowi znalezionego tam pisemka emigracji londyńskiej, nagłe odbieranie Q zajęć usługowych z wyjaśnieniem, że nastąpiło to „na skutek ustnego polecenia władz zwierzchnich”, blokowanie przez rektorat jego wyjazdów zagranicznych698.

22. Czytelnia Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji UW

Wydarzenia w IPSiR-ze nałożyły się na turbulencję społeczno-polityczną lata 1976 r. i wkrótce naznaczone zostały przez kampanię antykorowską. Niech ilustracją będzie sprawa magistra X, pracownika inżynieryjno-technicznego IPSiR-u i wiceprzewodniczącego Rady Oddziałowej ZNP. Został on współpracownikiem KOR-u, więc jesienią 1976 r. otrzymał wypowiedzenie, ale skutecznie odwołał się, gdyż jako funkcyjnego związkowego nie wolno go było zwolnić. Władze UW anulowały decyzję, ale wkrótce Prezydium Rady Zakładowej ZNP pozbawiło go funkcji, co potwierdziło 10 XII Plenum tejże Rady. Warto przywołać fragmenty protokołu dyskusji na tym forum, oddają one bowiem wiele z ówczesnej atmosfery. Oto profesor A przedstawił wniosek o „zdjęcie” X, ponieważ ten „na spotkaniu z Prezydium RZ poinformował nas o swej działalności politycznej, która nie godzi się z postawą aktywisty związkowego i pracownika Uczelni”. Mianowicie podpisał był list w sprawie zmiany Konstytucji i apel KOR, a z tego rodzaju akcjami „nie możemy się zgodzić, służą one bowiem nie dobru sprawy, lecz są wykorzystywane przez wrogie nam ośrodki zagraniczne”. W wypowiedzi A powtarzała się pierwsza osoba liczby mnogiej: metoda symptomatyczna dla nowomowy, przeciwstawiająca jednostkę owemu „my”, tworzącemu sugestię jednomyślności. Wypowiedź była zresztą zbudowana z ogólnie obowiązujących fraz. Odpowiadając, X przyjmował konsekwentnie pierwszą osobę liczby pojedynczej, wykładając racje indywidualne: „Potrafiłem podać przykłady świadczące o powszechnym stosowaniu bestialskich metod i uznałem za swój obywatelski obowiązek zaprotestowanie przeciwko temu”. Przedstawił się jako zwolennik demokracji parlamentarnej i pluralizmu, w zarzucanych mu kontaktach z robotnikami nie widział niczego złego. Podkreślał, że nie należy karać za poglądy. Następni mówcy nie byli tego zdania. Doktor B przywołał zapis w Statucie ZNP, wedle którego związek kieruje się w działaniu linią polityczną PZPR, co zdawało się wiązać z nią poglądy funkcyjnych związkowych. Doktor C przekonywał, że „każdy z nas może wskazać na przykłady naruszenia praworządności przez funkcjonariuszy państwowych. Ale czy z pewnych – nawet prawdziwych – faktów można wyciągać wnioski ogólne?”. Skonstatował też, że „kol. X sam postawił się poza nawiasem organizacji związkowej, mówiąc, że związki zawodowe nie spełniają swoich zadań”. Doktor D zaś: „Kol. X powiedział, że zarzuca mu się tylko poglądy, a nie czyny. Uważam jednak, że głoszenie takich poglądów jest już czynem”. Z innych wypowiedzi wynikało, że ich autorzy obawiają się przede wszystkim skutków, jakie mogą na uczelnię ściągnąć tego rodzaju „czyny”. W słowach doktora E pobrzmiewały, jak się zdaje, echa doświadczeń „marcowych”: „Nie jesteśmy tu po to, żeby szerzyć ferment wśród młodzieży. Widziałem już, do czego to może doprowadzić, i nigdy do tego nie dopuszczę”. Docent F tłumaczył, że organizacja związkowa „ma obowiązek działać konstruktywnie, przy pomocy dialogu z partią, a nie w sposób nieodpowiedzialny”. Docent G odrzucał natomiast założenie, że X jest szykanowany z powodu poglądów, a umieszczał jego sprawę „na szerszym tle”, za jakie uznał konflikty w IPSiR-ze, które zmusiły rektora do „uzdrowienia sytuacji” i „pewnych sankcji”, w ramach których, jak powiadał G, „przesunięto kol. X”. Był to znamienny eufemizm, gdyż G, podobnie jak inni zabierający głos, musiał sobie zdawać sprawę, że Plenum decyduje w istocie o wyrzuceniu młodego człowieka z pracy. Ponownie wypowiedział się X, podkreślając, że Rada Zakładowa nie spełnia swej właściwej roli w jego sprawie – opinia ta zresztą, wedle doktora C, umieszczała X „poza nawiasem organizacji związkowej”. Po wyjściu zainteresowanego kilka osób próbowało go bronić, wskazując, że jednak chodzi o poglądy, a nie działania, i że X jest bardzo dobrym działaczem związkowym. Nie mogło to jednak zmienić biegu spraw, choć na 21 obecnych 8 wstrzymało się od głosu. Pozostali poparli wniosek o odwołanie X z funkcji wiceprzewodniczącego Rady Oddziałowej699. Sześć dni później nastąpiło wypowiedzenie umowy o pracę. X przestał być pracownikiem uczelni 28 II 1977 r. Formalnym i fikcyjnym uzasadnieniem była „reorganizacja” IPSiR.

