Niezależnie od klarownie sformułowanych celów, dylematy, przed jakimi stoją najważniejsze polskie wyższe uczelnie, ciągle są bardzo poważne, co oczywiście odnosi się także do Uniwersytetu Warszawskiego. Postarajmy się, już na zakończenie, owe dylematy pokrótce wymienić.

Elitarny czy masowy? Czy to pytanie z gatunku – myć ręce czy nogi? I tak, i nie. Odruchowo, bo takie są przecież nasze aspiracje, odpowiadamy oczywiście: elitarny. Ale przecież największy uniwersytet w kraju nie może zostać zwolniony z obowiązku kształcenia masowego na możliwie wysokim poziomie. Chęć zrealizowania tego zadania, która musi uwzględniać przygotowanie oraz możliwości intelektualne odbiorcy, z natury rzeczy obniża poziom dydaktyki, prowadząc do jej uśrednienia i nadając charakter bardziej sformalizowany i rutynowy. Jak to pogodzić z oczywistymi, zrozumiałymi i godnymi pełnego poparcia aspiracjami do elitarności? To bardzo trudne, ale chyba możliwe. Zapewne, jak to się już dzieje, trzeba tworzyć enklawy elitarnego kształcenia, które stanowić będą najatrakcyjniejsze przestrzenie edukacyjne, a zarazem będą oddziaływać – jako stale widoczne punkty odniesienia – na pozostałe uczelniane segmenty. Jak jednak stworzyć niekonfliktowe, a zarazem efektywne, bo wzajemnie stymulujące relacje pomiędzy tymi dwoma segmentami, umożliwić ich współistnienie w jednym organizmie? To właśnie ów dylemat, a zarazem chyba największe wyzwanie organizacyjne, niewolne zresztą od problemów natury finansowej.

Nastawiony na europejską i światową konkurencję, także dydaktyczną, czy też świadomie realizujący przede wszystkim funkcje edukacyjne adresowane do krajowego odbiorcy oraz koncentrujący się – ewentualnie – na ofercie skierowanej do kandydatów zza wschodnich granic? To uzupełnienie zasadniczego dylematu z zakresu nauczania, w którym mieści się także kwestia społecznego, a nawet politycznego oddziaływania. W przywołanej już tutaj Misji Uniwersytetu Warszawskiego (2001) pojawia się sformułowanie o „syntezie wartości uniwersalnych i lokalnych” jako elemencie kulturowej misji uczelni. Otwarta pozostaje jednak kwestia proporcji.

Z jednej strony oczywistym punktem odniesienia dla Uniwersytetu muszą być najlepsze światowe wzorce, zarówno jeśli chodzi o tradycje akademickie, jak i podejmowane wyzwania naukowe czy nowoczesne rozwiązania organizacyjne25. Z drugiej jednak strony Uniwersytet Warszawski jest i pozostanie osadzony w określonym miejscu, w specyficznym otoczeniu społecznym, gospodarczym i państwowym, co daje mu konkretne możliwości działania, ale też nakłada istotne zobowiązania wobec otoczenia. Zobowiązania, które mogą być zresztą realizowane na różne sposoby, spośród nich zaś najważniejszym, choć nie jedynym, pozostaje prowadzenie badań naukowych i dydaktyki na najwyższym poziomie, co w sposób oczywisty wpływa również i wpływać będzie – zapewne w coraz większym stopniu – na najbliższe otoczenie uczelni.

A zatem alternatywę „badawczy czy dydaktyczny?” w przypadku Uniwersytetu Warszawskiego uznać można za rozstrzygniętą. Obie funkcje z pewnością będą tu w przyszłości wypełniane, ale znaczenie komponentu badawczego powinno stopniowo rosnąć. Wiele przy tym będzie zależało od polityki państwa oraz struktury finansowania badań. Biorąc pod uwagę, że dominująca część pracowników naukowych w Polsce jest zatrudniona na uczelniach, można założyć, że to tam właśnie będzie prowadzona zdecydowana większość badań. Jeśli zatem dojdzie do powołania tzw. „uniwersytetów badawczych”, UW z pewnością stanie się jednym z nich. Niewykluczone zatem wydaje się – już w niedalekiej przyszłości – odejście części kadry od pracy dydaktycznej (zwłaszcza na poziomie licencjackim) i skoncentrowanie się na pracy naukowej, odrębnie finansowanej albo przez państwo, albo przez inne podmioty. Nie oznacza to rzecz jasna zaniechania starań o poszerzenie oraz uatrakcyjnienie oferty dydaktycznej, gdyż konkurencja na tym polu – zarówno krajowa, jak też międzynarodowa – będzie coraz ostrzejsza.

Powyższym pytaniom towarzyszą dylematy pozornie mniejszego kalibru, odnoszące się do uczelnianej struktury oraz sposobu zarządzania instytucją. Bardzo dużo zależy od wewnętrznych relacji pomiędzy jej poszczególnymi segmentami, a wiele wskazuje, że obecny kształt uczelni w istocie sprzyja postępującemu rozdrobnieniu, co stoi w sprzeczności z powszechnie postulowaną interdyscyplinarnością – i badań, i nauczania. Czy zatem Uniwersytet ma być organizacyjną jednością, czy też federacją? A jeśli to drugie (co wydawałoby się łatwiejsze i wskazane, ze względu na skalę uczelni), to w jaki sposób, czyli wedle jakich kryteriów należałoby zdefiniować podmioty wchodzące w jej skład? Czy – tradycyjnie – jako wydziały, czy też raczej jako jednostki większe, interdyscyplinarne, ale ciągle przede wszystkim dydaktyczne? Czy może byłoby wskazane wyraźniejsze oddzielenie organizacyjne badań i nauczania, czy też trzeba szukać raczej formuły kompetencyjno-zadaniowej, tradycyjnie łączącej aktywność badawczą i dydaktyczną?

