Lata 80. rozpoczynały się i zamykały w Polsce pod znakiem burzliwych przemian, których częścią były ruchy studenckie, występujące na ulice z transparentami i organizujące strajki. Znaczna część tych, którzy ruszyli w 1980 r., urodziła się w pierwszych latach rządów Gomułki, niektórzy w 1956 r. Byli jeszcze w szkołach podstawowych, gdy rozgrywał się Marzec. Gdy rozpoczynali studia w połowie lat 70., ciemna zasłona kładła się wciąż na uczelniach. Marzec rządził w dużej mierze ruchami kadrowymi na UW, naznaczył mentalność tej części elity instytucjonalnej, która się pożywiła dzięki kampanii czystek, i świadomość tych pracowników, dla których pozostawał niemożliwą do publicznego nazwania traumą. Późnym latem 1980 r. nastąpiło zdarcie zasłony. Kilka miesięcy później, w czasie łódzkiego strajku studentów, jedno z haseł głosiło: „Nie będzie nowego Marca!”725. Kilka lat później studenci nieśli na transparencie napis: „Urodziliśmy się w 1968 roku”. Marcin Meller, przedstawiciel tego pokolenia, zastanawiał się nad sensownością tego hasła, ubolewając, że w istocie niewiele ono znaczy, bowiem owych dwudziestolatków nie wiąże żadne doświadczenie formacyjne, które byłoby podobne do tego, jakie naznaczyło „pokolenie 1968”726. Pokolenie imponujące młodszym przemierzoną przez nie drogą od protestów i procesów końca lat 60., poprzez KOR i Latający Uniwersytet, do współtworzenia „karnawału Solidarności”. Gdy ogłoszono stan wojenny, pokolenie Mellera było w szkołach podstawowych. Marzec oznaczał dla wielu raczej moment chwały niż klęski. Dodajmy, że po latach urodzeni około 1968 r. zyskają miano „pokolenia 1989”, teraz jako ludzie, którym młodsi zazdrościć mogą sukcesu osobistego, osiągniętego w ostatniej dekadzie XX w., erze „transformacji”727.

Tego rodzaju pokoleniowe zmiany perspektyw naznaczały zawsze życie społeczne Uniwersytetu. Zdaje się jednak, że występujący na scenie lat 80., niezależnie od wszelkich różnic, mieli wspólne doświadczenie symboliczne. Było ono niejako kumulacją doświadczeń „polskich miesięcy”. Urodzeni około 1956 r. wchodzili na Uniwersytet w okresie załamywania się gierkowskiej stabilizacji i byli świadkami rozgrywek wokół KOR-owskiego zaangażowania niektórych pracowników i studentów, represji przeciw nim, brutalnych ataków na TKN, wreszcie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II. Ten ciąg doświadczeń kształtował postawy pewnej grupy, liczebnie niezbyt znaczącej wśród mas studentów, lecz opiniotwórczej i zdolnej do efektywnego działania latem 1980 r. Istotne jest chyba i to, że dla pokolenia rodziców tych ludzi wielkim przełomem życiowym był rok 1956, zatem ci młodzi przeżywali swą „rewolucję” mniej więcej w tym samym wieku. Przeżycie zbiorowe rodziców miało, oczywiście, bardzo różną skalę i w rozmaity sposób kierunkowało myślenie dwóch pokoleń. Znamienne, że formy działania publicznego wybierane w latach 1980–1981 niewiele miały wspólnego z wiecowo-rewolucyjną aurą Października, choć rok 1956 przywoływany był chętnie w ówczesnej publicystyce jako jedno ze zdarzeń zacieranych przez lata w świecie oficjalnego przekazu.

23. Inauguracja roku akademickiego 1981/1982 na UW, przemawia rektor Henryk Samsonowicz, październik 1981 r.

Dla rodziców buntowników końca lat 80. przeżycie pokoleniowe stanowił Marzec, choć znaczenie społeczne tego „polskiego miesiąca” było, jak się zdaje, zasadniczo inne niż Października, zapewne węższe, dla wielu niejednoznaczne, ale też wyraźniej osadzone w świecie uniwersyteckim. Znamienne, że ci aktywni „urodzeni w 1968 r.” doświadczenia rodziców nie zamierzali powtarzać. O ile wstrząs Marca polegał na zderzeniu studentów z państwem, które jednak uważali dotąd za swoje, o tyle buntownicy 1988 r. zdawali się nie mieć złudzeń co do charakteru systemu, więc nie próbowali zmieniać go od środka. Zachowywali się tak, jak gdyby nie bali się ani milicji, ani sekretarzy. Chętnie wychodzili na ulice, także po to, aby organizować ośmieszające władze happeningi.

Lata 80. były na UW dekadą nieporównywalną z poprzednimi. Rok 1980 zdarł bowiem zasłonę konformizmu. Uczelnia żyła w atmosferze wolności „szesnastu miesięcy”, sama wybierając sobie władze. Szczególne znaczenie miał wybór Henryka Samsonowicza na rektora, dokonany we wrześniu 1980 r. przez Senat i ponowiony w czerwcu roku następnego przez zgromadzenie elektorskie. Uczelnia zyskała uosobienie swej podmiotowości. Inauguracja roku akademickiego 1981/1982 należała, obok pierwszej z 1945 r. i tej z jesieni 1956 r., do najważniejszych tego rodzaju wydarzeń w powojennej historii uczelni. Symbolizowała nadzieje na trwałość zmian w Polsce. Po raz pierwszy po wojnie wziął w niej udział prymas, a rząd reprezentował wicepremier (M.F. Rakowski). Nadzieje te przecięte zostały w nocy 13 XII. Po wstrząsie i grozie zimy, a nawet po usunięciu przez władze Samsonowicza wiosną 1982 r., powrót do sytuacji z lat 70. był jednak niemożliwy – nie tylko dlatego, że władze zdecydowały się na przyjęcie niezwykle liberalnej, jak na reżimy wschodnioeuropejskie, ustawy o szkolnictwie wyższym (choć bardzo okrojonej specjalnymi przepisami stanu wojennego), ale przede wszystkim z powodu silnego doświadczenia samoorganizacji i samowiedzy, jakie pozostało z „szesnastu miesięcy”. Sprawiało to, że władze nie były w stanie zyskać trwałego wpływu na uczelnie, co przyczyniło się do decyzji o przekreśleniu ustawy w 1985 r., mimo stanowczych protestów środowisk naukowych i studenckich.

W połowie dekady zdawało się, że zwycięża apatia. Z badań socjologicznych wśród studentów warszawskich wyłaniał się obraz eskapizmu i pogrążenia we własnych, codziennych sprawach. Rzeczywistość powszednia jawiła się jako beznadziejnie szara, definiowana słowem „kryzys”728. Dawały znać o sobie obawy o przyszłość, skłaniające do emigracji. W latach 80. opuściło Polskę około miliona ludzi. Prowadziło to między innymi do jałowienia życia gospodarczego i naukowego, gdyż wyjeżdżali ludzie dobrze wykształceni. Wystarczy wspomnieć, że w latach 1979–1985 (ale zwłaszcza po 1981 r.) nie wróciło do kraju z wyjazdów służbowych 1863 pracowników nauki, w tym 1121 nauczycieli akademickich, najwięcej z wyższych szkół technicznych (483), z uniwersytetów 347 osób, w tym 116 z UW. „Wybierano wolność” zwłaszcza w czasie podróży do USA i RFN729. Wśród inteligencji panowała wręcz atmosfera wyjazdowa, odzwierciedlona w notatkach Marcina Kuli. Pisał on wiosną 1982 r.:

Kolega myśli o emigracji. Ma stypendium doktoranckie 5 tys. miesięcznie. Jest żonaty, nie ma żadnych szans na sensowną pracę po doktoracie, żadnych szans na mieszkanie [...]. Wynajmuje obskurną kawalerkę za 4 tys. I ostateczny argument: „Wiesz, ten kraj stał się taki niemiły!”730.

Innym rodzajem „wyboru wolności” było trwanie w podziemnych strukturach wydawniczych, związkowych i stowarzyszeniowych, które zakorzeniły się w szkołach wyższych. Po 1985 r. działalność ta, wskutek ponownego ograniczenia samorządności uczelnianej, zyskała dodatkowy sens i, wbrew wspomnianej apatii, rozwijała się dynamicznie pod koniec dekady. Podziemie kreowało własnych liderów i własny etos, któremu władze nie były w stanie już nic przeciwstawić, a finansowane przez nie organizacje studenckie miały ograniczone wpływy społeczne. Trwał bowiem w świadomości obraz Sierpnia jako momentu przewartościowania, wyzwolenia nowego języka opisu świata, o podłożu godnościowym i wspólnotowym, przebudzenia się ze „śpiączki” i ujawnienia „prawdy”. Świat oficjalny był bardziej niż kiedykolwiek traktowany w kategoriach konwencji odległej od życia. Nie istniała już w zasadzie oficjalna kultura studencka, tak widoczna jeszcze dziesięć lat wcześniej. Młoda kontrkultura wdarła się w obieg publiczny, wpływając na formy opozycyjnej aktywności studenckiej schyłku dekady i zabarwiając ją na pomarańczowo.

„To nie jest anarchia”

Jesienią 1980 r. dokonano nowego podziału gablotek z ogłoszeniami na murze za bramą główną Uniwersytetu (zwanym „ścianą płaczu”, bo tu kandydaci szukali rokrocznie swych nazwisk na listach przyjętych). Wielu pracowników UW pamiętało, jakie znaczenie miały te gablotki jesienią 1956 r. Po ćwierćwieczu ożywiły się ponownie. Na trzech pojawił się napis „NSZZ”. Siedemnaście zachowała Rada Uczelniana SZSP. Po jednej miały koła ZSL i SD, a także ZNP i naukowe Koło Penitencjarne. Pięć pozostało bez formalnego przydziału731. Nie odzwierciedlało to zmian, jakie się dokonywały. Nie mieściły się one w żadnych gablotkach. Na samym Krakowskim Przedmieściu przechodnie zatrzymywali się przed rozklejonymi ogłoszeniami, informującymi o powstającym samorządzie studenckim i otwartych spotkaniach na uczelni. Jesienią 1980 r. Uniwersytet zaistniał w nowy sposób na mapie warszawskich instytucji.

W klubach filmowych wyświetlano rzeczy odłożone w poprzednich latach na półkę, jak Indeks Kijowskiego. Na publicznych zebraniach przemawiały osoby, których pojawienie się na uczelni jeszcze niedawno wywołałoby skandal. Jacek Kuroń przemawiał 21 XII 1980 r. w Auditorium Maximum. Studenci nie zadali mu, co znamienne, żadnych pytań związanych z problemami ich grupy, nauki czy uczelni. Kuroń odpowiadał natomiast na pytania, czy Polska była „w ostatnich latach” krajem socjalistycznym; o aktualną sytuację KOR-u, lecz także o wewnętrzne podziały w PZPR i o szansę zmiany „ekipy” w ZSRR w razie śmierci Breżniewa. Tego rodzaju publiczne dyskusje były czymś niesłychanym w państwach bloku. Część pytań do Kuronia świadczyła zarazem, że propaganda ostatnich lat zasiała ziarno w umysłach, a także o „nastawieniu” części uczestników przez partię lub SZSP: czy Kuroń jest patriotą polskim? jakie były przyczyny poparcia ludzi lewicy dla stalinizmu? skąd czerpie środki utrzymania? czy ma kontakty z zachodnioniemieckimi mediami? Ze studentami Filii UW w Białymstoku spotkał się 2 XII Adam Michnik. Jak zapisał informator z SB, część obecnych była rozczarowana wystąpieniem, spodziewając się jakiejś aktywniejszej negacji ustroju. Padły pytania o TKN: Michnik twierdził, że nie jest już nękane i działa teraz na uniwersytetach732.

Ogólnokrajowa rewolucja „Solidarności” wyzwoliła żywiołowe akcje samoorganizacji społecznej, które już we wrześniu 1980 r. przybrały na UW postać równoległych procesów: 1) formowania autentycznego związku zawodowego pracowników, 2) niezależnej reprezentacji studentów, czyli samorządu; 3) autonomicznej organizacji studenckiej, 4) dążenia do reformy studiów. Wszystkie te procesy rozpoczynały się oddolnie i w rozproszeniu, lecz wiązały szybko w ogólnouczelniane ruchy, które łączyło przede wszystkim żądanie autonomii szkolnictwa wyższego. Dzięki niej zaistnieć miała prawdziwa społeczność uniwersytecka, odtwarzająca z kolei w swych strukturach wewnętrznych zasady autonomii – podstawowych grup (pracowników i studentów) i jednostek organizacyjnych. Uderzającą cechą sytuacji zbiorowej, jaka objawiła się późnym latem 1980 r., była gotowość do sformułowania dojrzałego programu. Wynikała ona niewątpliwie ze skumulowanych doświadczeń poprzednich dziesięcioleci, ale zwłaszcza chyba lat ostatnich: przede wszystkim zaangażowania wielu pracowników i studentów w ruchy opozycyjne, a także narastającego wyobcowania struktur oficjalnych.

Oto we wrześniu 1980 r. objawił się twór o długiej nazwie: skrót brzmiał NSZZPNTiO, mawiano więc o „jamniku” lub „dziewięciozgłoskowcu”. Jak wspomina Jerzy Holzer,

4 września przedstawiciele kilku warszawskich zakładów pracy postanowili utworzyć niezależny związek zawodowy Mazowsze. Nie było wówczas jeszcze decyzji o tworzeniu związku ogólnopolskiego. W Warszawie zaczęliśmy więc montować [...] Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Pracowników Nauki, Techniki i Oświaty. Aspiracje były ogólnopolskie, ale w praktyce inicjatywa nie wyszła poza Warszawę. Na Uniwersytecie Warszawskim byłem jednym z organizatorów. Uczestniczyłem 10 września w warszawskiej konferencji, która formalnie utworzyła „Dziewięcioliterowca”, i wszedłem do jego zarządu733.

Po kilku dniach NSZZPNTiO zmienił się w ogniwo „Solidarności”.

Także 10 IX ogłoszono listę oczekiwań powstającego samorządu studenckiego. Sama idea takiego samorządu stanowiła novum: Uniwersytet znał tradycje bratniaków, organizacji samopomocowych, lecz samorząd miał być instytucją współrządzącą – demokratycznie wyłanianą reprezentacją ogółu studentów, mającą przedstawicieli w Senacie i radach wydziałów. Żądano zarazem, aby w ciałach tych nie zasiadali dłużej z urzędu „członkowie organizacji politycznych”. Samorząd studencki, nie deklarujący żadnych ideologicznych celów, przejąłby od SZSP opiekę nad kołami naukowymi i innymi organizacjami studenckimi, a także prowadzenie funduszy stypendialnych i zapomogowych. Miałby wpływ na decyzje o karach wobec studentów, w tym prawo veta wobec decyzji dziekana o relegowaniu. Władze uczelni straciłyby władztwo nad studentami, stając się ich partnerem w społeczności uniwersyteckiej. Nie byłoby dłużej tzw. puli rektorskiej, pozwalającej nadawać wybranym osobom status studenta. Wydanie studentowi paszportu nie byłoby zależne od stanowiska rektoratu. Uczelniana poligrafia zostałaby udostępniona wszystkim legalnie działającym organizacjom, a pisma studenckie nie byłyby cenzurowane. Programy nauczania opracowywałyby poszczególne wydziały734.

Następnego dnia, 11 IX, Rada Naukowa Instytutu Historycznego w dobitnej uchwale wyrażała analogiczny zbiór postulatów, rozbrzmiewających wówczas na całej uczelni. Podkreślała m.in. konieczność zapewnienia rotacji władz różnego szczebla, samostanowienia programowego jednostek (co się z tym wiązało, odwołania narzuconego miesiąc wcześniej programu studiów historycznych), zbadania spraw zwolnień z pracy, ale też wybudowania „nowoczesnego gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej w pobliżu Krakowskiego Przedmieścia w ciągu najbliższych 5 lat”. Te rozmaite sprawy wiązały się ze sobą, ponieważ nabrzmiewały w warunkach złego ustroju UW, który był pochodną ustroju PRL – uchwała historyków odnosiła się przecież także do podstaw ładu państwowego, wskazując na konieczność zmian ustawodawczych, ograniczenia cenzury, otwartej dyskusji nad „całością systemu wychowawczego”735.

W październiku na większości wydziałów istniały powołane spontanicznie struktury samorządu studenckiego, zgodnie z wyznawaną od początku zasadą, że tak właśnie, oddolnie, winny kształtować się instytucje społeczne. Było to najistotniejszą może cechą działań zbiorowych tego okresu, skutkiem przeświadczenia o fasadowym charakterze dotychczasowych instytucji (których symbolem był SZSP, powołany z nakazu władz partyjnych), ale także wynikiem doświadczeń nielegalnych instytucji lat 70. Centrum samorządowej samoorganizacji stanowiła Konstytuanta, która pracowała jesienią nad regulaminem. Określał on samorząd jako demokratyczną reprezentację studentów, współgospodarza uczelni mającego prawo do korzystania z wszelkich jej dóbr materialnych i niezależnego od zewnętrznych struktur. W grudniu odbyły się pierwsze wybory w jednostkach UW i domach studenckich. 11 XII zebrał się po raz pierwszy Zarząd Samorządu Studentów (ZSS), złożony z sześciu osób, w tym czterech mężczyzn. Przewodniczącym został Marcin Frybes z Matematyki736.

We wrześniu 1980 r. zawiązał się także komitet założycielski Niezależnego Związku Studentów, bo takiej nazwy używało początkowo Zrzeszenie (NZS). Wystąpiono o spotkanie z rektorem; Rybicki zwlekał, ale 23 IX przyjął przedstawicieli organizacji w Sali Złotej. Wskutek pertraktacji NZS, choć przecież „nielegalne”, otrzymało lokum w barakach Studium Wojskowego przy al. Żwirki i Wigury, maszynę do pisania i, co chyba najważniejsze, dostęp do uniwersyteckich powielaczy737. Trudno byłoby to sobie wyobrazić kilka tygodni wcześniej. Jednak dynamika „rewolucji” polegała na niezwykle szybkiej przemianie wyobrażeń. W NZS przemiana ta była funkcją samego rozrostu organizacji: do 8 X wstąpiło do niej około tysiąca studentów i liczba ta z dnia na dzień wzrastała738. O owej przemianie wyobrażeń świadczyć może kolportowany miesiąc później przez Zrzeszenie artykuł, w którym twierdzono:

Poza członkami, postępowym programem i entuzjazmem nie mamy NIC! Nie mamy pieniędzy, papieru, możliwości drukowania, pomieszczeń itd. NZS, który liczy obecnie ponad 1500 członków na UW, nie posiada ani jednego własnego pomieszczenia na Krakowskim Przedmieściu. Nasze punkty informacyjne działają w korytarzach. Nasz bogaty „partner” [SZSP] działa w nieco odmiennych warunkach. I choć wiele mówi o solidarności studenckiej, nie bardzo się kwapi do dzielenia się z nami czymkolwiek. (Choć muszę zaznaczyć tutaj, że istnieją pewne drobne wyjątki. Np. na moim wydziale koledzy z klubu „Pakt”, działającego pod patronatem SZSP, pozwolili nam korzystać ze swojej szafki)739.