Tu zaznaczyć trzeba, że cytowanie wypowiedzi uczestników dyskusji nie może zastąpić analizy ich postaw, niezbędnej dla poznania mechanizmów funkcjonowania społeczności akademickiej, a poniekąd funkcjonowania ówczesnego społeczeństwa. Motywacje kształtujące te postawy były bowiem zróżnicowane, na co zdaje się wskazywać także wiedza o późniejszej działalności doktorów B czy C w związkowym podziemiu lat stanu wojennego. W 1977 r. trudno było sobie, oczywiście, wyobrazić, że sytuacja PRL rozwinie się w takim kierunku. Zaznaczała się jednak polaryzacja postaw, stanowiąca wyzwanie tak dla środowisk uczelnianych, jak i nadzorującego je aparatu władzy.

Zarówno uczelnie, jak i instancja warszawska muszą mieć dokładne imienne rozeznanie: 1) Kto jest z nami, tzn. na kogo można liczyć w każdej sytuacji, 2) kto się nie angażuje po żadnej ze stron – przy czym, na ile to nieangażowanie jest rzeczywiste, a na ile tylko deklaratywne, przy jednoczesnym sprzyjaniu „opozycji”, 3) kto jest zdeklarowanie „anty”.

W stosunku do trzeciej grupy należy

prowadzić politykę ograniczania jej aktywności zawodowej i politycznej wszystkimi dostępnymi środkami i metodami, jakimi dysponują administracyjne i partyjne władze uczelni

– oto treści rękopiśmiennej notatki, powstałej w Komitecie Warszawskim PZPR wiosną 1977 r.700 Te, jak je nazwano, „działania ograniczające” stosowane były na szeroką skalę zarówno przez zewnętrzne wobec Uniwersytetu władze polityczne, jak przez sam rektorat.

Do owych „działań” należało przenoszenie pracowników, zmiany reguł ich zatrudnienia i represyjne zwolnienia. Niektórych raptownie przenoszono do Filii białostockiej; powodem mógł być podpis pod którymś z listów zbiorowych. Z powodu podpisania petycji w obronie represjonowanych uczestników wydarzeń w Radomiu pani adiunkt z Wydziału Matematyki została w roku akademickim 1976/1977 przeniesiona do Filii, a następnie zwolniona z powodu braku „należytego oddziaływania na postawy studentów zgodnie z obowiązkami wynikającymi ze ślubowania akademickiego”. Próba obrony przez ZNP była nieskuteczna, lecz warta odnotowania701. Nad Y, inną pracownicą Filii, przeniesioną tam zresztą w okolicznościach „pomarcowych”, groźba zwolnienia zawisła z powodu opozycyjnej działalności jej syna, studenta matematyki. Z rektoratu dotarła sugestia wiążąca przedłużenie zatrudnienia z przykróceniem tej działalności. Sugestii towarzyszyła dojmująca zmiana atmosfery w relacjach Y z administracją. Kwestura zmieniła nagle sposób naliczania wynagrodzenia, pracownicy zaczęli się odnosić do Y w dziwny, dwuznaczny sposób, a zwierzchnik (prorektor Filii) w sposób bardzo niegrzeczny. Były to, jak sądziła, skutki negatywnych opinii rozpuszczanych przez uczelnianych „działaczy”. W relacji, jaką Y złożyła komisji Szaniawskiego jesienią 1980 r., opisała zgęszczoną atmosferę niepewności, obmowy, „rozróbek” personalnych – pochodnych nacisków politycznych z zewnątrz i gier toczonych wewnątrz struktur uniwersyteckich702.