Notabene, streszczone powyżej wyzwania nie dotyczą tylko Uniwersytetu Warszawskiego, lecz w ogóle instytucji uniwersytetu. W epoce globalizacji powszechność wyższych studiów nabiera innego znaczenia i staje się transgraniczna. Poza tym paradygmat ekonomiczny, który wymaga, żeby każdą czynność oceniać w kategoriach nakładów i ich zwrotu (rozmaicie rozumianego), zmienia już na świecie formy studiowania w ramach postulowanej tzw. optymalizacji kosztów. Dotyczy to także najlepszych uniwersytetów amerykańskich. Pytanie więc brzmi, jak wobec takich wyzwań, w sytuacji coraz łatwiejszego dostępu potencjalnych kandydatów do dowolnej uczelni na świecie, Uniwersytet Warszawski ma określić swoje miejsce.

Dopiero bowiem rozstrzygnięcie tego dylematu wyznaczy ramy organizacyjne oraz określi – w podstawowym zarysie – formy zarządzania. Choć i w tym względzie od pewnego czasu toczy się dyskusja pomiędzy zwolennikami powierzania, jak do tej pory, funkcji rektorskich czynnym profesorom, którzy na ten czas zawieszaliby zasadniczą część swojej aktywności naukowej i dydaktycznej, oraz rzecznikami zarządzania menedżerskiego. Dodajmy, że trudno obecnie przewidzieć wynik tej dyskusji, gdyż obie strony dysponują poważnymi argumentami; propagatorzy zmian podkreślają skalę zarządzanego „przedsiębiorstwa” i niezbędny w takim przypadku profesjonalizm jego kierownictwa, a także korzyści płynące z ewentualnego rozdzielenia zadań naukowo-dydaktycznych od finansowo-organizacyjnych; zwolennicy wariantu zachowawczego wskazują natomiast na unikalny charakter uniwersyteckiego organizmu, którym skutecznie zarządzać mogą jedynie pełnoprawni członkowie korporacji, obdarzeni środowiskowym autorytetem.

Najtrudniejsza jednak wydaje się odpowiedź na pytanie, jak zdefiniować i poprawnie ułożyć tzw. relacje Uniwersytetu z otoczeniem, czyli ze światem zewnętrznym. Ten trzeci – obok badań i nauczania, powiązanych ze sobą wedle humboldtowskiej formuły – element misji uniwersytetu zdaje się mieć w sobie najwięcej niewiadomych, choć zarazem intuicyjnie wyczuwa się jego coraz większe znaczenie. Wraz z rosnącymi społecznymi oczekiwaniami rola uniwersytetu nie może bowiem ograniczyć się do formowania przyszłych elit, a tym bardziej do kształcenia wykwalifikowanych pracowników. Uniwersytet musi wybiegać w przyszłość, kreować wzorce, być miejscem spotkań i dyskusji, twórcą analiz i opinii.

A pełnić tę rolę przychodzi mu – dodajmy w konkluzji – na bardzo dziś konkurencyjnym rynku. Gdy przed 100 laty, w 1915 r., w czasach wojny światowej i wkrótce po wkroczeniu Niemców do Warszawy wznowiono funkcjonowanie uczelni, przywracając język polski jako wykładowy, wydarzenie to budziło powszechne społeczne zainteresowanie. Uniwersytet był bowiem jedną z najważniejszych polskich instytucji, symbolem nadziei na odzyskanie państwowości po okresie zaborów. Był postrzegany jako wspólna, ceniona własność, a jego przyszłość nie była obojętna żadnemu polskiemu patriocie. Słowa młodego, wówczas 19-letniego Kazimierza Kuratowskiego, przyszłego wybitnego matematyka, który podkreślał, że otwarcie Uniwersytetu „daleko wybiegało swą doniosłością ogólnonarodową od uruchomienia jedynie placówki naukowej”, że „tak też rolę Uniwersytetu zrozumiała Warszawa”, że wtedy właśnie uczelnia stała się „obiektem powszechnego zainteresowania, graniczącego z kultem”, wreszcie, że „czuł się nasz Uniwersytet jak najbardziej ważną placówką kultury polskiej, związaną z jej dawnymi pięknymi tradycjami”, otóż słowa te czytamy dziś, my – ludzie Uniwersytetu – z pewną zazdrością, a nawet niedowierzaniem26.

Jeśli nawet emocje młodego Kuratowskiego nie były wtedy udziałem wszystkich warszawiaków, a tym bardziej wszystkich mieszkańców ziem polskich, to o tak uprzywilejowanej pozycji, jeśli idzie o społeczne postrzeganie, możemy dziś tylko pomarzyć. Bowiem w przestrzeni społecznej, co w szczególnym stopniu dotyczy stolicy kraju, istnieje wiele instytucji, nie tylko akademickich i nie tylko krajowych, aspirujących do kreowania intelektualnych wzorców i oddziaływania w ten sposób na rzeczywistość, a także do pełnienia szeroko pojmowanych funkcji przywódczych. Błyskawiczny przepływ informacji oraz ułatwione pokonywanie wszelkich komunikacyjnych barier czyni te oferty powszechnie dostępnymi. Uniwersytet nie ma już także monopolu jako centralna instytucja kultury i strażnik narodowej tradycji, toteż uczelnia nie budzi już takiego zainteresowania, a wokół niej nie koncentrują się już aż tak silne społeczne emocje. Ale przecież – im trudniejsze wyzwanie, tym większa chęć, a nawet zobowiązanie, by mu sprostać.