Podział mienia, jakie SZSP dzierżył na mocy ciągłości z organizacjami, które mienie to zawłaszczyły ponad 30 lat wcześniej, należał do spraw najważniejszych. Dyskutowano nad tym na niełatwych spotkaniach przedstawicieli starego i nowego porządku. Oto 7 XI 1980 r. rozmawiali ludzie Samorządu (m.in. Frybes), NZS (Robert Czarnota, Zbigniew Rykowski) i SZSP (m.in. Marian Redwan i Jan Garlicki). Praktycznym problemem, jaki się pojawił, była księgowa obsługa Samorządu. Jego przedstawiciele powoływali się na zapewnienie rektora, że włączy ich finanse do kwestury. SZSP stawiał opór, nie godząc się, aby księgowe na jego etatach prowadziły sprawy Samorządu. Frybes argumentował, że przecież „SZSP część bagażu odpadnie” (tj. rola tej organizacji zostanie zredukowana), czego Redwan nie przyjmował do wiadomości. Kontrowersja ta sprowokowała dyskusję wokół źródeł finansowania SZSP. Mocna pozycja jedynej dotąd oficjalnej organizacji studenckiej wynikała z jej finansowania z budżetu centralnego. Samorząd zaś miał być finansowany z budżetu ministerstwa, ale za pośrednictwem uczelni. Roztrząsanie tych spraw miało znaczenie symboliczne – ukazywało stopień zakorzenienia danej organizacji w świecie akademickim – lecz głównie praktyczne, chodziło bowiem o zakres wpływów i pozycję materialną. Podważano więc stosowność afiliacji spółdzielni studenckiej przy SZSP i sugerowano referendum wewnątrz spółdzielni w sprawie jej usamodzielnienia się. „To jest anarchia” – zareagował Garlicki, na co Rykowski: „To nie jest anarchia. To jest spółdzielczość”. Dalej przedstawiciel NZS wyraził oczekiwanie, że SZSP w jakiś sposób podzieli się środkami, oczekując zarazem „rozliczenia się z działalności finansowej i działalności bojówkarskiej”. Odnosiło się to do niesławnych akcji przeciwko Uniwersytetowi Latającemu. Redwan unikał podejmowania tej sprawy, powtarzając, że jest ona „w tej chwili na szczeblu Komitetu Warszawskiego [PZPR] i tam jest badana”. Czarnota: „Jest więc poza waszym wpływem, tak?”. Redwan: „Nie, materiały są po prostu na etapie KW”. Przedstawiciel SZSP wyjaśniał, że po zbadaniu w wyższych instancjach problem powróci na forum uczelniane związku, na którym nastąpią „moralne” rozliczenia. Sprawa miałaby się więc zamknąć wewnątrz SZSP i ograniczyć tylko do przypadków przemocy wobec słuchaczy kursów, a nie szerszego wymiaru tych akcji, podczas gdy NZS oczekiwał rozliczenia się z tych praktyk wobec społeczności studenckiej. Uchylanie się od tego osłabiało dodatkowo oficjalną legitymizację SZSP, który chciał być wyrazicielem dążeń tej społeczności. Postawieni w trudnej sytuacji przedstawiciele tej organizacji, broniąc zarazem jej majątku i znaczenia politycznego, jak i propagandowej fasady stworzonej w poprzednich latach, starali się przynajmniej nie dopuścić do nadania NZS wyższego statusu, protestując przeciwko jego sądowej rejestracji. Wniosek rejestracyjny leżał od 20 X w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. SZSP oczekiwał zaś, że rejestracja nastąpi „u ministra” (tj. decyzją ministra nauki, szkolnictwa wyższego i techniki), co oznaczałoby równy status prawny obu organizacji, ale i możliwość rozwiązania każdej z nich decyzją administracyjną740.

Sześć dni po tym spotkaniu oczekiwaniom SZSP stało się zadość, bowiem sąd odrzucił wniosek NZS. Zrzeszenie zwróciło się więc do ministra o natychmiastową rejestrację, a wobec zwłoki ogłosiło 26 XI 1980 r. ograniczony strajk okupacyjny. Na bramie UW zawisły plakaty oraz flagi narodowe. Rektor Samsonowicz zgodził się na zajęcie przez strajkujących Pałacu Kazimierzowskiego i zadeklarował pomoc w aprowizacji. Strajk prowadziło 200 osób i tylko one oraz osoby dopuszczone mogły wchodzić do Pałacu. Pilnowała tego sekcja porządkowa z biało-czerwonymi opaskami. W hallu rozłożono materace i ustawiono stół dla prezydium strajku, w jednej z sal na piętrze zwołano konferencję prasową, na której pojawili się korespondenci mediów zachodnich, ale i radzieckiej agencji TASS. Oprócz informacyjnej i porządkowej, działały sekcje medyczna i aprowizacyjna. Ta ostatnia była w stanie nieźle zaopatrzyć bufet samoobsługowy. „Wędlina, masło i cukier!” – donosił tygodnik „Itd”, wymieniając dobra niełatwo już dostępne w Warszawie. Dla strajkujących grali i śpiewali Jacek Kaczmarski i Przemysław Gintrowski. Przyjechał do nich Michnik. Goszczono delegatów innych uczelni. W hallu unosił się gęsty dym papierosowy. Akcja trwała trzy dni; 28 XI w Pałacu Kazimierzowskim pojawił się minister, odmówił jednak negocjacji bezpośrednio ze strajkującymi. W trudnych rozmowach, prowadzonych w jednej z sal pierwszego piętra, uczestniczyli ich przedstawiciele, rektor, delegaci „Solidarności” i SZSP. Nie przyniosły one rozstrzygnięcia, mimo to NZS ogłosił – odpowiadając na apel „Solidarności” – zawieszenie strajku. Jego uczestnicy odśpiewali hymn741.

Batalia o rejestrację trwać miała do 17 II 1981 r., przyczyniając się do cementowania organizacji. Jej koła pączkowały na wydziałach. Jesienią 1980 r. wieszano tablice informacyjne, które pokrywały się z ogłoszeniami o spotkaniach i akcjach, takich jak zabiegi o przywrócenie na studia relegowanych czy zbiórka pieniędzy na gdański pomnik Grudnia 1970. Szczególnie duże koła NZS pojawiły się na historii, zarządzaniu, geologii, naukach ekonomicznych, fizyce, romanistyce. Zapraszano na prelekcje i spotkania z dziennikarzami czy działaczami społecznymi. Na dziennikarstwie słuchano z taśm gdańskich rozmów z Sierpnia. Na romanistyce założono klub filmowy. Na matematyce – wypożyczalnię książek, podobnie jak w Instytucie Problemów Społecznych i Resocjalizacji, gdzie zgromadzono wydawnictwa bezdebitowe i specjalistyczne („Jest katalog”). Tamże NZS dzielił pokój z SZSP, co chyba należało do wyjątków. W innych jednostkach Zrzeszenie zabiegało o pomieszczenia742 . Na początku 1981 r. rektorat zadeklarował, że przestrzeń zagospodarowana dotąd przez SZSP zostanie podzielona pomiędzy organizacje. Wkrótce do Domu Studenta wprowadził się zarząd Samorządu oraz NZS – jego Komisja Uczelniana, agencja prasowa i biblioteka. Zrzeszenie posiadało też pokój w budynku przy ul. Oboźnej, gdzie działała oficyna wydawnicza „SOWa” (drukująca w powielarni UW takie pozycje jak Traktat o gnidach Piotra Wierzbickiego czy utwory zebrane Janusza Szpotańskiego) i prowadziło „kiosk wydawnictw niezależnych” w budynku Prawa.

Stosunki między nowymi organizacjami a SZSP były w dużej mierze warunkowane przez obawę tej drugiej przed utratą wpływów i bazy materialnej. Obrona stanu posiadania utrwalała zarazem wyobrażenie o elicie SZSP jako establishmencie instrumentalnie tylko zainteresowanym życiem studenckim. Wywoływało to niezadowolenie w samej organizacji, podobnie jak oporne rozliczenia z ponurymi praktykami poprzednich lat, zwłaszcza napadami na wykłady TKN. Tego rodzaju napięcia związane były z ewolucją całego, by tak to ująć, obozu władzy na uczelni. Tracił on kontrolę nad instytucjami (rektoratem, Senatem, radami), a także monopol informacyjny i pole do zakulisowych działań, tak charakterystycznych dla realiów poprzednich lat. Odbierała mu je rodząca się autonomia uczelni, nie zapisana w ustawach, lecz zdobywana dzięki samoorganizacji społecznej. Partia, ZNP i SZSP musiały się zmierzyć z problemem legitymizacji swego istnienia – publicznie, w warunkach ostrych dyskusji i rozliczeń. Skutkowało to, na poziomie ogólnopolskim, dramatycznymi naradami i zjazdami, na których zmieniano formuły działania i przywództwo polityczne. Część działaczy ZNP, od lat starająca się nadawać społeczny sens pracom w organizacji uzależnionej od PZPR, doprowadziła w październiku do uchwalenia nowego statutu, nadającego ZNP autonomię. Na plenum SZSP w Uniejowie we wrześniu 1980 r. pojawiła się ostra krytyka władz i poparcie dla protestu robotniczego. Oskarżano kierownictwa o uległość wobec partii. Pojawiły się nawoływania do zmiany formuły organizacji, czyli cofnięcia decyzji z 1973 r. o „zjednoczeniu”743.

„Nie będzie nowego Marca!”

Przełom 1980 r. oznaczał na uczelniach zamknięcie okresu otwartego wydarzeniami Marca. Tamto doświadczenie żyło przez dekadę życiem podziemnym, kształtując wciąż postawy i utrzymując potencjał rozliczeń, które naraz stały się możliwe do przeprowadzenia. Jak łatwo się domyślić, wywoływało to dwoiste reakcje, w tym znaczny opór beneficjentów dotychczasowego porządku. Tracili oni jednak oparcie instytucjonalne. „Marcowy rektor” ustąpił z funkcji we wrześniu. Opinia części społeczności o nim wybrzmi kilka miesięcy później, gdy walne zebranie „Solidarności” UW ogłosi „ostry sprzeciw” wobec przyznawania mu kolejnych funkcji rządowych. Zostanie opisany jako człowiek, który doprowadził do „rozbicia środowiska akademickiego” i ze „szczególną konsekwencją i brutalnością niszczył istniejące na terenie uczelni pozostałości struktur demokratycznych”744.

Zadośćuczynienie pokrzywdzonym wówczas pracownikom było jedną z głównych potrzeb społecznych. W październiku 1980 r. powołano komisję Senatu ds. „niewłaściwych decyzji personalnych władz UW podjętych w latach 1968–1980”. Kierował nią Klemens Szaniawski. Komisja potępiła 12 XI decyzje o „marcowym” usunięciu z pracy profesorów, a w następnych tygodniach rozpatrywała dziesiątki spraw z lat następnych. Rozliczenie się z Marcem polegało także na opisaniu i upamiętnieniu. Już jesienią 1980 r. wydrukowano w powielarni UW tysiąc egzemplarzy broszury Andrzeja Friszkego – pierwszej monografii Marca. Długo przygotowywano obchody rocznicowe, którym nadano znaczny rozmach. W lutym 1981 r. uczelniana „Solidarność” odniosła się do zdarzeń określonych jako jeden z „najhaniebniejszych epizodów historii PRL po 1956 roku”, „akcja niszczycielska”, która „restaurowała atmosferę lęku i zagrożenia dobrze znaną z okresu terroru stalinowskiego”745. Od 8 do 22 III 1981 r. trwała w Auditorium Maximum sesja rocznicowa, na której głos zabierali m.in. Kazimierz Dejmek, Jacek Kuroń i Adam Michnik, Jan Lityński i Seweryn Blumsztajn, Andrzej Drawicz i Jerzy Jedlicki, Jan Józef Lipski i Jerzy Szacki. Na dziedzińcu odsłonięto tablicę pamiątkową. Wokół tych akcji upamiętnienia występowały zresztą wciąż rozmaite napięcia. Oto „Solidarność” odrzuciła propozycję I sekretarza KU PZPR, aby przedstawiciel partii zabrał głos w czasie uroczystości. Antoni Mączak wspominał z kolei, że większość partyjnych nie miała ochoty brać w niej udziału. Z drugiej strony w samej Komisji Zakładowej „Solidarności” spierano się na temat treści tablicy, składu referentów na sesji, braku konsultacji Komisji z kołami wydziałowymi746. Podobne napięcia były zjawiskiem dość oczywistym w atmosferze wolności słowa i manifestowania się podziałów politycznych, jaka nastała na uczelni. W atmosferze tej pojawić się musiały także gorzkie rozliczenia i kłopotliwe samooceny. Dotyczyły one nie tylko polityki władz partyjnych i rektorskich, lecz i postaw środowiska naukowego w latach 70. Publicznie wyrażono diagnozy, które stawiano wcześniej w wąskich gronach, na podziemnych spotkaniach, lub – w formie zawoalowanej – w filmach „moralnego niepokoju”.

„Wśród pracowników nauki szerzy się plagiatowanie prac, nieuctwo i nieróbstwo. Nastąpiła groźna w skutkach dewaluacja stopni i tytułów naukowych, spowodowana masowym ich nadawaniem osobom nie posiadającym kwalifikacji etycznych lub zawodowych” – przemawiał na forum Zgromadzenia Ogólnego PAN były prezes tej instytucji, urodzony jeszcze w XIX w. Janusz Groszkowski747. „Jako Uniwersytet nie spełniliśmy swej roli” – mówił Sylwester Zawadzki na posiedzeniu Rady Wydziału Prawa. „Uniwersytet Warszawski stał się uczelnią peryferyjną”. Przełom spowodował oceny własnego środowiska, trudne, bo zmuszające do omawiania słabości i oportunizmu. Prawnicy podzielili się na wspomnianym posiedzeniu na trzy zasadnicze grupy. Pierwsza podkreślała dodatni bilans Wydziału i jego środowiska: oto w latach 70. starało się ono przeciwstawiać tendencjom do zamknięcia, wykazywało otwartość i inspirowało zmiany, co nie było jednak „wykorzystywane przez kierownictwo państwowe”. Druga uznawała, że bilans ten jest w zasadzie bilansem epoki, zaś „nasza Uczelnia dzieliła [...] los całej polskiej inteligencji”. Trzecia wreszcie grupa sprzeciwiała się neutralnym ocenom, przypominając o publicznym poparciu „ze strony wielu prawników” dla zmian w Konstytucji, a także o zatracie „pryncypiów moralno-politycznych i ustrojowych”748. Nie rzucano przy tym nazwiskami, a przynajmniej nie zapisano ich w protokole zebrania, jednak niewątpliwie atmosfera rozliczeń, także personalnych, dawała się odczuć. Były to rozliczenia z całą epoką, z samymi sobą, lecz także z „drugimi”.

Na liście osób zwolnionych z pracy w latach 70., która w październiku 1980 r. stała się przedmiotem badań komisji Szaniawskiego, widniało 19 nazwisk. Na przełomie roku 16 osób przywracano na wniosek komisji do pracy749. Spraw było więcej. Zgłaszali się ludzie zwolnieni lub nieprzyjęci do pracy z najróżniejszych powodów, w tym zupełnie merytorycznych. Komisja wchodzić musiała w różne środowiskowe zaszłości, zastanawiać się nad trudnościami charakterów i nikłymi osiągnięciami naukowymi. Składano pisma z oskarżeniami o długoletnie zwalczanie w środowisku, opisy wasalnych relacji i układów, z pewnością nie zawsze związanych ze sprawami politycznymi. Ubiegano się także po prostu o zatrudnienie na UW. Komisja zmuszona była oddalać tego rodzaju sprawy, co powodowało rozgoryczenie i wpisywało się w atmosferę konfliktów, właściwą dla 1981 r. Z jednej strony bowiem rok ten został zapamiętany jako okres „normalniejących relacji międzyludzkich” (Joanna Mantel-Niećko)750. Z drugiej, poza najbardziej czytelnymi napięciami politycznymi, wzbierały rozmaite animozje. Otwarcie się sfery publicznej oznaczało między innymi wyjście na jaw konfliktów, które duszono przez lata za zamkniętymi drzwiami. Oto na Wydziale Neofilologii wybuchł bardzo ostry spór o nową strukturę władz wydziałowych. Padały publiczne zarzuty wobec dziekana, oskarżanego o bezwarunkową lojalność wobec władz. Dziekan odwoływał się do Rektora, uznając się za publicznie obrażanego. Podobne sytuacje zdarzały się w innych jednostkach, nie bez związku z powrotami na UW osób zwolnionych z powodów politycznych przed 1980 r. Stawały one teraz twarzą w twarz z byłymi kolegami, którzy pomagali w ich usuwaniu z pracy751.

Dyskusje wokół nowych regulaminów, nowej pozycji studentów na UW, stosunku do wydarzeń zewnętrznych (rady wydziałów zaczęły przecież odnosić się publicznie do zdarzeń o skali ogólnopolskiej, takich jak walka o rejestrację rolniczej „Solidarności” czy kryzys bydgoski w marcu 1981 r.), relacji między uczelnianymi organizacjami PZPR i związków zawodowych – wszystko to wywoływało różnice zdań i często silne emocje. Ich podłożem było w dużej mierze poczucie niepewności i niestabilności sytuacji w kraju.

Atmosfera swobody opinii, uwalniająca od niedawnych kamuflaży, od charakterystycznego cedzenia i schematycznego dobierania słów w publicznym świecie sprzed Sierpnia, działała odurzająco i wywoływała bóle głowy. Nieuchronnym jej składnikiem była zebraniowa logorea oraz powódź oświadczeń, listów, osobistych stanowisk i zbiorowych komunikatów. Tak Jerzy Wocial pisał o kierownictwie uczelnianej „Solidarności” wiosną 1981 r.: „Nie pracuje nam się razem dobrze, jesteśmy rozdrażnieni, często miewamy poczucie, że nie wywiązujemy się z obowiązków w zakresie spraw nam powierzonych. Coraz rzadziej zdarza nam się dojść do wspólnych ustaleń w jakiejkolwiek sprawie”752. Skutkiem ogólnego zmęczenia było także wycofywanie się z aktywności w NSZZ i trudności jej Komisji Zakładowej z zebraniem kworum, co paraliżowało decyzje753. Te wewnętrzne kłopoty były niewątpliwie pochodną ogólnego pogarszania się warunków życia i napięć w relacjach między zbiorowymi aktorami na scenie uczelnianej i między uczelnią a strukturami państwa. W dużym stopniu podtrzymywało to potencjał mobilizacji w obronie wolności, lecz zarazem „zużywało” uczestników i utrudniało korzystanie na co dzień z tego potencjału.