Na skutki „działań ograniczających” narażeni byli zwłaszcza młodsi pracownicy, zatrudnieni na mniej korzystnych umowach. Oto asystentowi na Wydziale Historycznym, związanemu z KOR-em i podziemiem wydawniczym, nie przedłużono zatrudnienia pod pretekstem zwłoki z obroną doktoratu. Choć odbyła się ona kilkanaście dni przed terminem, rektor odmówił podpisania nowej umowy o pracę, odrzucając wniosek Rady Wydziału. Typowym „działaniem” wobec osób, których trudniej było się pozbyć, zwłaszcza profesury, było uniemożliwianie podróży zagranicznych, czy to na poziomie rektoratu, czy MSW (tzw. zastrzeżenia wyjazdów)703. Było to, oczywiście, dotkliwe dla badaczy przywykłych do uczestniczenia w międzynarodowym życiu naukowym, ale i odbijało się na wizerunku uczelni, choć rektor przecież bardzo dbał o podkreślanie jej światowego znaczenia i kamuflował w kontaktach międzynarodowych brak jej autonomii704.

Tymczasem krystalizacja postaw opozycyjnych następowała wśród studentów, w każdym razie tej aktywnej mniejszości, która decydowała się na próby publicznego wyrażania swych poglądów lub na aktywność niejawną. Były to grupy i grupki, kształtujące się na wydziałach, lecz często powiązane doświadczeniem szkolnym czy harcerskim (wielkie znaczenie miała tu słynna warszawska Czarna Jedynka) i uczestnictwem w różnych pozauczelnianych formach życia kulturalnego i ideowego, zwłaszcza oazowego i KIK-owskiego. Rodzaj nowego konserwatyzmu, jaki emanował z części środowisk studenckich, uchwycił wówczas Kazimierz Brandys:

To już najnowsza formacja, inna niż festiwalowe pokolenie 1955, które tańczyło w Kazimierzu u Berensa. Tamci, ze swoimi piwniczkami i koleżeńską poligamią, to było życie w zabawie. Ci wcześnie się żenią; jedną ręką pchają wózek z dzieckiem, a drugą kartkują podręcznik matematyki. Monogamiści, brodaci ojcowie w sandałach i dżinsach. Mówię do M.: patrz, zabawa się skończyła, oni chcą żyć w powadze. I liczę na palcach odmiany pokoleń. Ideologia. Zabawa. Powaga705.

* * *

W marcu 1977 r. studenci UW zareagowali na apel KOR o akcję petycyjną w sprawie powołania komisji sejmowej do badania represji wobec uczestników zajść czerwcowych. List podpisało 730 studentów, a do Sejmu zanieśli go Jan Ajzner i Paweł Nassalski. Dyrekcja Instytutu Socjologii odbyła z nimi dość miękką, jak się zdaje, rozmowę. W „marcowym” duchu zareagował natomiast Rybicki, zapowiadając na posiedzeniu Senatu kary dla sygnatariuszy, łącznie z relegacjami.

Rozumiemy tę decyzję – pisały Urszula Doroszewska i Irena Słodkowska, studentki socjologii – jako praktyczne zawieszenie praw obywatelskich studentów Uniwersytetu decyzją jego Rektora. Fakt ten głęboko nas niepokoi, jest bowiem sprzeczny z art. 81 Konstytucji PRL zapewniającym wszystkim obywatelom równe prawa we wszystkich dziedzinach życia państwowego i politycznego. Prócz tego decyzja Rektora stwarza na Uniwersytecie stan napięcia i zagrożenia, który uniemożliwia rzetelną dyskusję nad problemami nurtującymi środowisko studenckie. Dyskusja taka była do tej pory możliwa, choć ograniczona kilkoma zakazami. Groźba represji wyklucza dyskusję w ogóle – co więcej, może mieć nieobliczalne konsekwencje społeczne706.

Tak rozumianą dyskusją nie były raczej „rozmowy” podjęte z sygnatariuszami listu do Sejmu. Odcyfrowywano najpierw podpisy, udało się to w 490 przypadkach, w tym 170 członków SZSP, z którymi właśnie prowadzono rozmowy. Około 25 osób uchyliło się od nich. Starano się, by rozmowy miały charakter nieformalny i „koleżeński”. Uczestniczył w tym aktyw młodzieżowy i organizacja partyjna707.

W następnych tygodniach część społeczności UW podminowana była sprawą śmierci Stanisława Pyjasa, która wywołała akcje społeczne w czasie juwenaliów w Krakowie i powołanie w tym mieście Studenckiego Komitetu Solidarności. Idea stworzenia analogicznego komitetu pojawiła się w Warszawie; jego deklarację podpisano 17 X 1977 r.708 W kolportowanym na UW memoriale Ludwik Dorn, Sergiusz Kowalski i Piotr Łukasiewicz opisali SZSP jako organizację wymuszającą deklaracje ideowe i polityczne (co zresztą należało do jej formalnych zadań, skoro wedle statutu wiodącą siłą polityczną była PZPR), centralistyczną i kierowaną przez wąską, dość stabilną elitę działaczy709. Wszystko to miało skłaniać do utworzenia struktury wyrażającej w sposób autentyczny aspiracje studentów. Oznaczało to próbę instytucjonalizacji studenckiej kontrelity. Uczelniany aparat zareagował powieleniem broszurki z odpowiedziami na poszczególne punkty memoriału „Dorna i s-ki”, jak dopisano ręcznie na egzemplarzu spoczywającym dziś w archiwum UW. Miał to być najpewniej materiał pomocniczy dla aktywu ZSMP. Zawierał znane stanowisko w sprawie „tzw. «opozycji»” (podwójny cudzysłów, służący jak najwyraźniejszemu odgrodzeniu się od niebezpiecznego pojęcia, należałby do typowych cech nowomowy, jak je przedstawia Michał Głowiński710), jako niereprezentatywnej i wspieranej przez renegatów z Zachodu. Grupkami pozbawionymi jakiejkolwiek legitymizacji miałyby być też SKS-y. Nie mogą być one alternatywą wobec legalnej organizacji studenckiej, która przecież została demokratycznie wybrana (przeciw zjednoczeniu głosowało na kongresie w 1973 r. zaledwie kilka osób), zaś jej wsparcie dla socjalizmu jest naturalne, skoro społeczeństwo ustrój ten popiera. Zresztą nikt w SZSP nie cierpi z powodu swego światopoglądu. Nie ma napięć na tle wyznaniowym. Co roku odbywają się wybory. Aktyw podlega rotacji. Zaś „koledzy od lat prezentujący swoje odmienne od powszechnych poglądy polityczne kończą z powodzeniem studia, nikt nie przeszkadza im w tym, w kołach naukowych nie spotykane jest sprawdzanie czyichkolwiek poglądów politycznych, działają w nich wszyscy chętni”. Jakich to praw należy bronić przed administracją uczelni? Petycja na UW miała 730 sygnatariuszy, ale w Polsce jest 480 tys. studentów. Podpisy zbierało kilkanaście osób. Jakież to spotkały ich represje?711 Posługujący się przygotowanymi tezami i retorycznymi pytaniami aktywiści niewielki chyba użytek mogli uczynić z tej broni. Pogróżki rektora pod adresem sygnatariuszy były znane dostatecznie szeroko.