Jednym z podstawowych dążeń aktywnej części społeczności uniwersyteckiej było przygotowanie formalnych podstaw autonomii, a zwłaszcza usunięcie prawnych pozostałości Marca. Cały 1981 r. upływał pod znakiem sporów wokół ustawy o szkolnictwie wyższym. Oczekiwano kontroli społecznej nad przygotowywanym projektem; sprzeciwiano się zamysłom nowelizacji, żądając zupełnie nowego prawa754. Stare zresztą w zasadzie nie funkcjonowało. Ramy instytucjonalne były „rozpychane”, zarówno w działaniu sił społecznych, jak w rozporządzeniach ministerstwa i uczelni. Rektorat prowadził politykę „decentralizacji uprawnień”, oznaczającą przyznawanie jednostkom większej swobody755. Należało to do podstawowych oczekiwań społeczności uniwersyteckiej. Samodzielność jednostek pozwalałaby na przygotowywanie programów studiów i panowanie nad polityką kadrową. Doświadczenia poprzednich lat polegały na narzucaniu programów i arbitralnych decyzjach personalnych, a rektorat występował wówczas jako przedłużenie zewnętrznego aparatu władzy. Obecnie mowy nie było o ręcznym sterowaniu przez KW PZPR lub urzędników ministerialnych, oczekiwano jednak – rzecz jasna – gwarancji instytucjonalnych. W wypadku zwolnienia zainteresowany miał być powiadomiony zawczasu i mieć możliwość wglądu w akta756.

Podobne oczekiwania związane były ze sposobem rekrutacji na studia. Postulaty grup pracowników i studentów UW były zbliżone: odrzucenie „kierowania” rekrutacją, przywiązanie jej do wydziałów i zniesienie punktów preferencyjnych. Już jesienią 1980 r. doprowadzono do likwidacji tzw. puli rektorskiej i przyjmowania „prymusów” bez egzaminu. NZS i Samorząd oczekiwały także liberalizacji zasad studiowania. Studenci powinni mieć wolny wybór części zajęć i egzaminatorów. Zniknąć winna z indeksów pieczątka „Dopuszczony do sesji”, aby można było zdawać egzaminy niezależnie od zaliczeń. Zmianie ulec musi „blok polityczny” (ekonomia, filozofia, PNP), aby przestał służyć indoktrynacji: trzeba co najmniej zmienić podręczniki i zapraszać wykładowców spoza uczelni. Uwolnić też należy studentów od konieczności uczestnictwa w „imprezach masowych”, aby zaliczyć WF – miałyby zostać zastąpione spływami kajakowymi lub rajdami pieszymi757.

Władze zewnętrzne tygodniami unikały zajęcia stanowiska w większości tych spraw, podobnie jak w sprawie rejestracji NZS. Przełom nastąpił wskutek długotrwałego strajku uczelni łódzkich, z którymi solidaryzowały się inne ośrodki. W porozumieniu z 18 II 1981 r. zawartym między Komisją Międzyresortową pod przewodnictwem ministra nauki a Międzyuczelnianą Komisją Porozumiewawczą deklarowano (mniej lub bardziej wyraźnie) autonomię szkolnictwa wyższego, wybieralność władz uczelnianych, samodzielność programową jednostek, a także m.in. zniesienie zajęć ideologicznych, zakaz działalności SB na uczelniach, zniesienie praktyk robotniczych, likwidację preferencji za pochodzenie społeczne, skrócenie szkolenia wojskowego.

Głosy na temat wartości tego aktu były rozmaite. Jeden z członków NSZZ Wydziału Prawa UW sądził, że należałoby raczej mówić o „nieporozumieniu łódzkim”, dokumencie zawierającym „mętne sformułowania”, a za jedyny sukces strajku uznał rejestrację NZS758. Jednak Porozumienie Łódzkie stało się dla uczestników debat o reformie szkolnictwa ważnym punktem odniesienia, często przywoływanym, gdy np. dyskutowano na wydziałach o nowych regulaminach i programach studiów. Objawiały się tam opory wobec uznania nadmiernej autonomii studentów, a Porozumienie bywało podważane – jak się zdaje, z dwóch zasadniczych punktów widzenia. Jeden z nich można nazwać „partyjnym”; najwyższe władze PZPR skrytykowały wszak Porozumienie, m.in. w punkcie odnoszącym się do zniesienia praktyk robotniczych759. Drugi nazwać można „konserwatywnym”. Jak się zdaje, część profesury nie mogła się pogodzić z emancypacją studentów, ich uroszczeniami do wyboru terminów zaliczeń i egzaminatorów. Głosy tego rodzaju pojawiały się, zwłaszcza ze strony pracowników starszej daty, np. w czasie obrad Rady Wydziału Prawa. Jeden z profesorów określał Porozumienie jako narzucone kadrze naukowej. Wybór przez studenta egzaminatora, twierdził, spowoduje ogólne obniżenie poziomu760. Ten punkt widzenia wyrażało wielu pracowników naukowych, podczas gdy zarówno NZS, jak SZSP oczekiwały znoszenia ograniczeń, przynajmniej dla najlepszych studentów, i przyjęcia formuły egzaminu jako umowy między wykładowcą a studentem (taka formuła przyjęta już została w Instytucie Historycznym). W dyskusjach nad nowym regulaminem studiów, prowadzonych jesienią 1981 r., przeważała opcja na rzecz rozszerzania możliwości studiów indywidualnych oraz uznania całego roku akademickiego za okres zaliczeniowy, co przekreślało sztywny schemat semestru i sesji, utrzymujący się, w złagodzonych formach, od lat stalinizmu761.

Pluralizm ’81

Życie społeczne „szesnastu miesięcy” mieniło się poglądami i inicjatywami. Wynikało to już z faktu pojawienia się nowych aktorów instytucjonalnych. Na wydziałach UW działały, obok dotychczasowych organizacji, samorządy studenckie, koła „Solidarności” i NZS. Nadały one energię życiu zbiorowemu. Spektakularne były zwłaszcza akcje NZS, które – jak strajk rejestracyjny z listopada 1980 r. – kształtowały wzory postępowania i wzory osobowe oraz decorum publiczne. Były one naznaczone przez etos działalności nielegalnej lat 70., lecz także przez wzory spontanicznie wykreowane przez „Solidarność” i zarazem przez odwołania do tradycji czasów dawniejszych, zwłaszcza międzywojennych. Nawiązania do przeszłości były tu niezwykle ważne. „Studenci historii ostoją tradycji” – głosił transparent trzymany w czasie demonstracji 11 XI 1981 r. przez młodych ludzi w studenckich czapkach762. Odwołania do historii i tradycji nie były jednak specyficzne dla tego kierunku studiów. Podkreślano je także w dyskusjach i publikacjach wydziałów ścisłych. Dyskutowano o „białych plamach” dziejów najnowszych. Podkład ideowy tych dyskusji miał charakter na ogół dość konserwatywny. Poszukiwano trwałych wartości, niezafałszowanego patriotyzmu, eksponując barwy narodowe, a nawet orły z koronami. Tendencje te były najwyraźniejsze w NZS, w którym objawiał się wpływ środowisk tradycjonalistycznych i piłsudczykowskich, przywiązujących szczególną wagę do symboliki. Używano przedwojennej nazwy uczelni z imieniem Marszałka. Poruszano też sprawy należące do absolutnego tabu politycznego – w tym mord katyński. Ku historii dawniejszej pchała ogólna delegitymizacja krajobrazu politycznego i gospodarczego teraźniejszości. Ku tej niedawnej pchały potrzeby rozliczeń, zwłaszcza wydarzeń lat 1968 i 1970, lecz także rozliczeń z zafałszowaniami dotyczącymi ewolucji systemu władzy w PRL.

Było to odbiciem zjawisk, dostrzeganych od kilku lat w młodym pokoleniu polskiej inteligencji. W 1981 r. powtórzono ankietę socjologiczną wśród studentów warszawskich, przeprowadzoną niespełna dekadę wcześniej. Pytano między innymi o postaci najwyżej cenione. W 1972 r. odpowiedzi ukazały brak „bohatera naszych czasów” – studenci wskazywali członków rodziny czy swego chłopaka/dziewczynę, także nauczycieli i postaci nieznane publicznie. Wśród znanych na pierwszych miejscach pojawiali się politycy, Edward Gierek (12%) i Willy Brandt (10%). Ogólnie biorąc, studenci w 70% wymieniali ludzi „zwykłych”, a w 30% „sławnych”. W 1981 r. objawiły się zupełnie odwrotne proporcje: 72% wskazań dotyczyło „sławnych”. Na czele znaleźli się Jan Paweł II (49%), Lech Wałęsa (36%) i Wojciech Jaruzelski (12%). O ile w 1972 r. studenci zdawali się cenić postaci, z którymi łączyły ich osobiste relacje i poszukiwać przede wszystkim bezpieczeństwa i życzliwości, to w 1981 r. deklarowali podziw i szacunek dla ludzi mocnych, kreujących rzeczywistość i zdawali się cenić przede wszystkim odwagę763. Niewątpliwie przemiana ta nastąpiła pod wpływem otwarcia się sfery publicznej w okresie „Solidarności” i zmagań o wpływy i wartości, jakich młodzi ludzie byli świadkami. Zdaje się zarazem – co by wynikało z przytaczanych wcześniej rezultatów innych badań z lat 70. – że zaistniało także bardziej płynne przejście w postawach, związane zapewne z następstwem pokoleń. Ludzie wyrastający w atmosferze względnej pomyślności materialnej okresu gierkowskiego i zarazem dewaluacji publicznych haseł bywali skłonni do poszukiwania wzorów spoza wszelkiego oficjalnego rejestru. Niektórzy znajdowali je w tradycji rodzinnej (ziemiańskiej, kresowej, powstańczej), inni w ruchach oazowych, w harcerstwie czy w KIK. Kształtowało się środowisko młodej inteligencji, uaktywnione politycznie w okresie rozwoju ruchów opozycyjnych po 1976 r., które nadało pewną dominantę ruchowi studenckiemu czasów „Solidarności”. Znamienne, że nie wytworzył on kultury wielkiego wiecu, tak charakterystycznej zwłaszcza dla „rewolucyjnego” roku 1956, lecz raczej republikański odruch samoorganizacji. Ujawniały się lub rodziły wciąż nowe środowiska. Jak w 1956 r., zaczęło się spontanicznie odtwarzać spektrum polityczne, i to zarówno w postaci wachlarza organizacji, jak wewnętrznych podziałów w partii i „Solidarności”. Ogłoszono odrodzenie się Związku Młodzieży Demokratycznej (afiliowanego przy SD), Związku Młodzieży Wiejskiej, deklarację powstania Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej i katolickiego Polskiego Związku Akademickiego. Pojawiały się mniej i bardziej efemeryczne inicjatywy, jak Stowarzyszenie Feministek, które ogłosiło swe istnienie w grudniu 1980 r., stawiając sobie za cel aktywizację kobiet, zmianę urlopów macierzyńskich na rodzicielskie, zyskanie możliwości indywidualnego toku studiów dla studentek w ciąży czy nadanie statusu prawnego „związkom niezamężnym”764. Ożywiły się grupy mniejszości narodowych wśród studentów, m.in. Zrzeszenie Studentów Litewskich czy Białoruskie Zrzeszenie Studentów, wydające periodyk „Apošnija Paviedamlenni BAS”. Krążyły wydawane w uniwersyteckiej powielarni pisma: „Gazeta KU PZPR”, „Informacja Bieżąca Uniwersytetu Warszawskiego” (NSZZ), „Biuletyn Agencji Przekazu Informacji NZS”, organ RU SZSP o znaczącym tytule „Nowsze Drogi” (odwołującym się do najważniejszego periodyku teoretycznego PZPR „Nowe Drogi”), „Głos Wolny Wolność Ubezpieczający”, czyli grube pismo opiniotwórcze wydawane przez Samorząd, wspomniane „Wspólne Rozmowy” czy pisma wydziałowe, jak „Gazeta Reżimowa” rady SZSP Wydziału Prawa i Administracji.

Autoironiczny tytuł tej ostatniej gazetki ukazywał problemy, z jakimi mierzyć się musiały oficjalne organizacje, poszukujące jakiegoś nowego tonu czy nowego imaginarium, mogącego je legitymizować. Poczucie społecznej legitymizacji było, jak się zdaje, zawsze w SZSP niepełne – o kryzysie organizacji mówiono na długo przed Sierpniem. Następnie przyjął on ostrą postać, przypominał implozję ZMP około 1955 r. Pojawiały się żądania rozwiązania SZSP. Zarówno jego establishment, jak „doły” zdawały sobie sprawę z konieczności znalezienia jakiejś nowej formuły, czy to w celu instrumentalnym, czy w dążeniu do rzeczywistej „odnowy”. Miało to także znamiona wewnętrznej walki o wpływy. Sprzyjało zarazem pewnemu usamodzielnieniu się SZSP, który zaczynał akcentować niezadowolenie z polityki władz PRL. W jego oświadczeniach pojawiały się surowe krytyki ich arogancji, używania przemocy, „świadomej dezinformacji”, choć także „nieodpowiedzialności” niektórych ogniw „Solidarności”765. Ten właśnie sposób legitymizacji uniwersyteckich organizacji ancien régime’u zdaje się bardzo znamienny. Poszukiwały one roli (czy wizerunku) umiarkowanych pośredników między zewnętrznym aparatem władzy a zrewoltowanymi środowiskami uczelnianymi.

24. „Trudny wybór” – ogłoszenia na Wydziale Prawa i Administracji UW

Przy SZSP afiliowany był wspomniany Ośrodek Pracy Politycznej Sigma, skupiający przede wszystkim młodych socjologów (kierował nim Jacek Raciborski, ur. 1955), wyznających „światopogląd marksistowski” i dążących do odnowy pojęć i metod działania oficjalnych organizacji. Środowisko to miało związek z ruchem uniwersyteckich marksistów, skupionych wokół Chaty Socjologa. Sigma wydawała periodyk „Wspólne Rozmowy”. „W Sierpniu «duch dziejów» przeniósł się do gdańskiej stoczni” – pisano w nim. Przedstawiano „Solidarność” jako autentyczny ruch robotniczy, z którym marksiści winni znaleźć wspólny język, reformując zarazem struktury własnych organizacji. Myśliciele z Sigmy opowiadali się za gospodarką planową, wolny rynek utożsamiając z „anarchią gospodarczą”, przestrzegali przez uzależnieniem ekonomicznym od Zachodu, potępiali imperializm, głosili hasła dyktatury proletariatu, łącząc je jednak z pochwałami demokracji, rozumianej jako „najszersza aktywność polityczna” w sytuacji jawności i swobody opinii. Jej wyrazem miało być wydrukowanie we „Wspólnych Rozmowach” artykułu Janusza Korwin-Mikkego, zawierającego potępienie etatyzmu, trwającego, zdaniem tego autora, od 1926 r., i projekt likwidacji gospodarki państwowej w drodze powszechnego uwłaszczenia766.

25. Wręczanie legitymacji PZPR w Sali Złotej Pałacu Kazimierzowskiego, 1981 r.

Publicystyka Sigmy odzwierciedlała tendencje rozwijające się w uczelnianej PZPR. Miały one charakter odśrodkowy, z czym wiązało się składanie legitymacji, choć większa fala takich decyzji nastąpi dopiero po ogłoszeniu stanu wojennego – w efekcie organizacja partyjna UW, licząca w czerwcu 1981 r. 1293 członków i kandydatów, w listopadzie 1983 r. liczyć ich będzie 828 (w międzyczasie skreślono na własną prośbę 256 osób)767. Jak wspominał Antoni Mączak (który zresztą wystąpił z PZPR już latem 1981 r.), „myśmy byli dalej przekonani, że jeśli wszyscy przyzwoici ludzie wystąpią z uniwersyteckiego PZPR-u, to będzie bardzo niedobrze”768. Oznaczało to zarazem, że poszczególne grupy członków definiowały swych własnych „onych” w partii. Zjawisko narastało wraz ze zbliżaniem się nadzwyczajnego zjazdu, który budził nadzieje niektórych środowisk na rozsadzenie dotychczasowych struktur PZPR i zwycięstwo jakiegoś „liberalnego” nurtu. W tym kierunku organizowały się tzw. struktury poziome. Jak opowiadał Mączak, wiosną 1981 r. na plenum organizacji padały głosy, które „mogły były z powodzeniem znaleźć się w protokole zebrania uniwersyteckiej «Solidarności»”, ale dodawał: „Nie czułem się dobrze ani tu, ani tam”769. Wydaje się, że ten rodzaj emocji bywa niedoceniany w analizach „karnawału solidarności”.

Wybrane wiosną 1981 r. władze organizacji partyjnej z Andrzejem Kołakowskim na czele, składające się wyłącznie z pracowników niesamodzielnych, więc stosunkowo młode, będą po wprowadzeniu stanu wojennego oskarżane właśnie o powiązania ze „strukturami poziomymi” i „zbijanie kapitału politycznego” na gestach wobec „Solidarności” (w Egzekutywie KU znajdowało się zresztą dwóch jej członków). Organizacja zostanie rozwiązana w lutym 1982 r., a jako materiał ilustrujący jej błędy posłużą oświadczenia uczelnianej PZPR z okresu „szesnastu miesięcy”, pozbawione pryncypializmu i krytykujące propagandę rządową. Były one niewątpliwie tyleż wyrazem poglądów przeważających w Komitecie Uczelnianym, ile trudnej sytuacji uczelnianej PZPR, konfrontującej się z autentycznym życiem samorządowym, w którym jej pozycja była słaba. W Senacie wybranym w 1981 r. tylko 13 spośród 77 senatorów miało legitymację partyjną, co dawało odsetek znacznie niższy od „upartyjnienia” pracowników samodzielnych UW. Wśród 17 dziekanów 4 należało do PZPR, a 7 (Biologii, Chemii, Filozofii i Socjologii, Fizyki, Matematyki, Polonistyki, Psychologii i dyrektorkę IPSiR) identyfikowano z poglądami opozycyjnymi. Większość senatorów studenckich należała do NZS. Wybrany w czerwcu rektor, choć należał do partii, nie był przez nikogo identyfikowany z interesami tej organizacji. Minęły czasy, w których Uniwersytetem zarządzało kolegium rektorskie, kontrolowane przez funkcyjnych PZPR.