Władze UW zdecydowane były na prowadzenie twardej „akcji ograniczającej” zarówno w stosunku do kadry, jak studentów, choć zdaje się, że nie miały poczucia stabilnego oparcia w centralnym aparacie władzy, którego działania były coraz bardziej chaotyczne. Znamienna wydaje się tu notatka Mieczysława Rakowskiego ze spotkania z Rybickim w sierpniu 1977 r., po ogłoszonej przez władze amnestii:

Byłem zaskoczony otwartością, z jaką krytykował kierownictwo partii, łącznie z Gierkiem. [...] Nie ukrywał także swojego niezadowolenia nie tyle może z powodu wypuszczenia KOR-owców, ile sposobu załatwienia tej sprawy. „Bo – mówił – w miesiącach poprzedzających obecną sytuację na odcinku partia-opozycja, aparat KC zagonił wielu działaczy, aktyw, profesorów i dziennikarzy do obszczekiwania opozycji. Niektórzy robili to z przekonania, inni z konieczności, ale w sumie wszyscy się umoczyli. No a teraz okazuje się, że zostali za dorożką. Słyszę od profesorów, że następnym razem kierownictwo partii nie ma co na nich liczyć”712.

Nie wydaje się jednak, aby podobne frustracje powodowały jakąś trwałą zmianę postaw wśród tych, o których w cytowanym wyżej dokumencie partyjnym pisano, że są „z nami”. W każdym razie kierownictwo polityczne uczelni trzymało się do lata 1980 r. wyznaczonego kursu. Trwały represyjne zmiany umów o pracę, studentów przyłapanych na rozpowszechnianiu „bibuły” wyrzucano z akademików713. Rektor występował w ostrym i autorytarnym stylu, jak na spotkaniu w Instytucie Historycznym wiosną 1978 r., zwołanym wskutek wzburzenia studentów represyjnym zwolnieniem z pracy cenionego asystenta. W tym wypadku postawa Rybickiego spotkała się z twardą reakcją – w pewnym momencie niemal połowa zebranych opuściła salę714.

Tego rodzaju zachowanie wobec władzy rektorskiej możliwe było zapewne dlatego, że opozycyjnie nastrojona część studentów miała poczucie oparcia w instytucjach pozasystemowych. Rozwijały się one w tym okresie spektakularnie, odbierając światu oficjalnemu główną przesłankę jego trwałości i mocy – bezalternatywność. Działał KOR, działał już warszawski SKS, od jesieni 1977 r. prowadził swoje zajęcia Uniwersytet Latający, który przybrał kilka miesięcy później nazwę Towarzystwa Kursów Naukowych, nawiązującą do analogicznej instytucji działającej pod władzą rosyjską na początku XX w. Dość szybko TKN stanowić zaczął jedno z głównych zagadnień dla warszawskich władz partyjnych, które przystąpiły – przy pomocy organizacji młodzieżowej – do „akcji konfrontacji ideologicznej”. Historia zorganizowanego zakłócania wykładów TKN, prowadząca do konfrontacji już zupełnie fizycznej w mieszkaniu Jacka Kuronia 21 marca 1979 r., została szczegółowo opisana715. Tu podkreślić trzeba echo, jakim odbiła się w środowiskach uczelnianych, i fatalny efekt, jaki pobicie Macieja Kuronia i Henryka Wujca miało dla wizerunku SZSP. Władze stołeczne organizacji zdawały sobie z tego sprawę i odpowiedzialnością za eskalację konfliktu obciążały przede wszystkim centralną Federację Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej, która „konfrontację” podjęła rzekomo bez uzgodnienia z władzami partyjnymi, oraz działaczy uczelnianych z Akademii Wychowania Fizycznego716. Studenci AWF odznaczyli się wśród bijących, choć znaleźli się między nimi także studenci UW. Sama Federacja ze swej strony utrzymywała, że to związani z nią aktywiści młodzieżowi, którzy pragnęli jedynie podjąć „polemiczną dyskusję” zostali na wykładzie pobici, w dodatku „ze szczególną zajadłością”, przez jego organizatorów, w tym zwłaszcza Kuroniów i Wujca717.