Obecność na Uniwersytecie

„Naszą ideą jest przeobrażenie Powiśla w dzielnicę Uniwersytecką, będącą odpowiednikiem Quartier Latin w Paryżu” – głosił naczelny architekt stolicy w grudniu 1980 r. Było to oderwane od rzeczywistości. Nie dlatego, że betonowa siedziba neofilologii i stołówka w prowizorycznym pawilonie nasuwać mogły wszelkie skojarzenia poza tymi z Dzielnicą Łacińską, ale przede wszystkim dlatego, że zakres kryzysu gospodarczego przekraczał wszelkie wyobrażenia. Co prawda sam przełom polityczny na UW wzbudził nadzieje, zawsze towarzyszące zmianom i możliwości nowego podziału środków: podniesiono więc natychmiast sprawy niezałatwione od dekad, w tym budowy nowej siedziby BUW. Zarazem – zgodnie z duchem żądań rozlegających się w całym kraju – pojawiły się oczekiwania, że uczelnia pozyska jakieś obiekty kojarzące się dotąd ze skompromitowanymi instytucjami władzy. Najaktywniejszy w ich formułowaniu był NZS. Jesienią 1980 r. proponował przejęcie przez UW siedziby Centralnej Rady Związków Zawodowych przy ul. Kopernika (dla Wydziału Pedagogiki), a także budynku opuszczonego przez Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej przy ul. Kredytowej (na klub studencki pod patronatem Zrzeszenia)770. Starania nie przyniosły rezultatów. Jak zresztą wynikało z raportu przygotowanego wiosną 1981 r., utrzymanie istniejącej substancji przekraczało siły Uniwersytetu. Zespół jego zabytkowych gmachów był w opłakanym stanie. Odpadały tynki, zapadały się tarasy, osuwały mury oporowe771.

Te szarawe budynki o skrzypiących posadzkach i korytarzach zastawionych starymi szafami i kulawymi krzesłami zyskiwały od jesieni 1980 r. nowy i niezwykły charakter, pokryte setkami ulotek i plakatów. Rywalizowały ze sobą tablice ogłoszeniowe starych i nowych organizacji. Zupełnie jawnie rozprowadzano druki, do niedawna stanowiące powód do policyjnych represji. Ta swoboda, ogarniająca wszelkie warstwy życia uczelni – zaznaczająca się i w przebiegu zajęć, zwłaszcza tzw. ideologicznych, i w programach studiów, które zmieniano (np. na historii) w kierunku większej wolności wyboru zajęć – pozostała ważnym doświadczeniem ówczesnych studentów i pracowników. Jej przejawem było też zniesienie praktyk robotniczych – latem 1981 r. „espeery” po raz pierwszy od 13 lat nie odbyły się.

Wydaje się zarazem, że przetrwaniu pogarszających się warunków życia i niewesołych perspektyw zawodowych bardzo pomagało angażowanie się w proces nazywany oficjalnie „odnową”, a po latach – „karnawałem Solidarności”. Realia bardzo dalekie były jednak od karnawału, zaś większość studentów nie podejmowała aktywności na rzecz zmian. Nawet zresztą masa członkowska NZS objawiała cechy znane z dotychczasowego życia organizacyjnego, w tym zjawisko „martwych dusz”. Oto w lutym 1981 r. na Walne Zebranie organizacji na Wydziale Prawa i Administracji stawiło się 70 spośród domniemanych 300 członków koła, w dodatku wśród obecnych „część należała do SZSP, część była niezrzeszona (zebranie było otwarte)”. Większość członków pozostawiała wszelkie działanie niewielkiej grupce aktywistów772.

Tymczasem codzienna aktywność rzeszy studenckiej musiała przyjąć formy znane raczej z pierwszej powojennej dekady, gdy obawiano się każdej kolejnej zimy i liczono na „paczki”. W 1981 r. UNRRA niewątpliwie byłaby potrzebna; różne akcje pomocy zagranicznej i dary rozdzielane przez Kościół miały nieporównanie mniejszą skalę. Trudności codziennego zaopatrzenia przypominały uderzająco te z okresu stalinizmu: studenci liczyć musieli na dość cienkie posiłki w zatłoczonych stołówkach, nie mieli na ogół czasu na „wystanie” odpowiednich dóbr. Pojawiło się po niemal 30 latach racjonowanie żywności. Akademiki nie były tak przepełnione, jak w epoce stalinizmu, ale warunki bytowania w nich stały się chyba równie złe.

26. Wydział Prawa i Administracji UW: posiedzenie zarządu organizacji studenckiej

Członkowie komisji, które lustrowały akademiki pod koniec lat 50., nie uwierzyliby, gdyby im przepowiedziano, jaki będzie stan tych przybytków dwie dekady później. Mimo wszystko w tamtej epoce dominowało przekonanie o „postępie”, który miał się, wolniej lub szybciej, zaznaczać w życiu zbiorowym. Rzeczywiście, w międzyczasie Uniwersytet wzbogacił się o nowe obiekty (akademiki przy al. Żwirki i Wigury i ul. Smyczkowej, Hotel Asystencki przy ul. Radomskiej), zaś z danych ogólnych (na 31 III 1981 r.) mogło wynikać, że sytuacja nie jest zła, ponieważ 3476 miejsc zajmowało 2984 studentów. Była to jednak fikcja, gdyż w znacznej ilości pokojów mieszkały małżeństwa studenckie, a liczne pomieszczenia zamknięte były ze względów sanitarnych, z powodu awarii lub remontów. W istocie stan oceniano jako katastrofalny, choć wziąć trzeba pod uwagę, że w 1981 r. język opisu był znacznie ostrzejszy niż w poprzednich dekadach, podbudowany charakterystyczną dla epoki retoryką godnościową.

W państwie, którego siłą przewodnią jest klasa robotnicza, zaś główną zasadą sojusz robotniczo-chłopski, gdzie dąży się do polepszenia warunków życia, niwelowania różnic społecznych, akademiki są rażącym przykładem niesprawiedliwości. Ok. 70% ich mieszkańców stanowią studenci o pochodzeniu chłopskim i robotniczym o maksymalnym dochodzie 3500 zł na jednego członka rodziny. [...] Tym ludziom państwo, miasto stołeczne, Uniwersytet Warszawski nie są w stanie zapewnić godziwych warunków zamieszkania.

27. Studenci III roku Instytutu Nauk Politycznych UW Janusz Frątczak i Andrzej Michalski podczas nauki w akademiku przy ul. Żwirki i Wigury

W akademikach przy ul. Kickiego nie remontowano instalacji od momentu zbudowania, czyli od ćwierćwiecza. Jedna piąta pryszniców nie nadawała się do użytku, połowa okien się nie domykała, dach przeciekał, rozwijał się grzyb. W jakiś sposób obliczono, że w 98% pomieszczeń są pluskwy. We wszystkich kuchniach biegały prusaki. Robactwo dokuczało także studentom akademików przy al. Żwirki i Wigury. Te liczące sobie zaledwie 13 lat budynki nadawały się do generalnego remontu. Bez przerwy psuły się windy i zsypy. Studenci marzli, bo źle działały kaloryfery, a niemal wszystkie okna były uszkodzone. Dogrzewanie powodowało przeciążenie sieci elektrycznej, podobnie jak w DS przy ul. Zamenhofa. Tam także od miesięcy nie było ciepłej wody. Dla podkreślenia trudności życia akademikowego, autorzy raportu dodawali, że „mieszkańcy DS-ów są głównymi pacjentami poradni zdrowia psychicznego i uczestnikami różnych terapii grupowych – co roku notujemy także parę przypadków czasowego umieszczania mieszkańców DS-ów w zamkniętych zakładach psychiatrycznych”773. Tak koszmarny opis Domów Studenckich wynikał najpewniej w dużej mierze z możliwości publicznego wyrażenia wieloletnich frustracji, lecz także z poczucia pogrążania się w nieznającym dna kryzysie.

Z lękiem myślano o zimie. Wobec widma braku opału rozważano zamknięcie akademików. Koło Wydziałowe NZS Biologii proponowało zakwaterowanie ich mieszkańców u studentów i pracowników UW. „Solidarność” rozpoczęła akcję organizowania kwater, co było jednym z wyrazów ówczesnych dążeń wspólnotowych, podobnie jak apel NZS do górników o wydobywanie węgla w wolne soboty dla Ogrodu Botanicznego UW. Rząd rozważał natomiast zamknięcie całej uczelni na zimę, przeciwko czemu NZS stanowczo protestowało. Nieogrzewane budynki, znajdujące się już w „katastrofalnym stanie technicznym”, mogłyby się potem nie nadawać do użytku. Ważniejsze były jednak przygotowania do debaty sejmowej nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym: Zrzeszenie obawiało się, że nieobecność pracowników i studentów na uczelni osłabi nacisk na władze774.

Pojęcie „obecności na uczelni” zyskało po Sierpniu nowy sens. Obecność ta pozostawała, rzecz jasna, zbiorem obowiązków, symbolizowanych przez listy podpisywane na zajęciach. Gmachy uniwersyteckie – zwłaszcza Pałac Kazimierzowski, Dom Studenta, Auditorium Maximum – stały się jednak w znaczeniu mentalnym obiektami wyrażającymi autonomię i samorządność uniwersytecką, nieugruntowaną i zagrożoną, wymagającą aktywnej obrony. Wiązała się z tym zupełnie nowa rola i pozycja społeczna rektora, uosabiającego majestat uczelni już nie tylko przy pomocy purpurowej togi i łańcucha z zielonymi agatami. Wyrażenie „obecność rektora” miało nowe znaczenie. Podobnie – „obecność studentów”, wyrażenie mogące oznaczać teraz masowy udział w życiu publicznym uczelni, a więc w życiu politycznym kraju. Znaczenie tego wyrażenia manifestowało się w czasie wielkiego strajku, do jakiego doszło na UW u progu zimy 1981 r. Była to największa i ostatnia akcja samoorganizacji społecznej na uczelni przed wprowadzeniem stanu wojennego.

Gotowość strajkową ogłosiła „Solidarność” uczelni w październiku, podobnie jak w wielu szkołach wyższych i zakładach pracy – w związku ze sprawą Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu, której kierownictwo uniemożliwiło demokratyczne wybory rektora. Wokół tej sprawy, traktowanej jako probierz intencji władz, nastąpiła znaczna mobilizacja. Miała ona jednakże swoje granice, jak wynika z frekwencji na nadzwyczajnym zebraniu uczelnianej „Solidarności” 21 X, na którym ogłoszono gotowość strajkową: na 340 delegatów zjawiło się 202, czyli 60% ogółu775. Trzy tygodnie później, 12 XI, studenci poszczególnych wydziałów ogłosili strajk na wezwanie samorządu uniwersyteckiego, zaś 19 XI „Solidarność” – ograniczony strajk pracowników („będą odbywać się tylko zajęcia uzgodnione ze strajkującymi studentami”). „Nie można dopuścić do jednej rzeczy – żeby studenci czuli się sami” – mówił Samsonowicz na zebraniu Senatu 20 XI. Senat zwrócił się do pracowników o współdziałanie ze studentami, czyli organizowanie na ich prośbę zajęć i pozostawanie na noc w gmachach. Następnego dnia oceniano, że udział w akcji bierze 2,5 tys. studentów (najmniej, cztery osoby, na muzykologii, najwięcej, 193, na prawie). Była to szósta część studentów uczelni, ilość wystarczająco spektakularna, aby strajk był publicznie widoczny, obrazująca jednak ograniczenia potencjału protestu. Schyłek 1981 r. był okresem wielkiego zmęczenia społecznego, także na uczelni, i obaw przed zaostrzeniem sytuacji w kraju.

„Podchodzą, pytają, dają różne rady, często przez kraty podają paczki, głównie z jedzeniem. [...] Bywa też inaczej – niektórzy mówią do nas podniesionym agresywnym głosem. Słowa nie podlegają wtedy specjalnej selekcji” – relacjonowano sytuację przy zamkniętej bramie głównej. Otwierano ją na cztery godziny dziennie, a straż strajkowa sprawdzać miała przepustki, wystawiane dla członków Uczelnianego Komitetu Strajkowego (ale narzekano na chaos i wnikanie przypadkowych osób). Brama pokryta była plakatami, podobnie jak sąsiednie frontowe gmachy. W oknach Domu Studenta pojawiły się też głośniki. Mieścił się tam sztab strajku, lecz także biura SZSP. Dochodziło do incydentów przy bramie, którą działacze SZSP starali się forsować, aby wejść do swych pokojów; dostawali się także przez okna wprost z ulicy776.

Strajkujący zajęli gmachy wydziałów mieszczących się na dziedzińcu, śpiąc w korytarzach i na stołach w salach dydaktycznych. Zajęli też budynki przy ul. Stawki czy Hożej. Sercem strajku było Auditorium Maximum, w którym koncentrowało się życie społeczne. Strajkowało tam około 300 osób, przewijało się wielokrotnie więcej. Urządzano tu wystawy fotograficzne i nocne śpiewania. Grano w szachy, Monopoly czy brydża. Przychodzono, aby zatelefonować (przy automatach w urzędzie pocztowym ustawiały się długie kolejki), a wieczorami – na mszę świętą, codziennie o 19.00 w sali D. Światła gaszono późną nocą, rozmowy trwały do piątej nad ranem. W biuletynie strajkowym pisano, że pojawił się emocjonalny związek studentów z miejscem: „Nareszcie A. Max spełnia rolę, do jakiej zostało przeznaczone”777. Wydaje się, że strajk rozwinął tego rodzaju związki z innymi budynkami uczelni, które pozostały w pamięci wielu jako przestrzenie strajkowej wspólnoty.

Na większości wydziałów czas upływa stereotypowo. W dzień śpią, w nocy jedzą, warty grają w karty. Wszystko to w przerwach między wykładami. Na Geologii kwitnie hazard: ruletka, poker na wodę, totalizator ligi piłki szmacianki. [...] Uniwersytet strajkuje, a wykładów, spotkań, dyskusji na tematy „poważne” mnóstwo. Od początku strajku ambicją każdego wydziału jest zorganizowanie zajęć zapełniających nadmiar wolnego czasu. Robimy to sami dla siebie, czyli samorządnie i autonomicznie. Efekt: ok. 40 wykładów dziennie na całej uczelni778.

Toczyło się życie kulturalne. Maja Komorowska recytowała wiersze ks. Twardowskiego. Występował Wojciech Siemion. Artur Sandauer opowiadał o genezie antysemityzmu, Michał Boni – o etyce strajkowej. Wyświetlano filmy – np. Barierę Jerzego Skolimowskiego, czy amerykańskie, pożyczone z ambasady. Na biologii organizowano „slajdowiska” (np. „Ptaki wszystkich stron świata”). Krążyły czasopisma strajkowe – „Głos Myszarni” biologów, „Satyrajk” matematyków czy „Hebda News” historyków.

Posiłki, złożone najczęściej z chleba, dżemu i pasztetu podlaskiego o niezapomnianym smaku, dostarczanych przez „Solidarność” Regionu Mazowsze, przygotowywano – przynajmniej w teorii – wspólnie. W rzeczywistości zajmowały się tym przede wszystkim nasze koleżanki, wykazując przy tym daleko posuniętą wytrwałość i sprawność

wspomina Jarosław Czubaty, uczestnik strajku w Instytucie Historycznym779. Dzienne utrzymanie całego strajku kosztowało 40–60 tys. zł. Pokrywano je z kredytu, udzielonego przez „Solidarność” Mazowsza, dotacji z zakładów pracy (Huty Warszawa, MZK czy zakładów w Ursusie) i wpłat z ogniw związkowych. Pół tysiąca bochenków chleba kupowano codziennie przy ul. Lubelskiej, mleczarnie produkowały dla strajkujących po 360 litrów mleka po godzinach, obiady dostarczano z wolskich barów, gotowały też za darmo siostry zakonne przy ul. Sewerynów z darów rolników i z kościoła św. Anny. Kuchnie działały również w poszczególnych budynkach. Na anglistyce smażono placki ziemniaczane i naleśniki z dżemem. Na polonistyce znajdował się wspólny kocioł z zupą.

Wielodniowy strajk przynosił, mimo całego bogactwa form aktywności, zmęczenie. Przebywano na stosunkowo niewielkiej przestrzeni, w dymie papierosowym i uciążliwych na ogół warunkach sanitarnych. Nie było pryszniców (z wyjątkiem psychologii na Stawkach, gdzie przebywała setka osób), choć ratunkiem mogła być łaźnia Messalka przy Krakowskim Przedmieściu. W zimnym sezonie szerzyły się infekcje i służba medyczna odsyłała studentów do domów. Po 20 dniach strajku metody urozmaicenia codzienności zaczęły się wyczerpywać, zaznaczyły się też trudności z aprowizacją. „Mnożą się coraz głupsze pomysły” – pisano w biuletynie strajkowym 4 XII780. Trzy dni później przeprowadzono na UW referendum w sprawie dalszego trwania protestu, w którym przeważyły głosy za jego zawieszeniem (982 do 746), przy czym bardzo różnie głosowano na różnych wydziałach. Stanowczo przeciwko zawieszeniu strajku wystąpiły polonistyka i geologia, stanowczo za – fizyka, matematyka, iberystyka781. Były to ostatnie dni „wolności”. Strajk miał jednak swe życie po życiu, przynajmniej w Instytucie Historycznym. W obliczu zawieszenia działalności Samorządu po 13 grudnia, dyrektor IH powierzył funkcję starostów lat właśnie członkom Komitetu Strajkowego lub osobom przez nich wskazanym782.

Stan wojenny

Szczegółową relację o sytuacji na uczelni po ogłoszeniu stanu wojennego opublikowała przed laty orientalistka Joanna Mantel-Niećko (1933–2009). Wypada tu przede wszystkim odesłać czytelnika do tej bogatej relacji783. Spisywana była na bieżąco, z perspektywy dziekan Neofilologii, uczestniczki kluczowych wydarzeń na Uniwersytecie, organizatorki akcji pomocy represjonowanym, osoby identyfikującej się ze „środowiskiem”, jak nazywała opozycyjną wobec władz część elit UW. Odwołując się do tamtego tekstu, warto wskazać kilka zjawisk charakteryzujących ówczesną sytuację uczelni.

Oto zasypany śniegiem, głuchy dziedziniec przy Krakowskim Przedmieściu, na którym 14 XII pojawiają się pracownicy i studenci, jedni zmierzając ku Pałacowi Kazimierzowskiemu, drudzy raczej ku Auditorium Maximum. Rektorat kojarzy się z autonomią instytucjonalną, uosobioną w tym momencie przez Henryka Samsonowicza, którego los jest nieznany; Auditorium Maximum – z podmiotowością społeczności studenckiej. Dziekani gromadzący się w Pałacu przyjmują z ogromną ulgą, jak to opisała Mantel-Niećko, pojawienie się rektora. Ten zapowiada, że „nic w działalności UW nie zmieniamy”, co w danej sytuacji może brzmieć paradoksalnie. Następnie udaje się do Auditorium Maximum, apelując do studentów o rozejście się i porzucenie myśli o strajku, który pchnąłby władze do pacyfikacji uczelni. Apel zostaje wysłuchany, podobnie jak rektorski zakaz wywieszania wszelkich ulotek i ogłoszeń. „Dla nas – pisała Mantel-Niećko – znaczyło to odarcie Uniwersytetu z tej zewnętrznej, barwnej otoczki, w której żyliśmy przez 16 miesięcy, aby nie stała się ona pretekstem do drażnienia władz; idzie bowiem o sprawy znacznie ważniejsze”784.