Władze policyjne i partyjne, jak pisze Andrzej Friszke, pozytywnie oceniły całokształt wydarzeń, które doprowadziły do znacznego osłabienia akcji wykładowej TKN718. Podobnie odniósł się do nich z trybuny VIII Zjazdu PZPR w lutym 1980 r. sam rektor Uniwersytetu Warszawskiego. „Z uznaniem oceniamy – głosił – postawy młodych aktywistów, którzy podjęli ryzyko konfrontacji w polemikach z wytrawnymi politykierami. Oparli się próbom prowokacji, wykazali rangę argumentów za prawdą, za socjalizmem”. I dodawał: „Nasze racje zwyciężają, a trudne sytuacje, których nie chcemy przecież wywoływać, hartują młodych działaczy, uczą logiki walki klasowej, odkrywają obce penetracje, przekupstwa, zdradę godności narodowej”719.

* * *

Na początku 1980 r., gdy kraj „żył” przygotowaniami do VIII Zjazdu, mającego podsumować dekadę rządów Gierka, Rada Zakładowa ZNP UW przygotowała analizę warunków egzystencji społeczności uniwersyteckiej. Dokument miał zainteresować uczelniane i (najpewniej) wyższe władze. Jego ton był minorowy. „W odczuciu wielu młodych pracowników praca w Uniwersytecie Warszawskim staje się w coraz większym stopniu «luksusem», na który mogą sobie pozwolić osoby znajdujące oparcie w zamożnych rodzinach lub dostatecznie «obrotne», by zapewnić sobie źródła dodatkowych dochodów” – oceniała Rada. Pracownicy inżynieryjno-techniczni i administracyjni UW zarabiali 3200–4400 zł, obsługa około 2300 zł miesięcznie720, gdy w „wytycznych” Zjazdu widniała zakładana na 1980 r. średnia krajowa 5300 zł. Przekroczyć ją mogli profesorowie, docenci i adiunkci. Ogół młodej kadry był w trudnej sytuacji (szacowano, że jedna piąta otrzymuje wynagrodzenia na poziomie minimum socjalnego). Pracownicy mogli liczyć na stypendia doktorskie i habilitacyjne, nie było jednak żadnych środków na zakup książek i pomocy naukowych. Fundusz nagród przeznaczany był w części na nowe etaty i opłacanie godzin nadliczbowych. Sprawy płac wywoływały wiele zadrażnień, zwłaszcza z powodu różnic w wynagrodzeniach, ustalanych bez konsultacji ze związkiem. Ogólnie biorąc, napięcia między pracownikami naukowymi i administracją miały współtworzyć złą atmosferę. Rada sygnalizowała „niekorzystne [...] zjawiska w postawach, systemach wartości i zachowaniach pracowników naukowych”. Ci z kolei uznawali, że administracja jest nieudolna. Narzekali na warunki pracy: ciasnotę, braki aparatury, jakość inwestycji. Nowy gmach Fizyki był źle zbudowany. Jesienią 1979 r. zepsuło się tam ogrzewanie i pracowano w warunkach zagrażających zdrowiu. Wentylacja w budynku Biologii nie działała od chwili zamontowania. Bezustanne awarie i remonty wyłączały pomieszczenia z użytku. Stan urządzeń sanitarnych był poniżej krytyki, brud panował także w Przychodni UW (choć zapewne nie to było powodem uchylania się pracowników od badań okresowych). Problemem egzystencjalnym były sprawy mieszkaniowe: na listach osób oczekujących na mieszkanie spółdzielcze znajdowało się pół tysiąca nazwisk. Ostatnie mieszkania tego rodzaju rozdzielono w 1977 r. Młodsi pracownicy mieli też wiele do powiedzenia na temat ciasnoty w uczelnianym przedszkolu i trudności z uzyskaniem wczasów. Pracownik z trzyosobową rodziną mógł otrzymać wczasy raz na 6 lat721.