Do spraw tych należało przede wszystkim ocalenie wybieralnych władz uczelni, czyli podmiotowości Uniwersytetu, uchronienie przed represjami pracowników i studentów, zatroszczenie się o internowanych i aresztowanych. Tę ostatnią akcję, co znamienne, zainicjowały kobiety – Mantel-Niećko z Marią Stanowską z prawa i Beatą Chmiel z polonistyki. Stworzyły one, dzięki pomocy studentów z zawieszonego samorządu, zrąb „osobówki”, jak nazwano kartotekę represjonowanych służącą akcjom pomocy prawnej i rozwijaną, jak się miało okazać, do końca lat 80.785 W pierwszych dniach stanu wojennego los internowanych i aresztowanych był przedmiotem najdalej idących obaw, jeśli nie trwogi. Podobne emocje dotyczyły ogólnych intencji władz. Rozeznać się w nich musiał rektor, którego nie pozbawiono stanowiska, lecz uczyniono niejako zakładnikiem sytuacji. Dowiedział się od władz wojskowych, że jest osobiście odpowiedzialny za spokój na uczelni. Spokój ten zresztą zdawał się całkowity: zajęcia ani obrony nie odbywały się, studenci nie mieli wstępu na tereny UW. Mogło to jednak oznaczać ciszę przed burzą, ponieważ kadra naukowa straciła rozeznanie w nastrojach studenckich. Nie wiedziano, co dzieje się w akademikach, obawiano się determinacji strajkowej. Duże znaczenie miały więc spotkania z działaczami NZS i Samorządu, którzy potajemnie wnikali na uczelnię, pośrednicząc w kontaktach środowiskowych, oraz zastępcza forma samorządu w postaci Porozumienia Senatorów Studenckich. Jak się zdaje, zarysowało się wówczas, być może najsilniejsze od pierwszych lat powojennych, poczucie wspólnoty losu, przynajmniej wśród wyraźnej, elitarnej grupy pracowników i studentów. Rysowała się zarazem groźba trwałej polaryzacji postaw wewnątrz społeczności.

Wszelkie organy kolegialne zostały zawieszone, podobnie jak organizacje społeczne i samorząd studencki. Władzę na uczelni sprawował rektor i wojskowy zarząd komisaryczny, złożony z oficerów Studium Wojskowego UW. Zajęcia dydaktyczne nie odbywały się i wciąż odkładano ich wznowienie (które nastąpiło wreszcie 8 II 1982 r.). Obu stronom, tj. uczelni i władzom, zależało na przywróceniu „normalności”, ale odmiennie ją definiowały. W intencjach władz była to raczej „normalizacja”, czyli nadanie życiu zewnętrznego porządku i uruchomienie gospodarki; mieściło się w tym działanie szkół wyższych. Uczelnie były jednak zarazem poważnym zagrożeniem dla „normalizacji”, dlatego przedstawiciele władz terroryzowali swych rozmówców groźbą zamknięcia UW na rok, jeśli ci nie zagwarantują spokojnego wznowienia zajęć. Zamknięcie oznaczałoby między innymi wzięcie dwóch roczników młodych ludzi do wojska (pobór stanowił stale w PRL potencjalną represję wobec niepokornych studentów). Ze strony uczelni warunkiem wznowienia zajęć była zgoda władz na jawne działania na rzecz pozbawionych wolności, zachowanie ciał przedstawicielskich i opracowanych przez nie programów studiów oraz odstąpienie od „weryfikacji” pracowników. Władze nie były najwyraźniej zdecydowane co do sposobu postępowania z uczelnią; to ułatwiło porozumienie i wznowienie zajęć786.

Trwały starania o kontakt z internowanymi i zabiegi o ich zwalnianie, które przybrały szybko postać poręczeń, składanych przez przedstawicieli UW. Internowano 56 osób, w tym 27 pracowników (6 kobiet), 3 doktorantów i 24 studentów (3 kobiety), w tym jedna osoba (Janusz Onyszkiewicz) przetrzymywana była ponad rok, a dwie niemal rok (Jacek Czaputowicz i Grzegorz Rossa); większość zwalniano około połowy 1982 r.787

W obozach internowani wytworzyli własne normy postępowania. Uznano m.in. że równie naganne jak podpisywanie deklaracji lojalności („lojalki”) jest przyjmowanie poręczenia, w którym poręczający deklaruje praworządność postępowania internowanych po zwolnieniu. W środowisku UW w związku z poręczeniami powstały problemy moralne. [...] Dzieliliśmy się na tych, którzy uważali, że poręczenia można i trzeba dawać, ale nie informując o tym zainteresowanego, i na tych, którzy, przeciwnie, uważali, że nie wolno poręczać za człowieka dorosłego bez jego wiedzy i zgody. [...] O ile znane mi są wypadki odmowy przyjęcia poręczenia przez internowanego, którego pytano o zgodę, o tyle nic mi nie wiadomo o pretensjach zwolnionych za poręczeniem udzielonym bez zgody internowanego [...]

– pisała Mantel-Niećko788.

Intencje władz pozostawały niejasne, trwał bowiem rodzaj kontredansa: to pozwalano na odwiedzanie internowanych, to uniemożliwiano je; zapowiadano „weryfikację”, ale jej nie rozpoczynano; pracownicy UW dowiadywali się (z ust ministerialnego urzędnika), że uczelnia stanowi „gniazdo opozycji i kontrrewolucji”, ale władze nie rozprawiały się wciąż z tym „gniazdem”789. Niektórzy widzieli w tym element scenariusza dezorientacji i osłabiania środowiska naukowego, inni sądzili, że wewnątrz obozu władzy brak zgodności poglądów. Przedłużała się atmosfera niepokojącego zawieszenia.

Ponieważ uczelniany komitet partyjny nie chciał przyjąć roli współuczestnika akcji represyjnej (I sekretarz Kołakowski mówił w grudniu, że „celem działania Komitetu jest niedopuszczenie, by różnice poglądów zamieniły się w odwet [...]”), rozpoczęto przesłuchania jego członków przed specjalnym zespołem Komitetu Dzielnicowego Śródmieście PZPR. Nie były one zbyt owocne, ponieważ owi członkowie odnosili się do swej działalności „z elementami euforii i bez cienia krytycyzmu”. Nie chcieli dokonać pryncypialnej partyjnej samooceny790. Opinia zespołu przesądziła o rozwiązaniu organizacji uniwersyteckiej 18 II 1982 r. Na powstanie nowej czekano wiele tygodni. Wreszcie 14 VI wybrano 25-osobowy Komitet Uczelniany i jego Egzekutywę złożoną z siedmiu mężczyzn. Na czele KU stanął weteran działalności partyjnej Andrzej Jezierski, który tę samą funkcję pełnił w marcu 1968 r. Mógł tylko uosabiać wizję powtórzenia się tamtego scenariusza. Nowy Komitet został, jak odnotowały władze partyjne, przyjęty przez środowiska uczelniane z największą niechęcią. Podobnie jak kilka tygodni wcześniej – nowy rektor791.

Samsonowicza i zespół prorektorski odwołano 8 IV, naznaczając na rektora Kazimierza Albina Dobrowolskiego. Oburzenie na przyjęcie przezeń funkcji wyrażało się początkowo w nazywaniu go „nominatem”. Stopniowo udało mu się pozyskać jeśli nie przychylność, to neutralność środowiska dzięki (jak to formułowano w analizach partyjnych) polityce „porozumienia z każdym, kto nie jest wrogiem socjalizmu” lub po prostu wrażeniu rzeczywistej dobrej woli Dobrowolskiego (nie wystarczy mu to skądinąd do demokratycznego już wyboru na rektora w 1984 r.). Tygodnie po odwołaniu Samsonowicza znaczone były otwartymi protestami (złożyła je na piśmie większość dziekanów i rad wydziałów, Senat i część studentów) oraz „milczącymi strajkami” – pracownicy i studenci o godz. 12.00 przerywali zajęcia na kwadrans i wychodzili na korytarze. Te akcje nie ściągnęły zresztą na społeczność żadnych represji792.

W ramach kontredansa władze doprowadziły do uchwalenia przez Sejm 4 V 1982 r. ustawy o szkolnictwie wyższym, której zrąb powstał przed 13 XII i która przywracała wolności akademickie (nie tylko te odebrane w 1968 r., ale i w 1947 r.), stanowiąc ewenement w bloku socjalistycznym. Szkoły wyższe definiowała jako samorządne społeczności, wybierające sobie władze, kształtujące samodzielnie swe struktury i programy nauczania. Dawała prawo organizacji samorządu studenckiego jako wybieralnej reprezentacji ogółu, mającej przedstawicieli w organach kolegialnych z prawem równego głosu. Określała sądzenie członków społeczności przez niezawisłe sądy koleżeńskie i samorządowe. Ustanawiała wolność zakładania organizacji studenckich i kół, zwoływania na uczelniach zgromadzeń i manifestacji – za powiadomieniem rektora, który mógł rozwiązać zgromadzenia w wypadku sprzeczności z prawem, ale nie mógł zakazać ich zwołania793.

Choć ministrowi przyznano w ustawie prawo veta wobec wyboru rektorów, była ona tak liberalna, że w istocie trudna do pogodzenia z praktykami autorytarnego reżimu. Obowiązywała zresztą w zakresie zredukowanym przepisami stanu wojennego, a po jego zniesieniu – ustawą o tzw. szczególnych regulacjach, obowiązującą w latach 1983–1985, która bardzo wzmacniała rolę ministra (mógł zawieszać organy kolegialne uczelni, odwoływać rektorów i dziekanów, powoływać własnych, zawieszać pracowników na czas nieokreślony i zmieniać ich umowy o pracę, a także relegować studentów). Niezależnie od tego, rozporządzenia ministerialne zawężały często wolności zapisane w ustawie, co prowadziło do napięć, zwłaszcza między samorządem a ministerstwem. Wreszcie – ogłoszeniu ustawy towarzyszyły posunięcia zupełnie sprzeczne z jej duchem, jak żądanie przeglądu kadry dydaktycznej pod kątem politycznym. Część dziekanów na piśmie odmówiła żądanych opinii o pracownikach, część jednostek sporządziła je, nadając im wszakże raczej merytoryczny charakter. Nikt nie został zwolniony794.

Ustawa dała jednak prawne ramy autonomii i miała duże znaczenie psychologiczne. Opozycja na uczelni szukać zaczęła legalnych metod działania, co skądinąd nie było sprzeczne z oczekiwaniami części przynajmniej aparatu władzy. Dlatego właśnie powołaną 10 V przez Senat specjalną komisję, mającą zajmować się sprawami internowanych i aresztowanych, część środowisk uczelnianych, zwłaszcza studenckich, odebrała jako krok w stronę „kolaboracji”. W najmniejszym stopniu nie było to intencją wnioskującej o powołanie komisji Hanny Świdy-Ziemby. Na czele komisji stanęła Jadwiga Puzynina, a Świda-Ziemba i Mantel-Niećko weszły w jej skład. Trzy dni później wszystkie trzy zostały internowane, co było reakcją władz na manifestację 13 V w miesięcznicę wprowadzenia stanu wojennego, ale zostało też odczytane jako prowokacja sterowana przez Komitet Warszawski, wrogi wobec Uniwersytetu. Nieczytelność stanowiła cechę charakterystyczną rozgrywek między uczelnią a reżimem. Czytelna była jednak reakcja UW, czyli uchwała Senatu i osobiste poręczenie rektora. Po paru dniach internowane zwolniono i wróciły na swe funkcje795.

Bardziej dramatyczny przebieg miał następny wielki konflikt. W drugą rocznicę rejestracji „Solidarności” zebrała się na dziedzińcu uniwersyteckim manifestacja licząca około tysiąca osób.

Represją za manifestację miało być zwolnienie dwóch pracowników administracji, którzy – jak to zaznaczono – zostali zauważeni wśród tłumu: urzędnika archiwum Mieczysława Holzera, który wystąpił z PZPR po usunięciu rektora Samsonowicza, oraz pracownika fizycznego Macieja Jankowskiego, członka Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” i przedstawiciela pracowników fizycznych UW w Senacie. Ostatecznie udzielono im nagany796.

Sprawa miała jednak znacznie szersze konsekwencje. Ponieważ tego dnia część zajęć nie odbywała się zgodnie z normalnym trybem, władze oskarżyły kierownictwa wydziałów Psychologii i Socjologii o złamanie prawa; pierwszy z tych wydziałów został nawet przejściowo zawieszony, a dziekan zmuszony do złożenia funkcji. Mantel-Niećko opisuje tę sprawę jako moment załamania się solidarnej dotąd postawy grona dziekańskiego, które nie zdobyło się na jednoznaczne stanowisko. W grę wchodziło tu, jak się zdaje, poczucie daremności działań, które groziły przekreśleniem „normalizacji”, uznawanej już – zwłaszcza po wprowadzeniu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym – za rzeczywistą wartość. Niewątpliwie tego rodzaju rozumowania obawiała się część opozycyjnych elit. Zarazem obraz zajść w Warszawie 10 i 11 XI oraz milicyjne polowanie na studentów (zwłaszcza z UW) na ulicach, połączone z aktami brutalności, zdawał się podtrzymywać ostry podział polityczny. W propagandzie telewizyjnej Uniwersytet przedstawiony został jako rozsadnik anarchii. Kilkadziesiąt osób zatrzymano, niektóre pobito i ostrzyżono797.

„Uczelnie są nasze”

Sytuacja Uniwersytetu zdawała się paradoksalna. Z jednej strony był „gniazdem opozycji”, narażonym na wrogie działania aparatu władzy. Obawa przed prowokacjami ze strony aparatu była składową atmosfery. Działania te w istocie występowały, lecz żadne z nich nie doprowadziło do skutków, jakich się obawiano, przede wszystkim „weryfikacji”, masowych zwolnień, reorganizacji uczelni. Z drugiej strony Uniwersytet objęty był od maja 1982 r. przepisami, które nadawały całej sferze szkolnictwa wyższego charakter enklawy. Była to, nawet w reżimie stanu wojennego, poważna podstawa dla samoorganizacji, której wyrazem stał się przyjęty przez Senat w grudniu 1982 r. statut UW, przygotowany w duchu autonomii. Do życia wrócił samorząd studencki, choć w okrojonej postaci, jako Uczelniane Przedstawicielstwo Studentów (UPS). Reprezentanci studentów stanowili 15–20% kolegialnych władz uczelni, uczestnicząc w kształtowaniu polityki UW i podziale środków. Rozmowy z rektoratem były upubliczniane, działał sąd koleżeński i rada kół naukowych z wybieranym zarządem. Autonomia studentów była faktem instytucjonalnym. Była też, co nie mniej ważne, zjawiskiem mentalnym: zarząd UPS nie wahał się wydawać ostrych oświadczeń przeciw represjom wobec studentów i interweniować w sprawach aresztowanych. Nie istniały jednak inne organizacje społeczne, których funkcjonowanie byłoby naturalną obudową uczelnianej autonomii.

„Solidarność” została zdelegalizowana, zaś w ramach zasady „jeden związek w jednym zakładzie pracy” władze przeprowadziły utworzenie na UW wiosną 1983 r. nowego ZNP, który nie stanowił kontynuacji tego sprzed 13 XII. Do tego „neozwiązku” należało około 900 osób, lecz niemal połowę z nich stanowili emeryci. Nie istniało NZS, które zostało zdelegalizowane, zaś jego działacze zdecydowali się w pierwszej fazie stanu wojennego na wtopienie się w struktury podziemnej „Solidarności”. Na powierzchni pozostał SZSP, próbujący legitymizować swą działalność poprzez „schodzenie do korzeni”, czyli do pierwszego powojennego okresu, który stawał się w propagandzie rodzajem mitycznego dobrego początku Polski Ludowej. Oto wiosną 1982 r. afiliowano przy uniwersyteckim SZSP twór o nazwie Ruch Socjalistycznej Młodzieży Akademickiej „Życie”, nawiązujący do tuż powojennej organizacji o podobnej nazwie798. Nie wydaje się, aby odegrał on jakąkolwiek rolę. Jesienią tegoż roku na krajowym kongresie dokonano „odnowy” SZSP, wracając do dawnej nazwy – Związek Studentów Polskich. Nie okazało się to fortunne, ponieważ skrót ZSP zaczął być wymawiany przez niechętnych jako „zsyp”, co chyba nie zdarzało się przed 1973 r. (z racji odmiennego postrzegania ówczesnego ZSP, ale i mniejszego rozpowszechnienia zsypów w domach mieszkalnych). W latach osiemdziesiątych skojarzenie miało fatalną wymowę, także z powodu ogólnej sytuacji sanitarnej. Nowy ZSP deklarował tymczasem zwrot ku troskom codzienności i dystansowanie się od polityki. Był jednak nikłym cieniem dawnej organizacji: skupiał w skali kraju 10% studentów, na UW w 1983 r. około 700 osób799. Rolę organizacji ideologicznej odgrywać miał natomiast nowo powstały Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej (ZSMP). Czymże był jednak ten związek w porównaniu z ZMP, którego tradycję miał dziedziczyć? Na UW należało do niego w 1983 r. około 50 studentów, mniej niż do ZMW „Wici” (70). Obie te organizacje były zresztą mało widoczne na innych uczelniach, rozwijały się raczej w szkołach i poza dużymi miastami800. Jako „całkowicie niewidoczną” oceniano w dokumentach partyjnych działalność ZHP. Odnotujmy również, że koło SD na UW liczyło w 1984 r. około stu osób, a ZSL połowę mniej.

Znoszenie rygorów „wojennych” oznaczało wzrost znaczenia struktur cywilnych, w tym partii, której odbudowa w środowisku akademickim zdawała się niełatwa. Komitet Centralny oceniał, że uniwersytecką PZPR cechuje „zanik gotowości do działania” i bierność większości członków. W czerwcu 1983 r. do PZPR należało w skali kraju zaledwie 903 studentów (członków i kandydatów), ponad połowa w Warszawie (474), z tego 141 na UW. Większość partyjnych studentów zapisana była na IV-V rok studiów (od 1980 r. do partii wstąpiło na UW tylko szesnaścioro). Cała organizacja na UW liczyła jesienią 1983 r. 828 osób, co stanowiło 4,7% społeczności (i zaznaczał się spadek, bo wiosną roku następnego podawano 776 członków). Bardzo znamienny był poziom upartyjnienia801 poszczególnych grup: najwyższy wśród profesury (37,8%), a najniższy wśród studentów (1,1%), poprzez docentów (24,1%), starszych wykładowców i wykładowców (23,3%), adiunktów (21%), starszych asystentów i asystentów (16,1%), doktorantów (12,7%), lektorów, nauczycieli przedmiotów i bibliotekarzy dyplomowanych (11,9%), stażystów (9,6%), pracowników niebędących nauczycielami akademickimi (5,3%). Przynależność do PZPR układała się więc przede wszystkim wedle hierarchii wieku, stopnia naukowego i funkcji, a siła organizacji opierała się raczej na pozycjach w strukturach władzy uczelnianej niż żywotności aktywu. Zresztą 45% członków zalegało ze składkami. Warto jednak podkreślić, że ponad jedna trzecia profesorów posiadała wciąż legitymacje PZPR, choć instancje zwierzchnie narzekały, że wielu cenionych naukowców odmawia kandydowania do władz POP. Na uczelni istniało 26 POP, w niektórych egzekutywach byli pojedynczy studenci, na czele przeważnie mężczyźni (proporcja 21:5), zawsze naukowcy (choć tylko POP Historii kierował profesor). Ponadto partia pokładała pewne nadzieje w niektórych radach naukowych (Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, Rusycystyki, Pedagogiki, Prawa i Geografii)802.

Aktorami na uniwersyteckiej scenie były więc z jednej strony zdominowane przez środowisko organy kolegialne oraz samorząd studencki, wyrażające autonomię uczelnianą, a z drugiej strony bardzo nadwyrężone, lecz silne wciąż siłą władzy centralnej organizacje oficjalne. Relacje między tymi aktorami, a także pobudki ich działań nie były, oczywiście, tak proste i jednoznaczne, jak by z tego podziału wynikało. Obecność trzeciego aktora uwyraźniała się stopniowo: było to podziemie. W 1982 r. miało ono jedną nazwę – „Solidarność” – i jeden symbol, opornik, za którego noszenie studenci i pracownicy trafiali na komisariaty. W 1983 r. sytuacja wydawała się bardziej złożona, gdyż zwiększyła się rozmaitość form działania umownego podziemia, w tym półjawnych. Odtwarzać się zaczęły struktury NZS. Ważnym impulsem były spontaniczne akcje, jakie nastąpiły po śmierci Grzegorza Przemyka (plakatowe, zbiorowego milczenia itp.), a zwłaszcza manifestacyjny pogrzeb licealisty 14 V 1983 r. Była to okazja do „policzenia się” młodzieży studenckiej. Na Wydziale Prawa pojawiło się Stowarzyszenie Bratniej Pomocy „Bratniak”, które jesienią 1982 r. starano się zalegalizować w rektoracie, uzyskując nawet wstępną zgodę803. Byłby to też swego rodzaju ruch zstępowania do korzeni życia akademickiego. Ostatecznie Bratniak zaistniał w postaci jednego z klubów turystycznych PTTK, o czym dalej. Wedle władz podziemie kontrolowało autonomiczne organizacje uczelniane, zwłaszcza samorząd, co miało się stać jedną z głównych przesłanek rewizji ustawy o szkolnictwie wyższym.

O kołach naukowych na UW powiadano z ubolewaniem w materiale KC PZPR, że nie wykazują poważniejszych oznak życia804. Oznaki życia stawały się jednak problemem politycznym, gdy przejawiało je międzywydziałowe koło „Wiedza”, zarejestrowane latem 1983 r. Samo istnienie kół międzywydziałowych było z punktu widzenia władz zjawiskiem niepożądanym, wspierały one bowiem poziome porozumienia studentów i sądzono, że mogą być nośnikiem wpływów opozycji. Starano się więc doprowadzić do zmian prawnych, które by zamykały koła w granicach wydziałów, co też nastąpiło wraz z wprowadzeniem nowej ustawy w 1985 r. Koło „Wiedza”, skupiające studentów Prawa, Dziennikarstwa i Nauk Politycznych, Filozofii i Historii, opisywane było przez tajną policję jako potencjalna kontynuacja TKN, z powodów personalnych (z kołem związane były rzeczywiście osoby aktywne dawniej w KOR i na Latającym Uniwersytecie, jak Jacek Czaputowicz, Krystyna Kersten, Tadeusz Kowalik, Jan Strzelecki) oraz merytorycznych. „Wiedza” organizowała bowiem seminaria, na które – wedle SB – przychodziło po 50–100 osób i na których rozwijano „negatywne treści polityczne” (rozważania o współpracy PPR z Gestapo w czasie okupacji czy o fałszowaniu wyborów 1947 r.) W gablocie Koła na „ścianie płaczu” umieszczano zaś

materiały tak agresywne, jak w najlepszych czasach „Solidarności”. Atakuje się w nich już nie tylko władzę, ale też zamieszczono pod pozorem „aforyzmy Gogola o Rosjanach”, wybór wypowiedzi jednoznacznie obelżywych pod adresem narodu rosyjskiego w ogóle. [...] Inne materiały są w takim samym duchu, ośmieszenie PZPR itd. Podobne ogłoszenia „Wiedzy” spotkać można w gablotach na poszczególnych wydziałach805.

Od dawna już nie obowiązywała niepisana umowa z okresu stanu wojennego, aby nie prowokować władz plakatami czy ulotkami. Przed tablicą samorządu studenckiego na dziedzińcu „gromadziły się tłumy”, gdy wiosną 1983 r. wywieszono tam informacje o bulwersującej sprawie usunięcia ze studiów Macieja Kuronia806. Dawna tablica „Solidarności” w hallu Biblioteki UW była wciąż miejscem rozpoznawalnym, służącym jako pole symbolicznej komunikacji, zwłaszcza po zamordowaniu ks. Popiełuszki jesienią 1984 r., gdy pokrywała się kwiatami i rozmaitymi maszynopisami. Stale pojawiały się ogłoszenia podziemnego NZS. „Rozklejanie ulotek – wspomina Tomasz Ziemiński – odbywało się głównie na terenie uczelni i akademikach. Najlepszą do tego porą była 7.00 rano, gdy sprzątaczki zaczynały sprzątać od najwyższego piętra. Wtedy należało porozklejać ulotki na tych posprzątanych już piętrach”807. Służba Bezpieczeństwa donosiła periodycznie o takich ulotkach, które obrazować miały m.in. „ofensywę wojujących kół klerykalnych”, gdy zapraszano na spotkania z duchownymi czy też na wykład Macieja Giertycha „na temat kto jest wrogiem narodu polskiego”808. Łatwo się zorientować, że odcienie ideowe tych spotkań były bardzo różne, choć policja umieszczała je w jednym zbiorze.

Pełna wolność wypowiedzi panowała wciąż w miejscach ustępnych, w których mazano na ścianach najrozmaitsze przekazy, także takie, jakich nie kolportowano na ulotkach (i jakie w epoce przedinternetowej trudno było przekazać w inny sposób). Napisy w toaletach uniwersyteckich (głównie w BUW) analizował w latach 80. Wojciech Marchlewski. Zwracał uwagę na przewagę ilościową napisów politycznych nad erotycznymi, co miało być cechą szczególną epoki, a także na stałe występowanie inskrypcji antysemickich, związanych z politycznymi. W kolekcji Marchlewskiego z lat 1982–1984 znalazło się wiele haseł pro- i antysolidarnościowych (od „Niech żyje Solidarność Amen!” po „Faszyści z Solidarności”), także takie odnoszące się do istotnych postaci życia publicznego („Jaruzelski to ślepy okularnik kobra jadowita”, „Kto uważa że Urban to huj niech postawi krzyżyk swój +++++++++”) i wymierzone przeciw milicji („MOrdercy pod sąd”). Osobną kategorię tworzyły hasła antyradzieckie i nacjonalistyczne w rodzaju „Niepomścić Katyń to nie być Polakiem”. Inskrypcje toaletowe odzwierciedlały językową subkulturę, z rubasznym humorem i rymem, który sprawiał, że krążyły w różnych wersjach niekiedy przez dziesiątki lat, odpowiadając potrzebom poszczególnych grup (młodych mężczyzn, którzy pisali „Lepiej hujem ścinać sosnę niż do wojska iść na wiosnę”) i aktualizując się, jak wierszyk „Na Breżniewa czarną trumnę, / Piłsudskiego czoło dumne, / Na co zechcesz srać na świecie, / Lecz nie na deskę w klozecie”, odmiana inskrypcji spotykanej już w latach stalinizmu809. W toaletach UW można było także spotkać napisy w rodzaju „Rakowski – żydowski faszysta”, „Kuroń to sługa międzynarodowego syjonizmu”, „Bij Żyda” (dopisano „Siwaka i Kociołka”)810. Jak się zdaje, objawiało się tu znacznie szersze spektrum poglądów niż te dopuszczane po obu stronach barykady, ale też samo istnienie barykady mogło zostać poddane w wątpliwość. Istniała bowiem ogromna grupa takich, którzy nie chcieli zwracać na nią uwagi, interesując się „deską”, czyli znośnym życiem codziennym.

Socjolog Wiesław Wiśniewski oceniał, że w tym okresie przeważająca większość studentów warszawskich odnosiła się obojętnie do polityki. Za zaangażowaną uznawał jedną piątą, przy czym dzielić się ona miała na dwie porównywalne grupy (po 10% ogółu): opozycyjną, którą oceniał jako aktywną, ambitną i rozwiniętą intelektualnie, oraz prorządową, o niewielkim prestiżu, działającą rutynowo w organizacjach811. Podział ten zdaje się bardzo schematyczny, zarazem chyba oddając pewne rysy sytuacji. Ogromna większość masy studenckiej, zupełnie bierna w sferze publicznej, nie pozostawiła wyraźnego śladu w narracjach o epoce. Znajdowała się w szarym polu niewiadomego. Wydaje się, że potencjał mobilizacyjny grupy „opozycyjnej” był większy niż „prorządowej”, ponieważ miała ona bardziej wyrazistych i przekonanych liderów, a także poczucie słuszności, jakiego zapewne brakowało większości członków „organizacji”. Jednak także grupa „opozycyjna” nie mogła być pewna zakresu mobilizacji w razie poważniejszych konfliktów.

W pochodzie pierwszomajowym 1983 r. w dużych ośrodkach akademickich wzięło udział 10–20% pracowników uczelni, w skali całego kraju 10 tys. studentów; w Warszawie – tylko 459 (jak to obliczono?). Nieporównanie tłumniejsze były kontrmanifestacje812. W dokumentach policyjnych i partyjnych przedstawiano uczelnianą opozycję jako bardzo aktywną i zdolną do skutecznej mobilizacji, co wynikało jednak chyba tyleż z obserwacji, ile przeświadczeń autorów tych dokumentów lub prób instrumentalizacji doniesień. Pisano, że organy kolegialne UW nie są skłonne do karania pracowników angażujących się „działania kontestacyjne”, że kampania wyborów uzupełniających do Senatu (przełom 1983 i 1984 r.) odbywała się „na różnych tajnych i półtajnych spotkaniach”, a wybrani zostali zdeklarowani opozycjoniści. Wśród 112 senatorów zasiadło 60 byłych członków „Solidarności” i tylko 17 członków PZPR, zaś w kolegium elektorskim znalazła się niemal cała „uniwersytecka ekstrema”, a elektorat studencki zdominowany został przez NZS i Bratniaka813.

Władze PZPR wyróżniały kilka zasadniczych orientacji w opornym środowisku uniwersyteckim: 1) „skrajną opozycję”, niezbyt liczną, lecz wpływową; 2) „grupy zdezorientowane”, obawiające się „anarchizacji życia uniwersyteckiego”, ale niemające zaufania do władz; 3) środowiska bez określonego programu politycznego, lecz przywiązane do etosu inteligenckiego, skłonne zatem „dawać posłuch awanturnikom politycznym”; 4) „zwolenników status quo”, kwestionujących zarówno działania władz, jak opozycji; 5) zwolenników „tzw. uniwersyteckich metod działania”, uznających interes UW za nadrzędny, domagających się uwolnienia uczelni spod wpływów politycznych, chcących oceniać jej działanie wyłącznie wedle kryteriów moralnych i naukowych814. Oparcie na uczelni stanowiła głównie organizacja partyjna, co do której zdolności mobilizacyjnych władze nie miały złudzeń. Strona przeciwna podkreślała natomiast siłę aparatu władzy. Wedle opinii formułowanych w podziemiu, środowiska uniwersyteckie dzieliły się w 1983 r. na 1) „ludzi władzy”, 2) „ludzi bez twarzy”, czyli konformistów, którzy przeszli długotrwały trening przystosowania i 3) konsekwentnie opornych. Ta trzecia grupa miała przyjmować trzy zasadnicze postawy: 1) totalną odmowę współpracy z reżimem; 2) przybranie „barw ochronnych” i działanie poza sferą publiczną uczelni i 3) starania o realizację pewnych wartości w toku normalnej pracy. Wedle tej samej analizy skuteczność opozycyjnej działalności uzależniona była od wytworzenia odpowiedniego klimatu na uczelni „przez ludzi mających znaczenie opiniotwórcze”, a także od starań o pozyskanie „części konformistów, a także niektórych przedstawicieli reżimu”. Totalna odmowa nie wpływa bowiem na politykę władz, które zawsze zdolne są znaleźć wystarczające zaplecze815. Dodajmy, że Mantel-Niećko uznawała za ważny element tego zaplecza administrację centralną UW, kontrolowaną przez partię i współdziałającą w różnych represyjnych posunięciach, w rodzaju próby usunięcia z pracy działacza podziemnej „Solidarności”816.

Jako próbę sił postrzegano zbliżające się wybory rektora UW, dokonywane przez kolegia elektorskie. Służba Bezpieczeństwa spodziewała się „trudności z wyborem właściwych kandydatów” na 18 uczelniach, w tym na UW. Przewidywano, że największe szanse na wybór ma Klemens Szaniawski, już w 1980 r. proponowany na funkcję rektorską przez część młodzieży akademickiej. Z dossier SB wynikało, że jego długoletnia działalność była „antypaństwowa i antykomunistyczna”817. Jak wynikało z rozpoznań policyjnych, elity UW spodziewały się unieważnienia wyborów przez władze, skłonne były jednak bronić swej decyzji jako wyrazu autonomii, do której miały „bardzo subiektywne i wręcz emocjonalne podejście”. Zarazem odnotowano wśród dawnych działaczy „Solidarności” pogląd, wedle którego rektorem powinien być jeden z „bezpartyjnych ugodowców”, a prorektorami członkowie PZPR o „minimalnym stopniu działania w sferze organizacyjnej uczelni”818. Byłaby to polityka asekuracyjna. Wybrano jednak Szaniawskiego, który otrzymał 7 V 1984 r. 204 głosy, gdy urzędujący rektor Dobrowolski 66 (obu skreśliło 6 osób). Władze uznały to za „prowokację polityczną”, minister unieważnił wybór. Komitet Uczelniany PZPR uznał to za „uzasadnione i niezbędne”, ogłaszając, że Szaniawski nie spełniał „wymagań stawianych rektorowi socjalistycznej uczelni”, i krytykując brak odpowiedzialności części kolegów z UW. Podobne stanowisko ogłosił uniwersytecki ZNP819.

Wedle władz partyjnych Uniwersytet znalazł się w „krytycznym punkcie”. Wiosną 1984 r. w gmachu KC rozważano nawet „reorganizację” UW, czyli jego podział na uczelnię humanistyczną oraz matematyczno-przyrodniczą, co by umożliwiło rozwiązania wszystkich umów o pracę. Następnie odtworzono by kadrę wedle kryteriów ustalonych przez władze zewnętrzne i ewentualnie ponownie scalono Uniwersytet. Mniej radykalne działanie polegałoby na objęciu uczelni kontrolami NIK i ministerstwa, ograniczeniu do minimum jej kontaktów zagranicznych, a także powołaniu Zespołu Specjalnego (PZPR-MSW), który by na bieżąco koordynował działania wobec UW820. Jesienią sytuacja zaostrzyła się, gdy po zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki doszło na uczelni do ogólnego poruszenia. Na jej terenie Maciej Jankowski i Jerzy Wocial ustawili krzyż, przy którym pełniono symboliczną wartę; SB donosiła, że uczestniczyli w niej były i niedoszły rektor – Samsonowicz i Szaniawski. W budynkach pojawiły się żałobne dekoracje. Senat wysłał przedstawicieli na pogrzeb. Zarząd samorządu studenckiego wydał zaś dramatyczne oświadczenie, w którym pisano: „Jesteśmy tu u siebie. Mamy prawo do własnych przekonań, do własnej wizji Ojczyzny, mamy prawo i obowiązek występowania w obronie podstawowych wartości życia społecznego i praw człowieka”821.

Władze uznały, że sytuacja na UW „uległa wyraźnemu pogorszeniu”, a Rakowski komentował, że „partyjni są słabi i w defensywie”. Dostrzegał zarazem, że centrum władzy znalazło się „pod naciskiem aparatu partyjnego i alarmujących informacji MSW”822. Efektem było przyspieszenie prac nad zmianą systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Nie zakładano tak drastycznych posunięć jak rozważane wcześniej rozbicie UW, lecz raczej stopniowe uzależnienie środowisk naukowych. W 1985 r. planowano w KC zwiększenie finansowania nauki (do 2% dochodu narodowego w perspektywie 1990 r.) i podniesienie płac. Asystenci otrzymywać mieliby uposażenie odpowiadające płacy nauczyciela po 12 latach pracy, profesorowie trzykrotnie wyższe, a „wypełniający przykładnie obowiązki dydaktyczne i wychowawcze” mieliby szansę na bardzo wysokie dodatki miesięczne. Byłaby to jednak metoda marchewki i kija, gdyż zakładano ograniczenie podmiotowości uczelni, w tym zniesienie kolegiów wyborczych (rektorów wybierałyby Senaty spośród kandydatów ministra lub z nim uzgodnionych), a pracownicy zyskaliby status funkcjonariuszy państwowych, co by ich obligowało do składania ślubowania, którego złamanie mogłoby skutkować usunięciem z pracy. Celem strategicznym – wskazywano expressis verbis – byłaby redukcja o 30–50% stanu osobowego uczelni i doprowadzenie do jego upartyjnienia na poziomie 60%823.

Zarysowanie się takiego scenariusza było przyczyną nieustających obaw w środowiskach akademickich. Tym większe wzburzenie powodowały słuchy o nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym, pojawiające się w 1984 r. Już latem tegoż roku grupa profesorów UW starała się przekonać Rakowskiego, uchodzącego za liberała, do zaniechania zmian w ustawie. Służby policyjne uznawały te zabiegi za próbę odwrócenia tendencji „niekorzystnych dla sił antysocjalistycznych w nauce”824. Sam Rakowski stwierdził jednak w grudniu 1984 r. na spotkaniu z rektorami, że należy ukrócić swobody akademickie825. Wśród założeń ustawy znalazło się osłabienie znaczenia Senatów i rad, a wzmocnienie pozycji ministra, mającego prawo odrzucać decyzje Senatu, mianować rektorów i prorektorów, akceptować lub nie wybór dziekanów. Samorząd byłby odtąd wyznaczany w połowie przez organizacje młodzieżowe i studenckie. Rektor lub minister zyskać miał prawo relegowania studenta bez orzeczenia komisji dyscyplinarnej826.