Żadne z tych stwierdzeń nie zostało powtórzone z trybuny zjazdowej przez rektora Rybickiego. Ogłosił on, że w latach 70. doszło, dzięki kierownictwu partii, do wszechstronnego rozwoju bazy dydaktycznej, badawczej i socjalnej. Odwołał się do spotkania na UW z Gierkiem w 1978 r., na którym złożono zapewnienie, że „ludzie nauki są w swej masie związani w sposób racjonalny i uczuciowy z socjalistycznym rozwojem kraju” oraz „oceniają z uznaniem wysiłki partii i państwa w pokonywaniu barier naszego rozwoju”. Rybicki uznał zarazem konieczność pewnej samokrytyki: „Za mało stawialiśmy konsekwentnych wymagań, byliśmy zbyt pobłażliwi w egzekwowaniu obowiązków i obywatelskiej odpowiedzialności. Wśród części młodej inteligencji ujawniać się zaczęły nastroje konsumpcyjne, pomniejszane było niekiedy znaczenie ideowych motywów działania”. W tym kontekście przywołał heroiczny mit początków władzy ludowej i „ZMP-owskiego entuzjazmu”. Zastrzegł jednak, że nie należy przeciwstawiać temu postaw dzisiejszej młodzieży, w masie swej patriotycznej i zaangażowanej. Postawy tego rodzaju mają tym większe znaczenie, że w całej dekadzie „powtarzane były próby organizowania wrogich oddziaływań na naszą młodzież”722.

Takie oto zdania wypowiadał rektor Uniwersytetu Warszawskiego na forum publicznym w lutym 1980 r. Członek władz partyjnych Józef Tejchma ocenił w swym dzienniku to wystąpienie jako „kompromitujące”723. Notatki z niepublicznych spotkań w tym okresie nie potwierdzają ogłaszanej przez Rybickiego ufności działaczy w zwycięstwo ich sprawy. Wprawdzie nikt nie mógł przypuścić, że pół roku po przemówieniu Rybickiego porządek, który reprezentował, runie, lecz rozprzężenie było już tak wielkie, że uczelniane fora miały powody do obaw. Dowodem rękopiśmienna notatka ze spotkania kierownictwa SZSP UW 18 VI 1980 r. Uczestników niepokoiła „tendencja likwidatorska” w ich organizacji. „Dziś argumentują demagogicznie przeciwko SZSP, jutro mogą to uczynić wobec PZPR czy żądając zmiany Konstytucji” – mówił jeden z uczestników. Wspominano o takich działaniach zbiorowych jak petycja w sprawie rozwiązania SZSP, pod którą zbierano podpisy w akademikach, i próby budowania alternatywnych struktur w ramach kół naukowych, czy „opanowanie” gazetki i klubu turystycznego na Wydziale Matematyki. Tymczasem własną siłę przebicia oceniali zebrani jako zbyt małą: w SZSP brak „trybunów ludowych”, działacze obciążani są przez zwierzchnictwo partyjne odpowiedzialnością za niedostatki studenckiego życia, od awantur w klubach po „wrogą działalność”, a zarazem pozbawieni wpływu na decyzje władz uczelni. Nadzieję pokładali w możliwościach wpływu na nowo przyjmowanych studentów w czasie obozów integracyjnych tzw. Akcji Lato. W tym kontekście uczestnik zebrania uznawał, że znacznie poważniejsze niż działania uczelnianej opozycji są „uwarunkowania zewnętrzne”, czyli pogłębiający się kryzys: „Trzeba się liczyć z tym, że młodzież po powrocie z domów rodzinnych poza Warszawą będzie bogatsza o doświadczenia i wiedzę o sytuacji gospodarczej, trudniejszej na prowincji niż w stolicy”. Wyraził w tym kontekście „wiele nadziei” na poprawę, związaną z „krokami władzy”724. Niewątpliwie nadzieje tego rodzaju (choć słabo ufundowane, jak wiadomo dziś chociażby z dzienników M.F. Rakowskiego, ukazujących degrengoladę centrum władzy) podtrzymywane były w kręgu uniwersyteckiego establishmentu jeszcze latem 1980 r. Nikt nie spodziewał się bowiem zdarzeń, jakie miały nastąpić.