Na początku 1985 r. wzbierać zaczęła fala protestów, osiągając kulminację w maju. Organizowano zebrania i wiece, podpisywano apele, koordynowano stanowiska. Podziemna „Solidarność” szkół wyższych uznała, że represyjność projektu „przewyższa nawet pogromową ustawę z 1969 r., wprowadzoną po wydarzeniach marcowych, i kagańcową ustawę Jędrzejewicza z 1932 roku, wprowadzoną po przewrocie majowym”827. W danej sytuacji większe znaczenie miały, jak się zdaje, wypowiedzi organizacji legalnych, zwłaszcza samorządów, rad i Senatów. Stanowczość ich sformułowań, trudna do wyobrażenia przed 1980 r., świadczyła o trwałej zmianie w relacjach społeczeństwo-władza. W uchwale samorządu UW z 14 I 1985 r. pisano, że „grozi nam zepchnięcie do roli ubezwłasnowolnionych przedmiotów w procesie przekazywania umiejętności czysto zawodowych, a zamiast edukacji obywatelskiej mamy być poddawani indoktrynacji zgodnej z bieżącą polityką władz”828. Samorząd protestował przeciw zapowiedziom wzmocnienia władzy ministra, faktycznego zniesienia wybieralności władz uczelnianych, zatrudniania pracowników na kilkuletnich kontraktach, a nie umowach stałych. Przeprowadzano referenda wśród studentów, dotyczące nowelizacji. Wśród biorących udział w referendum studentów prawa Filii UW na przełomie lutego i marca 1985 r. niemal wszyscy odrzucili założenia nowelizacji. Na UW referendum obejmujące studentów dziennych odbyło się w lutym, wzięła w nim udział około połowa studentów (6811 na 12 187), ponad 90% opowiedziało się przeciw. Takie było także stanowisko Senatu UW w uchwale z 29 V, głoszącej, że nowelizacja zmierza do „pozbawienia podmiotowości środowisk akademickich”829.

Tydzień wcześniej, 22 V, odbyła się w Auditorium Maximum manifestacja, na którą napłynęło około 2 tys. studentów i pracowników. Nie wszyscy zmieścili się w sali. Wystąpił szef samorządu Wojciech Maziarski, który puścił między zebranych kopię wspomnianego listu do Sejmu. Podkreślał, że zgromadzenie ma ukazać, „że jesteśmy razem, że jest nas dużo i że jesteśmy mocni”. Wspominał strajk na UW w 1981 r., tworząc rodzaj mitologii założycielskiej ruchu społecznego, jak zwykle w tego rodzaju wypadkach opierającej się na wizji pierwotnej jedności („Nie było między nami podziałów, wszyscy tworzyli jedną wspólnotę akademicką”) i odwołaniu do elementarnych więzi społecznych („W czasie strajku uczelnia stała się dla nas drugim domem. Ten dom chcą nam teraz odebrać. [...] uczelni będziemy bronić tak, jak się broni własnego domu i rodziny”). Odwołał się także do autonomii społeczeństwa, kończąc swe wystąpienie wezwaniem: „Róbmy swoje!”. W przemówieniu Macieja Gellera, fizyka, senatora UW, lecz przede wszystkim szefa uczelnianej „Solidarności”, wyłożona została historia ograniczeń swobód akademickich od 1945 r. „Postawa krytyczna nazywana jest antypaństwową. To nieporozumienie. Myślenie krytyczne jest nieodłączną cechą mózgu ludzkiego, który jest największym rewizjonistą świata” – mówił Geller. Zaś Maziarski kończył manifestację w ten sposób: „Wyjdźmy teraz na dziedziniec Uniwersytetu, żeby w milczeniu pokazać innym, że jesteśmy razem, jest nas dużo i jesteśmy mocni”. Zdjęto transparent, wiszący za plecami przemawiających – „Uczelnie są nasze” – i przeniesiono go przed bibliotekę, gdzie stano przez chwilę830.

To, że uczelniany ZMW „Wici” wydał oświadczenie, w którym odciął się od manifestacji jako „antagonizującej środowisko studenckie”, nie było zapewne faktem bardzo istotnym, zważywszy, że do organizacji tej należało kilkadziesiąt osób. Jednak sformułowanie, wedle którego nowelizacja „z pewnością przyczyni się do prawidłowego funkcjonowania szkół wyższych w socjalistycznym państwie”, stanowiło deklarację polityczną, odwracającą znaczenie hasła „Uczelnie są nasze”831. W istocie bowiem wszystkie powiązane z władzami organizacje na UW wykazały się lojalnością, czy to unikając popierania akcji protestacyjnych (ZNP i ZSP), czy krytykując je, jak malutki ZSMP (mający oparcie głównie na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych), który deklarował, że trzeba „usocjalistycznić uczelnię”. Wśród profesury zaznaczyły się także konserwatywne opory wobec żywiołowych akcji studenckich. Jeden z profesorów biologii powiadał, że „istotniejszy jest głos pracowników niż studentów, gdyż ci przychodzą do uczelni i po paru latach odchodzą”832. Innymi słowy, pracownicy oczekiwaliby raczej stabilności, nawet oznaczającej spolegliwość wobec władz zewnętrznych. Dodać tu można, że ta postawa – akceptacja omnipotencji partii i ministerstwa – była stale reprezentowana wśród kadry uczelnianej, związana z nadziejami na uzyskanie w ten sposób czy to jakichś korzyści dla wspólnoty akademickiej, czy to korzyści własnych. Był to czynnik sprzyjający poczynaniom władz. Warto też powtórzyć, że w referendum ogłoszonym na UW w okresie napięcia wokół nowelizacji wzięła udział połowa studentów. Była to, jak się zdaje, maksymalna zdolność mobilizacyjna elit środowiskowych. Znaczna lub niedostateczna – w zależności od przyjętej perspektywy.

Latem 1985 r. stawało się jasne, że mimo masowych akcji i spektakularnych aktów, takich jak list protestacyjny uczonych z 14 krajów (w tym 19 noblistów), czy solidaryzowanie się rad pracowniczych niektórych wielkich zakładów przemysłowych (m.in. Huty Warszawa) z żądaniami studentów, władze nie są skłonne ustąpić. W tej sytuacji retoryka obrońców przegranej sprawy przybierać zaczęła tony godnościowe, brzmiące w odezwie samorządu UW do nowo przyjętych studentów, w której odwoływano się do „ogólnospołecznej solidarności i wierności ideałom Sierpnia”, która „pomoże nam przetrwać w godności”. Po przyjęciu nowej ustawy 25 VII samorządy studenckie wielu uczelni ogłosiły oświadczenie, wedle którego odebrano środowisku akademickiemu „wszystkie najistotniejsze prawa”, narzucając kryteria ideologiczne przy zatrudnianiu i nadawaniu tytułów, zniesiono demokratyczne wybory władz uczelni, odsunięto młodszych pracowników i studentów od udziału w radach, zlikwidowano niezależny samorząd, rozszerzono uprawnienia ministra (od rozwiązywania wydziałów, poprzez ustalanie programów po usuwanie pracowników i relegowanie), zobowiązano do „upokarzających deklaracji lojalności wobec władz partyjno-państwowych” (ślubowania), partii dano wpływ na dobór pracowników i wychowywanie studentów, a MO i SB możliwość wkraczania na teren szkół. Także w tym dokumencie znalazło się odwołanie do „ideałów Sierpnia 1980”, zapowiedź bojkotu „fasadowych ciał” i wyborów do Sejmu833.

Ograniczenie swobód akademickich sprawiło, że napięcia, które widoczne były stale w legalnych instytucjach uniwersyteckich, służąc partii i policji za argument dla tego ograniczenia, przenieść się musiały w inne rejony życia społecznego i przybrać nowe formy. Inaczej mówiąc, w drugiej połowie lat 80. coraz większe znaczenie miały otwarte akcje sprzeciwu, rozgrywające się na ulicach, a także działalność podziemna, torująca sobie drogi na uczelnie. Samorząd UW został bardzo ograniczony – regulamin przygotowany we wrześniu 1986 r. przez komisję o składzie zdominowanym przez „organizacje” dawał studentom w zasadzie rolę opiniodawczą – zaś jego aktywniejsi działacze zeszli do podziemia. Ich punkt widzenia odzwierciedlało krążące po uniwersytecie bezdebitowe czasopismo „Refleksy”834. Próbowano w nim przyciągać uwagę nowo przyjmowanych studentów, skłaniając ich do aktywności i rozsadzania ram uczelnianego życia. Przedstawiano im smutną wizję studenta-ideału z wyobrażeń rządzących:

Zdyscyplinowany, zaliczający wszystko w terminie (chyba bez względu na ocenę). Piszący pracę magisterską na czas bez względu na jej poziom. Uczęszczający pilnie na dyskoteki i obozy ZSP (najlepiej członek takiej organizacji). Stroniący od imprez organizowanych przez kogo innego, szczególnie przez niewygodne koła naukowe i kluby nie podlegające ZSP. Stawiający interes państwa wyżej od prawdy. Po studiach trafiający do szkoły jako nauczyciel i – jak można się dalej domyślać – dokonujący życia w fotelu przed telewizorem (rzecz jasna członek PZPR i neozwiązków) obywatel podporządkowujący się bez wahania wszelkim nakazom „z góry” bez względu na ich treść i nie biorący udziału w tym, co się wokół niego naprawdę dzieje835.

W tym czasie istotnie wyrazista grupa młodych studentów, urodzonych około 1966 r., demonstrowała zainteresowanie tym, co się wokół nich naprawdę dzieje. Odradzał się bowiem NZS, którego akcje naznaczą schyłek lat 80. Niemałe znaczenie miał, jak się zdaje, fakt, że ci ludzie wchodzili do liceów w okresie „szesnastu miesięcy” i socjalizowali się w warunkach ostrej walki politycznej. Powstawały ciągi towarzysko-licealne, jeśli można się odwołać do opisywanych przez socjologów „ciągów rodzinno-sąsiedzkich”, cechujących migracje ze wsi do miast. Zaangażowane w akcje ulotkowe czy kolportaż „bibuły” grupy uczniów przenosiły tę działalność na Uniwersytet, współtworząc nowe sieci społeczne, obejmujące warszawskie i pozawarszawskie uczelnie. Podobne ciągi towarzysko-licealne były, jak się zdaje, utrwaloną prawidłowością, jednak zyskiwały w różnych epokach różne zabarwienie ideowe. W latach stalinizmu wielu spośród najaktywniejszych uczniów, których nonkonformizm kanalizowany był przez ZMP, tworzyło takie „czerwone” ciągi, opanowujące młodzieżowe organizacje na wydziałach uniwersyteckich. Pod koniec istnienia PRL program ideowy władz nie miał już żadnej mocy aktywizującej młodych ludzi (miał ją najwyżej dostęp do środków, jakimi władze dysponowały) i na placu pozostawał rzeczywiście absolwent „dokonujący życia w fotelu przed telewizorem”. Nie mogło być mowy o żadnej porywającej, lub choćby optymistycznej perspektywie, roztoczonej przez władze w warunkach gospodarczej degrengolady. Studiowanie zaś wymagało zawsze perspektywy i nadziei; tę dawały ograniczonej grupie aktywne, a nawet spektakularne działania w opozycji. Doświadczenie powszednie od lat było szare i skłaniało do zamykania się w prywatnym świecie.

Końcówka

„Dla mnie najważniejsze w tym okresie było zdanie na studia wyższe, wyjście za mąż, ukończenie studiów, urodzenie dziecka, adaptacja strychu na mieszkanie” – mówiła była studentka UW o swoich doświadczeniach lat 80.836 Należała do grupy, w której świadomości okres ten nie utrwalił się w kategoriach politycznych, lecz osobistych, jako rama własnego losu. Ta skądinąd zupełnie naturalna perspektywa postrzegania świata stawała się w kontekście epoki albo lekceważoną przez elitarny krąg studentów-opozycjonistów formą konformizmu, albo wspieraną w propagandzie formą rozsądku. W oficjalnym tygodniku studenckim „Itd”, uchodzącym skądinąd za dość odważny, drukowano wypowiedzi, wedle których protesty zbiorowe nie mają sensu, podobnie jak upieranie się przy samorządności. Studenci mają własne problemy, głównie materialne, i rozwiązują je na własną rękę837. Pogodzić ich z rzeczywistością miała również inna metoda tegoż tygodnika, także dość odważna, mianowicie publikowanie soft-pornograficznych fotografii z pretekstowymi podpisami w rodzaju „Sesja wymaga niezłej gimnastyki...”.

Realia kryzysu wymagały rzeczywiście swoistej gimnastyki, która współtworzyła monotonną i beznadziejną atmosferę życia społecznego. Atomizacja i zmęczenie rzadko znajdują odbicie w relacjach ówczesnych działaczy studenckiej opozycji, zjawiska te tworzyły jednak sztafaż codzienności.

G. pyta swoich studentów, dlaczego ich rok jest tak mało zżyty; dlaczego nigdy nie zrobią jakiejś wspólnej imprezy towarzyskiej? Odpowiadają, że każdy martwi się o własną przyszłość. Chcący założyć rodziny zdobywają sprzęty i pieniądze. Wielu kombinuje, jak by tu pojechać na Zachód, by zarobić

– notował Marcin Kula wiosną 1983 r.838 Tego rodzaju problemy przekładały się na obserwowany w tym czasie spadek ilości studentów w Warszawie, spadek odsetka młodzieży pochodzenia chłopskiego na studiach, a także spadek średnich ocen, czyli malejące zaangażowanie w naukę. Odbijało to powszednie trudności życiowe, depresję wywołaną wydarzeniami stanu wojennego, brak interesujących perspektyw zawodowych839. Nad kończącymi studia krążyło widmo bezrobocia. Od 1981 r. notowano trudności z zapewnieniem miejsc pracy absolwentom. W 1982 r. UW opuścić miało 2,5 tys. osób. Połowa objęta była tzw. planowym zatrudnieniem, ale na drugą połowę czekało tylko około 700 ofert pracy. Uczelniany pełnomocnik ds. zatrudnienia radził, aby „brać taką pracę, jaka jest”840. Nie była to obietnica szczególnej pomyślności, tym bardziej, że pracodawcy rzadko oferowali mieszkanie.

Jeśli w 1978 r. narzekano na pogarszające się warunki egzystencji, to z perspektywy 1983 r. tamte czasy uchodzić mogły za słoneczne. W badaniach nad minimum socjalnym studentów odbijała się nieznana dotąd w PRL w takim zakresie inflacja (minimum skoczyło z 2,1 tys. zł w 1978 r. do 10,3 tys. zł 5 lat później), ale najpoważniejszą oznaką spadku poziomu studenckiego życia był wzrost wydatków na żywność (z około 50% minimum do ponad 75%), cofający niejako do lat 50. Podobny regres dotyczył codziennego zaopatrzenia. Problemy te wpływały na działanie nowego systemu stypendialnego, wprowadzonego we wrześniu 1982 r. wedle założeń przygotowywanych jeszcze przed 13 XII. Studenci mieli być traktowani bardziej podmiotowo: zniesiono świadczenia rzeczowe, czyli „stypendium stołówkowe” i dopłaty do akademików, zostawiając w rękach studentów więcej pieniędzy. Fatalna sytuacja zaopatrzeniowa zmniejszała jednak pozytywne skutki tej zmiany. Wysokość stypendiów uzależniono od informacji o dochodach w rodzinie studenta, co skończyć miało z dotychczasową urawniłowką, oznaczało też wzrost odsetka pobierających stypendia (65% studentów warszawskich). Znaczna część tych stypendiów była jednak śmiesznie niska, kilkusetzłotowa, a najwyższe sięgały 7 tys. zł, czyli wyraźnie poniżej zakładanego minimum socjalnego. Z drugiej strony stypendia podlegały indeksacji – studenci byli pierwszą grupą społeczną, którą objęła taka zasada841.

W 1983 r. mieszkańców akademików uderzyła ostra podwyżka opłat – ze śmiesznego w stosunku do kosztów eksploatacji poziomu 120 zł do 2 tys. zł842. Wywołało to wrzenie. Nie sądzono, aby podwyżka spowodowała poprawę jakości życia w domach studenckich, opanowanych przez karaluchy, nękanych wyłączeniami prądu i rzadko znających ciepłą wodę. Większość tych problemów dotyczyła zresztą „cywilnego” świata blokowisk Warszawy i drogo opłacanych prywatnych kwater studenckich. Od tej przykrej codzienności część młodych ludzi uciekała w świat alternatywny – subkultury, ostrą muzykę, alkohol. Życie zamykało się w oklejanych plakatami pokojach akademików, przy muzyce rockowej z krążących kaset nagrywanych na koncertach. Kultura muzyczna zyskała w tej dekadzie niezrównane znaczenie. Studenci bywali na festiwalach w Jarocinie (choć nie należeli do trzonu publiczności) czy w Brodnicy843. Podobne znaczenie miały wakacyjne wyprawy, odrywające od zdegradowanego życia miejskiego. Wedle badań ankietowych, na co najmniej cztery wyjazdy turystyczne udało się w 1983 r. 62% warszawskich studentów. Na samym UW działało 21 klubów turystycznych844. Warto tu wspomnieć o jednym z nich, aby wskazać możliwą wieloznaczność tego rodzaju aktywności. Klub Turystyczny Bratniak, osadzony w strukturze PTTK, założyli studenci prawa, którzy nie mieli nadziei na legalne otwarcie własnej organizacji samopomocowej. Klub prowadził lekko tylko maskowaną działalność polityczną. Jak wspomina ówczesny student Tomasz Ziemiński:

Zapisałem się na wycieczkę do Gdańska organizowaną przez Bratniaka. Po powrocie powiesiliśmy na gazetce ściennej zdjęcia z naszej eskapady, na jednym z fotografii staliśmy w asyście „słynnego elektryka”. [...] W rocznicę śmierci Popiełuszki w ramach PTTK-u Bratniak wynająłem autokar i pod pozorem wycieczki na bagna Biebrzańskie pojechaliśmy do Suchowoli na parafię, z której pochodził ksiądz Jerzy. Wzięliśmy ze sobą transparenty i uczestniczyliśmy w mszy rocznicowej. [...] Pod pozorem wycieczki turystycznej jeździliśmy na obchody [...] 50. rocznicy śmierci Józefa Piłsudskiego845.

Jak się zdaje, „pogrudniowa” kultura studencka była bardziej niż kiedykolwiek zanurzona w alternatywnym i półopozycyjnym świecie mniejszych i większych środowisk i grup towarzyskich. Jej publiczne oblicze było blade. Wprawdzie wskrzeszono (w znacznej mierze dzięki wspomnianemu działaczowi SZSP Marianowi Redwanowi) festiwal studencki FAMA w Świnoujściu (1982), a juwenalia były okazją do wielkich koncertów, lecz widoczna na co dzień aktywność była cieniem tej sprzed lat. W klubie Ubab – pisano – oprócz koncertów zespołu rockowego największą atrakcję stanowiły pod koniec 1982 r. pokazy filmu karate oraz barek, w którym można było kupić „masło bez kartek, Coca-Colę za 25 zł oraz równie tani dżem”846. Z ucieczką w prywatność związane też było zagaśnięcie studenckich miejsc spotkań, tak ważnych choćby w latach 60. Zewnętrzna ich skorupa niezbyt się zresztą od tamtych czasów zmieniła. Znikł, zamknięty w 1980 r. z powodu stanu śmierci technicznej, hotel Bristol, którego kawiarnię wspominano jako miejsce dość snobistycznych spotkań elity studenckiej. Nie zastąpił go pod tym względem hotel Victoria, kojarzący się najwyżej z „forsiastymi” studentami zagranicznymi, którzy zapraszali tam dziewczyny. Obcokrajowców było zresztą w roku 1983/1984 zaledwie 135 w społeczności 21,5 tys. studentów UW (gdy pod koniec epoki gomułkowskiej – 243)847.

Przeciętni studenci chadzali, jak 20 lat wcześniej, do baru mlecznego Uniwersyteckiego, zwanego „Karaluchem”, rzadziej do Harendy czy restauracji Staropolskiej:

Tu się chodzi, kiedy ma się pieniądze. I czas, obsługa bowiem jest niezwykle ślamazarna. Pod koniec miesiąca zamówienie dla jednego studenta wygląda następująco: 2 zupy pieczarkowe (bardzo obfite, po 15 zł sztuka) i dwie herbaty. Jest tu aparat telefoniczny, przy którym nigdy nie ma kolejek.

Znacznie większe znaczenie społeczne miała trasa ku budynkowi neofilologii i stołówce, w dół skarpy, przez rozległy skwer, który stanowił także miejsce życia towarzyskiego848. Studenci zaglądali także do klubu w Pałacu Kazimierzowskim, choć przeznaczony był on formalnie tylko dla pracowników: pod koniec dekady podawano tam „wspaniałe kanapki z pastą jajeczną”, jak wspomina Marek Węcowski. Miejscem o ściśle studenckim i politycznym charakterze było sklepione podziemie sąsiedniego budynku Prawa, w którym mieścił się Bratniak. Węcowski opisuje inne swego rodzaju „eksterytorialne miejsca” na UW, związane z życiem studenckiej opozycji. Miejscem takim było pierwsze piętro Instytutu Geograficznego: stały tam na korytarzu stare szafy biurowe z drewnianymi roletami. Nic się najwyraźniej nie zmieniło od lustracji z 1977 r., gdy pisano o „zakurzonych i obskurnych szafach” – nic oprócz kontekstu społecznego. Teraz szafy miały szczególniejszą rolę do odegrania; część była otwarta, NZS założył więc własne kłódki, składując tam swoje materiały. Farby i transparenty przechowywano też w budyneczku gospodarczym za Gmachem Pomuzealnym, w którym pracował Maciej Jankowski, jedna z najważniejszych postaci uczelnianej „ Solidarności”, oraz w pomieszczeniach samorządu w Domu Studenta849.

Pod koniec dekady działalność wskrzeszonego NZS była coraz bardziej widoczna, była też jednak zakamuflowana, w dużym stopniu pod przykryciem samorządu studenckiego, który sam w sobie miał ograniczone możliwości działania. Aktywność opozycyjna wzbierała od 1986 r., niewątpliwie pobudzona przez wspomnianą falę nowo przyjmowanych studentów, którzy mieli już doświadczenia aktywności nielegalnej. Wspierana była przez działaczy podziemnej „Solidarności”. Krążyły czasopisma, by wymienić „Kurier Akademicki”, „Międzyuczelniany Informator Środowiskowy”, „Nurt”, „Refleksy”, „Serwis Informacyjny – Centrum Informacji Akademickiej”. Od wiosny 1988 r. tę bibułę rozprowadzano na uczelni już zupełnie jawnie, dzięki życzliwej neutralności rektora Białkowskiego, który w warunkach braku rzeczywistej autonomii realizował w praktyce autonomiczną politykę uniwersytecką. Byłoby to trudne do wyobrażenia w innych państwach bloku, może poza Węgrami, lecz PRL była już wówczas ważnym terenem pierestrojki, co odbijało się na możliwościach działania opozycji.

28. Wiec protestacyjny przeciwko podwyżkom cen, 19 II 1988 r.

Podziemne struktury NZS powstawać zaczęły w 1983 r., ale do pierwszych działań publicznych doszło trzy lata później. Pierwszą „kadrówkę”, czyli manifestację uliczną, zorganizowano 1 VII 1986 r.: „Polegało to na tym, że spotkaliśmy się w 20 osób, przemaszerowaliśmy kilkaset metrów niosąc flagę z napisem «Solidarność» i wznosząc okrzyki nawołujące do bojkotowania zbliżających się wyborów. Po przejściu 250 metrów rozbiegliśmy się po bramach”850. Pół roku później odbył się nieformalny zjazd Zrzeszenia, a latem 1987 r. jego członkowie uczestniczyli w pielgrzymce Jana Pawła II. Od listopada tegoż roku NZS prowadził w nielegalnej prasie akcję „ratujmy BUW”, która była niejako przedłużeniem zabiegów z 1981 r., bowiem okropna sytuacja Biblioteki wcale się nie zmieniła.

29. Demonstracja w sprawie ratowania zbiorów BUW, 1988 r.

Działania intensyfikowały się niezwykle od początku 1988 r. Pierwsza masowa akcja NZS od czasów stanu wojennego miała miejsce 19 II, gdy półtora tysiąca osób zebrało się na dziedzińcu UW w proteście przeciwko podwyżkom cen. Około 2 tys. stawiło się 8 III na wiecu w dwudziestą rocznicę zajść na uczelni. Ujawnił się też wtedy Komitet Założycielski NZS UW, złożony z 10 osób, urodzonych głównie w latach 1965–1966 i studiujących w większości na historii. „To nasze ujawnienie było wystawieniem się na represje ze strony władz. Było parę rewizji, kilka osób zatrzymano na 48 godzin, ale nic poważniejszego nas nie spotkało” – wspomina Robert Pastryk851. Zmiana klimatu politycznego w kraju była wyraźnie wyczuwalna i skłaniała do prób legalizacji; był to w istocie okres zrzucania mentalnych ograniczeń z lat stanu wojennego. W 1988 r. wniosek o rejestrację NZS został dwukrotnie odrzucony przez władze warszawskie i w deklaracji szefa resortu spraw wewnętrznych. Akcje zrzeszenia nie były jednak uzależnione od jego rejestracji; przeciwnie, ich ostrość wskazywała, że NZS nie liczy się z żadnymi PRL-owskimi instytucjami. Dynamika tych akcji związana była z wrzeniem w zakładach pracy, jakie objawiło się wiosną 1988 r. W maju przeprowadzono studenckie strajki okupacyjne w solidarności z protestami robotników Nowej Huty i Stoczni Gdańskiej. Na początku nowego roku akademickiego, w październiku, odbywały się wiece i pikiety, związane m.in. z bojkotem studium wojskowego, a 11 X ujawnił się zarząd NZS i Akademickie Biuro Interwencyjne.

W tym okresie dużą siłę oddziaływania miały happeningowe akcje młodzieżowe, zwłaszcza we Wrocławiu, gdzie istniało nie tylko najbardziej aktywne środowisko NZS-owskie, lecz także specyficzny, młodzieżowy ruch kontrkulturowy, którego symbolem była Pomarańczowa Alternatywa852. Jak wspomina Tomasz Ziemiński, wzory te zostały szybko przyswojone w Warszawie, ponieważ akcje „organizowane w formie zabawy” przyciągały powszechne zainteresowanie. „Pierwszy happening organizowany we współpracy z NZS-em był w obronie podupadłej biblioteki. [...] Ta forma przekazu zaczęła być coraz bardziej popularna. Powstały zawodowe grupy happeningowe”853. Z kolei Marek Węcowski podkreśla, że znaczna grupa młodzieży, do której i on się zaliczał, uznawała tego rodzaju występy za „niepoważne”. Znamienne wszakże, że właśnie akcja współorganizowana przez Pomarańczową Alternatywę i NZS była pierwszą akcją studencką, w jakiej przyszło mu uczestniczyć – jeszcze jako uczniowi liceum (co byłoby ilustracją wspomnianych „ciągów”) i to w bardzo specyficznej sytuacji. Było to święto MO 7 X 1988 r., które postanowiono uczcić happeningiem pod pomnikiem Feliksa Dzierżyńskiego. Ponieważ jednak czołówkę NZS-owskich działaczy aresztowano w przeddzień, w umówionym miejscu zjawili się tylko Węcowski i Andrzej Papierz.

30. Strajk studencki, 5 V 1988 r.

A przygotowany był taki wielki czerwony chiński smok, który miał ośmieszać milicję, krążąc dookoła monumentu Dzierżyńskiego. Okazało się, że jesteśmy tylko we dwóch do tego wielkiego smoka, więc jeden do ogona, drugi do głowy. A ponieważ nie mogliśmy się pomieścić w korytarzu (jakiś lokal konspiracyjny ówczesnego zresztą korespondenta „Reutera” przy pl. Dzierżyńskiego ówczesnym), bardzo wąskie schody, nie można się było porządnie ustawić w tym smoku, więc wyszło na to, że ja musiałem być tą głową, a Papierz ogonem, co spowodowało, że jak nas aresztowano, to milicjanci byli przekonani, że jesteśmy niezwykle ważni w organizacji854.

* * *

Władze broniły się przed rejestracją NZS. W maju 1989 r., więc już po obradach Okrągłego Stołu, wniosek został odrzucony przez Sąd Wojewódzki w Warszawie, co wywołało natychmiast okupacyjne strajki na uczelniach. Natomiast 5 IV, czyli w dniu podpisania okrągłostołowego porozumienia, została wpisana do rejestru stowarzyszeń Bratnia Pomoc Studentów UW (na podstawie rozporządzenia Prezydenta RP z 1932 r.). Do wniosku rejestracyjnego, złożonego u władz miejskich, załączono sprawozdanie z zebrania, jakie odbyło się 8 III w lokalu Samorządu UW. Piętnaście osób założyło tam stowarzyszenie, uchwaliło statut, wybrało pięcioosobowy zarząd. Wedle statutu Bratniak organizować miał samopomoc swych członków i ich rodzin, chronić ich interesy, ułatwiać im studia i upowszechniać efekty ich pracy naukowej, umacniać solidarność koleżeńską, dążyć do rozwinięcia się w powszechną organizację studentów i młodych pracowników naukowych. Udzielać miał swym członkom pożyczek, zapomóg i stypendiów, pośredniczyć w wyszukiwaniu i wynajmie mieszkań, w organizacji pracy zarobkowej, reprezentować ich wobec władz uczelni, działać na rzecz rozwoju studenckiej kultury, aktywności sportowej i turystycznej oraz naukowej, utrzymywać i prowadzić czytelnie i biblioteki w domach studenckich, prowadzić tanie kuchnie i bufety dla studentów. Urząd Miasta zapytywał 13 III odpowiedni departament MSW o wyrażenie opinii; była ona pozytywna855. Rejestracja przeszła bez rozgłosu, sam wskrzeszony Bratniak nie okazał się też instytucją żywotną, lecz sprawa miała rangę symbolu. Po 40 latach od jej likwidacji zalegalizowana została ta tradycyjna instytucja. Wraz z na wpół wolnymi wyborami do Sejmu i Senatu, które miały właśnie nastąpić, odradzało się zróżnicowane życie publiczne, do którego studenci włączyli się z uderzającym, nigdy chyba w późniejszej historii III RP niespotykanym zaangażowaniem.

31. Demonstracja Akademickiej Organizacji KPN, 1989 r.

Kampania wyborcza kandydatów „Solidarności” w Warszawie była oparta na aktywizmie młodego pokolenia, przede wszystkim na kadrach nielegalnego NZS. Dla bardzo wielu uczestników było do doświadczenie formacyjne, które w dużym stopniu określiło późniejsze wybory; zwłaszcza chyba wśród tych, którzy po wyborach poczuli się odsunięci, niepotrzebni już kandydatom, na rzecz których ciężko pracowali społecznie. Dotyczyło to, wspomina Węcowski, tych zwłaszcza, którzy kończyli studia i poszukiwali sobie miejsca w życiu. Tymczasem szybko krzepnące nowe elity polityczne funkcjonowały na innych zasadach niż sobie to wyobrażali młodzi ludzie, rozlepiający plakaty i organizujący mityngi. To gorzkie wtajemniczenie będzie czynnikiem ewolucji ich postaw politycznych, naznaczających sferę publiczną następnego ćwierćwiecza.

* * *

W roku akademickim 1989/1990 immatrykulowało się na Uniwersytecie, wedle danych USOS, 1619 studentów. Jedna trzecia z nich urodziła się w 1970 r., 44 osoby w grudniu. Pewien student Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki przyszedł na świat w Gdańsku 15 grudnia 1970 r., w dniu wielkiego strajku i zajść ulicznych zakończonych podpaleniem Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Gdy Kuroń rzucił hasło „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne”, ludzie ci znajdowali się w zerówkach. Studia ich przypaść miały na najtrudniejsze lata tzw. transformacji ustrojowej. Był to pierwszy powojenny rocznik, który spodziewać się mógł po zakończeniu studiów trwałego bezrobocia i zarazem pierwszy, któremu dane było uczestniczyć w prawdziwie wolnych wyborach parlamentarnych; pierwszy studiujący na uczelni obdarzonej autentyczną autonomią, lecz zarazem coraz mniej widocznej na ideowo-politycznej mapie Warszawy.

Niemal połowa immatrykulowanych urodziła się w stolicy, większość pozostałych przyjechała na studia z centralnej i wschodniej Polski: powtarzają się nazwy miasteczek i wsi Mazowsza i Podlasia. Ani rozpiętości geograficzne, ani rocznikowe nie były porównywalne z tymi, jakie naznaczały zbiorową biografię studentów pierwszych powojennych dekad. Ci napływający na UW w 1989 r. większość świadomego życia spędzili w „kryzysie”, jak od wielu lat określano sytuację kraju. Czymże był jednak ten kryzys w porównaniu z doświadczeniami ich dziadków? Najstarszy prorektor, sprawujący funkcję na UW pod koniec 1989 r., należał do tego właśnie pokolenia, zwanego pokoleniem Kolumbów; miał 67 lat. Prawnik Andrzej Tymowski studiował na tajnym uniwersytecie lat okupacji, był żołnierzem AK i uczestnikiem powstania, w którym został ciężko ranny, stracił nogę. W uczelnianej elicie władzy dominowało natomiast pokolenie lat 30. Należał do niego rektor i niemal cały zespół prorektorski i dziekański. Pamiętali z dzieciństwa okupację, matury robili wśród ruin, studiowali w atmosferze stalinizmu lub październikowych nadziei. Byli świadkami trzy-, czterokrotnego „rozpoczynania od nowa”. Jesienią 1989 r. Uniwersytet, podobnie jak całe państwo, „rozpoczynał” znowu – choć nie miało to oznaczać żadnej rewolucji kadrowej ani organizacyjnej, raczej dostosowanie się do warunków autonomii i pluralizmu (to drugie słowo robiło właśnie karierę).

Sąd Najwyższy 22 IX 1989 r. zarejestrował wreszcie NZS856. Komisja Uczelniana zrzeszenia, i tak działająca jawnie od miesięcy, wpisana została oficjalnie na krótką listę organizacji działających na UW. W informatorze uniwersyteckim pojawiło się nazwisko przewodniczącego, Pawła Piskorskiego, i czterech mężczyzn tworzących Prezydium. Sąsiednia informacja o składzie KU ZSP uzupełniona zaś była wykazem 16 osób zatrudnionych przez organizację na etatach administracyjno-ekonomicznych UW, czterech pracownikach obsługi, prowadzonym przez ZSP biurze turystycznym Almatur, o Chacie Socjologa, ośrodku szkoleniowo-wypoczynkowym w Nowej Wsi Szlacheckiej oraz zespole pieśni i tańca. Różnica potencjału materialnego starej i nowej organizacji była przytłaczająca. Wokół podziału dotychczasowej domeny ZSP i PTTK na terenie Uniwersytetu trwały trudne negocjacje, które nie przyniosły jakiejś zasadniczej zmiany stanu rzeczy.

32. Moment rejestracji NZS przez Sąd Najwyższy, 22 IX 1989 r.

U progu 1990 r. z mapy społeczno-politycznej Uniwersytetu znikał powstały czterdzieści lat wcześniej trapezoid władzy. Zdublowały się organizacje studenckie i związki zawodowe: obok Rady Zakładowej ZNP działała znowu formalnie Komisja Zakładowa „Solidarności”. Schodziła ze sceny organizacja PZPR. Jej ostatni Komitet Uczelniany tworzyło 10 osób; był on o jedną trzecią mniejszy niż dekadę wcześniej. Wszyscy członkowie KU byli pracownikami naukowymi: czterech profesorów, jeden docent, trzech doktorów i dwóch magistrów. Na czele KU stał historyk z rocznika 1945, członkami byli politolodzy, historycy, ekonomista i orientalista. Sami mężczyźni, w większości w średnim wieku.

Uniwersytet miał 17 wydziałów i jeden wydzielony instytut (IPSiR), zaś Filia w Białymstoku cztery wydziały i Instytut Prawa. Uczelnia prowadziła sześć akademików, hotel dla obcokrajowców i hotel dla pracowników (przy ul. Smyczkowej), a także przedszkole (przy ul. Karowej), dwa domy pracy twórczej (Kiry i Szeligówka), ośrodek wypoczynkowy w Sajzach koło Ełku i ośrodek kolonijny w Łukęcinie nad morzem. Był to w przeważającej większości dorobek lat powojennych. Uniwersytet rozrósł się w PRL i wykształcił trzy pokolenia absolwentów. Przeszedł przez doświadczenia odbudowy, stalinizacji, odwilży, małej stabilizacji, nagonki marcowej i dekady naznaczonej przez jej skutki, karnawału „Solidarności”, stanu wojennego i trudnych lat 80. Doświadczenia te naznaczyły oblicze uczelni. Rozbudowała się materialnie, ale materia ta była ułomna: wszystkie niemal obiekty wymagały poważnych remontów. Skupiła ambitne środowiska naukowe, ale odczuwały one braki aparatury czy księgozbiorów, pozwalających im na odpowiadające aspiracjom uczestnictwo w nauce światowej. Zdobyła autonomię instytucjonalną, lecz poradzić sobie musiała z ogromem nawarstwionych problemów. Pozwoliła wyrosnąć pokoleniu niepokornej politycznie młodzieży, lecz opierać się musiała na tradycyjnych instytucjach akademickich. Rozpoczynała od początku, lecz w istocie kontynuowała w tym samym kształcie i zespole pracowniczym to, co robiła zawsze.